
Z zazdrością patrzy, jak w słoneczne południe garbaty Krywań do Łomnicy się śmieje, a ona, zalotnica, rada go widzi. Daremnie się podnosi, by jej spojrzeć w oczy - ona hań grzeje czoło wysoko... Z zazdrości też umizga się o zachodzie słońca do Babiej Góry. Widzi, jak opuszczona wdowa płoni się i czerwienieje i rada by się przychylić ku niemu, gdyby nie patrzeli na nią ze wszystkich stron.
Stary Turbacz mści się za małość swoją na wierchach Tatr zasłaniając im czołem widok na wawelskie grodzisko. Zazdrosnym uchem łowi grające dźwięki Zygmunta i zasępia się w przeszłości dalekiej. Coś mu się śni, że drzewiej dzwony inaczej grały - coś mu się śni...
Ho! drzewiej! drzewiej!... Nasłuchał się Turbacz trąb wojennych - jeszcze mu do dziś dnia powietrzem grają, kiedy ociec wiatrów, wiatr halny, przyjdzie w odwiedziny. On je pamięta dobrze. Było to wtedy, kiedy stary Turbacz synom sprawiał wesele; kiedy Turbaczyk pojał Kopę a Obidowiec zapatrzył się nań i sięgnął po Obidowę. Wiatr muzykę sprowadził - niedźwiedzie tańczyły - a po groniach paliły się ogniste wici... Byli tu goście, jakich już potem nie widywano - olbrzymy o płonących głowach - straszyciele...
Drzewiej Gorce daleko czerniały lasem i długo hrube drzewa nie widziały siekier. Gazdowały tu kolejno niedźwiedzie i wilki, i chowały się stada nieprzeliczone sarn. Pierwsza osada ludzka w tej okolicy, od późniejszego właściciela jej, a pana czorsztyńskiego, Lubomierzem nazwana, mieści się w roztoce tego samego imienia od strony kamienieckiej. Jest to zapewne rumuńska osada z czasu najazdu tatarskiego. (*) Różni się też wielce od późniejszych obyczajem i gwarą a zwłaszcza tym, że nie widać w niej szczątków słowiańskiego ustroju rodowego, jakie się w sąsiednich roztokach do dziś dnia zachowały.
Każdy większy potok zowie się w gwarze miejscowej r o z t o k ą. I dolina, którą ten potok przez wieki wyżłobił, również roztoką się nazywa.
Wszystkie spadają na północ od Turbacza; z początku strome i wąskie, rozszerzają się i znikają ku dolinie Raby. Stamtąd też szła ludność falą występującego przez wieki morza i zwolna zalewała roztoki ku górze. Po drodze nachodziła już wykarczowane lasy, polany i osiedla, zamieszkane przez dawniejszych przybyszów. Ci byli to po największej części uciekinierzy z dolin, słudzy różnych bogów, którym za ciasno było żyć w zaludnionym świecie, banici, którzy od ludzkich praw uchylili się pod łaskawsze prawa natury, słowem, dziwna mieszanina ludzi z różnych krańców świata, przechodząca z czasem przez wspólną pracę we wspólne podobieństwo. Różnice ich rodów były jednak za silne, by się do znaku stopiły w podobieństwie. Pozostał odrębny typ każdego i przetrwał napływ nizinnej fali zachowując właściwe cechy swego charakteru.
W jednolitej i szarej masie ludu, wypełniającej po brzegi strome roztoki, odcinają się wyraźnie dawne rody: Porębskich, Michalczewskich, Niedźwiedzkich, Sołtysów, Cichańskich, Gnieckich, Smreczyńskich, Rakoczych. Jest to, można rzec, arystokracja wsi, panowie-chłopi, ufni w potęgę swoich familij, nadający kolejno ton całemu plemieniu. Mimo że z czasem przydomki różnorodne zastąpiły im właściwe nazwiska rodowe, a grunta ich dzisiejsze nie różnią się od innych wielkością, ani wydajnością roli - czują oni wszyscy, że pradziadowie ich znojem zdobyli tę ziemię, że oni wykarczowali stuletnie smreki i jedle, wyrąbali polany, i butnie noszą głowy. Kiedy ongi roztoki przydzielono do państwa czorsztyńskiego, pradziadowie ich długo opierali się tej niewoli. Z czasów tych pamiętają w gadkach o licznych ptakach wolnych - drużynach zbójeckich. Te same rody później oparły się przedaży gorzeckich lasów. Dopiero po zastrzeleniu wójta przysłopskiego ustąpiły przemocy.
A dziś? Wszystko idzie z góry, jak mówią, osuwa się powoli. Spokrewnieni z biedą ludzie się psują. Wszystko się psuje i rozpada. Gorzec dziś jednym cmentarzem szarzejącym wyrębem - pustką... Nad roztokami upiór nędzy, w roztokach morze łez. Dziesięć tysięcy zgłodzonych istot kopie tę ziemię skalistą, a ryć dopomagają dziki-przybylce.


Znój pracy ludzkiej przepełnił kotliny i spływa roztokami w świat i mąci wodę...


Wszystkie zbocza okalające dolinę ściśnioną i Turbacyka i Suhory, szarzeją wrębami, są jak cmentarze stare z pomnikami pniaków. Od nich to wieje smutek na dolinę i w koło pustka się rodzi.
Wiadomo, że podczas najazdu lewe skrzydło tatarskie opierało się prawie o Karpaty. W tym skrzydle szli Rumuni, nie z własnej ochoty, a z musu; więc chętnie zginęli w lasach, gdzie mogli ostać, swobodnie karczując je, bo wracać nie mieli po co, obawiając się, i słusznie, powrotu fali.

|
Pustka i spokój... Białych pniaków rzędy, Jak las nagrobków żydowskich cmentarzy, Idą po zboczach... Nic się nie przydarzy, Co by żywością tchło... Śmierć przeszła tędy I, jak lawina, zniosła na dół życie. Potok nawet, co ongiś szumiał w tym korycie, Wysechł lub zapadł w ziemię. W szarym żlebie Martwota siadła pośród głazów. Wyżej: pożółkła pustać upłazów I szare dróg skalistych ślady. Dusza tu czuje tylko siebie I pustkę... i trzeci: szum, który skądś dowiewa, Jakby podziemne wodospady - Rzekłbyś: czas się we wieczność przelewa... Z martwej roztoki, Kraków 1912 |

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||