Zamieszczamy wspomnienie Jana Długosza (1929-1962) o pierwszym przejściu drogi "Wariant R", środkiem północno-wschodniej ściany Mnicha, uchodzącej za najtrudniejszą w Tatrach. (Jest to prawie gładka ściana, z przewieszkami tworzącymi w skale wyraźnie widoczną wielką literę R.) Przejścia tego dokonali Jan Długosz i Andrzej Pietsch 12-13 października 1955 roku.

W Zwojach 14 znajduje się tekst Jana Długosza pt. Czarny motyl oraz informacje o tym wielkim wspinaczu, który zginął na Zadnim Kościelcu 2 lipca 1962. (AMK)





ŚCIANA LĘKU





JAN DŁUGOSZ


Wielu radości świata wyrzeknę się z łatwością -
ale zabierzcie mi lęk, a życie stanie się puste,
mdłe i zatęsknię za śmiercią!

Lammer



- Andrzej, uważaj! - wołam z rozpaczą w głosie i odrywam nogę od płyty. Żegnam ziemię i zaczynam wirować w powietrzu jak bączek.

- Dociągnij jeszcze trochę!

- Dobra - odpowiada. Nic nie pomaga, dalej nie mogę złapać równowagi i kręci mną na wszystkie strony.

- Mocniej!

- Więcej się nie da, lina klinuje!

Nerwowo wiercę się w ławeczkach, szukając jedną ręką odpowiedniej łyżki do wbicia.

- Uważaj, młotek! - krzyczy Andrzej.

- Coo?

- Młotek ci wypadł...

Rzeczywiście, zwisa na naprężonym sznurku w dół, pokazując prawdziwy kierunek ziemskiego przyciągania.

Nad głową zamyka się prawie poziomy dach skalny. Dyndam twarzą w górę, w głęboko, prawie po biodra nasuniętych ławeczkach, i tylko skóra pleców instynktownie wyczuwa te trzysta - dzielących ją od Mnichowego Żlebu - metrów pustki.

Znalazłem już potrzebny hak; wychylam się jak najdalej do przodu, wtykam go w szczelinę i zaczynam wbijać. Trwa to długo, mięśnie rąk sztywnieją i uderzenia stają się coraz słabsze...

Wpinam jakoś karabinek i linę.

- Idę dalej!!

I teraz zaczyna się cyrk. Wyjmuję nogę i wirując na jednej pętli tylko - wieszam wolną ławkę na górnym haku. Głowę mam w dole i nie mogę włożyć stopy do beztrosko balansujących metalowych szczebelków. Dosięgam wreszcie i podsuwam pod kolano...

- Dociągnij! - krzyczę.

Łapię ręką za hak - zawisam tylko na niej - chwila wysiłku i siedzę w górnej pętli. Niestety, sufit zaczyna się zaraz nad moim nosem i nadal muszę pozostawać w niewygodnej, na wpół leżącej pozycji. Przed oczyma mam lekko uciekającą w górę skałę, z jednym małym pęknięciem; ono ma mnie doprowadzić do ziemi obiecanej. Oprócz koniecznych ruchów i wbitego na blachę arsenału pojęć wspinaczkowych zniknęły wszystkie inne myśli, tyle tylko, że bolą mnie coraz więcej powyginane kości, jestem zmęczony i chciałbym, żeby ten dach już się skończył.

- Andrzej! Jak daleko do płyty? - wołam.

- Dwa, trzy metry... Ach, żebyś ty siebie widział!

Nie odpowiadam, wcale nie mam na to ochoty! Nie mam zresztą ochoty absolutnie na nic; ani na tort czekoladowy, ani na Sophię Loren, ani na milion dolarów. Chciałbym być tylko dwa metry wyżej!

Na skraju okapu widzę już przylepioną w przewieszkach płytę...

- Andrzej - wołam - tam będzie można iść klasycznie!

- Dobra, dobra - odpowiada bez wielkiego przekonania - najpierw wyjdź.

Godzinę później siedzę już prawie wygodnie w pętelkach u stóp płyty. Wiedziałem o niej dawno i niejedna bezsenna noc obciąża jej sumienie. Z daleka podobna jest do postrachu brazylijskich rzek - małej rybki piranii. Prawie okrągła, o owalnych, lekko spłaszczonych końcach, różowo-biało-popielata z dwoma ciemnymi poprzecznymi pręgami - zupełnie jakby wyjęta z akwarium. Reszta przewieszek jest gładka, skrzesana bez rys, i tylko tędy może biegnąć droga. Ale płytka-pirania, ważąca na pewno dobrze ponad tonę, ma jedną wadę: jest ze wszystkich stron odpęknięta. Nawet z przeciwleglego filaru Cubryny widać głęboko ciemne szczeliny. Jakim cudem jeszcze się trzyma - nie wiadomo, ale jeden nawet nieostrożnie wbity hak i requiescat in pace!

Ktoś z moich przyjaciół dowodził, że istnieje podyktowana stanem nerwów granica rozpaczy czy strachu. Myślę, że miał rację; boję się teraz znacznie mniej niż rok temu. Wtedy mogłem jeszcze nie pójść - a dziś... Lina idzie opornie przez zawiłe kombinacje karabinków. "Muszę ściągnąć Andrzeja pod przewieszki" - myślę.

- Chodź! - wołam.

- Dobra... likwiduję stanowisko.

Trwa to długo. Wybija haki, przesuwa się wolno trawersem, a w końcu znika z pola widzenia pod okapem.

Zaczyna być zimno. Czyżby było już tak późno? Niebo poczerwieniało, powietrze gęstnieje w przedwieczorną mgłę, a słońce chowa się za Wrotami Chałubińskiego.

A więc noc, noc, jakiej nigdy nie miałem i chyba już mieć nie będę. Samotnie, na wątłych deseczkach na okapie największej ze znanych mi przewieszek.

- Andrzej, będziemy tu biwakować?

- Chyba tak.

- To urządź się jakoś, zjedz i poślij plecak.

- Dobra.

Zanim spod nóg wyłonił się mały chlebaczek, zdążyłem się zdrzemnąć. Jedzie w górę na transportowej linie, jak dziecięca kolejka linowa.

Kolacja; trochę słoniny, chleb, kawałek suszonej kiełbasy. Wyciągam jeszcze nogę słonia i plecak wędruje z powrotem. Zdaję sobie sprawę, że w tej niewygodnej pozycji trudno będzie wytrzymać noc. No cóż, z duszą na ramieniu wbijam delikatnie dwa haki pod płytę i plotę sobie z liny rodzaj hamaka. Na nogi w ławeczkach naciągam nogę słonia.

Jest połowa października i dość silny mróz, ale gdybym twierdził, że bardzo zmarzłem - skłamałbym. Jestem w jakimś dziwnym stanie; wiem, że tym razem - to ostateczny obrachunek...

* * *

Trzy lata temu stanęliśmy po raz pierwszy u stóp ściany. Jurek Wala ma charakterystycznie skrzywioną twarz. Mruży oczy patrząc na wypolerowane płyty... - To, panie - mówi - beznadziejnie wygląda... Nie wiem, panie, czy damy radę!

Piąłem się wtedy w górę, ku starym zardzewiałym hakom. W dole płynęły mgły, a koło "Bacówki Jaśka" śpiewali górale. To był mój pierwszy dłuższy podciąg. Haki siedziały źle, bałem się lotu. A potem zawiśliśmy w pętelkach; nie wiadomo, gdzie góra - gdzie dół, wychodziłem coraz wyżej - sylwetka Jurka uciekała w głąb, a ja się bałem. Boże! Jak się bałem.

Dwie małe szare kuleczki, przytulone do pionowej ogromnej ściany, wiszące na kiepskich sznurkach, kawałkach dykty i żelaznych blaszkach wbitych w minimalne pęknięcia płyty. Nie podobało mi się to wcale. I Jurek też się chyba nie ucieszył. Komu zresztą mogło się podobać dyndanie - mając pod piętami trzysta metrów powietrza, a w górze kamienny dach?

Zbliżał się wieczór. Ostatni hak Łapińskiego był najwyżej dwa, trzy metry dalej; strach przybierając postać rozsądku kusił do odwrotu. I wtedy zobaczyłem pomurnika. Bajecznie kolorowy ptaszek, trzepoczący skrzydłami jak egzotyczny motyl, przyfrunął, okrążył mnie kilkakrotnie ciekawie - a potem usiadł obok na płycie. Przeginał główkę i zaglądał mi pod nogi, jakby chciał podpatrzyć, czym jestem przyczepiony do ściany.

Uśmiechnąłem się - po co? Żebym to ja sam wiedział. Ale strach zniknął, w górę było jeszcze tylko trzy metry.

* * *

Odtąd do uczucia zadowolenia po najpiękniejszej nawet wspinaczce mieszała się nutka niepokoju. Rok później wróciłem tu znowu i też noc zastała nas przy powrocie. A teraz siedzę na ławeczkach i dokonuje się coś, i wiem, że teraz stać się już musi. Coś - co było treścią życia przez ostatnie trzy lata.

Dlaczego nie jestem zdenerwowany i nie rozmyślam lękliwie nad jutrzejszym dniem, jakby nasze zwycięstwo było już pewne? Dlaczego moja niewygodna pozycja, nawet to, że mi zimno - wydaje się czymś najoczywistszym na świecie? Na okapie istniały tylko ławeczki, hak i rysa, którą trzeba było iść w górę. Znikła przestrzeń, czas, od dziecka wpajane prawa fizyczne, cały odwieczny porządek. Zostaliśmy razem ze skałą, jacyś wyjęci, wyizolowani z otoczenia. I tak właśnie jest dobrze...

Stąd odwrotu już nie ma... Jakby dla potwierdzenia tej prawdy, patrzę w czarną głębię pod nogami. Jestem sam, absolutnie sam - na najtrudniejszej drodze życia. Czuję się tak samotny, że przestaję nawet wierzyć, że Andrzej wisi pode mną w pętelkach. Żeby się o tym przekonać, wołam w noc - naśladując ryk lwa:

- Yuek aubrr! Yuek aubrr!!

W dole otwiera się piekło, potężne echa odpowiadają z ciemności głosami potępionych mar. Ryki przewalają sie, odbijają od wąskich ścian i mieszają z dziesiątkami wciąż na nowo powstających ech. Wrażenie jest silne, ale choć sam nastraszony, wrzeszczę raz jeszcze z jakąś dziką, rosnącą radością:

- Eouunghh!

Spod przewieszki dolatują mamrotane pod nosem klątwy:

- Zamknij gębę! Czyś ty zwariował?

- A bo co?

- Niech cię krew zaleje! Już prawie spałem, kiedy przez twoje kretyńskie wycia przypomniałem sobie, gdzie jestem. Przestań się drzeć!

Posłusznie przestaję. Gdzieś zza grani wyłazi księżyc, już widać jego rąbek. Naciągam głębiej czapkę. Powoli rozlewa się mroźne światło; pada na mnie, pełznie po płycie i rozjaśnia mrok żlebu. Nie można spać w takich warunkach.

* * *

Trzeci raz zjawiliśmy się tutaj jakieś dwa i pół miesiąca temu: Momo, Adaś Bilczewski i ja. Tym razem dobrze przygotowani, ze świetnym sprzętem i w formie. Adaś Bilczewski jest chyba najbardziej zacięty. Krępa, zgrabna sylwetka, czerwone policzki i lekko wytrzeszczone z przejęcia oczy...

- Panowie - peroruje zacietrzewiony - musimy wkosić, żeby nie wiem co!

A w kilka dni później, z lekka się swoim zwyczajem zacinając, opowiada zasłuchanemu gronu:

- Eee, ten Mnich to pestka! Ale psy - to była korba!

Czesiek Momatiuk. Jakże często zazdrościłem mu lekkomyślności, gdy bez namysłu wychodził po tkwiących na słowo honoru hakach, piął się na kruche przewieszki i śliskie płyty. A jednak na Wariancie R kiedy jako pierwszy człowiek dotarł pod okap i zobaczył, co nas jeszcze czeka - trzeba było słyszeć jego głos:

- Jest zupełnie francowacie - haki nie siedzą! Jak tylko coś wbiję, natychmiast złażę!

Pierwszego dnia, gdy Czesiek doszedł pod przewieszki, przepędził nas deszcz. Wytrawersowaliśmy trawiastymi półkami ze ściany i długo, długo po nocy tłukliśmy się po głazach Dolinki za Mnichem w poszukiwaniu jakiejś koleby. Nie znaleźliśmy.

W szumie wolno padających kropel zwlekaliśmy się do Jaśkowego maleńkiego szałasu. Tam, grzejąc się przy watrze, popłakiwaliśmy z dymu pijąc kwaśną żętycę. Bałem się nadchodzącego dnia - to była moja kolej. Wychodząc ze schroniska zlekceważyłem małe skaleczenie - teraz dłoń spuchła jak bania i wyglądało to bardzo brzydko. Miałem wysoką gorączkę, ale nie chciałem powiedzieć, że nie pójdę.

Mglistym rankiem rozpoczął się ostatni akt. Mgły wałęsały się nisko, jak zasłona dymna przed atakiem. Po raz pierwszy pożegnałem wtedy ziemię i nie było mi lekko. A potem lunął deszcz. Adam wisiał w linii spadku kamiennego dachu i topił się na płytach. Nie było mowy o dalszej walce - Mnich w pełni wykorzystał swój ostatni atut: pogodę!

Mokrzy, zgnębieni, pobici - wracaliśmy do schroniska, jeszcze po drodze opadły nas Jaśkowe psy. Ja powędrowałem na tydzień do łóżka i szpikowano mnie penicyliną. Adaś i Czesiek rozjechali się w różne strony. Pozostała tylko wisząca spod przewieszek lina.

* * *

Rano budzę się dość wcześnie, ale czekam na słońce. Powoli krew zaczyna krążyć szybciej, tają "sople" z nosa i ust i budzi się ochota do dalszej drogi. Znów w górę i w dół jedzie plecaczek z jedzeniem, potem długo wyplątuję się z hamaka i wreszcie ruszamy.

Jeden z najdziwniejszych momentów to kiedy Andrzej zaczyna wyłaniać się spod moich szeroko rozstawionych nóg. Najprzód, gdzieś tam w głębi, ukazuje się jego głowa, a potem, kiedy przeciska się tuż przy ścianie, odjeżdżam na ławkach coraz dalej w powietrze, tak że nie dotykam nawet stopami do skały. Wygląda to, jakby niósł mnie na barana - ale oddycham z ulgą, gdy mnie w końcu mija. Zaraz też wspina się dalej.

I znów płyną minuty, dziesiątki minut, godziny. Patrzę na zwisającą wolno, wybiegającą w bok - transportową linę, która za każdym zdobytym przez "Picusia" metrem odsuwa się dalej od ściany... Już nie jestem automatem; spostrzegam i myślę, a to niedobrze - zaraz pojawi się wyobraźnia i strach. Andrzej zgwałcił przewieszkę, jest w depresji kilka metrów poniżej okapu.

- No i jak tam? - pytam zaciekawiony.

- Trochę lepiej! Jakieś dwa, trzy metry raczej łatwo, ale wyjście będzie francowate, cholerne tarcie!

Godzinę później sytuacja jest znów groźna. "Picek" ma ręce na chwytach - ale trzyma go zacinająca się lina.

- Popuść! Popuść, do diabła! - krzyczy.

- Masz kompletny luz - odpowiadam i faluję dla potwierdzenia.

Nic nie pomaga. Andrzej złazi dwa metry w dół, a ja muszę podejść samotnie i wypiąć zaklinowaną w karabinkach zjazdówkę. "Picek" znów rusza w górę - na tle nieba widzę jego sylwetkę, potem tylko nogi, wreszcie znika.

- Jak tam? - wrzeszczę.

- Zaraz! Niech zrobię stanowisko...

Po chwili zaczyna stukać młotkiem, co napełnia mnie optymizmem, ale trwa pół godziny. Nie mogę wytrzymać:

- No, jak tam?

- Raczej fajnie! Gładka płyta, ale niezbyt stroma, w lewo skośna rysa, można po niej biegać. Potem ostatni pas przewieszek.

- Wysoki?

- Jakieś dwa, trzy metry...

- Nic nie widać?

- Stąd nie.

- No to rób stanowisko!

- Gotowe. Możesz iść!

Moja płytka-pirania ożywa na nowo i nabiera drapieżnych kształtów. Patrzę na nią z trwogą, a nuż w ostatniej chwili zrobi jakiś głupi kawał?

Najważniejsze, żeby wybić haki. Stukam ostrożnie, boję się ruszyć blok. Wyobraźnia bez przerwy bombarduje obrazami przeciętej liny, nieomal słyszę huk lecącego kolosa i czuję zapach siarki. A do diabła!

Ale już lżej! Płyta zostaje w dole, mijam niewielki daszek i... nie do wiary - po raz pierwszy staję na nogach!

Patrzę w dół i mam wrażenie, że nie jestem normalny; czerwonawe skały przewracają się dziwnie na boki, absolutny brak punktu odniesienia i horyzontu, lina - która na zasadzie sztuk fakirów ucieka poziomo w bok, i ja sam, który w tym wszystkim - trochę wprawdzie krzywo - ale stoję!

Wytykam głowę nad okap, Andrzej siedzi na płycie i ściąga z całej siły linę. Świat robi koziołka i wraca do normalnych wymiarów; jest i horyzont, i pion, i siła ciężkości, która mnie teraz gwałtownie wciąga z powrotem. Gramolę się na płytę. Wypinając ławeczki rzucam raz jeszcze okiem na ten dom wariatów; gdyby ktoś mnie tutaj przyprowadził, kazał popatrzeć i powiedział: "tędy wiedzie droga" - usłyszałby, że jest idiotą, mało - założyłbym się bez namysłu o własną, głowę, że to niemożliwe.

W milczeniu długo ściskamy sobie ręce. Ale jeszcze nie czas na gratulacje - niebo przesłaniają czerwonawe, pochylone ku nam okapy. Widok wcale nieprzyjemny. Idę rysą, po płycie i próbuję przewinąć się za kant - nic z tego! A więc w prawo; krok za krokiem po nikłych stopieńkach, tam gdzie przewieszki są najniższe. Płyta jest stroma i gładka - już ponad piętnaście metrów bez haka...

- Ty, nie wariuj! - woła bacznie obserwujący mnie Andrzej. - Jak zlecisz, wpadniesz pod okap!

Ma rację. Z trudem złażę i bacznie badam każdy szczegół niewzruszonej, broniącej wstępu bariery. Stad nie ma powrotu, musimy przejść - ale czy nie złapie nas druga noc? Spostrzegam, że niebo znów różowieje i w Żlebie Mnichowym zaczynają pętać się pierwsze siwe mgiełki...

- Heej! Hej! Haallo! - echa przynoszą kakofonię dźwięków.

Odwracam głowę: naprzeciwko, na ramieniu filaru Cubryny, stoi jakaś dwójka i wydziera się do nas. Widać ich jak na dłoni.

- Która godzina?! - krzyczę.

- Coo?

- Go-dzi-na!

Coś tam odpowiadają, ale echo nie pozwala zrozumieć słów. W końcu wydaje mi się, że chyba piąta. To by się mniej więcej zgadzało. Jeszcze raz szukam uważnie szczerby w tych murach obronnych, przepatruję każde załamanie i zagłębienie...

Jest! Maleńka, nakryta niskim okapem nyżka to słaby punkt, ale żeby się tam dostać - konieczne dwa metry podciągu. Trudno. Wbijam hak, wieszam ławeczki, dostaję do jakiegoś chwytu i włażę na wariata. Nyżka jest mała - siedzę skulony, o wyprostowaniu nie ma mowy. Powietrze wyraźnie ciemnieje, najwyżej pół godziny światła. Znów słaby hak na wysokości piersi - odchylam ciało do tyłu i wstaję. Klinuję zamkniętą dłoń w głębokiej rysie. Rysa jest za szeroka, koniecznie kołek! Na szczęście mam jeszcze jeden. Wbijam go do końca, zapinam karabinek, na sekundę maleńkie głazy w Mnichowym Żlebie, żółte płaszczyzny płyt i zielone, płaskie stąd trawniki wirują przed oczyma.

Jest już ciemno, idę dalej w górę; w mrokach majaczą jakieś wielkie bloki, wtem spostrzegam nad sobą zardzewiałą lodową igłę... To podszczytowy trawers Paszuchy i Łapińskiego.

Drapię się na kamienny obelisk i wygodna platforma kończy drogę. Już całkiem ciemno. Długo wrzeszczę i szarpię linę, zanim Andrzej zrozumie, że ma iść. Potem z dołu dolatują coraz mocniejsze okrzyki, żebym ściągał.

Cholerna lina znów się zacięła, mdleją mi ręce, nie mam siły jej ściągnąć. Szarpię jeszcze raz z pasją no, poszła! Pomału usypiając, automatycznie poruszam rękami, nagle silny wstrząs podrywa mnie w górę...

- Co jest? - krzyczę.

Dobiegają jakieś klątwy, potem:

- Trzymaj na sztywno! Ściągnij! Trzymaj! - wykonuję te polecenia niezbyt przytomnie, w końcu Andrzej dochodzi...

- Co się stało? - pytam.

- Lina się zacięła. Wyszedłem na rękach, hak wyskoczył i sprułem.

- Dużo?

- Ze trzy metry...

Siedzimy bez ruchu, nie rozmawiając, w kompletnym otępieniu. To koniec. Zgrzane ciała stygną powoli i dobiera się do nas mróz. Milczenie przerywa "Picek":

- Śpimy tu?

Przytomnieję.

- Nie, zostawimy żelazo i poszukamy lepszego miejsca.

- Daj spokój, wspinać się, po nocy?

- To całkiem łatwe.

- Jak chcesz... - apatycznie mówi Andrzej.

Zrzucam z siebie młotek, haki, daję mu do asekuracji linę i wspinam się w zupełnych ciemnościach.

Rozwiązujemy się na przełączce pod południową granią. Szczyt jest dziesięć metrów nad nami - mamy czas pójść tam jutro. Teraz znaleźć tylko jakieś możliwe miejsce i spać. Wleczemy się sennie w dół. Mróz chwyta coraz silniejszy, zataczając się leziemy jak dwie ostatnie ofermy. Niewidoczny jeszcze księżyc srebrzy wierzchołki Cubryny i Mięguszowieckiego Szczytu.

Schodzimy do Mnichowych Stawków i kładziemy się na miękką trawę. Otwieramy młotkiem puszkę wołowiny. Jest zimna jak 1ód, z trudem przechodzi przez gardło, ale kuleczki tłuszczu rozpuszczają się jednak po chwili w ustach i zaspokajają głód. Chce mi się pić. Księżyc już nas dosięga.

Ta noc jest chyba gorsza od wczorajszej. Dmucha mroźny wiatr i mimo że tulimy się do siebie jak para kochanków - trzęsę się z zimna.

Rankiem budzą nas dreszcze. Stawki zamarzły, a my i cała trawa pokryci jesteśmy grubą warstwą szronu. Ruszamy się powoli, niezgrabnie. O jedzeniu wołowiny nie ma mowy - jej stopień twardości mieści się teraz na pewno gdzieś pomiędzy diamentem a stalą!

W końcu zjawia się słońce. Siadamy w jego promieniach. Ale jest źle, czas mija - a nam nie chce się ruszyć. Kiedy słońce niknie na dobre - idziemy w górę. Nie rozmawiamy prawie ze sobą, kuśtykamy noga za nogą, zabieramy sprzęt, włazimy dla zadośćuczynienia na szczyt i powoli wracamy w dół - ku ścieżce. Jest późno, na pewno dobrze po południu.

* * *

Gdy zza zakrętu ukazuje się schronisko, nawet mnie to nie cieszy. Jestem zupełnie ogłuszony, przytępiały, niezbyt zdaję sobie z tego sprawę, co się ze mną dzieje. Wiem tylko, że wielki ciężar spadł mi z barków ale gdyby ktoś mnie spytał o wrażenia z drogi, nie potrafiłbym powiedzieć nic. No cóż, było trudno, baliśmy się, skończyliśmy.

Schronisko wymarłe, puste. Nikt nie wybiega naprzeciw, nikt nie gratuluje życiowego sukcesu. No, ale kto to ma zrobić? Połowa października - wszyscy wyjechali. Tylko wielki bernardyn Bari podchodzi z wolna się przeciągając i macha ogonem.

Na pustym placu autobusowym stoi ostatni autobus. Z werandy zbiega drewnianymi schodkami kierowca.

- Kiedy odjazd? - pyta Andrzej.

- Już jedziemy, proszę się pospieszyć!

- Janek! Ja jednak pojadę - decyduje się "Picek", biegnie do kurnika po plecak i za moment wraca. Haki i sprzęt podzielimy w Krakowie. Ty kiedy będziesz?

- Nie wiem, może jutro.

- No to cześć - mówi Andrzej i ściska mi rękę. Zostaję sam. Wolno wyłażę koślawymi szczeblami drabinki do kurnika.

Brnę po kostki w mieszaninie starych, niepotrzebnych nikomu menażek, pustych konserwowych puszek i wszelkiego rodzaju śmieci. Na półkach poniewierają się góry płatków owsianych i makaronu, wszędzie stare liny, pętle, a kilkanaście trampek - każda innej wielkości i koloru - oraz podarte łachmany zalegają brudne sienniki. Wygląda tu jak po trzęsieniu ziemi. W kącie leży mój śpiwór. Wszyscy opuścili tonący okręt. Zwalam się ciężko na siennik i właściwie nic mi się już nie chce; ani jeść, ani spać - wiem tylko, że jest mi smutno.


Jan Długosz: Komin Pokutników,
Iskry, Warszawa 1964










Copyright © 1997-2007 Zwoje