Zamieszczamy wspomnienie Jana Dlugosza (1929-1962) o pierwszym przejsciu drogi "Wariant R", srodkiem polnocno-wschodniej sciany Mnicha, uchodzacej za najtrudniejsza w Tatrach. (Jest to prawie gladka sciana, z przewieszkami tworzacymi w skale wyraznie widoczna wielka litere R.) Przejscia tego dokonali Jan Dlugosz i Andrzej Pietsch 12-13 pazdziernika 1955 roku.

W Zwojach 14 znajduje sie tekst Jana Dlugosza pt. Czarny motyl oraz informacje o tym wielkim wspinaczu, ktory zginal na Zadnim Koscielcu 2 lipca 1962. (AMK)





SCIANA LEKU





JAN DLUGOSZ


Wielu radosci swiata wyrzekne sie z latwoscia -
ale zabierzcie mi lek, a zycie stanie sie puste,
mdle i zatesknie za smiercia!

Lammer



- Andrzej, uwazaj! - wolam z rozpacza w glosie i odrywam noge od plyty. Zegnam ziemie i zaczynam wirowac w powietrzu jak baczek.

- Dociagnij jeszcze troche!

- Dobra - odpowiada. Nic nie pomaga, dalej nie moge zlapac rownowagi i kreci mna na wszystkie strony.

- Mocniej!

- Wiecej sie nie da, lina klinuje!

Nerwowo wierce sie w laweczkach, szukajac jedna reka odpowiedniej lyzki do wbicia.

- Uwazaj, mlotek! - krzyczy Andrzej.

- Coo?

- Mlotek ci wypadl...

Rzeczywiscie, zwisa na naprezonym sznurku w dol, pokazujac prawdziwy kierunek ziemskiego przyciagania.

Nad glowa zamyka sie prawie poziomy dach skalny. Dyndam twarza w gore, w gleboko, prawie po biodra nasunietych laweczkach, i tylko skora plecow instynktownie wyczuwa te trzysta - dzielacych ja od Mnichowego Zlebu - metrow pustki.

Znalazlem juz potrzebny hak; wychylam sie jak najdalej do przodu, wtykam go w szczeline i zaczynam wbijac. Trwa to dlugo, miesnie rak sztywnieja i uderzenia staja sie coraz slabsze...

Wpinam jakos karabinek i line.

- Ide dalej!!

I teraz zaczyna sie cyrk. Wyjmuje noge i wirujac na jednej petli tylko - wieszam wolna lawke na gornym haku. Glowe mam w dole i nie moge wlozyc stopy do beztrosko balansujacych metalowych szczebelkow. Dosiegam wreszcie i podsuwam pod kolano...

- Dociagnij! - krzycze.

Lapie reka za hak - zawisam tylko na niej - chwila wysilku i siedze w gornej petli. Niestety, sufit zaczyna sie zaraz nad moim nosem i nadal musze pozostawac w niewygodnej, na wpol lezacej pozycji. Przed oczyma mam lekko uciekajaca w gore skale, z jednym malym peknieciem; ono ma mnie doprowadzic do ziemi obiecanej. Oprocz koniecznych ruchow i wbitego na blache arsenalu pojec wspinaczkowych zniknely wszystkie inne mysli, tyle tylko, ze bola mnie coraz wiecej powyginane kosci, jestem zmeczony i chcialbym, zeby ten dach juz sie skonczyl.

- Andrzej! Jak daleko do plyty? - wolam.

- Dwa, trzy metry... Ach, zebys ty siebie widzial!

Nie odpowiadam, wcale nie mam na to ochoty! Nie mam zreszta ochoty absolutnie na nic; ani na tort czekoladowy, ani na Sophie Loren, ani na milion dolarow. Chcialbym byc tylko dwa metry wyzej!

Na skraju okapu widze juz przylepiona w przewieszkach plyte...

- Andrzej - wolam - tam bedzie mozna isc klasycznie!

- Dobra, dobra - odpowiada bez wielkiego przekonania - najpierw wyjdz.

Godzine pozniej siedze juz prawie wygodnie w petelkach u stop plyty. Wiedzialem o niej dawno i niejedna bezsenna noc obciaza jej sumienie. Z daleka podobna jest do postrachu brazylijskich rzek - malej rybki piranii. Prawie okragla, o owalnych, lekko splaszczonych koncach, rozowo-bialo-popielata z dwoma ciemnymi poprzecznymi pregami - zupelnie jakby wyjeta z akwarium. Reszta przewieszek jest gladka, skrzesana bez rys, i tylko tedy moze biegnac droga. Ale plytka-pirania, wazaca na pewno dobrze ponad tone, ma jedna wade: jest ze wszystkich stron odpeknieta. Nawet z przeciwleglego filaru Cubryny widac gleboko ciemne szczeliny. Jakim cudem jeszcze sie trzyma - nie wiadomo, ale jeden nawet nieostroznie wbity hak i requiescat in pace!

Ktos z moich przyjaciol dowodzil, ze istnieje podyktowana stanem nerwow granica rozpaczy czy strachu. Mysle, ze mial racje; boje sie teraz znacznie mniej niz rok temu. Wtedy moglem jeszcze nie pojsc - a dzis... Lina idzie opornie przez zawile kombinacje karabinkow. "Musze sciagnac Andrzeja pod przewieszki" - mysle.

- Chodz! - wolam.

- Dobra... likwiduje stanowisko.

Trwa to dlugo. Wybija haki, przesuwa sie wolno trawersem, a w koncu znika z pola widzenia pod okapem.

Zaczyna byc zimno. Czyzby bylo juz tak pozno? Niebo poczerwienialo, powietrze gestnieje w przedwieczorna mgle, a slonce chowa sie za Wrotami Chalubinskiego.

A wiec noc, noc, jakiej nigdy nie mialem i chyba juz miec nie bede. Samotnie, na watlych deseczkach na okapie najwiekszej ze znanych mi przewieszek.

- Andrzej, bedziemy tu biwakowac?

- Chyba tak.

- To urzadz sie jakos, zjedz i poslij plecak.

- Dobra.

Zanim spod nog wylonil sie maly chlebaczek, zdazylem sie zdrzemnac. Jedzie w gore na transportowej linie, jak dziecieca kolejka linowa.

Kolacja; troche sloniny, chleb, kawalek suszonej kielbasy. Wyciagam jeszcze noge slonia i plecak wedruje z powrotem. Zdaje sobie sprawe, ze w tej niewygodnej pozycji trudno bedzie wytrzymac noc. No coz, z dusza na ramieniu wbijam delikatnie dwa haki pod plyte i plote sobie z liny rodzaj hamaka. Na nogi w laweczkach naciagam noge slonia.

Jest polowa pazdziernika i dosc silny mroz, ale gdybym twierdzil, ze bardzo zmarzlem - sklamalbym. Jestem w jakims dziwnym stanie; wiem, ze tym razem - to ostateczny obrachunek...

* * *

Trzy lata temu stanelismy po raz pierwszy u stop sciany. Jurek Wala ma charakterystycznie skrzywiona twarz. Mruzy oczy patrzac na wypolerowane plyty... - To, panie - mowi - beznadziejnie wyglada... Nie wiem, panie, czy damy rade!

Pialem sie wtedy w gore, ku starym zardzewialym hakom. W dole plynely mgly, a kolo "Bacowki Jaska" spiewali gorale. To byl moj pierwszy dluzszy podciag. Haki siedzialy zle, balem sie lotu. A potem zawislismy w petelkach; nie wiadomo, gdzie gora - gdzie dol, wychodzilem coraz wyzej - sylwetka Jurka uciekala w glab, a ja sie balem. Boze! Jak sie balem.

Dwie male szare kuleczki, przytulone do pionowej ogromnej sciany, wiszace na kiepskich sznurkach, kawalkach dykty i zelaznych blaszkach wbitych w minimalne pekniecia plyty. Nie podobalo mi sie to wcale. I Jurek tez sie chyba nie ucieszyl. Komu zreszta moglo sie podobac dyndanie - majac pod pietami trzysta metrow powietrza, a w gorze kamienny dach?

Zblizal sie wieczor. Ostatni hak Lapinskiego byl najwyzej dwa, trzy metry dalej; strach przybierajac postac rozsadku kusil do odwrotu. I wtedy zobaczylem pomurnika. Bajecznie kolorowy ptaszek, trzepoczacy skrzydlami jak egzotyczny motyl, przyfrunal, okrazyl mnie kilkakrotnie ciekawie - a potem usiadl obok na plycie. Przeginal glowke i zagladal mi pod nogi, jakby chcial podpatrzyc, czym jestem przyczepiony do sciany.

Usmiechnalem sie - po co? Zebym to ja sam wiedzial. Ale strach zniknal, w gore bylo jeszcze tylko trzy metry.

* * *

Odtad do uczucia zadowolenia po najpiekniejszej nawet wspinaczce mieszala sie nutka niepokoju. Rok pozniej wrocilem tu znowu i tez noc zastala nas przy powrocie. A teraz siedze na laweczkach i dokonuje sie cos, i wiem, ze teraz stac sie juz musi. Cos - co bylo trescia zycia przez ostatnie trzy lata.

Dlaczego nie jestem zdenerwowany i nie rozmyslam lekliwie nad jutrzejszym dniem, jakby nasze zwyciestwo bylo juz pewne? Dlaczego moja niewygodna pozycja, nawet to, ze mi zimno - wydaje sie czyms najoczywistszym na swiecie? Na okapie istnialy tylko laweczki, hak i rysa, ktora trzeba bylo isc w gore. Znikla przestrzen, czas, od dziecka wpajane prawa fizyczne, caly odwieczny porzadek. Zostalismy razem ze skala, jacys wyjeci, wyizolowani z otoczenia. I tak wlasnie jest dobrze...

Stad odwrotu juz nie ma... Jakby dla potwierdzenia tej prawdy, patrze w czarna glebie pod nogami. Jestem sam, absolutnie sam - na najtrudniejszej drodze zycia. Czuje sie tak samotny, ze przestaje nawet wierzyc, ze Andrzej wisi pode mna w petelkach. Zeby sie o tym przekonac, wolam w noc - nasladujac ryk lwa:

- Yuek aubrr! Yuek aubrr!!

W dole otwiera sie pieklo, potezne echa odpowiadaja z ciemnosci glosami potepionych mar. Ryki przewalaja sie, odbijaja od waskich scian i mieszaja z dziesiatkami wciaz na nowo powstajacych ech. Wrazenie jest silne, ale choc sam nastraszony, wrzeszcze raz jeszcze z jakas dzika, rosnaca radoscia:

- Eouunghh!

Spod przewieszki dolatuja mamrotane pod nosem klatwy:

- Zamknij gebe! Czys ty zwariowal?

- A bo co?

- Niech cie krew zaleje! Juz prawie spalem, kiedy przez twoje kretynskie wycia przypomnialem sobie, gdzie jestem. Przestan sie drzec!

Poslusznie przestaje. Gdzies zza grani wylazi ksiezyc, juz widac jego rabek. Naciagam glebiej czapke. Powoli rozlewa sie mrozne swiatlo; pada na mnie, pelznie po plycie i rozjasnia mrok zlebu. Nie mozna spac w takich warunkach.

* * *

Trzeci raz zjawilismy sie tutaj jakies dwa i pol miesiaca temu: Momo, Adas Bilczewski i ja. Tym razem dobrze przygotowani, ze swietnym sprzetem i w formie. Adas Bilczewski jest chyba najbardziej zaciety. Krepa, zgrabna sylwetka, czerwone policzki i lekko wytrzeszczone z przejecia oczy...

- Panowie - peroruje zacietrzewiony - musimy wkosic, zeby nie wiem co!

A w kilka dni pozniej, z lekka sie swoim zwyczajem zacinajac, opowiada zasluchanemu gronu:

- Eee, ten Mnich to pestka! Ale psy - to byla korba!

Czesiek Momatiuk. Jakze czesto zazdroscilem mu lekkomyslnosci, gdy bez namyslu wychodzil po tkwiacych na slowo honoru hakach, pial sie na kruche przewieszki i sliskie plyty. A jednak na Wariancie R kiedy jako pierwszy czlowiek dotarl pod okap i zobaczyl, co nas jeszcze czeka - trzeba bylo slyszec jego glos:

- Jest zupelnie francowacie - haki nie siedza! Jak tylko cos wbije, natychmiast zlaze!

Pierwszego dnia, gdy Czesiek doszedl pod przewieszki, przepedzil nas deszcz. Wytrawersowalismy trawiastymi polkami ze sciany i dlugo, dlugo po nocy tluklismy sie po glazach Dolinki za Mnichem w poszukiwaniu jakiejs koleby. Nie znalezlismy.

W szumie wolno padajacych kropel zwlekalismy sie do Jaskowego malenkiego szalasu. Tam, grzejac sie przy watrze, poplakiwalismy z dymu pijac kwasna zetyce. Balem sie nadchodzacego dnia - to byla moja kolej. Wychodzac ze schroniska zlekcewazylem male skaleczenie - teraz dlon spuchla jak bania i wygladalo to bardzo brzydko. Mialem wysoka goraczke, ale nie chcialem powiedziec, ze nie pojde.

Mglistym rankiem rozpoczal sie ostatni akt. Mgly walesaly sie nisko, jak zaslona dymna przed atakiem. Po raz pierwszy pozegnalem wtedy ziemie i nie bylo mi lekko. A potem lunal deszcz. Adam wisial w linii spadku kamiennego dachu i topil sie na plytach. Nie bylo mowy o dalszej walce - Mnich w pelni wykorzystal swoj ostatni atut: pogode!

Mokrzy, zgnebieni, pobici - wracalismy do schroniska, jeszcze po drodze opadly nas Jaskowe psy. Ja powedrowalem na tydzien do lozka i szpikowano mnie penicylina. Adas i Czesiek rozjechali sie w rozne strony. Pozostala tylko wiszaca spod przewieszek lina.

* * *

Rano budze sie dosc wczesnie, ale czekam na slonce. Powoli krew zaczyna krazyc szybciej, taja "sople" z nosa i ust i budzi sie ochota do dalszej drogi. Znow w gore i w dol jedzie plecaczek z jedzeniem, potem dlugo wyplatuje sie z hamaka i wreszcie ruszamy.

Jeden z najdziwniejszych momentow to kiedy Andrzej zaczyna wylaniac sie spod moich szeroko rozstawionych nog. Najprzod, gdzies tam w glebi, ukazuje sie jego glowa, a potem, kiedy przeciska sie tuz przy scianie, odjezdzam na lawkach coraz dalej w powietrze, tak ze nie dotykam nawet stopami do skaly. Wyglada to, jakby niosl mnie na barana - ale oddycham z ulga, gdy mnie w koncu mija. Zaraz tez wspina sie dalej.

I znow plyna minuty, dziesiatki minut, godziny. Patrze na zwisajaca wolno, wybiegajaca w bok - transportowa line, ktora za kazdym zdobytym przez "Picusia" metrem odsuwa sie dalej od sciany... Juz nie jestem automatem; spostrzegam i mysle, a to niedobrze - zaraz pojawi sie wyobraznia i strach. Andrzej zgwalcil przewieszke, jest w depresji kilka metrow ponizej okapu.

- No i jak tam? - pytam zaciekawiony.

- Troche lepiej! Jakies dwa, trzy metry raczej latwo, ale wyjscie bedzie francowate, cholerne tarcie!

Godzine pozniej sytuacja jest znow grozna. "Picek" ma rece na chwytach - ale trzyma go zacinajaca sie lina.

- Popusc! Popusc, do diabla! - krzyczy.

- Masz kompletny luz - odpowiadam i faluje dla potwierdzenia.

Nic nie pomaga. Andrzej zlazi dwa metry w dol, a ja musze podejsc samotnie i wypiac zaklinowana w karabinkach zjazdowke. "Picek" znow rusza w gore - na tle nieba widze jego sylwetke, potem tylko nogi, wreszcie znika.

- Jak tam? - wrzeszcze.

- Zaraz! Niech zrobie stanowisko...

Po chwili zaczyna stukac mlotkiem, co napelnia mnie optymizmem, ale trwa pol godziny. Nie moge wytrzymac:

- No, jak tam?

- Raczej fajnie! Gladka plyta, ale niezbyt stroma, w lewo skosna rysa, mozna po niej biegac. Potem ostatni pas przewieszek.

- Wysoki?

- Jakies dwa, trzy metry...

- Nic nie widac?

- Stad nie.

- No to rob stanowisko!

- Gotowe. Mozesz isc!

Moja plytka-pirania ozywa na nowo i nabiera drapieznych ksztaltow. Patrze na nia z trwoga, a nuz w ostatniej chwili zrobi jakis glupi kawal?

Najwazniejsze, zeby wybic haki. Stukam ostroznie, boje sie ruszyc blok. Wyobraznia bez przerwy bombarduje obrazami przecietej liny, nieomal slysze huk lecacego kolosa i czuje zapach siarki. A do diabla!

Ale juz lzej! Plyta zostaje w dole, mijam niewielki daszek i... nie do wiary - po raz pierwszy staje na nogach!

Patrze w dol i mam wrazenie, ze nie jestem normalny; czerwonawe skaly przewracaja sie dziwnie na boki, absolutny brak punktu odniesienia i horyzontu, lina - ktora na zasadzie sztuk fakirow ucieka poziomo w bok, i ja sam, ktory w tym wszystkim - troche wprawdzie krzywo - ale stoje!

Wytykam glowe nad okap, Andrzej siedzi na plycie i sciaga z calej sily line. Swiat robi koziolka i wraca do normalnych wymiarow; jest i horyzont, i pion, i sila ciezkosci, ktora mnie teraz gwaltownie wciaga z powrotem. Gramole sie na plyte. Wypinajac laweczki rzucam raz jeszcze okiem na ten dom wariatow; gdyby ktos mnie tutaj przyprowadzil, kazal popatrzec i powiedzial: "tedy wiedzie droga" - uslyszalby, ze jest idiota, malo - zalozylbym sie bez namyslu o wlasna, glowe, ze to niemozliwe.

W milczeniu dlugo sciskamy sobie rece. Ale jeszcze nie czas na gratulacje - niebo przeslaniaja czerwonawe, pochylone ku nam okapy. Widok wcale nieprzyjemny. Ide rysa, po plycie i probuje przewinac sie za kant - nic z tego! A wiec w prawo; krok za krokiem po niklych stopienkach, tam gdzie przewieszki sa najnizsze. Plyta jest stroma i gladka - juz ponad pietnascie metrow bez haka...

- Ty, nie wariuj! - wola bacznie obserwujacy mnie Andrzej. - Jak zlecisz, wpadniesz pod okap!

Ma racje. Z trudem zlaze i bacznie badam kazdy szczegol niewzruszonej, broniacej wstepu bariery. Stad nie ma powrotu, musimy przejsc - ale czy nie zlapie nas druga noc? Spostrzegam, ze niebo znow rozowieje i w Zlebie Mnichowym zaczynaja petac sie pierwsze siwe mgielki...

- Heej! Hej! Haallo! - echa przynosza kakofonie dzwiekow.

Odwracam glowe: naprzeciwko, na ramieniu filaru Cubryny, stoi jakas dwojka i wydziera sie do nas. Widac ich jak na dloni.

- Ktora godzina?! - krzycze.

- Coo?

- Go-dzi-na!

Cos tam odpowiadaja, ale echo nie pozwala zrozumiec slow. W koncu wydaje mi sie, ze chyba piata. To by sie mniej wiecej zgadzalo. Jeszcze raz szukam uwaznie szczerby w tych murach obronnych, przepatruje kazde zalamanie i zaglebienie...

Jest! Malenka, nakryta niskim okapem nyzka to slaby punkt, ale zeby sie tam dostac - konieczne dwa metry podciagu. Trudno. Wbijam hak, wieszam laweczki, dostaje do jakiegos chwytu i wlaze na wariata. Nyzka jest mala - siedze skulony, o wyprostowaniu nie ma mowy. Powietrze wyraznie ciemnieje, najwyzej pol godziny swiatla. Znow slaby hak na wysokosci piersi - odchylam cialo do tylu i wstaje. Klinuje zamknieta dlon w glebokiej rysie. Rysa jest za szeroka, koniecznie kolek! Na szczescie mam jeszcze jeden. Wbijam go do konca, zapinam karabinek, na sekunde malenkie glazy w Mnichowym Zlebie, zolte plaszczyzny plyt i zielone, plaskie stad trawniki wiruja przed oczyma.

Jest juz ciemno, ide dalej w gore; w mrokach majacza jakies wielkie bloki, wtem spostrzegam nad soba zardzewiala lodowa igle... To podszczytowy trawers Paszuchy i Lapinskiego.

Drapie sie na kamienny obelisk i wygodna platforma konczy droge. Juz calkiem ciemno. Dlugo wrzeszcze i szarpie line, zanim Andrzej zrozumie, ze ma isc. Potem z dolu dolatuja coraz mocniejsze okrzyki, zebym sciagal.

Cholerna lina znow sie zaciela, mdleja mi rece, nie mam sily jej sciagnac. Szarpie jeszcze raz z pasja no, poszla! Pomalu usypiajac, automatycznie poruszam rekami, nagle silny wstrzas podrywa mnie w gore...

- Co jest? - krzycze.

Dobiegaja jakies klatwy, potem:

- Trzymaj na sztywno! Sciagnij! Trzymaj! - wykonuje te polecenia niezbyt przytomnie, w koncu Andrzej dochodzi...

- Co sie stalo? - pytam.

- Lina sie zaciela. Wyszedlem na rekach, hak wyskoczyl i sprulem.

- Duzo?

- Ze trzy metry...

Siedzimy bez ruchu, nie rozmawiajac, w kompletnym otepieniu. To koniec. Zgrzane ciala stygna powoli i dobiera sie do nas mroz. Milczenie przerywa "Picek":

- Spimy tu?

Przytomnieje.

- Nie, zostawimy zelazo i poszukamy lepszego miejsca.

- Daj spokoj, wspinac sie, po nocy?

- To calkiem latwe.

- Jak chcesz... - apatycznie mowi Andrzej.

Zrzucam z siebie mlotek, haki, daje mu do asekuracji line i wspinam sie w zupelnych ciemnosciach.

Rozwiazujemy sie na przelaczce pod poludniowa grania. Szczyt jest dziesiec metrow nad nami - mamy czas pojsc tam jutro. Teraz znalezc tylko jakies mozliwe miejsce i spac. Wleczemy sie sennie w dol. Mroz chwyta coraz silniejszy, zataczajac sie leziemy jak dwie ostatnie ofermy. Niewidoczny jeszcze ksiezyc srebrzy wierzcholki Cubryny i Mieguszowieckiego Szczytu.

Schodzimy do Mnichowych Stawkow i kladziemy sie na miekka trawe. Otwieramy mlotkiem puszke wolowiny. Jest zimna jak 1od, z trudem przechodzi przez gardlo, ale kuleczki tluszczu rozpuszczaja sie jednak po chwili w ustach i zaspokajaja glod. Chce mi sie pic. Ksiezyc juz nas dosiega.

Ta noc jest chyba gorsza od wczorajszej. Dmucha mrozny wiatr i mimo ze tulimy sie do siebie jak para kochankow - trzese sie z zimna.

Rankiem budza nas dreszcze. Stawki zamarzly, a my i cala trawa pokryci jestesmy gruba warstwa szronu. Ruszamy sie powoli, niezgrabnie. O jedzeniu wolowiny nie ma mowy - jej stopien twardosci miesci sie teraz na pewno gdzies pomiedzy diamentem a stala!

W koncu zjawia sie slonce. Siadamy w jego promieniach. Ale jest zle, czas mija - a nam nie chce sie ruszyc. Kiedy slonce niknie na dobre - idziemy w gore. Nie rozmawiamy prawie ze soba, kustykamy noga za noga, zabieramy sprzet, wlazimy dla zadoscuczynienia na szczyt i powoli wracamy w dol - ku sciezce. Jest pozno, na pewno dobrze po poludniu.

* * *

Gdy zza zakretu ukazuje sie schronisko, nawet mnie to nie cieszy. Jestem zupelnie ogluszony, przytepialy, niezbyt zdaje sobie z tego sprawe, co sie ze mna dzieje. Wiem tylko, ze wielki ciezar spadl mi z barkow ale gdyby ktos mnie spytal o wrazenia z drogi, nie potrafilbym powiedziec nic. No coz, bylo trudno, balismy sie, skonczylismy.

Schronisko wymarle, puste. Nikt nie wybiega naprzeciw, nikt nie gratuluje zyciowego sukcesu. No, ale kto to ma zrobic? Polowa pazdziernika - wszyscy wyjechali. Tylko wielki bernardyn Bari podchodzi z wolna sie przeciagajac i macha ogonem.

Na pustym placu autobusowym stoi ostatni autobus. Z werandy zbiega drewnianymi schodkami kierowca.

- Kiedy odjazd? - pyta Andrzej.

- Juz jedziemy, prosze sie pospieszyc!

- Janek! Ja jednak pojade - decyduje sie "Picek", biegnie do kurnika po plecak i za moment wraca. Haki i sprzet podzielimy w Krakowie. Ty kiedy bedziesz?

- Nie wiem, moze jutro.

- No to czesc - mowi Andrzej i sciska mi reke. Zostaje sam. Wolno wylaze koslawymi szczeblami drabinki do kurnika.

Brne po kostki w mieszaninie starych, niepotrzebnych nikomu menazek, pustych konserwowych puszek i wszelkiego rodzaju smieci. Na polkach poniewieraja sie gory platkow owsianych i makaronu, wszedzie stare liny, petle, a kilkanascie trampek - kazda innej wielkosci i koloru - oraz podarte lachmany zalegaja brudne sienniki. Wyglada tu jak po trzesieniu ziemi. W kacie lezy moj spiwor. Wszyscy opuscili tonacy okret. Zwalam sie ciezko na siennik i wlasciwie nic mi sie juz nie chce; ani jesc, ani spac - wiem tylko, ze jest mi smutno.


Jan Dlugosz: Komin Pokutnikow,
Iskry, Warszawa 1964










Copyright © 1997-2000 Zwoje