W roku 1928 osiągnął pierwszy duży sukces: pierwsze wejście zachodnią ścianą Kościelca. Rok 1929 był już rozkwitem jego taternictwa, z pierwszymi wejściami, m. in.:
Wiesław Stanisławski zginął 4 sierpnia 1933 razem z Witoldem Wojnarem, w bliżej nieznanych okolicznościach, przy próbie pierwszego przejścia niewielkiej i niezbyt trudnej zachodniej ściany Kościółka w Dolinie Batyżowieckiej.
Stanisławski zapoczątkował w Tatrach (polskich i słowackich) nowoczesne podejście do gór, pozbawione zahamowań psychicznych przed wielkimi, urwistymi, przewieszonymi ścianami. Bez wahania atakował i zdobywał krzesanice uchodzące wcześniej za niemożliwe do przejścia. Nazwano go największym zdobywcą tatrzańskich ścian.
(źródła: Zofia i Witold H. Paryscy, Encyklopedia Tatrzańska, 1973;
Wierchy, 1932; 1933)


Dzień 31 grudnia 1929 r.
Było to ostatniego dnia roku. Zostałem w schronisku sam. Towarzysze pojechali do Zakopanego, miałem więc w perspektywie cały dzień nudzenia się w nieopalonej izbie. Pojeździłem trochę na nartach nad brzegami zamarzniętego Morskiego Oka, lecz trwało to krótko. Ze śniegu, co krok sterczał kamień lub rosochaty czub kosówki. Gdzieś wyżej, w kotlinie Doliny za Mnichem, można by pewnie swobodniej zażyć narciarskich rozkoszy. Po namyśle przyjąłem ten projekt, lecz w ostatniej chwili zaszła w jego wykonaniu dość znaczna zmiana. Nie wziąłem nart ze sobą, a natomiast obciążyłem się czekanem i rakami. "Natura taternika ciągnie na turnie."
Dzień był pochmurny. Mięguszowieckie olbrzymy zniknęły w tumanach grubych mgieł. Tylko ich białe stopy wysuwały się ku brzegom jeziora. Mróz był wprawdzie niewielki ale za to wiatr halny dął z olbrzymią siłą, niosąc, przez granie od Spisza, mgły i kurniawę.
W kotle Morskiego Oka było nieco spokojniej. Czasami tylko wpadała zawierucha i niosła się gwałtownym szumem przez łany kosodrzewiny i świerkowe lasy Rybiego Potoku.
Odczuwałem radość w samym szamotaniu się z wiatrem. W możności przezwyciężenia jego oporu. Od brzegów jeziora szedłem wprost w górę szerokim, śnieżnym żlebem. Kurniawa cięła wprost w twarz ostrymi igiełkami lodu. Często musiałem dłuższą chwilę przeleżeć, skulony za krzakiem kosówki, aby przeczekać potężny atak wichury. Tak powoli dotarłem na próg Doliny za Mnichem. Z zadowoleniem patrzyłem na przebyty odcinek drogi. Wielkiego wymagał wysiłku. Siadłem za głazem i ćmiłem papierosa, patrząc na groźny i potężny krajobraz zimowy. Było jeszcze dość wcześnie, postanowiłem więc iść dalej.
"A gdyby tak spróbować wydostać się na grań jaką?" - przyszła mi chęć nieodparta. Postanowiłem próbować. Kiedy na chwilę rozwiały się mgły i ujrzałem ośnieżone granie, wybrałem sobie za cel siodełko Ciemnosmreczyńskiej Przełączki.
Największą przyjemnością tej wyprawy była walka z kurniawą.

I to mnie uratowało.
Znajdowałem się już ledwie kilka metrów poniżej przełączki i szykowałem się do wejścia na końcowe, zalodzone skałki, kiedy posłyszałem złowieszczy trzask i w tej samej chwili, zawisłem nogami w powietrzu na wbitym w 1ód czekanie. Szeroka jak koryto żlebu, na pół metra gruba, deska śnieżna, zsunęła się gwałtownie w dół. Na sterczących u wylotu żlebu blokach rozprysnął się śnieg fontanną i przewalił w dolinę, poza linią mojego widzenia. Słyszałem tylko jak z łoskotem, któremu akompaniował szum kurniawy i wycie wiatru między turniami grani, zwalały się masy śniegu po ściankach i stromych stokach. Dno doliny było widoczne przez mgły. Po chwili ujrzałem, jak wynurzył się nad nim wielki tuman śnieżnego pyłu.
Zostałem zawieszony na prawej ręce w pętli czekana. Dźwignąłem się na stylisku i dosięgnąłem ręką łopatki. Stanąłem na odpękniętyni bloczku. Stało się to wszystko niemal w momencie kiedy posłyszałem, że deska ruszyła mi spod nóg. Teraz patrzyłem w dół na lawinę.
W chwilach, gdy jeszcze leciała i grzmot jej rozlegał się echem w okolu Doliny za Mnichem, starałem nasycić się tą dziką symfonią zimy i gór. Obiegłem wzrokiem granie i śnieżne ubocza; pędzące po urwiskach mgły, pióropusz kurniawy, który wytryskał z wierzchołka Zadniego Mnicha. Słuchałem huku burzy i lawiny.
Była to wspaniała całość. Cieszyłem się, że tkwię samotny, zaczepiony na lodowej ściance, w samym sercu szalejących żywiołów. W kurniawie nad lawiną. Ręce trzymały się kurczowo czekana; twarz zsiekana wiatrem paliła jak ogień, oczy, z wysiłku patrzenia w zamieci, zamgliły się trochę łzami.
Kiedy już zcichła lawina w dolinie i opadły wzbite tumany śniegu, zabrałem się do rąbania stopni i w parę minut stanąłem na przełęczy. Wbiłem czekan po łopatkę w twardy śnieg nawisu i targany wiatrem rozglądałem się po graniach.
Czasami z mgieł wynurzało się czarne urwisko Koprowego Wierchu. Czasami zamajaczyły w dali kontury grani Hrubego i, wyniesiony ponad nią, potężny szczyt Krywania. Zadni Mnich piętrzył się w grani, jak smukły obelisk. Widziałem teraz profil jego południowej ściany, z którą daremnie zmagał się huragan. Ponad turnicą wynurzał się masyw Cubryny i ginął w oparach mgieł.
Żal mi było wracać już stąd w dolinę. Wiatr był tak silny, że na wąskiej grani ustać nie mogłem. Rokowało to nadzieję, że droga będzie ciekawa. Wszedłem zatem na południowo-wschodnią grań Ciemnosmreczyńskiej Turni. Grań krótka, ale nie mogłem uwierzyć, aby droga - latem bardzo łatwa - aż tak wielkie mogła nasuwać trudności, Największą zresztą przeszkodą była kurniawa, która spychała mnie z grani w północne urwiska turni. Dwa razy obsunąłem się po zalodzonej skale i wylądowałem, bez szwanku, na śnieżnych półeczkach.
Szczyt Ciemnosmreczyńskiej Turni. Widok na Tatry w śnieżnym huraganie.
Wtulony między bloki, siedziałem dość długo na turni. Dopiero zimno i zbliżający się zmierzch, zmusiły mnie do powrotu.
Schodziłem tą samą drogą. Wiatr jakby przycichł nieco, a raczej przestał atakować bez wytchnienia i przebiegał grań krótszymi falami. To umożliwiło mi trochę szybsze posuwanie się naprzód. Niebawem dotarłem do nawisu przełączki. Ostatnie spojrzenie w kocioł Doliny Piarżystej i na urwiska Koprowego Wierchu. Zacząłem schodzić ku północy. Śnieg, który niedawno leżał dość głęboko, nosił na sobie ślady lawiny. Doskonale było teraz wybijać w nim stopnie. Wydostawszy się ze żlebku, trawersowałem trochę w lewo, a potem, siedząc, zjechałem stromym stokiem, aż na dno doliny. Leżała tu gruda spadłej lawiny.
Na progu Doliny za Mnichem robiło się już ciemno, ale tu nie miałem się już po co spieszyć. Długo siedziałem na głazie, zasłonięty wielkim blokiem od wiatru i wsłuchiwałem się w nie milknące wycie kurniawy.
Była już noc zupełna, kiedy stanąłem na morenie Morskiego Oka.
(Warszawa, 10 stycznia 1931 r.)

Dni 7 i 8 stycznia 1930 r.
Rąbaliśmy drzewo przed schroniskiem w Roztoce. W chwili, kiedy obcierałem ręką spocone czoło, Olek [Aleksander Stanecki], rzuciwszy okiem w głąb Doliny Białej Wody wspomniał znów o Gierlachu.
Potężna piramida szczytu wyraźnym konturem odcinała się na tle nieba. Stopy jego wsiąkały w mrok dolin. Spokój, z którym król wierchów tatrzańskich przyglądał się niebu, budził obawy przed tą skrytą i tajemniczą potęgą, która zakuła się w pancerz skał, polerowany lodem i śnieżnymi gładziznami.
Może właśnie owa bojaźń trzymała nas wciąż w oddali od przepastnych ścian Zadniego Gierlachu? Olek słusznie zauważył, że to, co nas od nich odpycha, ciągnie zarazem najbardziej. Jak wszyscy niemal ludzie, staliśmy bezradni, wobec dziwnych skłonności i porywów, wobec bezcelowych dążeń naszych serc.
Był styczeń. Ciężka, mroźna zima dawała wszelkie prawdopodobieństwo, że zamierzona wyprawa się nie uda. Przed nami - w lepszych nieraz warunkach - pięć prób zimowego wejścia z Doliny Kaczej na Zadni Gierlach, załamało się już u wstępu w skały. Nikt jednak właściwej ściany przejść nie próbował. Straszyła swoim widokiem. Straszyła możliwością lawiny w żlebie i legendą, które często w Tatrach napełniają strachem serca "najmężniejszych".
Dolina Kacza. Na Zielonym Stawie lśniąca tafla lodu. Zresztą lód wszędzie. Halny wyrwał się zza Tatr i ciepłym tchem zrosił rozłożone po urwiskach, białe dywany śniegu. Po paru dniach zwyciężył mróz i zamknął wilgotne śniegi pod grubą skorupą lodu.
Szliśmy na rakach na górne piętro Doliny Kaczej.
Zadni Gierlach przed nami wciąż rósł i olbrzymiał. Teraz staliśmy u jego stóp. Odrzucił w tył dumną siwą głowę. Ku nam wysunęły się głowice turni ściennych i biały - zerwami podcięty - język śniegu. Ten język to właśnie żleb północno-zachodniej ściany. Nasz szlak.

Poprawiam raki na butach. Wokół dłoni zaciskam pętlę czekana. Zaczynam walkę o ścianę. Śnieg stromy i zlodowaciały, po wyrąbaniu stopnia zapada się. Wsparty rękami na lodzie, grzęznę po pas w puchu. Nieco wyżej 1ód utrzymuje już ciężar ciała; potem osuwam się z gipsową deską. I znów grzęznę w puchu. Śnią się nam alpejskie firny na tym tatrzańskim śniegu. Po nich - dziś jeszcze stanęlibyśmy na szczycie, ale w takich warunkach, gdzie każdy metr drogi wymaga walki mozolnej i trudnej, długie jeszcze godziny tęsknić będziemy za granią.
Zachodząc łukiem w lewo, zbliżamy się do dna żlebu. Pod nami urwisko. Nad nami 20 metrowy lodospad, przez który pędzą bryły lodu i kamienie. Suchy piasek śnieżny zsypuje się żłobionymi w lodzie ściekami. Z obu stron - ponad niebieskim cieniem zaścielającym koryto żlebu wznoszą się czarne, wiatrem osuszone ściany.
Lodową rynną pnę się zapieraniem w górę, pod gładką ściankę progu. Czekan pracuje bez przerw - choć opadają, wciaż wysoko wzniesione, znużone ramiona. W niebiesko-zielonej ściance lodospadu rąbię stopień i wielkim krokiem wchodzę w prawo, ponad pierwszą przewieszkę. Całym ciężarem ciała zawieszony na czekanie, wychylam się w bok i młotkiem kuję nowy stopień.
Gdyby był kolec czekana nie wyrwał się z lodu, nie zawołałbym "lecę"! Zresztą alarm okazał się próżny, bo natrafiłem ręką na chwyt z lewej strony. Długo się potem męczyłem aby powrócić do poprzedniej pozycji.
I znów metr w górę. Przecięta o 1ód dłoń krwawy znaczy ślad wysiłku i walki. Po dwóch godzinach wciągam się na czekanie przez ostatnią przewieszkę. Nie byłem w stanie pokonać jej innym sposobem.
Olek jest ledwie 25 metrów poniżej. Na gwałt rozciera teraz skostniałe ciało i idzie ku mnie. Trwało to znów godzinę całą.
Zapadła tymczasem noc. Godzina dopiero 5 po południu. Spać wypada nam na niewielkiej, w 1ód, jak wszystko, zakutej plaformie.
Każdy ruch grozi ześliźnięciem się, przez bliską krawędź, w ciemniejącą otchtłań Doliny Kaczej. Wbijam w ścianę nad nami cztery haki, do których wiążemy siebie i plecaki i wszystko, co może spaść. Na wyrąbanej w lodzie ławeczce, sadowimy się skuleni i szykujemy kolację. Najedzeni i napici wreszcie, włazimy w worki do spania i poczynamy trwać w bezruchu, przez długą jak wieczność, 16 godzinną noc zimową.
Echo naszych rozmów zamarło już w urwiskach. Pierwotne milczenie gór przerywa tylko stuk, sypiących się żlebem kamieni i brył lodu, i słaby szelest wiatru po skałach.
Zmęczone nerwy poczynają budzić wizje i wspomnienia przeżytych w tych górach dni. Przed nami stoją ponure urwiska Ganku, Rumanowego i Żłobistego. Zza nich piętrzy się wyniosła Wysoka. Wspomnienie dręczyć poczyna, gdy podnoszę się mimo woli by spojrzeć, czy kto nie stoi na tamtej odległej półce, w ścianie Rumanowego. Gdybym go ujrzał, pierzchłyby moje wszystkie niepokoje. Najbardziej jednak dręczy cisza, choć piękność jej umie wywołać uśmiech szczęścia, nawet wtedy, gdy duch czyjś - duch taternika, który runął w przepaść - staje obok mnie i opowiada o strasznej potędze gór.
Oleś też często nie śpi. Obaj wtedy patrzymy w dół, gdzie, u naszych nóg, otwiera się bezdenna otchłań. Ta czerń bowiem, która faluje w dole, nie ma dna. Widzimy tylko wierzchołki turni szczytów. Wyrastają z niczego i lśnią w blasku księżyca.
Przez doliny Podhala sunie pociąg. Ustawione rzędem światełka posuwają się w stronę Zakopanego.
Około 1 w nocy księżyc zapadł się między góry. Ogarnął nas mrok zupełny. Zatopieni w nicości, zmarznięci i odrętwiali, trwaliśmy tak jeszcze długie godziny.
Nadszedł szary świt. Potem błękitne smugi poczęły rozwlekać się po turniach i dolinach, wreszcie czub Wysokiej pierwszy buchnął krwawym ogniem wstającego słońca.
Podnosimy się z naszej lodowej ławki. Zbolałe kości i mięśnie z trudem rozpoczynają dalszą pracą. Wypijam herbatę, Olek chowa menażkę i już wchodzę do żlebu. Dzieli go tu żeberko na dwie odnogi. Idę prawą. Po godzinie wysiłku wracam z powrotem na platformę. Gładkie i strome płyty żlebu, oblane cienką emalią lodu - nie puściły. Za mało lodu by się rąbać przez niego - za dużo by szukać stopni w skale. Idę teraz krawędzią żebra, na którym nocowaliśmy. Po dziesięciu minutach ten sam 1ód zmusza mnie jednak do wejścia w żleb. Asekuruję się na haku i rąbię stopnie w grubszym tu nieco lodzie. Przez ścianki kilku lodospadów przewijam się wreszcie na żebro z lewej strony i schodzę do wielkiego kotła w żlebie.
Największe trudności drogi - już za nami.
Posuwanie się śnieżnym złobem, początkowo łatwe i po dobrej szreni, staje się coraz trudniejsze. Śnieg - jak u wejścia w ścianę - co parę metrów inny. Raz przedzieramy się po pachy w suchym, zsuwającym się puchu; w chwilę potem wspinamy się po twardym lodzie, który z trudem chwytają ostre zęby raków. Potem gips, szreń twarda i łamiąca, sucha i oblodzona, i firn i wszelkie możliwe odmiany i tak wprost bez końca. jak wysoko wzrok sięga, pnie się ku grani, poza węgłami turni ginący, grzechotem i szumem pocisków napełniony, nasz wielki, śnieżny żleb.
Od wczoraj, od wyjścia z Roztoki, nie zaznaliśmy spoczynku. Piętnastokilowy plecak ciąży coraz bardziej, obezwładnia ramiona, które wciąż pracują czekanem. I znów wielka przeszkoda. Nowy, choć od poprzedniego niższy próg, przez który wybiega ku nam zielono-błękitny, szklisty lodospad. U stóp progu topimy się w nawianym śniegu, po szyję. Próg bierzemy wprost. Na wbitym w 1ód czekanie, wyciągam się ze śnieżnej kąpieli i przyczepiony na zębach raków, zawisam na śliskiej ściance. Prawą ręką rąbię młotkiem stopień. Odpoczywam często, choć nogi drżą z wysiłku, nie mogąc znaleźć wygodnego oparcia. Wciągam się w końcu na odgrzebanym chwycie i przerzucam w lewo w stosy śnieżnego puchu nad progiem.
Idzie teraz Olek. Nie widzę go ale słyszę zgrzyt żelaza po skale i ciężkie sapanie. Za chwilę jest przy mnie.
Nad progiem żleb zwęża się. Po dobrym lodzie dobijam wreszcie do grani. Spojrzałem na słońce i góry i cofnąłem się z powrotem w mroczną czeluść żlebu.
- Oleś! chodź! - a gdy był blisko, dodałem:
- Dmie, wprost stać na grani niepodobna.
Zmęczony towarzysz, zanurzył się obok mnie w nawianej zaspie śnieżnej. Jemy - niemal już resztki zapasów - palimy, i przypuszczamy szturm do grani. Okazała się cisza zupełna. Olek patrzył na mnie z uśmiechem. Za chwilę jednak i on był przekonany. W ataku wiatru leżeliśmy na grani trzymając się czekanów i skały. I tak już było na przemian. Słoneczna cisza i tnący, niesionym śniegiem, huraganowy wiatr.
Ostra, dziwacznymi rzeźbami lodu okryta grań zbyt wiele zajęłaby nam czasu. Brniemy wschodnim jej stokiem, mając gdzieś ogromnie głęboko pod nogami koryto Wielickiej Doliny. Strumienie pyłu spływają z naszych śladów. Wiatr je rozwiewa i znosi.
Godzina trzecia po południu. Szczyt. Stoimy targani wichrem, nieprzytomni szczęściem na wierzchołku Zadniego Gierlachu! Wokół morze wierchów i zapadłe koryta dolin. Słońce chyli się ku zachodowi.
Nic to, że zdobyliśmy nowy rekord sportowy. Nie dla rekordu chodzimy. Tyle wysiłków i cierpień poświęciliśmy dla tej jednej chwili, kiedy upojeni zwycięstwem stanęliśmy na szczycie, który tak jeszcze niedawno, był tylko naszym marzeniem.
Rąbaliśmy znów drzewo przed schroniskiem w Roztoce. Gierlach jak dawniej stał nad Białą Wodą. Wspaniały i dumny, ale jego urwisko nie miało już tajemnic przed nami.
- Oleś! ot, to nam się udało...
- szepnąłem, patrząc na szczyt co czerwieniał w blasku zachodzącego słońca.
Wiesław Stanisławski
(Warszawa, w marcu 1930 r.)
Wierchy Rocznik Dziesiąty, 1932

Obaj towarzysze wybrali się z Roztoki celem dokonania pewnego rodzaju rekordu w wyjściach. Osiągnęli Kaczy Szczyt z Doliny Kaczej nową drogą i udali się do Doliny Batyżowieckiej, gdzie "po drodze" zaatakowali zachodnią ścianę Kościółka, nie przedstawiającą w porównaniu do rozwiązanych już przez Stanisławskiego problemów tatrzańskich wielkich trudności. Tu nastąpiła katastrofa bez świadków. Ciała nieszczęśliwych znaleziono na piargach związane liną. Ś. p. Stanisławski leżał niżej od ś. p. Wojnara, na jednej nodze miał lekki pantofel (kleterkę), na drugiej but turystyczny, drugi but z zawiniętą cholewką leżał obok plecaka. Należy wnioskować, że katastrofa nastąpiła w chwili zmiany obuwia. Obrażenia śmiertelne były na głowach. Runęli wprost ze ściany głowami w dół, nie odbijając się od skały zupełnie. Ciała znaleźli pp. inż. Grabowski i dr. B. Chwaściński, którzy zaniepokojeni nieobecnością Stanisławskiego i Wojnara, wyruszyli na ich poszukiwanie. T. O. P. R. ograniczyło swą akcję do zniesienia zwłok z Batyżowieckiej Doliny do Smokowca, skąd rodziny zabitych przewiozły ciała do kraju; ś. p. Wojnara do Cieszyna, ś. p. Stanisławskiego do Warszawy.
(Fragment sprawozdania "Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe w r. 1933.",
Wierchy, Rocznik Jedenasty, 1933.)

... W tej właśnie chwili w dalekiej Dolinie Batyżowieckiej idący żlebem ku przełęczy Justyn Wojsznis zatrzymał się. Gdzieś, jakby od strony Kościółka, po którego ścianie wspinał się niewidoczny już dla niego Wiesiek wraz z Witkiem - rozległ się głośny hurkot kamiennej lawiny. Bez niepokoju, ot tak "na wszelki wypadek," Justyn poczekał dłuższą chwilę w miejscu.
- No, gdyby się któremu co stało, zawołaliby przecież na mnie - uspokoił sam siebie i począł z wolna piąć się dalej w górę... [...]
... W dalekiej Dolinie Batyżowieckiej, na rozgrzanych w słońcu głazach, u stóp zachodniej ściany Kościółka konał wtedy Stanisławski. O kilka kroków od niego w kałuży krwi leżał trup Wojnara. Chylące się ku zachodowi słońce oświetlało czerwonym blaskiem miejsce dramatu, a on umierał samotnie wśród szczytów, jak orzeł tatrzański. Nie było przy nim nikogo. Nikt nie przewidział straszliwej, nagłej katastrofy.
Wawrzyniec Żuławski: Sygnały ze skalnych ścian

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||