SKOŃCZONA PIEŚŃ


(Przypomnienie muzyki Bartusia Obrochty)





ALOJZY HENRYK JOST



Pani Dr. Marii Grzegorzewskiej ofiaruję


Dość ja sie nahodził po tym lesie cirnym
Teroz se pozirom okieneckiem ciemnem...
Przez małe, zakurzone okno przedarło się słońce do ciemnej izby.

Zadrgały jasne promienie na podłodze przed łóżkiem, na którym leżał chory muzyk Skalnego Podhala, Bartuś Obrochta.




Od kilku dni czuł się bardzo niedobrze. Raz rozpalał mu żar głowę, po chwili brakowało mu tchu, zamierało w nim serce, i tak go wtedy mroczyło, iż się zdawało, że przychodzi chwila ostateczna.

Dyscyku polij mie, wiaterku oduj mie
Najświętsa Panienko ratuj mie, ratuj mie.
Dopiero dziś od rana czuł się lepiej i mógł zasnąć spokojnie.

Promienie słońca, które padły na podłogę, zaczęły się piąć po nodze łóżka na pościel. Przesunęły się po niej cicho, i oświeciły twarz śpiącego Bartusia. W jasnym świetle ukazała się pogodna twarz starca, poryta głębokimi bruzdami, na które opadały długie, białe włosy.

Słońce rozbudziło starego skrzypka z ciężkiego snu.

Sennym wzrokiem posuwał za tymi jasnymi promieniami, co mu ciemną izbę rozjaśniły. Poczęły go one coraz więcej wabić i zajmować, tak, że wreszcie podniósł się z wysiłkiem i usiadł na pościeli.

Hory nase hory to nase kómory
Bukowe listecki nase podusecki.
Objęła go wielka chęć wyjścia na pola, by zobaczyć ten rozsłoneczniony świat.

Począł się ubierać. Osłabłymi rękami naciągał odzież i długo się trudził owijaniem nóg nawłokami kierpców.

Dłuższą chwilę odpoczywał a potem zsunął się z pościeli, zdjął ze ściany swoje stare skrzypce, wtulił je pod serdak, i na drżących nogach wyszedł z izby. Ale tuż za progiem zachwiał się, że musiał usiąść na ławie pod ścianą.

Jawory, jawory ka mocie kónory
Zbójnickowie ścieni, na fujarki wzieni.
Ciepło... szepnął po chwili, rozglądając się po rozsłonecznionym świecie.

Patrzył po oświetlonych stokach Gubałówki, po rozrzuconych po niej chatach, po gęsto zabudowanych Kasprusiach, po tych stajankach kamienistych na których dokopywano ziemniaków. Spoglądał na te stojące nad gwarliwym potokiem wiotkie jarzębiny, ustrojone w krwawe korale, i zapatrzone w swą krasę, odbitą w szmaragdowych plosach. Wodził spojrzeniem po ciemnych plamach lasów, po spadzistych brzyżkach porosłych jaworami, jesionami i brzozami, którym liście ubrała jesień w złoto i tęczowe kolory.

Idom se owiecki od Orawy perciom,
juhasa nie widno ino zwonki zbyrcom.
Zapatrzył się w rdzawo-zielone ubocza i polany, gdzie pasły się owce, które zeszły już z hal na zimowisko ku osiedlom. Śledził za nimi oczyma i wsłuchiwał się z rozkoszą w jazgotliwe dźwięki turlikających dzwonków.

Zarosły chodnicki drobnemi smreckami
Którędy ja chodził z temi owieckami.
A słońce świeciło i grzało jak w lecie. Drgało nisko nad ziemią w jej parnym oddechu, rozjaśniało ciemną zieleń smreków, zaglądało za każdy głaz, wkradało się w każdy ciemny kąt, usuwało zewsząd szarość i cienie.

Zajrzało i do smutnej, umęczonej niemocą duszy Bartusia, gdyż pojaśniała mu twarz cichym uśmiechem.

I spoglądał Bartuś rozmiłowanym wzrokiem po tej rodzinnej, skalistej, jałowej na chleb ziemi, a urodnej w taki wielki czar piękna, jaki zasiał w niej Bóg wtedy, gdy tworzył światy.

Góry, moje góry, dołbyk wos ozłocić
Kieby sie mi mogły moje lata wrócić.
Przypominały mu się jego dziecinne lata, kiedy pasał owce po tych zielonych uboczach, i grywał na jedlanych złóbcokach swoje nieudolne nuty. Tam na ojcowej polanie pod reglami siadywał na dużym głazie co z ziemi wyrastał, i grał tak zapamiętale, że zapominał o boskim świecie. Na polanie było cicho i nikt mu nie przeszkadzał, a muzyki jego słuchały tylko regle i te stare smreki i jodły, co obok z głębokiego jaru pięły się swymi smukłymi koronami ku błękitnemu niebu.

Góry moje góry, okolicne skały
Kiebyście się zeszły mój świat oglądały.
Wspomnienie to zbudziło w nim nieodpartą chęć zagrania na tym dawnym miejscu, gdzie w dzieciństwie grał samotny światu. Tak go tam ciągło, że wstał z ławy i podpierając się ciupagą wolno pokroczył. Odpoczywał często, lecz podniecony mocnym pragnieniem, dowlókł się wreszcie na miejsce.

Gdy usiadł na omszałym głazie i chwilę odetchnął, wyjął skrzypce spod serdaka i począł je stroić.

Serce, moje serce na poły się dzieli,
Jedna strona płace, druga sie weseli.
Przekręcał kołki, drżącemi palcami próbował dźwięku strun, a przy tym mówił cicho, jak do kogoś żyjącego:

- Moje kochane gęśle, moje jedyne... Nic mi juz nie ostało, syćko sie pomineno, - młodość - siły - i towarzisia rówieśni, - a ino wyście ostały mi wierne. Kto juz wos nie stuchol? Grołek przecie jesce panu Chałubińskiemu i Witkiewicowi, a nawet pon Paderewski stuchoł mojego granio.

Kiedy jo se zagrom na pośród polany,
Telozby zagrały w kościele organy.
- A Kraków, - a Warsawa, - a i Paryz mi nie dziwny... Dośćek juz groł ludziom ... A dziś bede groł światu...

Pociągnął Bartuś lekko smykiem po strunach, a kiedy odezwał się zgodny akord skrzypiec, ujął je silniej brodą, zamyślił się chwilę nad wyborem nuty, i przez zmróżone powieki rozglądał się po świecie, któremu miał grać.

Janicku, Janicku, sto hromów do tobie
Po syćkik dziedzinak idzie hyr o tobie.
Wnet zabrzmiała janickowa nuta, o tym sławnym harnasiu, o tym człowieku-orle, co kiedyś, przed laty, chciał świat równać. Tworzyły ją pokolenia w długie wieczory zimowe, gdy na dworze szalała śnieżna wichura, a w ciemnych izbach, przy łuczywie, snuły się z jasnych kądzieli cienkie nici na śmigłe wrzeciona.

Z orawskiego zamku hłopcy poglądajom
Jak sie popod Tatry bucki ozwijajom.
Poniosło się echo tej nuty we wszystkie strony i ponad rozległą dolinę zakopiańską, i przez smreki i buki w reglach, aż ku stromym ścianom Giewontu. Zdawało się, że świat się sciszył zasłuchany w Bartusiowe granie. Nawet te brodziate od mchów i porostów smreki i jedle, co zawsze coś szepcą wśród swoich konarów, stały milczące i nieruchome.

A dyć mi zagrojcie jaworowe deski
Niech se potańcujom janickowe nożki.
A Bartuś grał jedną pieśń za drugą.

Przypominały mu się coraz to inne nuty. I te dawne, przekazane przez pradziadów, i te pojęte od Sabały, lub zasłyszane u skrzypków orawskich i luptowskich, to znów takie, co je wypuściła kosówka wiatrem poruszana, wyśpiewały siklawy, lub wyszeptały limby na skalistych zboczach, wpatrzone w ciemną toń głębokich jezior.

Niektóre z nich wyleciały mu już były z pamięci, ale dziś jakoś dziwnie zbiegły się ku niemu wszystkie, że ledwie zdążył kłaść je na struny. Nigdy mu się tak dobrze nie grało jak dziś. Szedł za myślami w przeszłość którą pieśni budziły...

Wirsycku zielony cegoś tak osowioł
Cy cie śnieg przyprusył, cy cie descyk poloł.
Już nad doliną zakopiańską rozsnuły się nikłe, pajęcze mgły, co wyszły z potoków lub wywabił je chłód wieczorny z ziemi. Powiew łagodny od gór zgęszczał je i zmierzwiał. I już nad grzbietem Gubałówki gorejące zorze wieczorne poczęły przygasać, a Bartuś grał jeszcze światu.

Zahucały góry, zahucały lasy
Kany sie podziały starodawne casy?
Wkrótce jednak uczuł duże zmęczenie, przestał grać, a oparłszy skrzypce na kolanach, zapatrzył się w świat. Opanowywała go dziwna senność, stracił pojęcie rzeczywistości i nie wiedział gdzie się znajduje. Tylko wspomnienia co mu się w myśli przesuwały, stawały się coraz żywsze, rzeczywistsze i teraźniejsze.

Hej Sabala zaśpiwoł, hej Krzywań mu odpedzioł,
Hej bo o jego sprawak nik inny nie wiedzioł.
Z ciemnego dna jaru, z mchów wilgotnych, spod chłodnych paproci i jaferów, wyleciały na polanę roje komarów i zataczając nad głową Bartusia taneczne koła, brzęczały swoje wieczorne melodie, a jemu poczęło się zdawać, że słyszy dźwięki sabałowych gęśli.

- Sabała gra - szepnął do siebie.

Poza bucki, poza hraść, pódziem hłopcy zbijać, kraść
Ej, za hory, za hory, na luptoskie talory.
I wnet rozgorączkowana wyobraźnia, podniecona złudą muzyki, poczęła realizować zwidy legendarnej przeszłości.

Zobaczył jak z mgieł wychodzi jakiś pochód, który wkrótce stał się całkiem wyraźny... Kroczyli w czerwonych koszulach i szamerowanych czapach zbójnicy, tacy sami, jak gdyby zeszli ze szklanych obrazów. Błyszczały im szerokie pasy mosiężnymi klamrami, zza których wyglądały głowice pistolców. Włosy splecione w warkoczyki, dzieliły się na ramionach, i otaczały spalone wichrami twarze.

A z boku szedł grający Sabała i uśmiechał się do Bartusia...

Byli hłopcy, byli, ale sie mineni
I my sie miniemy po malućkij kwili.
A potem szli znajomi i towarzysze młodości, przewodnicy, strzelcy: Klimek, Suleja, Sieczka, Tyrała..., a między nimi pan Chałubiński, Witkiewicz.... a wszyscy się uśmiechali do niego i zapraszali do pochodu. Bartuś siedział oparty o głaz, szeroko otwartymi, błędnymi oczyma wpatrzony w wizję pochodu i szeptał:

- Idom. .. grajom ... uciecha. .. radość. .. hale ...

Regle sie zieleniom, owiecki w dolinie,
Co mi Bóg obiecoł to sie mi nie minie.
A pochód szedł bez końca. Wychodzili wciąż nowi ludzie z mgły i znikali za ścianą lasu. Wreszcie zobaczył i Daniela Gąsienicę, serdecznego przyjaciela, który wysunął się z pochodu, podszedł blisko ku niemu i rzekł uśmiechnięty: - "Pódź towarzisu s nami."

- Idem ... szepnął Bartuś nieprzytomnie. Chciał się podnieść, ale tylko roztworzył kurczowo dłoń z której wypadły skrzypce z głośnym jękiem strun.

Bartuś Obrochta zakończył swój koncert dla świata.

* * *

Świat się rozbudzał spod czaru przebrzmiałej muzyki. Poczęły coś tajemniczo szeptać regle, zbudziły się z zasłuchania stare jodły i smreki w jarze. Ocknął się i dzwonek na wieżyczce starego kościółka, rozchybotał swe stalowe serce, i zadzwonił na Anioł Pański, za dusze tych, co się pominęli.


Wierchy, Rocznik Dziesiąty, 1932






Bartłomiej - Bartuś Obrochta, ur. około 1855 (1850?) w Kościelisku, zm. 1926 w Zakopanem.

Słynny skrzypek podhalański, który w młodych latach chodził po Tatrach z Janem (Gąsienicą) Krzeptowskim - Sabałą i Dr. Tytusem Chałubińskim. Był jednym z najlepszych muzykantów góralskich; muzyką jego interesował się m. in. Ignacy Paderewski i Karol Szymanowski, a melodie spisali Juliusz Zborowski, Adolf Chybiński i Stanisław Mierczyński.

Od roku około 1878 był przewodnikiem tatrzańskim (od 1892 - I klasy); np. przed 1880 razem z Tytusem Chałubińskim i przewodnikiem Wojciechem Rojem próbował wejść na niezdobyty wówczas Ganek (doszli wtedy od Rumanowej Przełęczy do Galerii Gankowej), a w styczniu 1894 był przewodnikiem Jana Grzegorzewskiego w pierwszym zimowym przejściu przez Zawrat do Morskiego Oka. Był strażnikiem od ochrony kozic i świstaków, pracował przy budowie turystycznych ścieżek w Tatrach (np. w roku 1887 z Maciejem Sieczką umieścił pierwsze klamry na drodze z Wagi na Wysoką), później prowadził schronisko w Starej Roztoce. W Tatrach został upamiętniony dwiema nazwami: Bartkowa Turnia i Bartkowa Przełączka w zachodniej grani Małego Ganku.







Copyright © 1997-2007 Zwoje