
Pani Dr. Marii Grzegorzewskiej ofiaruje
Dosc ja sie nahodzil po tym lesie cirnym
|
Zadrgaly jasne promienie na podlodze przed lozkiem, na ktorym lezal chory muzyk Skalnego Podhala, Bartus Obrochta.

Dyscyku polij mie, wiaterku oduj mie
|
Promienie slonca, ktore padly na podloge, zaczely sie piac po nodze lozka na posciel. Przesunely sie po niej cicho, i oswiecily twarz spiacego Bartusia. W jasnym swietle ukazala sie pogodna twarz starca, poryta glebokimi bruzdami, na ktore opadaly dlugie, biale wlosy.
Slonce rozbudzilo starego skrzypka z ciezkiego snu.
Sennym wzrokiem posuwal za tymi jasnymi promieniami, co mu ciemna izbe rozjasnily. Poczely go one coraz wiecej wabic i zajmowac, tak, ze wreszcie podniosl sie z wysilkiem i usiadl na poscieli.
Hory nase hory to nase komory
|
Poczal sie ubierac. Ostablymi rekami naciagal odziez i dlugo sie trudzil owijaniem nog nawlokami kierpcow.
Dluzsza chwile odpoczywal a potem zsunal sie z poscieli, zdjal ze sciany swoje stare skrzypce, wtulil je pod serdak, i na drzacych nogach wyszedl z izby. Ale tuz za progiem zachwial sie, ze musial usiasc na lawie pod sciana.
Jawory, jawory ka mocie konory
|
Patrzyl po oswietlonych stokach Gubalowki, po rozrzuconych po niej chatach, po gesto zabudowanych Kasprusiach, po tych stajankach kamienistych na ktorych dokopywano ziemniakow. Spogladal na te stojace nad gwarliwym potokiem wiotkie jarzebiny, ustrojone w krwawe korale, i zapatrzone w swa krase, odbita w szmaragdowych plosach. Wodzil spojrzeniem po ciemnych plamach lasow, po spadzistych brzyzkach poroslych jaworami, jesionami i brzozami, ktorym liscie ubrala jesien w zloto i teczowe kolory.
Idom se owiecki od Orawy perciom,
|
Zarosly chodnicki drobnemi smreckami
|
Zajrzalo i do smutnej, umeczonej niemoca duszy Bartusia, gdyz pojasniala mu twarz cichym usmiechem.
I spogladal Bartus rozmilowanym wzrokiem po tej rodzinnej, skalistej, jalowej na chleb ziemi, a urodnej w taki wielki czar piekna, jaki zasial w niej Bog wtedy, gdy tworzyl swiaty.
Gory, moje gory, dolbyk wos ozlocic
|
Gory moje gory, okolicne skaly
|
Gdy usiadl na omszalym glazie i chwile odetchnal, wyjal skrzypce spod serdaka i poczal je stroic.
Serce, moje serce na poly sie dzieli,
|
- Moje kochane gesle, moje jedyne... Nic mi juz nie ostalo, sycko sie pomineno, - mlodosc - sily - i towarzisia rowiesni, - a ino wyscie ostaly mi wierne. Kto juz wos nie stuchol? Grolek przecie jesce panu Chalubinskiemu i Witkiewicowi, a nawet pon Paderewski stuchol mojego granio.
Kiedy jo se zagrom na posrod polany,
|
Pociagnal Bartus lekko smykiem po strunach, a kiedy odezwal sie zgodny akord skrzypiec, ujal je silniej broda, zamyslil sie chwile nad wyborem nuty, i przez zmrozone powieki rozgladal sie po swiecie, ktoremu mial grac.
Janicku, Janicku, sto hromow do tobie
|
Z orawskiego zamku hlopcy pogladajom
|
A dyc mi zagrojcie jaworowe deski |
Przypominaly mu sie coraz to inne nuty. I te dawne, przekazane przez pradziadow, i te pojete od Sabaly, lub zaslyszane u skrzypkow orawskich i luptowskich, to znow takie, co je wysuscila kosowka wiatrem poruszana, wyspiewaly siklawy, lub wyszeptaly limby na skalistych zboczach, wpatrzone w ciemna ton glebokich jezior.
Niektore z nich wylecialy mu juz byly z pamieci, ale dzis jakos dziwnie zbiegly sie ku niemu wszystkie, ze ledwie zdazyl klasc je na struny. Nigdy mu sie tak dobrze nie gralo jak dzis. Szedl za myslami w przeszlosc ktora piesni budzily...
Wirsycku zielony cegos tak osowiol
|
Zahucaly gory, zahucaly lasy
|
Hej Sabala zaspiwol, hej Krzywan mu odpedziol,
|
- Sabala gra - szepnal do siebie.
Poza bucki, poza hrasc, podziem hlopcy zbijac, krasc
|
Zobaczyl jak z mgiel wychodzi jakis pochod, ktory wkrotce stal sie calkiem wyrazny... Kroczyli w czerwonych koszulach i szamerowanych czapach zbojnicy, tacy sami, jak gdyby zeszli ze szklanych obrazow. Blyszczaly im szerokie pasy mosieznymi klamrami, zza ktorych wygladaly glowice pistolcow. Wlosy splecione w warkoczyki, dzielily sie na ramionach, i otaczaly spalone wichrami twarze.
A z boku szedl grajacy Sabala i usmiechal sie do Bartusia...
Byli hlopcy, byli, ale sie mineni
|
- Idom. .. grajom ... uciecha. .. radosc. .. hale ...
Regle sie zieleniom, owiecki w dolinie,
|
- Idem ... szepnal Bartus nieprzytomnie. Chcial sie podniesc, ale tylko roztworzyl kurczowo dlon z ktorej wypadly skrzypce z glosnym jekiem strun.
Bartus Obrochta zakonczyl swoj koncert dla swiata.
Wierchy, Rocznik Dziesiaty, 1932
Slynny skrzypek podhalanski, ktory w mlodych latach chodzil po Tatrach z Janem (Gasienica) Krzeptowskim - Sabala i Dr. Tytusem Chalubinskim. Byl jednym z najlepszych muzykantow goralskich; muzyka jego interesowal sie m. in. Ignacy Paderewski i Karol Szymanowski, a melodie spisali Juliusz Zborowski, Adolf Chybinski i Stanislaw Mierczynski.
Od roku okolo 1878 byl przewodnikiem tatrzanskim (od 1892 - I klasy); np. przed 1880 razem z Tytusem Chalubinskim i przewodnikiem Wojciechem Rojem probowal wejsc na niezdobyty wowczas Ganek (doszli wtedy od Rumanowej Przeleczy do Galerii Gankowej), a w styczniu 1894 byl przewodnikiem Jana Grzegorzewskiego w pierwszym zimowym przejsciu przez Zawrat do Morskiego Oka. Byl straznikiem od ochrony kozic i swistakow, pracowal przy budowie turystycznych sciezek w Tatrach (np. w roku 1887 z Maciejem Sieczka umiescil pierwsze klamry na drodze z Wagi na Wysoka), pozniej prowadzil schronisko w Starej Roztoce. W Tatrach zostal upamietniony dwiema nazwami: Bartkowa Turnia i Bartkowa Przelaczka w zachodniej grani Malego Ganku.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||