NA PRZELECZY






STANISLAW WITKIEWICZ



Do Morskiego Oka


Przed nami wstaja okropne, potargane, czarne, olbrzymie, gdzies na niebo zachodzace sciany turni. Za nami, w dole, lezy Staw Czarny [Gasienicowy], okolony poszarpanemi skalami, wsrod chropowatej, pooranej parowami, zarzuconej nastroszonymi glazami pustyni, jak wielki pokrowiec z atlasu granatowego ze stalowym odblyskiem.

Gladka, rowna i miekka jego ton jest tak inna, tak rozna od chropowatego, twardego, najezonego otoczenia, ze nie mozna sie nigdy z tym kontrastem oswoic, nie mozna bez podziwu i przyjemnosci przenosic wzroku z jednego zjawiska na drugie. Wrazenie, ktore sie tu odbiera, wywoluje wspomnienie jakiejs muzyki, kolyszacej umysl, naprzemian dwoma roznemi motywami melodyi, powtarzajacemi sie kolejno bez konca...

Przez plat sniegu, lezacy miedzy dwoma poczernialemi odlamami skaly, wchodzimy w kotline otoczona dokola pustynnemi, ciemnemi scianami, rumowiskami skal zgruchotanych, wielkiemi glazami, oderwanemi od szczytow. Jest to zupelna dzicz kamiennej pustyni, ledwie gdzieniegdzie przerywana blada zielenia uplazkow i suchemi porostami.

Zewszad zblizaja sie ku sobie wielkie turnie, czarne, zlobkowane drogami wod, ciagnacemi sie pionowo z gory na dol, jak pelznace po cielsku gory weze. Od strony polnocnej czarna skala zachodzi w gore, zaslania swiat zimna, bezplodna, surowa. Od poludnia slonce zamienia granitowy mur w jakas przezroczysta zaslona tak lekka, iz zdaje sie, ze ja wiatr uniesie. Slizgajace sie promienie, czepiaja sie wystepow skaly, blyszcza w zrodliskach, jak w dyamentach wszytych w gaze oparu przejrzystego; cienie od turni szczerbatych falduja blekitnawemi smugami subtelna tkanke swiatla unoszacego sie w powietrzu.

Po ciemnych zlebach leza biale platy sniegow; gdzieniegdzie slonce rzuca na nie blask slepiacy, a niebo barwi cienie na ciemny szafir.

Zapadly w glebokie zreby granitu, dyszy chlodem Zmarzly stawek. Ponad ciemno-seledynowa jego woda wyzieraja biale, jak snieg, odlamy skal. Z pod nadbrzeznych glazow, pokrytych rudemi mchami, wycieka zimna woda i z dzwiekiem szklannym spada na powierzchnie ciemnej wody. [...]

Rumowisko granitow okala staw [Zadni Staw w Dolinie Pieciu Stawow Polskich], ktory ze swoja woda z brzegu szmaragdowa, ku glebi przechodzaca w granat, wyglada, jak przepyszny krysztal szafiru, oprawny, jak w zloto, w mieniace sie w sloncu zolte zreby glazow. Przed nami zatacza sie wal wysoki, porosly trawami, potrzasniety skalami i piargiem. Slonce z za niego przelewa sie w doline, lamiac sie po tysiacach plaszczyzn kamieni i polyskujac na brzegach stawu. Lekki, rowny podmuch wiatru niesie sie ponad woda, marszczy ja w polkuliste falki, w srebrna luske rowna i prawidlowa, i staw zdaje sie wielka szeroka ryba, lezaca na polmisku fajansowym koloru siarki. [...]




Mrok zalegal gleboka doline, znizajaca sie ku oddaleniu. W glebi wznosily sie czarno-granatowe przyczola gor, pokrytych kosodrzewina, wsrod ktorej wila sie biala nitka potoku. Wyzej lezal wielki szafir stawu oprawiony w srebro wiecznych sniegow i jasnych rumowisk skalnych, na ktore padalo swiatlo, przesiane przez gaszcze chmur wiszacych u gory. Ciemne wirchy szczerbatemi zebami wpieraly sie w mgly potargane, ktore zoltawemi platami swiatel rozdzieraly, rozszarpywaly sciane gor, tworzac z nich jakies ruiny wiez olbrzymich. Dwa pietra doliny Stawow Ciemnosmreczynskich, cale nasiakle swiatlem, zdawaly sie nurzac w fosforencyi, pelnej blaskow opalowych i perlistych, ktora je odcinala od calego ciemnego, ponurego otoczenia. Z oddali dolatywal przyciszony szum wody i ginal w przestworzach powietrznych, jak slabe westchnienie. [...]

Swiat zastawiony jakas olbrzymia masa, fioletowo-opalowa, ciagnaca sie strasznym gmachem z zachodu na wschod. Zdaje sie, ze ziemia kiedys jekla i zapadla sie pod ciezarem tego niezmiernego cielska z granitu. Chcac spojrzec na niebo, trzeba zadzierac glowe, i tylko z prawej strony z poza scietego zrebu swieca sie gdzies w dole jakies dalekie kraje w sloncu, roztapiajac sie w widmach gor powietrznych na widnokregu, i blyszcza jak srebro kleby bialych oblokow. Ogrom tego wirchu, stojacego w jakims groznym spokoju, materyalny ciezar tej masy granitu, ktorej kilka kilometrow zagradza nam droge i wznosi sie ponad swiatem glucho, niemo i obojetnie, denerwuje nas i zlosci... Nie mozemy sie wstrzymac od wymyslania tej bestyi kamiennej, ktora sie nazywa Hruby wirch. [...]

Pod nogami, bez zadnej przenosni, lezalo Morskie Oko, niewielka tafla blekitu, na ktora od Mieguszowskiego wirchu padal cien koloru ciemnowisniowego. Z jednej i drugiej strony, od brzegow, okolonych biala smuga piargow, wznosily sie do gory, okryte cieniem limb, swierkow i kosodrzewiny, ktora coraz drobniala, rzadla ku gorze, az znikla, a z nad blekitnawo-zielonych uplazow wysterkaly szare, zebate, nagie turnie. Stoki tych gor poorane, od szczytu do brzegow jeziora, zlebami zawalonemi bialemi okruchami granitow. [...]

Pod nami w dole lezy zwierciadlo stawu w kotlinie ze szczerej skaly. Szare poplamione platami sniegu, strome, niedostepne turnie dzwigaja sie prawie prosto z wody, wysoko na niebo - a drugie takiez skaly lbami na dol widac bylo w stawie, ktory nie drzal najmniejsza zmarszczka fali. Gorale mowia, ze to widac "tamten swiat, drugi" - jest to Staw Czarny pod Rysami.

Schodzimy nad jego wody, otoczone z trzech stron amfiteatrem skal podpartych zsypiskami gruzow, na ktorych widnieje pod sniegami troche porostu; zreszta lite skaly, z jednej strony wiszace potworna, pochylona sciana, przegladaja sie w martwej, nieruchomej wodzie, utrzymywanej w tej kotlinie naturalna grobla granitowa, przez ktora zlewa sie jej nadmiar szumiacym, spienionym potokiem do lezacego piecset stop nizej Morskiego Oka.

Lezy ono, tam w dole, pod nami, ciche, ciemne, tajemnicze, oslonione cieniami gor, polyskujace przy brzegach srebrnemi smugami, wchlaniajace w ciemne swoje wody odbicia otaczajacych je poteznych, mrocznych wirchow. Podmuch wiatru przeciaga nad woda, ktora sie skrzy przez chwile srebrnym blyskiem, i znowu wygladza sie w ciemna, miekka tafle.





Tatrzanska pogoda


Oto na dalekim zachodzie-polnocy zjawia sie nagle, jak cud, maly, ciemny obloczek - wydluza sie, rozciaga wielkiem polkolem przez pol widnokregu, grubieje, nabiera rdzawej, brudnej barwy i plynie ku halom, jak morze wracajace ku brzegom z odplywu.

Tu jeszcze pogoda, slonce polyskuje na potokach, swieci na krzesanicach skal, opromienia wielkie zielone polany i blyszczy na dachach szalasow; ale tam w dali, za chmura ciagnie sie przez rownie i wzgorza cien wielki, zakrywa pol widzialnego swiata i pedzi ku gorom. Coraz blizej, widnokrag sie zweza, zaciesnia, juz chmury muskaja szczyty, rozdzieraja sie o brzegi skal, zakrywaja lasy, zawalaja wawozy, klebia sie na polanach, przeganiaja sie po halach, swiat zniknal w mgle szarej, ktora pochlonela i juhasa i jego kierdel.




Ktoz zgadnie na jak dlugo, na ile tygodni, albo miesiecy zwalila sie ta cyrniawa, nawala chmur ciemnych? Przez ile dni i nocy bedzie "pralo" deszczem, lub kurzylo sniegiem?

Chmura przyszla z zimnym oddechem i rozsypala sie krupami gradu; oslizly percie, drogi, trawy na uplazach; skaly ociekaja woda, pedzaca wszystkiemi szparami, rozbiegajaca sie i wciskajaca wszedzie, spieniona i brudna.

W gestej chmurze ledwo widac to, co jest pod nogami.

Wicher przylata skades, a z nim sniezna fujawica; zamiec potworna, biel rozpylona w powietrzu, krecaca sie tumanami wirowatemi, zasypuje wszystko. Oblepia prostopadle skaly, rzuca mosty sniezne nad przepasciami, zawisa ciezka okiscia na galeziach swierkow, zmiata po polanach i halach, i zabiela kolorowe kobierce kwiatow.

Owce, prane sniegiem, zakurzone po kolana, tula sie pod swierki, do lasu.

Znowu bieda dla juhasa. Musi on je badz co badz pedzic, bo stojac, zglewialyby, pomarzly w sniegu. Tlucze wiec ciupaga, kopie, szczuje na nie psa, wlecze za mokre kudly i gania po turniach, zeby je sniegiem nie zasulo i nie skrzeply bez ruchu. W takiej kurniawie, oslepione tlocza sie po zasypanych drogach i nieraz staczaja sie w przepascie, lamia nogi i trzeba takiego kaleke przyniesc w torbie na szalasisko.

Lawiny urywaja sie z mokrych uplazow i z szybkoscia blyskawicy spadaja w doliny, porywaja cale stada i zena wynosza, az do drugiego wirchu.

Czasem kurniawice sniezne trwaja dlugo, snieg gruby zawala ukwiecone pastwiska, sypie pare tygodni i wygania owczarzy z hal, napowrot w doliny, do dziedzin - jest to prawdziwa kleska.

Niekiedy przez szesc tygodni hale nie wyjrza zza oblokow. Wtedy to owce, krowy, psy, juhasi i juhaski, wszystko zyje w otoczeniu, w jakiem przywyklismy widziec figury mitologiczne, lub wsrod sceneryi religijnych obrazow. Chmura zjawia sie gdzies na dole i plynie po pochylosci wirchu ku gorze, stopniowo pochlaniajac wszystkie przedmioty...





Wiatr halny


Deszcz spadal na ziemie po to, zeby zamienic sie w mgle, ktora znowu zamieniala sie w chmury i zlewala napowrot strugami ulewy.

I tak bez przerwy, bez zmiany, bez wytchnienia.

Zdawalo sie, ze to juz koniec, ze niema sily, ktoraby ztad wymiotla te zwaly i gaszcz chmur, i przerwala ten systematyczny proces wytwarzania sie wiecznego deszczu.

Sila ta jednak jest i niedlugo czekalismy na jej objawienie.

Chmurny dzien przeszedl niepostrzezenie w mrok wieczoru i gasnal w cieniach zaciagajacej nocy. [...]

W nocy, wsrod slepej ciemnosci, zbudzil nas nagly swist, brzeczenie szyb, trzeszczenie dachu i wycie piecow.




Zdawalo sie, ze skrzydla olbrzymiego ptaka, z szumem pior wielkich, jak masztowe sosny, uderzaja o sciany chalupy, zmiataja lby swierkow i znowu gdzies gina w bezdni czarnej nocy.

Wtedy na chwile wszystko cichlo - zeby nagle wybuchnac z nowa sila szalenstwa i wscieklosci.

W strone zachodu, wsrod czarnych chmur, ciemnial jeszcze czarniejszy plat nieba, na ktorem ostro migotaly plomyki gwiazd, jak gdyby chwiejac sie od podmuchow wiatru.

Gral on najrozmaitszemi glosami. Dudnil po dranicach dachu, jak gdyby jakies bose stopy tanczyly tam zapamietale - swiszczal i jeczal w konarach swierkow, furkotal, roztracajac sie o sciany chalupy, a w przerwach jego podmuchow groznie ryczal i belkotal wezbrany ulewa potok.

Znuzeni w koncu, nasluchywaniem tej dziwnej muzyki, usnelismy, i nie obudzilismy sie az blisko poludnia, powitani tym samym swistem i szumem.

Deszcz ustal, raczej nie mial czasu padac, porywany przez cieply dech wiatru i rozpylany w mgle, ktora swietlanemi kregami leciala, od poludnio-zachodu, skrzac sie promieniami slonca.

Swierki giely sie, jak trzciny, tarzaly sie, zadzierajac w gore zielone warkocze igliwia, chwialy sie, jak pijane, krecily sie i bily czolem o ziemie, strzasajac szyszki, ulatujace na wietrze, razem z pianami i bryzgami potoku.

Doline zalewalo blade slonce, swiecac sie na mokrych dachach, i polyskujac na potokach, ktore rozbiegaly sie po lakach i po lesie mnostwem strug bialych, i pedzily spienione, niecierpliwe i zaciekle.

Ku zachodowi jasnial w niebie wielki otwor, napelniony bladym blekitem. Na lewo, po nad szczytami, niebo zawalone olbrzymiemi klebami chmur ciemnych, lecacych napozor z szalona szybkoscia, a w rzeczywistosci przewalajacych sie i szamocacych na miejscu.

Od tego czarnego zwalu, odrywaly sie kosmyki i male klebki pary i umykaly spodem, jak stada wystraszonych golebi, wlatujac i osiadajac na wzgorzach, okalajacych Zakopane od polnocy.

Potezny wir powietrza tanczyl w srodku doliny, klebil i szarpal calem tem morzem chmur, zalegajacych gory. Porywal wielkie szmaty mgly i rzucal w strone polnoco-wschodu, gdzie sie konczyla dzika jazda wichru i chmury stawaly na miejscu, zapychajac widnokrag klebkami fioletowych oblokow.

Zdawalo sie, ze jakas potworna reka przedzie z olbrzymiej, zalegajacej pol nieba kadzieli, i rzuca w przestrzen motki jedwabistej przedzy.

Chwilami wszystko cichlo. Swierki sie prostowaly, chmury ustawaly w locie i zwolna wznosily sie w gore, odslaniajac po nad reglami szkarpy i szczerby skal szarych...

Lecz w tejze chwili nowy podmuch wichru porywal je, stracal na dol, klebil, szamotal, bil niemi o ziemie, ciskal w niebo, niszczyl i szarpal z jakas waryacka zapamietaloscia.

Wianie tego wichru ma w sobie jakas gwaltownosc nerwowa; porywy chwilowego szalu, omdlenia, czajenia sie i znowu nagle, wsciekle i nieprzytomne z szalenstwa wybuchy.

- Coz to za wietrzysko? - pytalismy sie gazde, ktory, wsadziwszy w zanadrze rece, patrzal na swoje smereki, szarpane wichrem, krecil glowa i spluwal frasobliwie.

- Wiecie panie, jako wam powiem - to je taki wiatr halny. Widzicie, jako biere chmury pod sobie? O! to je morowy wiatr! On ta i nie powinienby teraz duc, bo ta nie jego pora, - cheba ze, cosi kansi, w niobie gazdowstwo sie popsowalo kiej duje. Kieby to zawse tak po leku dul, jako dzisiok! Ale wiecie panie, jak on tu duchnie jesieniom, to, ludzie na swiecie!.. Kany co najdzie: las, to skreci i wylamie, chalupe, prasnie o ziem, a owies albo ja rzec potarze, wiecie do znaku, het! wylamie co i zdziebelka nie ostanie... O! to je morowy wiatr! - dodal, spluwajac, i odszedl...





Sabala


Od strony lasu, dolatywaly stlumione dzwieki, jakby skrzypiec, na przemian ze spiewem drzacym i przyciszonym...

Spiew i skrzypce coraz sie zblizaly, tak, ze w koncu slychac bylo wyraznie:

Oj! Janosik! Janosik! mial se zolte cizmy:
Gdybys ty nie zbijal, nie mialbys ich nigdy...

... spiewal ktos w ciemnosciach, przygrywajac sobie niepewnemi tonami smyczka, bladzacego po wszystkich strunach.

Ucichl. Slychac tylko, ze stroil i probowal skrzypce, mruczac niecierpliwie: - Cy dyabli!..

Znowu idzie. Rozlega sie ciezkie stapanie i z cieniow nocy wysuwa sie oswiecona latarnia zgarbiona postac... Chwile ja, widac. Swieci sie bialoscia ubrania, blaskiem jakiejs blachy na piersiach, kosmykami siwych wlosow.

Ledwie mamy czas zauwazyc twarz waska i chuda, i rozeznac skrzypce, a juz przesunela sie ciemna sylweta i znikla w mroku.

Skrzypce tylko jecza bolesnie i drzy urywana nuta spiewu:

Idzie se Janicek po pod zieleniny,
Piska se i spiewa, pojadl niedzwiedziny.

Znowu cicho... Jeszcze raz dolatuja z ciemnosci wyrazne slowa

Na zamku orawskim stoja subienicki,
Tam se wisial budzie Jasko z Brzeziawicki,

. . . . . . . . .     i spiew rozplywa sie w niewyraznych tonach bez slow... jeszcze dzwiecza z oddali ciche skrzypce ... w koncu, dziwne widmo rozwialo sie w mrokach nocy i szumie potokow.

- A to kto? - spytalem gazde, kurzacego fajke na przyzbie.

- Dy to Sabala! Idzie se grajecy - odrzekl.





Na przeleczy, 1891   (fragmenty)





Inny fragment z Na przeleczy Stanislawa Witkiewicza - opis Morskiego Oka - znajduje sie w Zwojach 2(6)/1998.

Opisy halnego wiatru przez Janusza Kotarbinskiego i Stefana Zeromskiego znajduja sie w Zwojach 2(15)/1999.







Copyright © 1997-2000 Zwoje