
Pewnego pięknego poranku wychodzę w towarzystwie Wali, nie Jędrzeja, znanego z miłego dziełka panny Steczkowskiej o Tatrach (1), ale jego stryjecznego brata Wojciecha. Droga ciągnie się ku wschodowi. Mijamy kawał pola, kawał lasu i zwierzyniec, w którym podług Wojciecha są daniele, sarny, zające i inne próżniaki, Dochodzimy do dworu zakopańskiego, który się mieści w bardzo smutnym, zimnym i ponurym wąwozie, pod Nosalem. Przy wielkim dworze zieleni się mały ogródek. W ogródku bije wodotrysk i dokoła sterczą nieciekawe pomniki. Po za dworem skręcamy do jeszcze ciaśniejszego lesistego wąwozu, który nas na polanę Jaworzynkę wyprowadza. Ztamtąd podnosimy się dobrą drogą ku górze i minąwszy kopalnie rudy żelaznej, stajemy na szczycie Magury. Od zachodu mamy widok na Giewont, Babią górę i Orawę; od północy na
nowotarską dolinę; od wschodu na Świnicę, Kościelec i resztę gąsienicowych turni, sowicie płachtami śniegu posrebrzanych, na Granat i siniejący w dali Murań. Tuż przy szczycie Magury wielka zielona hala, Królowa, ubrana w ciemne klomby kosodrzewiny i tojadów i ożywiona śpiewem pastuchów. Sądzićby można, że ktoś, zachwycony hali pięknością, zawołał w uniesieniu: Oto królowa hal! i ztąd jej nazwa. Tymczasem rzecz się ma daleko prozaiczniej; królowa, bo do Króla, zakopańskiego gospodarza, należy. Orzeźwieni mlekiem, pociągnęliśmy wygodną ale kamienistą ścieżką wśród kosodrzewiny do gąsienicowych stawów. Dolina tych tatrzańskich jezior, okolona ścianą granitowych turni, rozdziela się Kościelcem, groźną piramidalną iglicą, jakby na dwie komnaty. W tej co na prawo, jest staw Suczy, (2) w towarzystwie drobniejszych, a nad niemi Świnica, najwyższy szczyt w galicyjskich Tatrach; w tej co na lewo Czarny staw i Zmarzły. Nasza droga ku Zawratowi wypadła obok Czarnego stawu, który, chociaż otaczające go ściany są niższe, mniej dzikie i mniej gwałtownie ku wodzie spadają, jednak silnie inny Czarny staw nad Morskiem Okiem przypomina. Taż sama szarość granitów, bielizna śniegów, przezroczystość ciemnych wód; wreszcie taż sama groźna, uroczysta jakaś spokojność.

Deszcz ustał, kiedyśmy stanęli na szczycie. Wojciech radosne wiwaty wśród granitowej pustyni wykrzykiwał. Słynna dolina Pięciu stawów, 6120 stóp nad poziom morza wzniesiona, leżała u nóg naszych. Oglądałem ją dawniej ze szczytu Świstówki i z Miedzianej. Z Zawratu najlepiej się przedstawia, a to dla tego, że ztąd ma najpiękniejsze zamknięcie. Po za Miedzianą sterczy Hruby Wierch, jak mur forteczny, seciną granitowych wieżyczek zbrojny, a za nim Krywań, jeden z najwyższych tatrzańskich szczytów. Szare granitowe rumowiska i szafirowe wody obszernych jezior, są składowemi częściami doliny Pięciu stawów, śmiałe turnie jej otoczeniem, a jednolitość, uroczysta powaga i jakiś dziki majestat przyczyną jej nieśmiertelnej piękności. Spuściliśmy się na dół ku jeziorom, i idąc około nich, pokazało się że to wcale nie takie równe dno doliny, jak się z góry wydaje. Góry, skały i wertepy, dzielą jedno jezioro od drugiego. Całą dolinę zaściełają granitowe kufry, skrzynie, niekiedy stodoły nawet, które to porozrzucane, to na stosy zgarnięte leżą. Ponieważ ostremi krawędziami kończą się te wszystkie granitowe kawały, więc je Wojciech nazywał cukrem rąbanym. Chodzić po tym grubo rąbanym cukrze, czyli właściwiej skakać z jednego kawałka na drugi, jest to zupełnie oddzielna nauka; każde niezręczne stąpnięcie grozi złamaniem, a przynajmniej zwichnięciem nogi. Nie widać nigdzie ani źródła, ani strumienia; ale w wielu miejscach słychać pod rumowiskiem szumy niewidzialnych potoków. Gdzieniegdzie na uboczach zielenią się trawy wśród granitów, skąpe bardzo pożywienie dla owiec, które tu przepędzają lato, wraz ze swemi pasterzami. Szałas stoi ponad Pośrednim stawem, trzecim z rzędu, przez wielu nie darmo Wielkim nazwano, ma bowiem 40 morgów powierzchni. Dolina Pięciu stawów jest górnem zakończeniem doliny Rostoki, która znowu tworzy jeden z licznych konarów wielkiej doliny Białki. Dolina Pięciu stawów z niżej położoną doliną Rostoki, jakby srebrnym pasem łączy się Siklawą Wodą, wspaniałym wodospadem, który z Wielkiego stawu zsuwa się po skale 150 stóp wysokiej, to jest jakby z trzech cztęropiętrowych kamienic, gdyby je jedna na drugiej postawić.
Ponieważ na świecie wszystko jest względne, więc w porównaniu z Zawratem, droga od Pięciu Stawów do Morskiego Oka tą razą wydała mi się wyborną; nawet rąbany cukier pod Świstówką daleko znośniejszy jak w okolicy najwyżej położonego stawu.
Po raz trzeci w życiu stanąłem nad Morskim Okiem. Witaj tatrzańskich jezior królowo! Morskie Oko możnaby sto razy oglądać, i zawsze doznawać roskoszy, cichej jak jego zwierciadło nieruchome i głębokiej jak te milczące tonie. Granit, woda, niebo, śnieg i cokolwiek zieloności, są to farby nieporównanego z niczem krajobrazu.
Kto tak nieszczęśliwy, że chociaż się w Polsce urodził, jednak Morskiego oka nie widział, niechże wyobrazi sobie najprzód milowy wąwóz, granitowemi olbrzymami z boków zamknięty, świerkowemi lasami zaczerniony i stopniowo podnoszący się ku górze, a będzie miał tatrzańską dolinę, przez którą Białka, wypłynąwszy z Morskiego Oka, wybiega na Podhale. W końcu milowego wąwozu, na wysokości przeszło dwa razy wyższej (4212) od gór św. Krzyzkich, śpi w granitowej kołysce szafirowe jezioro, tatrzańska perła, Morskie Oko. Obszerność jego 57 morgów austryackich, kształt okrągły; a że średnica 57 morgowego koła wynosi około 370 sążni polskich, więc Morskie Oko jest półtora razy szersze jak Wisła pod Warszawą.
Jezioro z trzech stron otacza ściana poszarpanych skał. Wysokość ich nad powiechrznią wody wynosi przeszło 2000 stóp, czyli ośm razy więcej od krakowskiej wieży Maryackiej, najwyższej w Polsce; co równa się prawie szerokości jeziora, albo domowi o stu siedmdziesięciu piętrach.


Lato pod Pieninami i w Tatrach przez Kaźmirza Łapczyńskiego.
Warszawa w Drukarni Józefa Ungra 1866. (Reprint KAW,
Kraków 1991.)

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||