

Siedząc z boku nad brzegiem tej przepaści, z pomimowolnem uczuciem zgrozy spoglądałam w tę głębię, jakby łoże olbrzymią siłą wykute w litym granicie, o które rozbijają się z nieopisaną gwałtownością spienione wody, tworzą wiry, fontanny, wrą, kipią, niby w kotle podziemnym ogniem rozpalonym, a wszelkie przezwyciężając przeszkody, wpadają w dolinę pod nazwiskiem Roztoki, szalonym pędem spieszą do Białki, która lubo niezmiernie bystra, wydaje się spokojną obok tego rozhukanego potoku.

Droga do wodospadu, lubo nie bardzo trudząca, jednak trzy ćwierci mili długa, zmęczyła nas dosyć. Oblani potem, strudzeni i spragnieni, usiedliśmy na kamienistym upłazie, okrytym grubą trawą i roszonym ciągle deszczem wodospadu. Zaspokoiwszy pragnienie i niepospolity apetyt, który wzbudziła niemal dwugodzinna podróż, i powietrze górskie, pokrzepieni na siłach, mając przed sobą jeszcze długą i przykrą drogę, pożegnaliśmy Siklawą Wodę. Od wodospadu dopiero rozpoczyna się podróż rzeczywiście mozolna i trudząca, zwłaszcza dla nieprzywykłych do podobnych wypraw. Wspinając się dosyć stromo po płytach skalistych, oślizłych od wody, stanęliśmy wkrótce w dolinie Pięciu Stawów, najdzikszej na północnej stronie Tatrów. [...]
Pasmo skał dzikich, nagich, okrytych gdzieniegdzie zielonawym porostem i smugami zlodowaciałego śniegu, górami Miedzianemi zwanych, obiega obszerną dolinę zawaloną złomami kamieni, w której leży pięć jezior, zwanych zwyczajnie Pięciu Stawami. Idąc od wodospadu, stajemy najpierw nad brzegiem środkowego i największego, z którego wypływa Siklawa Woda i rzucając się w straszny wądół doliny Roztoki, tworzy ów przepyszny wodospad. Staw ten, mający przeszło 40 morgów (64080 sążni kwadr.) powierzchni, co do wielkości nie wiele ustępuje Morskiemu Oku, stąd też Wielkim jest zwany; kształt ma zaokrąglonego po rogach, podłużnego czworoboku. Woda w bliskości brzegów przeźroczysta jak kryształ, ku środkowi, gdzie wielka głębia, wydaje się ciemnosina. Drugi staw, leżący w niewielkiej od pierwszego odległości, mały i płytki; Małym go też zowią. Trzeci i ostatni na drodze do Morskiego Oka zowie się Przednim. Czwarty staw leży nieco wyżej, niż trzy wspomnione, i nazywa się Czarnym. Piąty, zwany Zadni albo Gładki, u stóp skalistego Zawratu, leży tak wysoko, że rzadko kiedy przed połową lipca odmarza. Przystęp do tych dwóch ostatnich stawów o tyle jest trudny, że trzeba iść po ogromnych bryłach skał, zalegających całą dolinę, a mianowicie część jej północną. Poprzestaliśmy więc na widzeniu trzech stawów, około których przechodzić trzeba, udając się do Morskiego Oka. Dolina Pięciu Stawów, mająca kształt łuku ku południowi nieco wygiętego, dobre pół mili długa, 6120 stóp n. p. m. wzniesiona, przedstawia obraz okropnego zniszczenia, martwoty i dzikości, czyniący nieopisanie posępne wrażenie. Zdaniem Staszyca cała była niegdyś zalana wodą; dopiero gdy olbrzymia jakaś siła rozwaliła północno-wschodnią ścianę otaczających ją granitów, wody ogromnego jeziora rzuciły się w dolinę Roztoki, a na obszernej płaszczyźnie, którą zalewały, pozostało tylko owe Pięć Stawów. Przedziały pomiędzy temi stawami zalegają ogromne odłamy głazów, oderwane widocznie od tych granitowych olbrzymów, które w potężne swoje ramiona objęły tę głuchą pustynię. Zieleniejąca miejscami nad wodą kosodrzewina, mchy czerwonawe, białawe, brunatne, rosnące kępami, karłowata borówka i kilka roślin alpejskich, oto cały roślinności wieniec. Grobową ciszę przerywa tylko głuchy huk wodospadu, podobny do odgłosu dalekiego grzmotu.
Kiedy tak postępując zwolna po złomach kamieni śledziłam pilnie każdego objawu życia, tu już tak blisko graniczącego z zupełną martwotą, nagle z zarośla kosodrzewiny zerwała się mała ptaszyna, tak zwany siwarnik, spłoszona naszemi krokami, i wydając głos jednostajny, przerywany, smutny, przeleciała na drugą stronę stawu. Biedna pustelnica! Jej nie tęskno wśród tych skał nagich za wesołymi współrodakami, którzy bujają swobodnie z drzewa na drzewo, z gałązki na gałązkę, gdy ona na twardym chyba spocznie głazie lub na kojącej kosodrzewiny gałęzi. [...]
Przeprawa przez ogromne zwaliska kamieni, zalegających dolinę, jest trudząca. Z ostrożnością i zręcznością przestępować trzeba z kamienia na kamień, aby się nie pośliznąć i nie upaść niebezpiecznie. Po przebyciu dwóch takich przestrzeni, zawalonych głazami, które wydają się jakby wyschłe łożyska jezior, pozostawała jeszcze osławiona z niebezpieczeństw ścieżka nad przepaścią, na której bojaźliwszych przeprowadzają z zawiązanemi oczami. Pokazał nam ją z daleka X... i doprawdy nie mogłam sobie wyobrazić, jak ścieżka tak wygodna, za tak niebiezpieczną uchodzić może. Jest ona wyryta na wschodnim boku stromej góry, okrytej gęstą, twardą, a zatem ślizką trawą, tak szeroka, że nietylko najwygodniej po niej postąpić można, ale nawet wyminąć się z drugą osobą. Prawda, że przepaść doliny Roztoki, nad którą prowadzi, okropna; z tego więc powodu dla osób cierpiących zawrót głowy, przeprawa ta niebezpieczną być może. Szczęściem nikt z nas nie był skłonnym do zawrotu, śmiało więc zbliżaliśmy się do tego osławionego miejsca, i odetchnęliśmy dopiero na owej ścieżce, która prócz sąsiedztwa przepaści, nie ma rzeczywiście żadnej innej niedogodności. [...] Wspomniona ścieżka, wznosząc się coraz wyżej, doprowadziła nas wkrótce na grzbiet góry, po której uboczu się wije. Tu zatrzymaliśmy się na chwilkę dla wypoczynku. Teraz, stojąc na bezpiecznem i dość obszernem miejscu, śmiałem okiem mogliśmy zmierzyć przebytą drogę i rozpatrzyć się w olbrzymich cudach otaczającej nas natury. U stóp naszych przepaść głęboka, straszna! To dolina Roztoki, którą przebywaliśmy przed kilka godzinami; długa na trzy ćwierci mili, patrząc z tej wysokości, zdaje się nie mieć więcej niż parę set sążni. Wołoszyn, dziki, nagi; podarty, ale obok tego wspaniały i piękny, przedstawił nam się w całym prawie ciągu. U stóp jego, na dnie przepaści, wije się owa szalona Roztoka, jakby wąziutka biała wstążeczka. Nic wiedząc, trudnoby nawet rozpoznać, że to potok, gdyż ruchu wody najbystrzejsze nie dostrzeże oko. Na lewo za nami, na północny zachód, otwiera się rozległa dolina Pięciu Stawów, dzika, odarta, straszna. Dokoła piętrzą się nagie, skaliste turnie, dźwigające w niebo dumne, śniegiem świecące iglice. Stąd majestatycznie przedstawia się Lodowata turnia, ledwie o trzydzieści kilka stóp ustępująca Łomnicy. Rozpoznać ją łatwo wśród innych szczytów, bo kształtem nieco się od nich różni, i nie jest tak wysmukła, tak ostro ścięta, jak inne. Od ciemnej opoki rażąco odbija białość śniegu, leżącego tam obficiej, niż na innych wierchach. Pokazywano nam i Łomnicę; czy to jednak ona była, zaręczyć nie można, gdyż kształty gór zmieniają się ze zmianą miejsca, z którego na nie patrzymy i trzeba bardzo dokładnie znać położenie, aby się nie pomylić wśród tego labiryntu. Ku wschodowi rozstępują się granitowe ściany olbrzymów i w głębi najcudniejszy przedstawia się krajobraz, niby ogród nadobny, którego wdziękiem natura tak tutaj groźna, dzika, zmartwiała, łagodzi nieco surowość swego oblicza. Ujęta w skaliste ramy, roztacza się w dali część spiskiej i wschodnio-północny brzeg doliny nowotarskiej; niepewnemi barwami rysują się na widnokręgu od północy grzbiety Bieskidów, stąd wyglądające jakby niewielkie pagórki. Dalej sterczą skaliste Pieniny, a na ich zachodnich stopniach zwaliska Czorsztyna i bielejące mury węgierskiego zamku Dunajca. [...]
Wypocząwszy nieco, ruszyliśmy dalej; ścieżka równie wygodna jak dotąd, prowadziła nas teraz wciąż w kierunku południowo-wschodnim, samym grzbietem przepaścistej po obu stronach góry; na lewo otwiera się dolina Roztoki, na prawo inna, ale już nie tak głęboka, nie tak dzika i straszna. Niebawem spuściliśmy się w dolinę znowu zawaloną złomami kamieni, przez które przeprawa trudząca i przykra. Nieuwaga przewodniczącego nam górala przyczyniła nam jeszcze utrudzenia. Poprowadził nas przez ogromną łachę zlodowaciałego śniegu, tak ślizkiego, że ledwie można było utrzymać się na nim; nasz przewodnik ślizgał się jeszcze bardziej od nas. Nie skończyło się na tej jednej przykrości; nieuwaga czy omyłka i upór górala pozbawiły nas pięknego widoku na Morskie Oko, leżące w wielkiej pod nami głębi, jakibyśmy byli mieli udawszy się tą drogą, jaką doradzał X... Ta niby daleko lepsza droga, którą nas poprowadził przewodnik, zmęczyła nas więcej, niż cała dotychczasowa podróż. Dostawszy się znowu na wązki grzbiet góry, trzeba było spuścić się na dół, chcąc dojść do Morskiego Oka, leżącego 2000 stóp niżej od Pięciu Stawów. Nigdy wychodzenie pod górę, lubo na pozór trudniejsze, nie umęczy tyle, jak spuszczanie się na dół po stromej pochyłości zasłanej ślizką trawą pod którą kryły się kamienie usuwające się pod nogami. Zmęczeni tą przeprawą, najmniej godzinę trwającą, upadający prawie z gorąca i utrudzenia, ochłodziliśmy się cokolwiek w cieniu lasu, a woda z napotkanego przy drodze źródełka orzeźwiła nas tak, że dość spiesznie mogliśmy zdążać kamienistą drogą prowadzącą wprost do Morskiego Oka. W szałasie stojącym już w dolinie Białki, może na kwadrans drogi przed Morskiem Okiem, zmówiliśmy wioślarzy do pływania po jeziorze i kupiliśmy konewkę kwaśnego mleka, którego taniości dotąd nadziwić się nie możemy. Za pięć kwart daliśmy sześć krajcarów, i to jeszcze była zapłata większa, niż żądali górale. [...]
Zaiste, trudno wystawić sobie coś wspanialszego, coś równie czarującego, jak to jezioro. Widziałam kilka innych jezior tatrzańskich, a jednak Morskie Oko nie straciło nic na tem porównaniu. Lubo jest największem pomiędzy niemi (ma około 4200 kroków obwodu, do 500 kroków szerokości, 1600 kroków długości, powierzchnia jego obejmuje 56 morgów i 440 sążni kwadratowych), nie tak jednak wielkością, jak raczej nezrównaną wspaniałością położenia silne na wędrowcu czyni wrażenie. Wystawmy sobie łańcuch skał nagich, dzikich, prostopadłych, wznoszących się do 2000 stóp nad powierzchnią jeziora, w olbrzymie zatoczony koło, tak, że z jednej tylko strony od doliny Białki, t.j. od wschodu, gdzie rozstąpiły się granitowe opoki, jest wolny i obszerny przystęp. Skały te, nigdzie nie rozdarte do dołu, piętrzą się niby mur odwieczny, w górze dopiero dziwacznie poszczerbiony, porozrywany. Obszerna przestrzeń zamkniętą temi potężnemi rypami, zalewa jezioro owalnego kształtu, którego wody zdają się zupełnie przypierać do otaczających je ścian granitowych. Z południowej strony, w ustępie skał otaczających Morskie Oko, o 500 stóp wyżej leży Czarny Staw, z którego wypływa szeroki potok i z tej wysokości spływa w jezioro. Na krawędzi skalistego łoża Czarnego Stawu utkwiony krzyż, zwraca ku Bogu duszę upojoną widokiem cudów tylu i święty urok na ten amfiteatr skał i wód roztacza. W północno-zachodnim kącie Morskiego Oka, prawie zupełnie naprzeciw wspomnionego wodospadu sterczy stroma, piramidalna, zupełnie naga skała do 300 stóp wysoka, zwana Mnich, poza którą jest także przejście do Pięciu Stawów. Na wiosnę lub po nawalnych deszczach, gdy wzbiorą górskie wody, widok spadających żlebami do Morskiego Oka potoków, a mianowicie owych z Czarnego Stawu i zpoza Mnicha, musi być bardzo wspaniały; za naszej bytności nie były ony bardzo obfite i gwałtowne.
Górale zowią zwykle Morskie Oko Rybiem Jeziorem, a to dla znajdujących się w niem pstrągów nieco odmiennych od innych, dotąd znanych gatunków. Na obejście jego, które nie ma być tak trudnem, jak się na oko wydaje, potrzeba dwóch godzin. Każdy, komu znana z opisu wielkość tego jeziora, stanąwszy nad brzegiem jego, dozna zawodu; Morskie Oko wyda mu się wcale niewielkiem. Dopiero rozpatrzywszy się lepiej, pozna, że to tylko złudzenie, którego powodem są olbrzymie granitowe masy piętrzące się dokoła, obok których wszystko maleje, niknie. Jeżeli nie ma sposobności przepłynięcia na tratwie jeziora, co najlepiej prawdziwą jego wielkość poznać daje, można się o niej przekonać i z brzegu, przypatrując się spadkowi potoku wypływającego z Czarnego Stawu. Na oko jest on zaledwie o pół godziny odległy, od szałasu stojącego na brzegu Morskiego Oka; leży może w czwartej części jego obwodu, a jednak najbystrzejszy wźrok nie dostrzeże ruchu wody i cały wodospad wydaje się jakby smugą śniegu bielejącego na pochyłości urwistej opoki. Nie słychać nawet huku, jaki powstawać musi przy nagłym spadku z tak znacznej wysokości, do ten szum głuchy, jaki obija się o uszy, pochodzi w wypływu potężnego strumienia, który wypływając z Morskiego Oka, wylewa się w dolinę i pod nazwiskiem Białki toczy dalej rozhukane nurty.
Zbyt przesadzone są opisy dzikości i zupełnej martwoty natury, jaka tu zgrozą przejmuje; uważałam to już za pierwszą bytnością naszą w tem miejscu; teraz zaś po zwiedzeniu Pięciu Stawów, gdzie rzeczywiście dogorywa już ostatnia życia iskierka, a głaz martwy, zimny, nagi, rozpościera panowanie swoje, okolica Morskiego Oka wydała mi się zieloną oazą. Prawda, że olbrzymie turnie strzegące cichych wód jeziora, których nagość osłaniają jedynie ogromne płaty śniegu, nie ustępują w dzikości urwistym rypom okrążającym dolinę Pięciu Stawów; ale nierównie wyższe od tamtych, tak są przy tem wspaniałe, tak poważne i piękne, że wrażenie zgrozy ustępuje tu jakiemuś powabniejszemu uczuciu, podobnemu do tego, jakiego doznajemy wchodząc w progi Pańskich przybytków. I ta nawet cisza, jaka tu panuje, to nie cisza zalegająca ponurą śmierci dziedzinę, ale raczej uroczyste milczenie świątyni Pana nad pany, które, niby cichy szmer modlitwy, przerywa daleki szum potoku, kwilenie ukrytej w gęstwinie ptaszyny, lub pluskanie pstrąga żeglującego w zwierciadlanych jeziora falach. Nad brzegiem Morskiego Oka rośnie bujny kosodrzew, zieleni się borówka, wdzięczy alpejski kwiateczek tulący się w trawie, która rozściela się wszędzie, gdzie nie zaległy złomy granitu, świadki okropnych wstrząśnień, które je zerwały z tych potężnych szczytów sterczących tak dumnie dokoła, i strąciły na dno obszernej jeziora kotliny. Równinka na wstępie do Morskiego Oka, gdzie stoi szałas zbudowany umyślnie dla wygody goścci, ustrojona także zielonym murawy kobiercem; nad Białką wśród gęstych zarośli kosodrzewia widać jeszcze miejscami i świerki, a limby, tak zwane cedry tatrzańskie, dzieci sfer alpejskich, podnoszą śmiało wysmukłe wierzchołki swoje. Jednem słowem, oko wędrowca strudzone nagich skał widokiem, ma na czem spocząć z przyjemnością.
Nie tracąc chwili czasu, weszliśmy zaraz na tratwę przy brzegu stojąca; była już bowiem godzina druga z południa, a chcieliśmy jeszcze zwiedzić Czarny Staw i zdążyć na noc do Zakopanego. Obiad nawet, to jest konewkę mleka, przenieśliśmy na tratwę, aby nic próżnować płynąc, i nasycając oczy niezrównanym widokiem, zaspokajać zarazem głód, który po tylogodzinnej podróży dobrze nam się czuć dawał. Tratwa dopiero właśnie zrobiona dla gości sproszonych do Zakopanego na uroczystość odsłonięcia pomnika arcyksięcia Ludwika, którzy przy tej sposobności zwiedzali Morskie Oko, jest bardzo wygodna; po bokach ma poręcze i ławki do siedzenia. Powierzchnia jeziora zupełnie była spokojna, wiatru prawie żadnego; bez najmniejszej więc obawy puściliśmy się na te ciche tonie. O! cóż to za rozkosz ta żegluga! cóż to za widok niezrównany czaruje duszę! Woda przy brzegach jasno-zielonego koloru, ciemnieje, w miarę, jak się zapuszczamy dalej; na środku, gdzie znaczna głębia, wydaje się zupełnie czarna. O ile się dotąd przekonano, głębia jeziora wynosi przeszło 150 stóp. Łagodny powiew wietrzyka fałdował zlekka te ciemne fale, a promienie słońca złotą na nie zarzucały siatkę; krople rozpryskujące sie za każdem poruszeniem wioseł wydawały się jakby złoto i brylanty, rzucane ręką czarodziejki w czarną paszczę otchłani. Dopiero wypłynąwszy na środek jeziora, poznajemy znaczną jego rozległość, wtenczas dopiero piękność jego w całym występuje blasku. W miarę jak zbliżamy się do przeciwnego brzegu, olbrzymieją piętrzące się tam turnie, tak zwane Mury Liptowskie(*), pysznią się w całym majestacie ogromu i dzikości. [...]
W pół godziny przybiliśmy do brzegu pod skałami, wśród których leży Czarny Staw, w bliskości ujścia wypływającego z niego potoku. Miły chłód orzeźwił nas cokolwiek i pokrzepił siły, które nas opuszczały wskutek upału i zmęczenia; wybraliśmy się więc na zwiedzenie Czarnego Stawu. Dojście do niego jest wprawdzie dosyć przykre, gdyż trzeba piąć się nieco stromo pod górę po złomach kamieni; nam jednak po przeprawie około Pięciu Stawów droga ta wydała się wcale wygodna. Po półgodzinnem wdzieraniu się pod górę przybyliśmy do owego krzyża, który widzieliśmy zdaleka. Jest on żelazny, utkwiony w ogromnym odłamie granitu, na pamiątkę bytności tamże biskupa tynieckiego potem tarnowskiego, Grzegorza Zieglera, z napisem: Hic non plus ultra, non supra, nisi in cruce D. N. J. Christi. 1823. Od tego krzyża postąpiwszy jeszcze kilkanaście kroków, stanęliśmy nad brzegiem ogromnego kotła, na którego dnie zwierciedli się ciemna Czarnego stawu powierzchnia. Jest zaiste coś przerażającego, coś dreszczem przejmującego w tej dzikości, jaka nas tutaj otacza.
Olbrzymie skały, zwane Rysy, których szczyty najdziwaczniej poszarpane, a prostopadłe ściany gdzieniegdzie tylko kosmykiem trawy przystrojone, lub smugami zlodowaciałego śniegu okryte, obstąpiły półkolem jezioro, z północnej tylko strony, to jest od Morskiego Oka, wolny zostawiając przystęp. Czarny, staw, znacznie mniejszy od Morskiego Oka, obejmuje przestrzeń 37 morgów i 1481 sążni kwadr., ma być jednak głębszy. Wody jego przypierają zupełnie do prostopadłych, otaczających je opok, tak że obejść je naokoło niepodobna.

Prócz dwóch wyżej wspomnianych potoków, Morskie Oko nie ma znikąd widocznego przypływu; korytem zaś Białki odpływa nierównie więcej wody, niż jej dostarczają oba wodospady; muszą więc zasilać to jezioro ukryte na dnie jego źródła. Lud prosty, który nie jest tak obojętnym widzem cudów przyrody, jak się może niejednemu zdaje, uderzony tem zjawiskiem, a nie umiejąc go sobie wytłumaczyć naturalnym sposobem, tajemniczym urokiem otoczył to wspaniałe Tatrów zwierciadło. Górale rozpowiadają o tajemnym związku jego z morzem, o bezdennej jego głębi, w którą przed wiekami zapadło zaklęte miasto, o dziwacznych rybach i potworach morskich, ukazujących się tu niekiedy i porywających owce, pasące się nad brzegiem, i t. p. Wkrótce stanęliśmy na przeciwnym brzegu, nadeszła smutna chwila pożegnania Morskiego Oka, które tak dziwnie przywiązało mnie do siebie. Żadne dotąd miejsce nie wywarło na mnie w tym stopniu owego tajemniczego wpływu, nigdzie mi dotąd nie było tak rzewnie i błogo. [...]
Obrazki z podróży do Tatrów i Pienin, Kraków 1858.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||