Przytaczamy fragment ksiazeczki Marii Steczkowskiej z roku 1858 pt. Obrazki z podrozy do Tatrow i Pienin, ktora zawiera jedne z pierwszych relacji z turystycznego poznawania Tatr. W tamtych latach ksiazeczka ta rozbudzila szerokie zainteresowanie Tatrami. Zachowujemy pisownie oryginalu. Tytul fragmentu pochodzi od redakcji. (AMK)




SIKLAWA, PIEC STAWOW, MORSKIE OKO





MARYA STECZKOWSKA





Z grzbietu nagiej, stromej opoki rzuca sie dwoch sazni szeroki potok zwany Siklawa woda. Moze w trzeciej czesci spadku napotyka na wystajaca skale, rozdziera sie na dwa ramiona rownej prawie objetosci i spada w przepascista glebie. Spadek tak jest gwaltowny, ze woda traci zupelnie swa krysztalowa przejrzystosc, i wydaje sie jak balwan snieznej piany przesypanej milionami brylantow. Okolo wodospadu do znacznej odleglosci, tworzy sie deszcz kroplisty, w ktorym odbite slonca promienie formuja tecze. W czasie naszej bytnosci dwie takie siedmiobarwne wstegi przepasywaly sniezne fale. Najwspanialej wydaje sie wodospad stanawszy u spodu jego, bo wtenczas dopiero mozna doskonale objac okiem cala olbrzymia jego wysokosc okolo 160 stop wynoszaca. Dojscie jednak do dna tej glebi, w ktora sie rzuca, jest trudne.

Siedzac z boku nad brzegiem tej przepasci, z pomimowolnem uczuciem zgrozy spogladalam w te glebie, jakby loze olbrzymia sila wykute w litym granicie, o ktore rozbijaja sie z nieopisana gwaltownoscia spienione wody, tworza wiry, fontanny, wra, kipia, niby w kotle podziemnym ogniem rozpalonym, a wszelkie przezwyciezajac przeszkody, wpadaja w doline pod nazwiskiem Roztoki, szalonym pedem spiesza do Bialki, ktora lubo niezmiernie bystra, wydaje sie spokojna obok tego rozhukanego potoku.




Na wiosne, gdy wody gorskie gwaltownie wzbiora zasilone topniejacemi lodami i sniegiem, wodospad Siklawej wody jest nierownie wspanialszym; wtenczas bowiem juz nie podzielony na dwa strumienie, ale jako jedna rzeka i jednym lukiem spada w otchlan. Oprocz glownego strumienia Siklawej wody spada tu jeszcze kilka potokow; te jednak nierownie sa wezsze i nie tak gwaltowne, nie zwracaja wiec nawet na siebie uwagi.

Droga do wodospadu, lubo nie bardzo trudzaca, jednak trzy cwierci mili dluga, zmeczyla nas dosyc. Oblani potem, strudzeni i spragnieni, usiedlismy na kamienistym uplazie, okrytym gruba trawa i roszonym ciagle deszczem wodospadu. Zaspokoiwszy pragnienie i niepospolity apetyt, ktory wzbudzila niemal dwugodzinna podroz, i powietrze gorskie, pokrzepieni na silach, majac przed soba jeszcze dluga i przykra droge, pozegnalismy Siklawa Wode. Od wodospadu dopiero rozpoczyna sie podroz rzeczywiscie mozolna i trudzaca, zwlaszcza dla nieprzywyklych do podobnych wypraw. Wspinajac sie dosyc stromo po plytach skalistych, oslizlych od wody, stanelismy wkrotce w dolinie Pieciu Stawow, najdzikszej na polnocnej stronie Tatrow. [...]

Pasmo skal dzikich, nagich, okrytych gdzieniegdzie zielonawym porostem i smugami zlodowacialego sniegu, gorami Miedzianemi zwanych, obiega obszerna doline zawalona zlomami kamieni, w ktorej lezy piec jezior, zwanych zwyczajnie Pieciu Stawami. Idac od wodospadu, stajemy najpierw nad brzegiem srodkowego i najwiekszego, z ktorego wyplywa Siklawa Woda i rzucajac sie w straszny wadol doliny Roztoki, tworzy ow przepyszny wodospad. Staw ten, majacy przeszlo 40 morgow (64080 sazni kwadr.) powierzchni, co do wielkosci nie wiele ustepuje Morskiemu Oku, stad tez Wielkim jest zwany; ksztalt ma zaokraglonego po rogach, podluznego czworoboku. Woda w bliskosci brzegow przezroczysta jak krysztal, ku srodkowi, gdzie wielka glebia, wydaje sie ciemnosina. Drugi staw, lezacy w niewielkiej od pierwszego odleglosci, maly i ptytki; Malym go tez zowia. Trzeci i ostatni na drodze do Morskiego Oka zowie sie Przednim. Czwarty staw lezy nieco wyzej, niz trzy wspomnione, i nazywa sie Czarnym. Piaty, zwany Zadni albo Gladki, u stop skalistego Zawratu, lezy tak wysoko, ze rzadko kiedy przed polowa lipca odmarza. Przystep do tych dwoch ostatnich stawow o tyle jest trudny, ze trzeba isc po ogromnych brylach skal, zalegajacych cala doline, a mianowicie czesc jej polnocna. Poprzestalismy wiec na widzeniu trzech stawow, okolo ktorych przechodzic trzeba, udajac sie do Morskiego Oka. Dolina Pieciu Stawow, majaca ksztalt luku ku poludniowi nieco wygietego, dobre pol mili dluga, 6120 stop n. p. m. wzniesiona, przedstawia obraz okropnego zniszczenia, martwoty i dzikosci, czyniacy nieopisanie posepne wrazenie. Zdaniem Staszyca cala byla niegdys zalana woda; dopiero gdy olbrzymia jakas sila rozwalila polnocno-wschodnia sciane otaczajacych ja granitow, wody ogromnego jeziora rzucily sie w doline Roztoki, a na obszernej plaszczyznie, ktora zalewaly, pozostalo tylko owe Piec Stawow. Przedzialy pomiedzy temi stawami zalegaja ogromne odlamy glazow, oderwane widocznie od tych granitowych olbrzymow, ktore w potezne swoje ramiona objely te glucha pustynie. Zieleniejaca miejscami nad woda kosodrzewina, mchy czerwonawe, bialawe, brunatne, rosnace kepami, karlowata borowka i kilka roslin alpejskich, oto caly roslinnosci wieniec. Grobowa cisze przerywa tylko gluchy huk wodospadu, podobny do odglosu dalekiego grzmotu.

Kiedy tak postepujac zwolna po zlomach kamieni sledzilam pilnie kazdego objawu zycia, tu juz tak blisko graniczacego z zupelna martwota, nagle z zarosla kosodrzewiny zerwala sie mala ptaszyna, tak zwany siwarnik, sploszona naszemi krokami, i wydajac glos jednostajny, przerywany, smutny, przeleciala na druga strone stawu. Biedna pustelnica! Jej nie teskno wsrod tych skal nagich za wesolymi wspolrodakami, ktorzy bujaja swobodnie z drzewa na drzewo, z galazki na galazke, gdy ona na twardym chyba spocznie glazie lub na kojacej kosodrzewiny galezi. [...]

Przeprawa przez ogromne zwaliska kamieni, zalegajacych doline, jest trudzaca. Z ostroznoscia i zrecznoscia przestepowac trzeba z kamienia na kamien, aby sie nie posliznac i nie upasc niebezpiecznie. Po przebyciu dwoch takich przestrzeni, zawalonych glazami, ktore wydaja sie jakby wyschle lozyska jezior, pozostawala jeszcze oslawiona z niebezpieczenstw sciezka nad przepascia, na ktorej bojazliwszych przeprowadzaja z zawiazanemi oczami. Pokazal nam ja z daleka X... i doprawdy nie moglam sobie wyobrazic, jak sciezka tak wygodna, za tak niebiezpeczna uchodzic moze. Jest ona wyryta na wschodnim boku stromej gory, okrytej gesta, twarda, a zatem slizka trawa, tak szeroka, ze nietylko najwygodniej po niej postapic mozna, ale nawet wyminac sie z druga osoba. Prawda, ze przepasc doliny Roztoki, nad ktora prowadzi, okropna; z tego wiec powodu dla osob cierpiacych zawrot glowy, przeprawa ta niebezpieczna byc moze. Szczesciem nikt z nas nie byl sklonnym do zawrotu, smialo wiec zblizalismy sie do tego oslawionego miejsca, i odetchnelismy dopiero na owej sciezce, ktora procz sasiedztwa przepasci, nie ma rzeczywiscie zadnej innej niedogodnosci. [...] Wspomniona sciezka, wznoszac sie coraz wyzej, doprowadzila nas wkrotce na grzbiet gory, po ktorej uboczu sie wije. Tu zatrzymalismy sie na chwilke dla wypoczynku. Teraz, stojac na bezpiecznem i dosc obszernem miejscu, smialem okiem moglismy zmierzyc przebyta droge i rozpatrzyc sie w olbrzymich cudach otaczajacej nas natury. U stop naszych przepasc gleboka, straszna! To dolina Roztoki, ktora przebywalismy przed kilka godzinami; dluga na trzy cwierci mili, patrzac z tej wysokosci, zdaje sie nie miec wiecej niz pare set sazni. Woloszyn, dziki, nagi; podarty, ale obok tego wspanialy i piekny, przedstawil nam sie w calym prawie ciagu. U stop jego, na dnie przepasci, wije sie owa szalona Roztoka, jakby waziutka biala wstazeczka. Nic wiedzac, trudnoby nawet rozpoznac, ze to potok, gdyz ruchu wody najbystrzejsze nie dostrzeze oko. Na lewo za nami, na polnocny zachod, otwiera sie rozlegla dolina Pieciu Stawow, dzika, odarta, straszna. Dokola pietrza sie nagie, skaliste turnie, dzwigajace w niebo dumne, sniegiem swiecace iglice. Stad majestatycznie przedstawia sie Lodowata turnia, ledwie o trzydziesci kilka stop ustepujaca Lomnicy. Rozpoznac ja latwo wsrod innych szczytow, bo ksztaltem nieco sie od nich rozni, i nie jest tak wysmukla, tak ostro scieta, jak inne. Od ciemnej opoki razaco odbija bialosc sniegu, lezacego tam obficiej, niz na innych wierchach. Pokazywano nam i Lomnice; czy to jednak ona byla, zareczyc nie mozna, gdyz ksztalty gor zmieniaja sie ze zmiana miejsca, z ktorego na nie patrzymy i trzeba bardzo dokladnie znac polozenie, aby sie nie pomylic wrod tego labiryntu. Ku wschodowi rozstepuja sie granitowe sciany olbrzymow i w glebi najcudniejszy przedstawia sie krajobraz, niby ogrod nadobny, ktorego wdziekiem natura tak tutaj grozna, dzika, zmartwiala, lagodzi nieco surowosc swego oblicza. Ujeta w skaliste ramy, roztacza sie w dali czesc spiskiej i wschodnio-polnocny brzeg doliny nowotarskiej; niepewnemi barwami rysuja sie na widnokregu od polnocy grzbiety Bieskidow, stad wygladajace jakby niewielkie pagorki. Dalej stercza skaliste Pieniny, a na ich zachodnich stopniach zwaliska Czorsztyna i bielejace mury wegierskiego zamku Dunajca. [...]

Wypoczawszy nieco, ruszylismy dalej; sciezka rownie wygodna jak dotad, prowadzila nas teraz wciaz w kierunku poludniowo-wschodnim, samym grzbietem przepascistej po obu stronach gory; na lewo otwiera sie dolina Roztoki, na prawo inna, ale juz nie tak gleboka, nie tak dzika i straszna. Niebawem spuscilismy sie w doline znowu zawalona zlomami kamieni, przez ktore przeprawa trudzaca i przykra. Nieuwaga przewodniczacego nam gorala przyczynila nam jeszcze utrudzenia. Poprowadzil nas przez ogromna lache zlodowacialego sniegu, tak slizkiego, ze ledwie mozna bylo utrzymac sie na nim; nasz przewodnik slizgal sie jeszcze bardziej od nas. Nie skonczylo sie na tej jednej przykrosci; nieuwaga czy omylka i upor gorala pozbawily nas pieknego widoku na Morskie Oko, lezace w wielkiej pod nami glebi, jakibysmy byli mieli udawszy sie ta droga, jaka doradzal X... Ta niby daleko lepsza droga, ktora nas poprowadzil przewodnik, zmeczyla nas wiecej, niz cala dotychczasowa podroz. Dostawszy sie znowu na wazki grzbiet gory, trzeba bylo spuscic sie na dol, chcac dojsc do Morskiego Oka, lezacego 2000 stop nizej od Pieciu Stawow. Nigdy wychodzenie pod gore, lubo na pozor trudniejsze, nie umeczy tyle, jak spuszczanie sie na dol po stromej pochylosci zaslanej slizka trawa pod ktora kryly sie kamienie usuwajace sie pod nogami. Zmeczeni ta przeprawa, najmniej godzine trwajaca, upadajacy prawie z goraca i utrudzenia, ochlodzilismy sie cokolwiek w cieniu lasu, a woda z napotkanego przy drodze zrodelka orzezwila nas tak, ze dosc spiesznie moglismy zdazac kamienista droga prowadzaca wprost do Morskiego Oka. W szalasie stojacym juz w dolinie Bialki, moze na kwadrans drogi przed Morskiem Okiem, zmowilismy wioslarzy do plywania po jeziorze i kupilismy konewke kwasnego mleka, ktorego taniosci dotad nadziwic sie nie mozemy. Za piec kwart dalismy szesc krajcarow, i to jeszcze byla zaplata wieksza, niz zadali gorale. [...]

Zaiste, trudno wystawic sobie cos wspanialszego, cos rownie czarujacego, jak to jezioro. Widzialam kilka innych jezior tatrzanskich, a jednak Morskie Oko nie stracilo nic na tem porownaniu. Lubo jest najwiekszem pomiedzy niemi (ma okolo 4200 krokow obwodu, do 500 krokow szerokosci, 1600 krokow dlugosci, powierzchnia jego obejmuje 56 morgow i 440 sazni kwadratowych), nie tak jednak wielkoscia, jak raczej nezrownana wspanialoscia polozenia silne na wedrowcu czyni wrazenie. Wystawmy sobie lancuch skal nagich, dzikich, prostopadlych, wznoszacych sie do 2000 stop nad powierzchnia jeziora, w olbrzymie zatoczony kolo, tak, ze z jednej tylko strony od doliny Bialki, t.j. od wschodu, gdzie rozstapily sie granitowe opoki, jest wolny i obszerny przystep. Skaly te, nigdzie nie rozdarte do dolu, pietrza sie niby mur odwieczny, w gorze dopiero dziwacznie poszczerbiony, porozrywany. Obszerna przestrzen zamknieta temi poteznemi rypami, zalewa jezioro owalnego ksztaltu, ktorego wody zdaja sie zupelnie przypierac do otaczajacych je scian granitowych. Z poludniowej strony, w ustepie skal otaczajacych Morskie Oko, o 500 stop wyzej lezy Czarny Staw, z ktorego wyplywa szeroki potok i z tej wysokosci splywa w jezioro. Na krawedzi skalistego loza Czarnego Stawu utkwiony krzyz, zwraca ku Bogu dusze upojona widokiem cudow tylu i swiety urok na ten amfiteatr skal i wod roztacza. W polnocno-zachodnim kacie Morskiego Oka, prawie zupelnie naprzeciw wspomnionego wodospadu sterczy stroma, piramidalna, zupelnie naga skala do 300 stop wysoka, zwana Mnich, poza ktora jest takze przejscie do Pieciu Stawow. Na wiosne lub po nawalnych deszczach, gdy wzbiora gorskie wody, widok spadajacych zlebami do Morskiego Oka potokow, a mianowicie owych z Czarnego Stawu i zpoza Mnicha, musi byc bardzo wspanialy; za naszej bytnosci nie byly ony bardzo obfite i gwaltowne.

Gorale zowia zwykle Morskie Oko Rybiem Jeziorem, a to dla znajdujacych sie w niem pstragow nieco odmiennych od innych, dotad znanych gatunkow. Na obejscie jego, ktore nie ma byc tak trudnem, jak sie na oko wydaje, potrzeba dwoch godzin. Kazdy, komu znana z opisu wielkosc tego jeziora, stanawszy nad brzegiem jego, dozna zawodu; Morskie Oko wyda mu sie wcale niewielkiem. Dopiero rozpatrzywszy sie lepiej, pozna, ze to tylko zludzenie, ktorego powodem sa olbrzymie granitowe masy pietrzace sie dokola, obok ktorych wszystko maleje, niknie. Jezeli nie ma sposobnosci przeplyniecia na tratwie jeziora, co najlepiej prawdziwa jego wielkosc poznac daje, mozna sie o niej przekonac i z brzegu, przypatrujac sie spadkowi potoku wyplywajacego z Czarnego Stawu. Na oko jest on zaledwie o pol godziny odlegly, od szalasu stojacego na brzegu Morskiego Oka; lezy moze w czwartej czesci jego obwodu, a jednak najbystrzejszy wzrok nie dostrzeze ruchu wody i caly wodospad wydaje sie jakby smuga sniegu bielejacego na pochylosci urwistej opoki. Nie slychac nawet huku, jaki powstawac musi przy naglym spadku z tak znacznej wysokosci, do ten szum gluchy, jaki obija sie o uszy, pochodzi w wyplywu poteznego strumienia, ktory wyplywajac z Morskiego Oka, wylewa sie w doline i pod nazwiskiem Bialki toczy dalej rozhukane nurty.

Zbyt przesadzone sa opisy dzikosci i zupelnej martwoty natury, jaka tu zgroza przejmuje; uwazalam to juz za pierwsza bytnoscia nasza w tem miejscu; teraz zas po zwiedzeniu Pieciu Stawow, gdzie rzeczywiscie dogorywa juz ostatnia zycia iskierka, a glaz martwy, zimny, nagi, rozposciera panowanie swoje, okolica Morskiego Oka wydala mi sie zielona oaza. Prawda, ze olbrzymie turnie strzegace cichych wod jeziora, ktorych nagosc oslaniaja jedynie ogromne platy sniegu, nie ustepuja w dzikosci urwistym rypom okrazajacym doline Pieciu Stawow; ale nierownie wyzsze od tamtych, tak sa przy tem wspaniale, tak powazne i piekne, ze wrazenie zgrozy ustepuje tu jakiemus powabniejszemu uczuciu, podobnemu do tego, jakiego doznajemy wchodzac w progi Panskich przybytkow. I ta nawet cisza, jaka tu panuje, to nie cisza zalegajaca ponura smierci dziedzine, ale raczej uroczyste milczenie swiatyni Pana nad pany, ktore, niby cichy szmer modlitwy, przerywa daleki szum potoku, kwilenie ukrytej w gestwinie ptaszyny, lub pluskanie pstraga zeglujacego w zwierciadlanych jeziora falach. Nad brzegiem Morskiego Oka rosnie bujny kosodrzew, zieleni sie borowka, wdzieczy alpejski kwiateczek tulacy sie w trawie, ktora rozsciela sie wszedzie, gdzie nie zalegly zlomy granitu, swiadki okropnych wstrzasnien, ktore je zerwaly z tych poteznych szczytow sterczacych tak dumnie dokola, i stracily na dno obszernej jeziora kotliny. Rowninka na wstepie do Morskiego Oka, gdzie stoi szalas zbudowany umyslnie dla wygody goscci, ustrojona takze zielonym murawy kobiercem; nad Bialka wsrod gestych zarosli kosodrzewia widac jeszcze miejscami i swierki, a limby, tak zwane cedry tatrzanskie, dzieci sfer alpejskich, podnosza smialo wysmukle wierzcholki swoje. Jednem slowem, oko wedrowca strudzone nagich skal widokiem, ma na czem spoczac z przyjemnoscia.

Nie tracac chwili czasu, weszlismy zaraz na tratwe przy brzegu stojaca; byla juz bowiem godzina druga z poludnia, a chcielismy jeszcze zwiedzic Czarny Staw i zdazyc na noc do Zakopanego. Obiad nawet, to jest konewke mleka, przenieslismy na tratwe, aby nic proznowac plynac, i nasycajac oczy niezrownanym widokiem, zaspokajac zarazem glod, ktory po tylogodzinnej podrozy dobrze nam sie czuc dawal. Tratwa dopiero wlasnie zrobiona dla gosci sproszonych do Zakopanego na uroczystosc odsloniecia pomnika arcyksiecia Ludwika, ktorzy przy tej sposobnosci zwiedzali Morskie Oko, jest bardzo wygodna; po bokach ma porecze i lawki do siedzenia. Powierzchnia jeziora zupelnie byla spokojna, wiatru prawie zadnego; bez najmniejszej wiec obawy puscilismy sie na te ciche tonie.O! coz to za rozkosz ta zegluga! coz to za widok niezrownany czaruje dusze! Woda przy brzegach jasno-zielonego koloru, ciemnieje, w miare, jak sie zapuszczamy dalej; na srodku, gdzie znaczna glebia, wydaje sie zupelnie czarna. O ile sie dotad przekonano, glebia ieziora wynosi przeszlo 150 stop. Lagodny powiew wietrzyka faldowal zlekka te ciemne fale, a promienie slonca zlota na nie zarzucaly siatke; krople rozpryskujace sie za kazdem poruszeniem wiosel wydawaly sie jakby zloto i brylanty, rzucane reka czarodziejki w czarna paszcze otchlani. Dopiero wyplynawszy na srodek jeziora, poznajemy znaczna jego rozleglosc, wtenczas dopiero pieknosc jego w calym wystepuje blasku. W miare jak zblizamy sie do przeciwnego brzegu, olbrzymieja pietrzace sie tam turnie, tak zwane Mury Liptowskie(*), pysznia sie w calym majestacie ogromu i dzikosci. [...]

W pol godziny przybilismy do brzegu pod skalami, wsrod ktorych lezy Czarny Staw, w bliskosci ujscia wyplywajacego z niego potoku. Mily chlod orzezwil nas cokolwiek i pokrzepil sily, ktore nas opuszczaly wskutek upalu i zmeczenia; wybralismy sie wiec na zwiedzenie Czarnego Stawu. Dojscie do niego jest wprawdzie dosyc przykre, gdyz trzeba piac sie nieco stromo pod gore po zlomach kamieni; nam jednak po przeprawie okolo Pieciu Stawow droga ta wydala sie wcale wygodna. Po polgodzinnem wdzieraniu sie pod gore przybylismy do owego krzyza, ktory widzielismy zdaleka. Jest on zelazny, utkwiony w ogromnym odlamie granitu, na pamiatke bytnosci tamze biskupa tynieckiego potem tarnowskiego, Grzegorza Zieglera, z napisem: Hic non plus ultra, non supra, nisi in cruce D. N. J. Christi. 1823. Od tego krzyza postapiwszy jeszcze kilkanascie krokow, stanelismy nad brzegiem ogromnego kotla, na ktorego dnie zwierciedli sie ciemna Czarnego stawu powierzchnia. Jest zaiste cos przerazajacego, cos dreszczem przejmujacego w tej dzikosci, jaka nas tutaj otacza. Olbrzymie skaly, zwane Rysy, ktorych szczyty najdziwaczniej poszarpane, a prostopadle sciany gdzieniegdzie tylko kosmykiem trawy przystrojone, lub smugami zlodowacialego sniegu okryte, obstapily polkolem jezioro, z polnocnej tylko strony, to jest od Morskiego Oka, wolny zostawiajac przystep. Czarny, staw, znacznie mniejszy od Morskiego Oka, obejmuje przestrzen 37 morgow i 1481 sazni kwadr., ma byc jednak glebszy. Wody jego przypieraja zupelnie do prostopadlych, otaczajacych je opok, tak ze obejsc je naokolo niepodobna.




Zaden krzaczek, zadne drzewko nie rozwesela ponurej miejsca tego dzikosci; nad samym tylko brzegiem rosnie rzadka trawa, zolte kwiatki alpejskie, karlowata kosodrzewina i krzaczki borowek. Nie obija sie tu zaden odglos zycia, zadna rybka nie plusnie w tych spokojnych wodach, gladkich jak szklanna tafla, ciemnych jak paszcza otchlani, ktora napelniaja; slychac tylko szum strumienia, ktory stad wyplywa i spada na dol, po granitowych roztracajac sie zlomach. Zerwawszy kilka kwiatkow na pamiatke, spuscilismy sie od Czarnego stawu, i nie majac juz czasu na obejscie Morskiego Oka, wsiedlismy zaraz na tratwe. W powrocie zachwycalam sie jeszcze ciagle czarujacym widokiem, jaki nas otaczal, poilam sie rozkosza zeglugi po tych wodach cichych, przejrzystych, o ktorych tyle dziwnych podan krazy pomiedzy okolicznym ludem.

Procz dwoch wyzej wspomnianych potokow, Morskie Oko nie ma znikad widocznego przyplywu; korytem zas Bialki odplywa nierownie wiecej wody, niz jej dostarczaja oba wodospady; musza wiec zasilac to jezioro ukryte na dnie jego zrodla. Lud prosty, ktory nie jest tak obojetnym widzem cudow przyrody, jak sie moze niejednemu zdaje, uderzony tem zjawiskiem, a nie umiejac go sobie wytlumaczyc naturalnym sposobem, tajemniczym urokiem otoczyl to wspaniale Tatrow zwierciadlo. Gorale rozpowiadaja o tajemnym zwiazku jego z morzem, o bezdennej jego glebi, w ktora przed wiekami zapadlo zaklete miasto, o dziwacznych rybach i potworach morskich, ukazujacych sie tu niekiedy i porywajacych owce, pasace sie nad brzegiem, i t. p. Wkrotce stanelismy na przeciwnym brzegu, nadeszla smutna chwila pozegnania Morskiego Oka, ktore tak dziwnie przywiazalo mnie do siebie. Zadne dotad miejsce nie wywarlo na mnie w tym stopniu owego tajemniczego wplywu, nigdzie mi dotad nie bylo tak rzewnie i blogo. [...]


Obrazki z podrozy do Tatrow i Pienin, Krakow 1858




(*) Liptowskie Mury - pierwotna nazwa Mieguszowieckich Szczytow nad Morskim Okiem. (AMK)







Copyright © 1997-2000 Zwoje