DOSTRZEGANIE NIE DOSTRZEGANEGO
ANDRZEJ M. KOBOS
W lecie roku 1957 zjawił się w moim domu w Wadowicach mój 19-letni kuzyn Jurek Olszewski, częsty u nas gość, ale tym razem z pożyczonym aparatem fotograficznym Leica. Mój ojciec wyciągnął wówczas z głębi sekretarzyka szafy bibliotecznej swój aparat fotograficzny Retinetta (przedwojenny, ale już na film 24x36 mm). Nie używany aparat przeleżał tam lata stalinowskie, w których fotografowanie było zajęciem niebezpiecznym. Wręczył mi go i powiedział, "idźcie fotografować". Miałem wówczas prawie 14 lat.Wkrótce fotografowałem rodzinne Wadowice, rodzinę, sąsiadów, znajomych, kolegów i koleżanki szkolne; te płoszył widok aparatu. Pierwsze moje filmy wywoływał i odbijał w formacie 6x9 cm wadowicki fotograf, pan Janik. W rok później ojciec kupił mi radziecki aparat fotograficzny "Zorkij 4" i powiększalnik Krokus. Jurek nauczył mnie robić odbitki pozytywowe i wówczas zacząłem dużo fotografować. W dziesiątej klasie Marysia H. była wdzięcznym obiektem moich fotografii na zapamiętanych do dziś spacerach w wadowickim parku i na pagórkowatej Czumówce. Rejony nad płynącą tuż obok domu Choczenką, wierzby nad nią, zimowa kra, wadowicki park, niedaleki Leskowiec w Beskidzie Wyspowym, stały się moimi pierwszymi plenerami fotograficznymi.
Tak rozpoczęło się moje życie z aparatem fotograficznym, pasja fotografowania, której pozostałem wierny i która w jakiś sposób przerodziła się w moje oko na świat.
W roku 1962, kiedy byłem już studentem Uniwersytetu Jagiellońskiego i mieszkałem w Krakowie, ojciec kupił mi bardzo wówczas dobry wschodnio-niemiecki aparat Praktina IIa. Potem przez kilka lat używałem Praktisix'a II o negatywach 6x6 cm. Rozszerzyło się pole moich zainteresowań fotograficznych i ustaliły główne kierunki mojego fotografowania: drzewa, drewno, struktury czy faktury przedmiotów, architektura kamienna i drewniana, rzeźby, zaułki, kamienie, głazy i skały, rupiecie, rzadziej ludzie – zwykle starzy, o ciekawych twarzach. Zacząłem dostrzegać piękno nie dostrzegane. Obok Krakowa (w którym szukałem ujęć i miejsc nietypowych, np. zaniedbane podwórka) i Wadowic, "plenerami" moimi były Tatry i podwadowickie wioski z ich drewnianymi chatami i kościółkami. W mojej wadowickiej, już też ulepszonej ciemni zacząłem robić czarno-białe odbitki większych formatów.
W 1967 roku, niedługo po rozpoczęciu pracy w Instytucie Fizyki Jądrowej w Krakowie, zaprzyjaźniłem się tam z Tadeuszem Petryną, fotografikiem. Urzeczony moimi zdjęciami Tadeusz, dostrzegł w nich nieświadome u mnie spojrzenie hartwigowskie. Nauczył mnie techniki kompozycji, ogniskowania, kadrowania, zwartości obrazu, głębokiej czerni i gry silnych czarno-białych kontrastów. Przez taki kontrast niektóre zdjęcia stają się grafiką, sztychem jakby, tyle że nie wykonaną którąś z tradycyjnych technik. Tym fotograficznym naukom Tadeusza pozostałem wierny do dzisiaj, chociaż od 17 lat przeszedłem na prawie wyłącznie fotografię kolorową.
Tak czy inaczej, dziewięćdziesięcioletni dzisiaj Edward Hartwig, którego nigdy nie spotkałem osobiście, wywarł na mnie ogromny wpływ w moich poszukiwaniach w fotografii artystycznej. Nie był on może technicznie tak doskonały jak np. Anselm Adams, ale spojrzenie fotograficzne Hartwiga wydaje mi się być bardziej osobiste niż Adamsa w jego cudownych skądinąd górskich pejzażach Kalifornii. Wspomnę jeszcze, iż obejrzane w młodości w Krakowie dwie wystawy światowej fotografiki: "The Family of Man" ("Rodzina człowiecza") Edwarda Steichena i "Was ist der Mensch" ("Czym jest człowiek") Karla Paweka, wywarły na mnie niezatarte wrażenie. Stąd może wzięły się moje fotograficznie ulubione stare twarze. W wiele lat później, wielkie wrażenie wywarł na mnie ogromny album grupy "Magnum" zakupiony w Minneapolis.
W roku 1967, urządziłem w jadalni Instytutu Fizyki Jądrowej wystawę moich fotografii, w większych już formatach. Tadeusz przyprowadził na nią Jana Mostowskiego z Krakowskiego Towarzystwa Fotograficznego, który wykrzyknął do mnie: "Ależ z pana majster !" W tych czasach portrety Ewy L. stanowiły istotną część mojej fotografiki. Od roku 1967, fotografowałem w Piwnicy pod Baranami, jako jej tytularny nadworny fotografik, tuż po odejściu Zbigniewa Łagockiego. W roku 1970 nadszedł mój czas rodzinny; dzieciństwa Piotrka a potem Magdy zostały udokumentowane okiem kamery artystycznej.
W wrześniu 1973 wyjechałem na dwa lata do Anglii, do Oxfordu. Jednym z pierwszym moich nabytków był aparat fotograficzny Asahi Pentax z kilkoma obiektywami. Oxford, Anglia, szczególnie południowa, monumentalne gotyckie katedry angielskie, stare miasteczka, nawet British Museum, zastąpiły plenery polskie. Od roku 1976 dużo jeździłem po Europie Zachodniej, głównie do uniwersytetów, które uprawiały fizykę jądrową niskich energii. Przy tej okazji zwiedziłem wiele starych europejskich miast. Plonem były setki zdjęć, ciągłe czarno-białych. Dwukrotnie byłem w Moskwie, gdzie zamiast dyskutować o fizyce, fotografowałem stare cerkwie.
Fotografowanie architektury jest trudne, gdyż osiągnąć należy dwie rzeczy: oddanie nastroju, "ducha" pewnej budowli, innych dla każdej, oraz uniknięcie zrobienia jeszcze jednego widoku tejże, znanego z pocztówek albo książek.
Rdzeń mojej tematyki fotograficznej pozostał nie zmieniony. W Polsce doszły moje ukochane Gorce i przez kilka lat wybrzeże Bałtyku. Z lepszym już aparatem fotograficznym przeszedłem ponownie wiele szlaków, po moich dawnych fotograficznych śladach, szczególnie w okolicy Wadowic i pod Krakowem. Niektóre dawne zdjęcia powtórzyłem, inne miejsca i drzewa po prostu zniknęły. Dostrzegłem za to nowe drzewa.
Pamiętam jak w roku 1978 pokazałem duże zdjęcia drzew mojemu teściowi. Obejrzał kilkanaście, pokiwał głową i powiedział: "Ładne to, ale wszystkich drzew i tak nie sfotografujesz." Prawda to, ale ile pięknych drzew mogę – to warto, chociaż tyle innych nie sfotografuję. Trochę to tak, jak owo słynne zdanie Casanovy o związkach z pięknymi kobietami.
Jest w drzewach Duch Drzewa. Kto (lub co) to jest Duch Drzewa? – zapytał mnie ktoś kiedyś. Duch Drzewa to jest potęga, moc, szortkość kory, ogrom konarów, powykręcane, jakby umęczone gałęzie, misterna plątanina gałązek, spróchniałość, umęczone korzenie ponad ziemią i w ziemi, ten związek drzewa z Planetą. I szelest.
W drugiej połowie lat 70., przez kilka lat z rzędu, jeździłem z moim wadowickim przyjacielem Januszem Sobalą na odpusty i misteria Wielkopostne do Kalwarii Zebrzydowskiej. Pozostały po tych moich "podróżach do chwały" liczne zdjęcia, szczególnie ludzi, przeważnie starych, wśród nich żebraków wzbudzających litość, ludzi o pooranych, często pięknych twarzach, ludzi nieznanych, których zapewne już teraz nie ma.
W latach 1981-1983, znowu w Oxfordzie, wróciłem do mojej dawnej angielskiej tematyki fotograficznej, do której doszły zdjęcia z podróży po Hiszpanii, Włoszech i Grecji. 31 grudnia 1983 moja rodzina i ja wylądowaliśmy w Toronto. W Kanadzie zaczęło się moje nowe życie – również fotograficzne. Szczęśliwie, moja kolekcja około 2,000 dużych zdjęć i archiwum negatywów dotarły do mnie z Krakowa. Ponownie, wczesnym nabytkiem był aparat fotograficzny Pentax Super Program, z możliwie najlepszymi obiektywami. Ten sam aparat fotograficzny używam nadal, już przez kilkanaście lat. Mam opory przed nowoczesnym, w pełni zautomatyzowanym aparatem; wydaje mi się, że tradycyjne ogniskowanie daje większą swobodę kompozycyjną, ułatwia "graficzność" obrazu. Kanada, głównie Alberta, Ontario i Québec stały się moimi nowymi plenerami, uzupełnionymi dosyć częstymi podróżami do Stanów Zjednoczonych. Z aparatem fotograficznym kilkakrotnie jeździłem do Europy: do Norwegii, Anglii, Niemiec, Louxemburga i Szwajcarii oraz oczywiście do Polski. Moja tematyka fotograficzna pozostaje w zasadzie nie zmieniona, tyle że prawie wyłącznie w kolorze. Bo i gdzie więcej i bardziej kolorowych drzew niż w Kanadzie, gdzie wspanialsze góry niż Canadian Rockies? (W Himalaje się nie wybieram, chociaż chciałbym). Kolor otworzył mi nową tematykę, do której jest zupełnie niezbędny: rośliny, przede wszystkim kwiaty i jesienne liście.
Fotografowanie nauczyło mnie jednej wspaniałej umiejętności: dostrzegania zwykle niedostrzeganego. Znaczy to – dostrzegania, spojrzenia (to nie to samo), wydobywania piękna, często pojętego bardzo osobiście, obok którego nieomal wszyscy przechodzą obojętnie. I jeszcze jedno: nie tylko wśród żywych ludzi zdarzają się niepowtarzalne momenty i sytuacje. U martwych lub niby-martwych przedmiotów – także. Może to być gra światła, układ kolorystyczny, albo pewien obraz, który zachowuję, ocalam (być może tylko dla siebie) przed nieodwracalnym zniknięciem. (*) * * *
I tak pędzę moje życie z aparatem fotograficznym. Jest to wspaniała przygoda artystyczna w postrzeganiu piękna i w osobistym, acz fotograficznym, jego przetwarzaniu. Przetwarzaniu, wbrew pozorom nie zawsze wiernym, w pewnym stopniu malarskim, dzięki zbliżeniom, kadrowaniu, grze kolorów, kontrastów, planów, kompozycji. Fotografika stała się dla mnie jednym z ważnych sposobów wyrażania tego, jak pojmuję świat mnie otaczający.Internet umożliwił łatwą prezentację obrazu. Pragnę wykorzystać tę możliwość do stopniowego stworzenia internetowej galerii moich fotografii.
Kończy się wiek XX. Był to między innymi wiek wspaniałej fotografiki, przede wszystkim czarno-białej. Wybrałem więc tematycznie niektóre moje czarno-białe fotografie z lat dawnych. Proszę, obejrzyjcie je Państwo pod adresem internetowym:
http://www.zwoje-scrolls.com/photography/
(*) W tychże Zwojach jest artykuł o Tadeuszu Kantorze. To Kantor napisał w roku 1964:..."coś chce się uchronić, zabezpieczyć aby przetrwało. Utrwalić, uciec przed czasem"...
![]()
Copyright © 1997-2007 Zwoje