

Wiele pisano w ostatnich czasach o dawnych wrogach Tuwima i wiele w tym było urojenia. Nikt Tuwima nie tępił i chyba żaden poeta w Polsce nie promieniał takim blaskiem poczytności i uznania. Rozgłos i sławę zdobył wstępnym szturmem. Gdzie byli ci wrogowie? Przez pewien czas nazwisko jego nie mogło pojawiać się na łamach Kuriera Warszawskiego, bo obraziła się na niego rodzina Lewentalów, która nie mogła darować mu złośliwego wierszyka o rodowodzie Zuzanny Rabskiej. Ale i Zdzisław Dębicki, stały krytyk literacki "Kuriera," i Antoni Bogusławski z jego redakcji, od razu uznali w nim znakomitego poetę, dzięki nim bojkot nie trwał długo i milczenie przerwano. Żydowskie pochodzenie poety nie przeszkadzało w dowodach uznania składanych mu przez pisarzy należących do skrajnej prawicy. Pisali o nim z entuzjazmem Grzymała-Siedlecki i Nowaczyński, obaj na pewno nie filosemici. Był oceniany należycie i zasłużenie przez wszystkich twórców prawdziwych i pisarzy z prawdziwego zdarzenia. Nie smak był tylko grafomańskim mydłkom i zacietrzewionym tępakom. Ścigała go ich zawiść, ale i ta - domieszką podziwu. Zresztą Tuwim nie był niewinnym i spokojnym barankiem, na którego czyhała groźna i krwiożercza sfora, umiał pokazywać wilcze kły i wcale nie miał zadatków na cierpiętnika i ofiarę.
Z poetów "Skamandra" był piłsudczykiem najbardziej namiętnym, bezkrytycznym, rozfanatyzowanym. Zamach majowy 1926 witał strzelistą fugą uniesienia, sławił go wierszem, potem kolejnym już rządom swych przyjaciół służyć miał wiernie dworską satyrą. Ale mimo, że był za pan brat z ministrami, nagrody państwowej nie doczekał się, odznaczeń nie miał, do Akademii Literatury go nie powołano. Pominięcie było jaskrawe i szukano przyczyn: trudno było dopatrzeć się ich w wiejącym już "ozonie" (*) pokazowego antysemityzmu, skoro w Akademii znaleźli się dwaj pisarze pochodzenia żydowskiego: Leśmian i Kleiner. Podobno Tuwimowi zaszkodził i przeszkodził wejściu do Akademii kabaret, uznano, że obniża czystość jego poetyckiego lotu. Brak urzędowego uznania był ujmą nie dla niego, lecz dla Akademii. Dodawało mu to aureoli i miało swój styl. Baudelaire, Verlaine, Rimbaud też nie zmieściliby się w żadnym akademickim fotelu, śmieszne i puste byłyby ich honory i splendory; jak oni, Tuwim był poetą ponad swój czas i poza każdym czasem - tylko poetą, poetą integralnym.
Dla nas, którzy go znaliśmy, był czymś więcej: poezji żywym wcieleniem. Żył i chodził między nami po ulicach Warszawy, nic co ziemskie nie było mu obojętne: gwar życia, próżność ludzka, zarobki, pieniądze, bardziej może od innych, jak najbardziej dotykał ziemi - mimo to snuł się po niej jak wysłaniec innych światów, nierealny, niezupełnie prawdziwy. Najbardziej ze wszystkich autorów swego pokolenia osadzony w siodle, urządzony i opierzony, ustatkowany ładem domu, kochający mąż, syn i brat, zapobiegliwy, troszczący się o spokój i szczęście bliskiej mu rodziny i najdalszych krewnych, prowadził życie mieszczańskie z zacięciem towarzyskim, a nawet światowym, pił, podróżował, zjawiał się w określonej godzinie w kawiarni, w teatrze - i spełniał swe ziemskie czynności jak w śnie somnambulika. Nie było w tym nic z trzepotu cyganerii, z wiecznej włóczęgi jej łazęgów, z nieładu i rozprzężenia właściwego artystom, ale życie jego, tak układne i bez zaniedbań, nie było jawą. To były bagdady i assyrie poezji, upajające barwistany.
Zająć Tuwima jakimkolwiek tematem dłużej niż przez chwilę nie było łatwo, rozmowa z nim urywała się i nie mogła już sklecić. Najbardziej ożywiony, pełen werwy, dowcipu i pomysłów, naraz zastygał, jakby kamieniał, w znieruchomiałym zapatrzeniu wyłączał się z życia, spojrzenie stawało się błędne, on sam daleki i obojętny. Rozpaloną głową chłonął wtedy jemu tylko dostępne szumy. Nie można było naprawdę rozmawiać z Tuwimem. Można było z nim pić i mówić wiersze. Jak każdy prawdziwy poeta, miał swoje, mniej znane ogólnie, wiersze ulubione i nie gardził poetami z bardziej popularnego śpiewnika, jak Or-Ot czy Gomulicki. Można było go sobie zjednać na cały wieczór, powitawszy słowami "O! jak dzwoni, o! jak śwista w klatce kos... Co za nuta pełna, czysta! Co za głos!". Była to pierwsza strofa wiersza Gomulickiego, którą podchwytywał radośnie, podkreślając ostatnie jej słowa brawurowym ruchem ręki, w takt rosnącego podziwu. Można było zyskać jego przyjaźń, znając, jak on, wiersze poetów zupełnie już zapomnianych: z czasów Chimery - Mamerta Wikszemskiego, z o wiele dawniejszych - Józefa Epifaniego Minasowicza. Rozjaśniał się wtedy w uśmiechu prawdziwego porozumienia, o które tak trudno było w świecie zaprzątniętym o wiele mniej ważnymi sprawami.
Równie wrażliwy był na poezję współczesnych sobie, młodszych i najmłodszych, i w odróżnieniu od tylu innych poetów, pozbawiony był wszelkiej zawiści, której ulegają - jak wiadomo - nawet najświetniejsi z nich. W zapale swoich ocen nieraz przesadzał, witając udatny debiut młodego poety jak zapowiedź nowej ery, która zaćmi cały jego własny dorobek i współczesnego mu pokolenia. Co najmniej przez tydzień witał przyjaciół w kawiarni słowami: "Pilnujcie, pilnujcie ostatnich dni lata!", bo tak właśnie zaczynał się jeden z wierszy Pawlikowskiej z wydanego wtedy jej tomiku pt. Niebieskie migdały, który go rozmarzył na dobre i na długo. Pierwszymi wierszami Mieczysława Brauna, Szenwalda, Gałczyńskiego upajał się, może ponad miarę. W wiele lat później, już na emigracji, Stanisław Baliński miał dowód, że młodzieńczy zapał Tuwima nie ostygł z wiekiem: otrzymał od niego w Londynie list z Brazylii, dziękujący za wiersz O, kraju mój... łzą i uśmiechem zachwytu.

Jego idee, to był zgiełk błysków w gwiezdnym zamęcie, srebrne płatki zawiei, myśl o niczym i wszystkim, w samo zamyślenie przedłużona. Jego wiarą było boskie pochodzenie rytmu, celność rymu, niedościgła budowa strofy. Jego wiedzą - związki chemiczne słów. Wędrowiec bezkresów, tułacz błędny i zbłąkany, znalazł przystań w swej ojczyźnie-polszczyźnie, w swoim domu - czterech ścianach wiersza.
A stało się jakby za sprawą wiernych mu guseł i czarów. Dzieje młodości i narodzin poetyckich Tuwima są jedną zawrotną przygodą, układają się szlakiem najbardziej romantycznej powieści. Chłopiec z brzydkiej Łodzi, miasta dymów i pyłu, z środowiska żydowskiego i niezasobnego, od urodzenia naznaczony ciemnym znamieniem, szpecącym młodą twarz, ruszył jak bohater Balzaca na podbój stolicy i uzyskał w niej za jednym zamachem pełnię ludzkiego szczęścia, miłość, sławę i pieniądze. Był to Lucén de Rubempré, ale z talentem Rimbauda.
Nie tylko pisał oszałamiające wiersze, ale zdobył dla poezji lirycznej poczytność, jakiej nie miała chyba od czasów romantyków, jakiej nie zaznali najwięksi jego poprzednicy: Tetmajer, albo Staff, w którym widział swego mistrza. Przywrócił wiarę w poezję, nie jako w odświętną wartość, ale jako potrzebę dnia - i tej wiary dodał innym poetom. Wbrew ogólnemu przekonaniu, dokonał tego swego cudu środkami najprostszymi. On, który uchodził za nowatora w poezji, za burzyciela starych form, był w istocie czcicielem ładu i tradycji, i pozostał im do końca nad podziw wierny. Budowa jego wiersza była zwarta, ani rozlewna, ani rozwichrzona, nie lubował się w asonansach i nie szukał zawrotnych efektów rymu - jego rymy były proste, wcale nie kunsztowne. A mimo swej prostoty i pozornej łatwości, przyćmił swymi wierszami cały rodzący się polski futuryzm z jego rzekomą nowoczesnością i wynalazczością rymotwórczą takiego np. popisowego sztukmistrza w tej dziedzinie, jak Bruno Jasieński. Burzycielem bywał w treści niektórych swych wierszy, tych co wywoływały najwięcej szumu, zdobywając mu rozgłos wraz z rosnącym oburzeniem i zgorszeniem. Te kilka głośnych wierszy, od młodzieńczej Wiosny począwszy, a kończąc na słynnym wezwaniu do "rżnięcia karabinem w bruk," trudno uznać za najświetniejsze próbki jego twórczości i na pewno nie świadczyły o tym, co było jej istotą. Były to wyskoki, dość typowe dla temperamentu i brawurowej pozy Tuwima, obrazoburcze popisy jego pokazowych buntów, w których wyżywał się z przekorą swojej arcywolnej i nikomu nie podległej, jaśniepańskiej i poetyckiej mości.
Inna jego pasja, językowa i szperacka, wyżywała się w próbach docierania do jądra, do samego rdzenia słów, w przeróżnych "Echolaliach" i "Słowopiewniach," w neologizmach prasłowiańskich i przepolskich, w których podziwiać można biegłość techniczną oraz wyczucie źródeł i związków słownych, przerastające podobne wyprawy słowotwórcze Leśmiana - ale i nic więcej. "Niedofiolety" Tuwima przyjmujemy z podobną niewdzięczną obojętnością co "niedowcielenia" Leśmiana.
Źródłem zawrotnych, jak na poetę lirycznego, dochodów stał się dla Tuwima kabaret, w którym znajdowały ujście żywiołowy jego humor, dar satyry, muzykalność i poczucie groteski. Była to twórczość wyraźnie już zarobkowa, ale podczas gdy Apollinaire traktował swe nieobyczajne powieści pisane dla chleba, jak dzieci z lewej ręki, i przyznawał się do nich niechętnie, Tuwim nie wstydził się tego swawolniejszego dziedzictwa swojej muzy. Pisanie dla kabaretu stanowiło dla niego nie tylko źródło zarobku, ale i zadowolenia, wynikało z niewątpliwej wewnętrznej potrzeby. I ten jego gatunek twórczości miał swój styl, bo wszystko do czego się Tuwim zabrał, robił dobrze i z pasją.
Tuwim jest jednym z niewielu poetów, w którego wierszach nie ma pustych miejsc, słów zbędnych, strof słabszych czy puszczonych. Te wiersze, o których niewspółcześnie byłoby mówić że powstały całe z natchnienia, pisane są jednym zrywem, niepohamowanym i niepowtarzalnym. Mają ciężar mosiężnych dzwonów - i są z substancji lotniejszej niż mgła. Ogień, smutek i popioły w czarnoksięskiej kuli. Słowa układają się w melodię, i to nie w znaczeniu ich dźwięczności muzycznej. Poezja Tuwima jest śpiewem, tak jak śpiewem jest poezja Heinego, Tiutczewa, Verlaine'a, Appollinaire'a. Nie świadczy to wcale o wyższości tego gatunku poezji nad innymi, ale określa jej istotę. Jest to śpiew Orfeusza.

Śmierć przyszła nagle, spadła jak kamień w ciemnej nocy. Wiemy, że nie przekreśli jego ostatnich lat, i wiemy, że zostają te dawne jego wiersze, większe od jego win i od naszego gniewu.
Wiadomości 6/410, Londyn, 7 lutego 1954>/b>

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||