Wspomnienie Juliusza Sakowskiego, znanego niegdys krytyka, o Julianie Tuwimie, napisane w Londynie w roku 1954, wkrotce po smierci Poety.



SKRZYDLATY ZLOCZYNCA





JULIUSZ SAKOWSKI





[...] W obliczu trumny ze smutkiem myslimy, ze nie da sie juz z tego zycia, pelnego ogni i wzlotow, wykreslic ostatniego rozdzialu, ktory polozyl sie na nie cieniem czarniejszym od kiru. I nie warto juz nawet nad mogila spierac sie czy Tuwim byl sola w oku czy oczkiem w glowie dygnitarzy panstwowych Polski niepodleglej, bo wazniejsze jest to, ze w przedsmiertnych jego latach odwracaly sie od niego ze wstydem i trwoga serca przyjaciol, tych na wolnosci i tych wierzacych w wolnosc swego kraju - najblizszych mu, ktorzy nie pogodzili sie jak on, z niewola.

Wiele pisano w ostatnich czasach o dawnych wrogach Tuwima i wiele w tym bylo urojenia. Nikt Tuwima nie tepil i chyba zaden poeta w Polsce nie promienial takim blaskiem poczytnosci i uznania. Rozglos i slawe zdobyl wstepnym szturmem. Gdzie byli ci wrogowie? Przez pewien czas nazwisko jego nie moglo pojawiac sie na lamach Kuriera Warszawskiego, bo obrazila sie na niego rodzina Lewentalow, ktora nie mogla darowac mu zlosliwego wierszyka o rodowodzie Zuzanny Rabskiej. Ale i Zdzislaw Debicki, staly krytyk literacki "Kuriera," i Antoni Boguslawski z jego redakcji, od razu uznali w nim znakomitego poete, dzieki nim bojkot nie trwal dlugo i milczenie przerwano. Zydowskie pochodzenie poety nie przeszkadzalo w dowodach uznania skladanych mu przez pisarzy nalezacych do skrajnej prawicy. Pisali o nim z entuzjazmem Grzymala-Siedlecki i Nowaczynski, obaj na pewno nie filosemici. Byl oceniany nalezycie i zasluzenie przez wszystkich tworcow prawdziwych i pisarzy z prawdziwego zdarzenia. Nie smak byl tylko grafomanskim mydlkom i zacietrzewionym tepakom. Scigala go ich zawisc, ale i ta - domieszka podziwu. Zreszta Tuwim nie byl niewinnym i spokojnym barankiem, na ktorego czyhala grozna i krwiozercza sfora, umial pokazywac wilcze kly i wcale nie mial zadatkow na cierpietnika i ofiare.

Z poetow "Skamandra" byl pilsudczykiem najbardziej namietnym, bezkrytycznym, rozfanatyzowanym. Zamach majowy 1926 wital strzelista fuga uniesienia, slawil go wierszem, potem kolejnym juz rzadom swych przyjaciol sluzyc mial wiernie dworska satyra. Ale mimo, ze byl za pan brat z ministrami, nagrody panstwowej nie doczekal sie, odznaczen nie mial, do Akademii Literatury go nie powolano. Pominiecie bylo jaskrawe i szukano przyczyn: trudno bylo dopatrzec sie ich w wiejacym juz "ozonie" (*) pokazowego antysemityzmu, skoro w Akademii znalezli sie dwaj pisarze pochodzenia zydowskiego: Lesmian i Kleiner. Podobno Tuwimowi zaszkodzil i przeszkodzil wejsciu do Akademii kabaret, uznano, ze obniza czystosc jego poetyckiego lotu. Brak urzedowego uznania byl ujma nie dla niego, lecz dla Akademii. Dodawalo mu to aureoli i mialo swoj styl. Baudelaire, Verlaine, Rimbaud tez nie zmiesciliby sie w zadnym akademickim fotelu, smieszne i puste bylyby ich honory i splendory; jak oni, Tuwim byl poeta ponad swoj czas i poza kazdym czasem - tylko poeta, poeta integralnym.

Dla nas, ktorzy go znalismy, byl czyms wiecej: poezji zywym wcieleniem. Zyl i chodzil miedzy nami po ulicach Warszawy, nic co ziemskie nie bylo mu obojetne: gwar zycia, proznosc ludzka, zarobki, pieniadze, bardziej moze od innych, jak najbardziej dotykal ziemi - mimo to snul sie po niej jak wyslaniec innych swiatow, nierealny, niezupelnie prawdziwy. Najbardziej ze wszystkich autorow swego pokolenia osadzony w siodle, urzadzony i opierzony, ustatkowany ladem domu, kochajacy maz, syn i brat, zapobiegliwy, troszczacy sie o spokoj i szczescie bliskiej mu rodziny i najdalszych krewnych, prowadzil zycie mieszczanskie z zacieciem towarzyskim, a nawet swiatowym, pil, podrozowal, zjawial sie w okreslonej godzinie w kawiarni, w teatrze - i spelnial swe ziemskie czynnosci jak w snie somnambulika. Nie bylo w tym nic z trzepotu cyganerii, z wiecznej wloczegi jej lazegow, z nieladu i rozprzezenia wlasciwego artystom, ale zycie jego, tak ukladne i bez zaniedban, nie bylo jawa. To byly bagdady i assyrie poezji, upajajace barwistany.

Zajac Tuwima jakimkolwiek tematem dluzej niz przez chwile nie bylo latwo, rozmowa z nim urywala sie i nie mogla juz sklecic. Najbardziej ozywiony, pelen werwy, dowcipu i pomyslow, naraz zastygal, jakby kamienial, w znieruchomialym zapatrzeniu wylaczal sie z zycia, spojrzenie stawalo sie bledne, on sam daleki i obojetny. Rozpalona glowa chlonal wtedy jemu tylko dostepne szumy. Nie mozna bylo naprawde rozmawiac z Tuwimem. Mozna bylo z nim pic i mowic wiersze. Jak kazdy prawdziwy poeta, mial swoje, mniej znane ogolnie, wiersze ulubione i nie gardzil poetami z bardziej popularnego spiewnika, jak Or-Ot czy Gomulicki. Mozna bylo go sobie zjednac na caly wieczor, powitawszy slowami "O! jak dzwoni, o! jak swista w klatce kos... Co za nuta pelna, czysta! Co za glos!". Byla to pierwsza strofa wiersza Gomulickiego, ktora podchwytywal radosnie, pokreslajac ostatnie jej slowa brawurowym ruchem reki, w takt rosnacego podziwu. Mozna bylo zyskac jego przyjazn, znajac, jak on, wiersze poetow zupelnie juz zapomnianych: z czasow Chimery - Mamerta Wikszemskiego, z o wiele dawniejszych - Jozefa Epifaniego Minasowicza. Rozjasnial sie wtedy w usmiechu prawdziwego porozumienia, o ktore tak trudno bylo w swiecie zaprzatnietym o wiele mniej waznymi sprawami.

Rownie wrazliwy byl na poezje wspolczesnych sobie, mlodszych i najmlodszych, i w odroznieniu od tylu innych poetow, pozbawiony byl wszelkiej zawisci, ktorej ulegaja - jak wiadomo - nawet najswietniejsi z nich. W zapale swoich ocen nieraz przesadzal, witajac udatny debiut mlodego poety jak zapowiedz nowej ery, ktora zacmi caly jego wlasny dorobek i wspolczesnego mu pokolenia. Co najmniej przez tydzien wital przyjaciol w kawiarni slowami: "Pilnujcie, pilnujcie ostatnich dni lata!", bo tak wlasnie zaczynal sie jeden z wierszy Pawlikowskiej z wydanego wtedy jej tomiku pt. Niebieskie migdaly, ktory go rozmarzyl na dobre i na dlugo. Pierwszymi wierszami Mieczyslawa Brauna, Szenwalda, Galczynskiego upajal sie, moze ponad miare. W wiele lat pozniej, juz na emigracji, Stanislaw Balinski mial dowod, ze mlodzienczy zapal Tuwima nie ostygl z wiekiem: otrzymal od niego w Londynie list z Brazylii, dziekujacy za wiersz O, kraju moj... lza i usmiechem zachwytu.




Poza wierszami, trescia i miloscia zycia, Tuwim mial i inne zainteresowania, ale byly dosc osobliwe: stare druki, gusla i czary, zielniki, rozne dziwy i niezwyklosci wszystkich ludow i epok. Wazne sprawy tego swiata, polityczne i spoleczne, nudzily go smiertelnie: i pacyfizm czy militaryzm, socjalizm czy faszyzm. Rewolucja to byla amazonka czerwona, madame ze wzburzonego narodu, bo mu tak sie ukladalo w wierszu i tak mu brzmialo barwnie i spiewnie. Pisal wiersze o biednych i uposledzonych, o mrozie i skwarze nedzarzy, o strasznych mieszczanach, ale pisali podobne rzeczy przed nim i Baudelaire i Rimbaud - tez nie reformatorzy spoleczni i nie zadni bojownicy idei, tylko po prostu poeci, jak on, Tuwim. Do tworczosci pod znakiem hasel i programow, do literatury ideowej mial odraze. O, jak bardzo musial go mierzic caly socrealizm!

Jego idee, to byl zgielk blyskow w gwiezdnym zamecie, srebrne platki zawiei, mysl o niczym i wszystkim, w samo zamyslenie przedluzona. Jego wiara bylo boskie pochodzenie rytmu, celnosc rymu, niedoscigla budowa strofy. Jego wiedza - zwiazki chemiczne slow. Wedrowiec bezkresow, tulacz bledny i zblakany, znalazl przystan w swej ojczyznie-polszczyznie, w swoim domu - czterech scianach wiersza.

A stalo sie jakby za sprawa wiernych mu gusel i czarow. Dzieje mlodosci i narodzin poetyckich Tuwima sa jedna zawrotna przygoda, ukladaja sie szlakiem najbardziej romantycznej powiesci. Chlopiec z brzydkiej Lodzi, miasta dymow i pylu, z srodowiska zydowskiego i niezasobnego, od urodzenia naznaczony ciemnym znamieniem, szpecacym mloda twarz, ruszyl jak bohater Balzaca na podboj stolicy i uzyskal w niej za jednym zamachem pelnie ludzkiego szczescia, milosc, slawe i pieniadze. Byl to Lucén de Rubempré, ale z talentem Rimbauda.

Nie tylko pisal oszalamiajace wiersze, ale zdobyl dla poezji lirycznej poczytnosc, jakiej nie miala chyba od czasow romantykow, jakiej nie zaznali najwieksi jego poprzednicy: Tetmajer, albo Staff, w ktorym widzial swego mistrza. Przywrocil wiare w poezje, nie jako w odswietna wartosc, ale jako potrzebe dnia - i tej wiary dodal innym poetom. Wbrew ogolnemu przekonaniu, dokonal tego swego cudu srodkami najprostszymi. On, ktory uchodzil za nowatora w poezji, za burzyciela starych form, byl w istocie czcicielem ladu i tradycji, i pozostal im do konca nad podziw wierny. Budowa jego wiersza byla zwarta, ani rozlewna, ani rozwichrzona, nie lubowal sie w asonansach i nie szukal zawrotnych efektow rymu - jego rymy byly proste, wcale nie kunsztowne. A mimo swej prostoty i pozornej latwosci, przycmil swymi wierszami caly rodzacy sie polski futuryzm z jego rzekoma nowoczesnoscia i wynalazczoscia rymotworcza takiego np. popisowego sztukmistrza w tej dziedzinie, jak Bruno Jasienski. Burzycielem bywal w tresci niektorych swych wierszy, tych co wywolywaly najwiecej szumu, zdobywajac mu rozglos wraz z rosnacym oburzeniem i zgorszeniem. Te kilka glosnych wierszy, od mlodzienczej Wiosny poczawszy, a konczac na slynnym wezwaniu do "rzniecia karabinem w bruk," trudno uznac za najswietniejsze probki jego tworczosci i na pewno nie swiadczyly o tym, co bylo jej istota. Byly to wyskoki, dosc typowe dla temperamentu i brawurowej pozy Tuwima, obrazoburcze popisy jego pokazowych buntow, w ktorych wyzywal sie z przekora swojej arcywolnej i nikomu nie podleglej, jasniepanskiej i poetyckiej mosci.

Inna jego pasja, jezykowa i szperacka, wyzywala sie w probach docierania do jadra, do samego rdzenia slow, w przeroznych "Echolaliach" i "Slowopiewniach," w neologizmach praslowianskich i przepolskich, w ktorych podziwiac mozna bieglosc techniczna oraz wyczucie zrodel i zwiazkow slownych, przerastajace podobne wyprawy slowotworcze Lesmiana - ale i nic wiecej. "Niedofiolety" Tuwima przyjmujemy z podobna niewdzieczna obojetnoscia co "niedowcielenia" Lesmiana.

Zrodlem zawrotnych, jak na poete lirycznego, dochodow stal sie dla Tuwima kabaret, w ktorym znajdowaly ujscie zywiolowy jego humor, dar satyry, muzykalnosc i poczucie groteski. Byla to tworczosc wyraznie juz zarobkowa, ale podczas gdy Apollinaire traktowal swe nieobyczajne powiesci pisane dla chleba, jak dzieci z lewej reki, i przyznawal sie do nich niechetnie, Tuwim nie wstydzil sie tego swawolniejszego dziedzictwa swojej muzy. Pisanie dla kabaretu stanowilo dla niego nie tylko zrodlo zarobku, ale i zadowolenia, wynikalo z niewatpliwej wewnetrznej potrzeby. I ten jego gatunek tworczosci mial swoj styl, bo wszystko do czego sie Tuwim zabral, robil dobrze i z pasja.

Tuwim jest jednym z niewielu poetow, w ktorego wierszach nie ma pustych miejsc, slow zbednych, strof slabszych czy puszczonych. Te wiersze, o ktorych niewspolczesnie byloby mowic ze powstaly cale z natchnienia, pisane sa jednym zrywem, niepohamowanym i niepowtarzalnym. Maja ciezar mosieznych dzwonow - i sa z substancji lotniejszej niz mgla. Ogien, smutek i popioly w czarnoksieskiej kuli. Slowa ukladaja sie w melodie, i to nie w znaczeniu ich dzwiecznosci muzycznej. Poezja Tuwima jest spiewem, tak jak spiewem jest poezja Heinego, Tiutczewa, Verlaine'a, Appollinaire'a. Nie swiadczy to wcale o wyzszosci tego gatunku poezji nad innymi, ale okresla jej istote. Jest to spiew Orfeusza.




Na to by pisac jak to tylko umial Tuwim: o bulgocie mleka w blaszankach wiezionych noca, czy o wlosach spadajacych przy strzyzeniu jak zniwo mlodosci siwej - wiersze, w ktorych tajemniczeja najzwyklejsze rzeczy i drza najprostsze slowa - trzeba wielkiej ciszy i samotnosci. "Niczym nie zastapiona samotnosci czlowieka!" - o ktora modlil sie Tuwim i chronil pod jej skrzydla. Nie mogl jej znalezc w swiecie do ktorego przystal: w swiecie chrypliwego zgielku i zdyszanego pod batem poplochu, w tym wrogim swiecie, ktoremu oddal na uslugi swa przeszlosc i nazwisko. Chcial oddac mu i swoj talent, ale ten wylamal. Wielki swoj poemat Kwiaty polskie pisal Tuwim na emigracji. Zapowiedziane dalsze jego czesci w Kraju juz nie powstaly. Podczas wojny, pierwsze fragmenty tych "Kwiatow," przyslane z Brazylii, czytalo sie na glos poznym wieczorem w pokoiku londynskim, zapominajac o spadajacych bombach z przejecia i wzruszenia pod czarem jego slow. Tych slow Tuwim zaparl sie, i to nawet nie symbolicznie, bo pousuwal z krajowego wydania znane nam ustepy. W Kraju odzywal sie juz rzadko, ale wystarczylo, by przejal nas za kazdym razem dreszcz grozy i gniewu. Slawil swoimi strofami Stalina - w plugawym pendant do swoich dawnych wierszy o Pilsudskim.

Smierc przyszla nagle, spadla jak kamien w ciemnej nocy. Wiemy, ze nie przekresli jego ostatnich lat, i wiemy, ze zostaja te dawne jego wiersze, wieksze od jego win i od naszego gniewu.


Wiadomosci 6/410, Londyn, 7 lutego 1954







Copyright © 1997-2000 Zwoje