
|
Kto on zacz - nie wiem, lecz wszędzie Go czuję... Błąkamy się po gwiazdach, po wichrach, po ziemi, Każdy z nas przeciwnika wiecznie prześladuje I ciągleśmy związani myślami tajnemi. Nie wiem, czyli w Nim znajdę druha czy też wroga, Czy do stóp Mu się rzucę, czy też Go ukorzę, Czy na Jego spotkanie ogarnie mną trwoga, Czy On mnie się przestraszy, gdy Mu drzwi otworzę. Szukamy siebie wzajem... I każdy się troska, Każdy się boi wiecznie strasznego spotkania... Więc błądzimy, wędrowce... Miasto, lasy, wioska Na naszej drodze... Wszędzie te same pytania. "Przechodził tu?" - Tak, przeszedł, lecz miał twarz zakrytą. "A tu był?" - Kto? - "Ten Tajny"... Idź dalej... nie wiemy... "A może tutaj?" -- Skrył się pod cmentarną płytą... Biegnę!!! Odwalam płytę!... ...Grób pusty... grób niemy... I tak lata już chodzę, i szukam bez celu... A wiem, że i On, Straszny, szuka mnie... zlękniony... Że i On, przeczuwany, pytał o mnie wielu I przebiegł nadaremno wszystkie świata strony... Ale dziś, jak szpieg nędzny, wyśledziłem skrycie, Że będzie tu przechodził... Więc się przyczaiłem, Czekam... Albo mu oddam wszystko, całe życie, Albo Go przeklnę za to, że życie strwoniłem... Wypadnę nań znienacka! Z twarzy Mu zasłonę Zedrę! Zobaczę, kto On -- i On mnie zobaczy! Staniemy twarz przy twarzy... Oczy spłomienione Rzucimy sobie wzajem - w szczęściu lub rozpaczy! Czyham!!! Będzie przechodził... już słyszę krok cichy... Iść z Nim razem? Nie!!! Ktoś z nas zdobędzie dziś władzę: Albo za Nim podążę, jak niewolnik lichy, Albo, jak mocarz władny --- sam Go poprowadzę! 1 XI 1914 |


|
Gdy Venus miała szesnaście lat, Zauważyli rodzice, Że się dokoła kołysze świat Gdy piękna córka idzie przez ulicę. Ona doprawdy niezwykle szła: Jak gdyby siebie wiodła. A wiatr napływem płynnego szkła Nogi jej rzeźbił po same biodra. Łasiły się po kształtach jej Nieopisane jedwabie. O, chwiej się wiosno! o, wietrze, wiej! Dziewczynie wciąż słabiej i słabiej. Ojciec bogini przed sklepem stał, Nieskromnie śledząc jej kroki, I kazirodczem wpatrzeniem drżał Na dwojgu piersi twardej i wysokiej. Matka - najczulej. Ale i ją grzeszny niepokój łaskotał: Że ktoś Venusię tej nocy wziął. Była w tym lęku zazdrość i tęsknota. Odgadła matka. Piął się i piął W dziewczynie zachwyt omdlały, I szczyty piersi nabiegłe krwią Ogniem różowym jak Jungfrau pełgały. Wzbierała od samego dna Słodycz wysokopienna I dalej wzbiera śród blasku dnia Najmiłościwiej senna. Ach, ojcze, matko! Czy to jest śmierć, To co tak w sercu wali? I szpilką mocno w lewą pierś Wbiła wiązankę konwalji. Biblia cygańska, 1934 |

|
Rozchyliłem stulone płatki lilji i pokazałem jej wstydliwe wnętrze kwiatu.
- Niech pan przestanie. Jeszcze nie wiedząc, lecz już przeczuwając widocznie, zaśmiałem się nagle i nagle urwałem... - Bo?... Podniecające i sekretne były jej oczy, zmrużone niezdecydowaną odpowiedzią... Wtedy rozwarłem szeroko na cztery strony białe ciało lilji i wilgotnemi wargarni upieściłem wnętrze... A gdy podniosłem oczy - ona stała w pąsach, z rozfalowaną piersią i błyszczącemi źrenicami. I uśmiechnąwszy się nikle (pewno z warg moich, ufarbowanych żółtym pyłkiem) - jakimś specyficznie wzruszonym i drżącym głosem powiedziała:
- Pan jest wy-ra-fi-no-wa-nie nieprzyzwoity!...
Czyhanie na Boga, 1918 |


|
Ty trzymasz mnie na ziemi, Ty wznosisz mnie do nieba, Tyś jest mi tutaj wszystkiem, Po co aż tam iść trzeba. O tobie wiem jedynie I tylko Ciebie umiem. Na świat machnąłem ręką: I tak nic nie zrozumiem! Co krok - to nowa droga! Co myśl - to otchłań wrząca. Ty jedna odpowiadasz, Mówiąca czy milcząca. Krwi słucham twego serca, Bijącej w białej piersi I trwam miłością błędną W tem życiu, pełnem śmierci. |

|
W dzień jest wietrznie, słonecznie i wrześniowo złociście, Nocą wiatr ociemniały suche przewraca liście. Wiatr śpiewak swe tęsknodie zawodzi triste, triste, O, polonezy żalu - szelestne, posuwiste! Czasem w szyby uderzy rozpaczliwym porywem, Jęknie w ramie okiennej przypomnieniem tęskliwem: 'Rozsyp, rozsyp się liśćmi złocistemi po ziemi, Ja tak proszę, tak płaczę pod oknami twojemi'. Jakieś dzikie pradzieje śpiewa, śpiewa, zamiera, U szyb wisi, całuje, do pokoju się wdziera. Potem płacząc opada, zrozpaczony, zmęczony, Zawierusza się w nocy, bijąc korne pokłony... Ja go słuchać nie mogę, gdy tak błaga i płacze, Bo mi bledniesz, bo serce rozdzwonione ci skacze. Słyszysz? słyszysz? znów szlocha, za oknami znów wzdycha, Nie, nie wyjdziesz, zostaniesz... On tam przykląkł, tam czyha... Runę w noc jego ślepą, w jego płacz uprzykrzony, Nożem w ciemność uderzę - i nóż będzie skrwawiony! |


Poświęcam najświętszej pamięci Stefana Żeromskiego
|
Gdzie jesteś, drzewo mocne i dumne, Rozgałęzione, liściami szumne, Węzłem korzeni zarosłe w ziemi, Drzewo, z którego będę miał trumnę? Muszę cię poznać, w korę zastukać, Po lasach wołać, po borach hukać: Gdzieżeś, tajemne drzewo trumienne? Twój narzeczony przyszedł cię szukać! Błądzi strapiony po czarnym borze, Drzewa swojego znaleźć nie może, Zaszum mi, zaszum na wieczność naszą, Zanim się z tobą do snu ułożę. Trzeba się przecież umówić wprzódy Na owe ciężkie śmiertelne trudy, Gdy nam sądzono po nieskończoność Zmieniać się w popiół, w bezpłodne grudy. Może na tratwach po sinej fali Przypłyniesz do mnie z ogromnej dali, I wstyd nam będzie, wieczny sąsiedzie, Żeśmy do śmierci się nie poznali! ... A może rośniesz przed moim domem, Co dzień witane a nieznajome, I ktoś ci może wyrzezał w korze Miłe litery, serce wiadome? Długo, serdecznie gadałbym z tobą, Wzruszyłbym wierszem, wymógł żałobą, Żebyś rozparło tę ziemię czarną I znów zakwitło, na dziwo grobom. Żebyś mnie w siebie jakoś wszczepiło, Wydarło z ziemi ukrytą siłą Coś może złączy nerw jakiś z kłączem I zadrzewimy się nad mogiłą! Może ogromnym westchnieniem z łona W górę nas wzniesie ziemia zielona, Ziemia jedyna, ziemia rodzima, Tym grobem w samo serce zraniona. |

|
Zacisnąć pięści, zaciąć zęby, Spod bruzdy gniewu patrzeć w świat, Iść pod wysoki, szumny wiatr, Bijący w twarz, tłukący w świat, Jak rebeliantów twarde bębny. Oto samotnych prosta droga: Wielki, przeciągły wichru huk. Groźny, szumiący w wichrze Bóg I burza w chmurach - Jego pięść złowroga. I ja i On w odwiecznej męce Miłością rozsadzamy świat, W niebie szaleją mściwe ręce I jego oczu gwiezdny grad. A jeśli grom - to On, to On Na dół płonącą runął głową! A jeśli krzyk - to ja, to ja: Ludzkiego buntu boże słowo. |

|
Wtedy paloną kawą pachniało w kredensie, A zimne, świeże mleko, jak lody, wanilią. Kiedy się, mrużąc oczy, orzeszynę trzęsie, Po gałęziach w olśnieniu pędzi liści milion. Żywiołem zachłyśnięty, zziajany w rozpędzie, Ileś pokrzyw posiekał, ile traw stratował! A kijem obtłukując szyszki i żołędzie Ile żeś mil po drzewach małpio przecwałował ! I wszystko to w ognistej pamięci dziś błyska. Ciska się małe, szybkie, gorąco, daleko... I szczęście pachnie kawą. I chłoniesz je z bliska. A chłód w pokoju sączy waniliowe mleko. |

|
Poezjo! jakie twoje imię? Tworząca? Cóż ty tworzysz? Siebie. Krzesiwem jesteś - ogniem - dymem - Żniwem się złocisz w samym siewie. Sypiesz się w ciemność gwiazdospadem, Więc biegnę w noc na gwiazdobranie. Nie ma ich. Tylko mi zostanie Świetlisty w oczach ślad - spadanie: Ty gwiazdą jesteś i jej śladem. O, czaro, która sama przez się Już winem jest i upojeniem, I pieśnią pijaną jednocześnie, A potem samą sobą we śnie, A potem - o tym śnie wspomnieniem, Podnoszę cię, kielichu tajny, Ogniu, gwiazd siewie urodzajny, Ty, któryś cel jest i przyczyna, Ty, pierwszość oraz ostateczność! I winem pijąc zdrowie wina, Tobą wysławiam twoją wieczność. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Poezjo! lampo czarnoksięska I lampo laboratoryjna! Misterna wraz i misteryjna Jak ceremoniał nabożeństwa. O, matematyko anarchii, Nieubłagana w rozrachunku, Chemiczko w masce kabalarki, Trzeźwa szynkarko pijanych trunków! Znam cię: półnaga, sprośna, bujna, Pod niebo skoczną bijesz nogą, Gdy własny cię upoi haszysz - Lecz przedtem, farmaceutko czujna, W białym fartuchu, z miną srogą, Każdą dziesiątą uncji zważysz. Wiem: w planetarnym lunaparku Jak piłką rzucasz wiecznościami, Lecz najpierw sprawdzisz każdy kamyk, Każde kółeczko w swym zegarku. Tak dwujedyny, Faust z Einsteinem, Widzenie do probówki bierze, Pod światło patrzy w gusła tajne, A liczby stawia na papierze. Tak mgiełki srebrne i błękitne, Tak nawałnice snów i buntu Mierz cyrklem, wagą, logarytmem I dyscypliną kontrapunktu. Kwiaty polskie, Część druga. |

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||