
|
Przeciągnęli go potem pod ścianę, do kąta, przyrzucili płaszczem bez guzików, leżał sztywny i stygł... Kto by sobie w transporcie trupem głowę zaprzątał? Nikt. Jeszcze wczoraj wieczorem mówił komuś po cichu, że chory, jeszcze rano dyszał... teraz spokój. W tułaczych nóg zdeptane stępory sztywność śmierci nacieka i cisza. Nikt już więcej po świecie wlec ni ganiać nie będzie tych sznurkami okręconych szmat. Tak. W pośmiertnej wygodzie zdobył kąt na podłodze i wyciągnął się wreszcie na wznak. Czyjś? Na pewno... Ktoś czeka, ktoś się modli nocami, żeby wrócił, przetrzymał to wszystko... Ot i przepadł. Jak dojdą, gdy nie wiemy my sami, jakie imię miał, jakie nazwisko? Znowu jedna śmierć taka... Kto obolał, opłakał, kto ją odczuł? Nikt. Bo któż? Nie my... ...Chyba - one. Te w strachu, od stygnących już łachów, po wagonie rozłażące się - wszy. |
(ze wspomnień sowieckich autorki, W Domu Niewoli)


![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||