BEATA OBERTYNSKA






W BYDLECYM WAGONIE


Przeciagneli go potem pod sciane,
do kata,
przyrzucili plaszczem bez guzikow,
lezal sztywny i stygl...
Kto by sobie w transporcie
trupem glowe zaprzatal?
Nikt.

Jeszcze wczoraj wieczorem
mowil komus po cichu,
ze chory,
jeszcze rano dyszal...
teraz spokoj.
W tulaczych nog zdeptane stepory
sztywnosc smierci nacieka i cisza.

Nikt juz wiecej po swiecie
wlec ni ganiac nie bedzie
tych sznurkami okreconych szmat.
Tak.
W posmiertnej wygodzie
zdobyl kat na podlodze
i wyciagnal sie wreszcie na wznak.

Czyjs?
Na pewno... Ktos czeka,
ktos sie modli nocami,
zeby wrocil, przetrzymal to wszystko...
Ot i przepadl.
Jak dojda, gdy nie wiemy my sami,
jakie imie mial, jakie nazwisko?

Znowu jedna smierc taka...
Kto obolal, oplakal,
kto ja odczul?
Nikt.
Bo ktoz? Nie my...
...Chyba - one. Te w strachu,
od stygnacych juz lachow,
po wagonie rozlazace sie
- wszy.

(ze wspomnien sowieckich autorki, W Domu Niewoli)










Copyright © 1997-2000 Zwoje