
Henrykowi Kozłowskiemu - "Kmicie"
Utarło się mniemanie, iż terror komunistyczny na ziemiach polskich rozpoczął się w roku 1944. To nie jest prawdą. Terror komunistyczny na ziemiach polskich rozpoczął się w latach 1919-20. Trzeba tutaj wspomnieć o masowych morderstwach, a nawet rzeziach, dokonanych przez armię bolszewicka, postępującą na Warszawę w roku 1920. Bolszewicy wyrzynali całe wsie i miasteczka, szczególnie na wschodzie, Polaków i Żydów. Mordowano polskich jeńców. Już wtedy były "Katynie," tyle że na mniejszą skalę. Wystarczy chociażby przeczytać Dziennik 1920 Izaaka Babla, który był w Konarmii Budionnego.
W latach 1936-1940 bolszewicy wymordowali tysiące Polaków na terenach Białorusi i Ukrainy włączonych do
Związku Sowieckiego. Odkryte w roku 1988 masowe groby rozstrzelanych w Kuropatach niedaleko Mińska, zawierały przedmioty polskie, np. szczoteczki do zębów z polskimi napisami na trzonkach. Ponad milion Polaków z tamtych terenów zesłano do Azji Środkowej i do obozów Gułagu. Polacy byli na ziemiach sowieckich pierwszym "narodem ukaranym." Stąd wzięli się Polacy w Kazachstanie, którzy teraz dobijają się, na ogół
bezskutecznie, o repatriację do Polski.

17 września 1939 r. armia sowiecka wkroczyła do Polski, wówczas rozpaczliwie broniącej się przed Niemcami. Nie tylko uniemożliwili Sowieci dalszą obronę Polski, ale natychmiast rozpoczęli aresztowania i rozstrzeliwania ludzi, a jeńców, jeżeli ich nie
zastrzelono po drodze, umieszczono w obozach. W zimie 1940 rozpoczęły się na zajętych terenach masowe zsyłki, które trwały falami do czerwca 1941 roku. Wywieziono wówczas około dwa miliony Polaków, głównie na Syberię. Wielu z nich, szczególnie dzieci i starszych ludzi, zmarło po drodze w zamarzniętych wagonach. Liczniejsi zginęli później w obozach pracy Gułagu albo pomarli na miejscu zsyłki z wycieńczenia i chorób, przede wszystkim tyfusu. 15,000 polskich jeńców z obozów w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie rozstrzelali Sowieci wiosną 1940 roku w Katyniu, Charkowie i Miednoje. Rozstrzelali wtedy również co najmniej 6,000 urzędników i osadników polskich z Kresów. W czerwcu 1941, tuż po inwazji niemieckiej, wycofujący się Sowieci zdążyli jeszcze rozstrzelać tysiące więźniów we Lwowie w więzieniu na Brygidkach, jak również i w wielu innych miastach.
W początkach 1944 roku armia sowiecka wkroczyła na przedwojenne terytorium Polski. Na tych terenach operowały oddziały Armii Krajowej, która na terytorium Polski była armią podziemną, lojalną wobec legalnego rządu polskiego na uchodźstwie w Londynie. Zaczął tragicznie wypełniać się zapis Andrzeja Bobkowskiego z 26 września 1943 r. w jego Szkicach piórkiem: "Niedługo zaczną nas 'uwalniać.' I uwolnią nas na pięćdziesiąt lat."

Rozbrojono i w większości zesłano oddziały AK, które pod dowództwem płk. Aleksandra Krzyżanowskiego-"Wilka," w luźnej współpracy z armią sowiecką, wyzwolily Wilno w dniach 7-13 lipca 1944. Płk. Krzyżanowskiego (awansowanego w międzyczasie do stopnia generała) wywieziono na Ural. Wrócił do Polski w roku 1948, ale wkrótce potem został aresztowany przez UB. Zmarł w roku 1951 w potwornych warunkach w więzieniu mokotowskim w Warszawie. Ppłk. Maciej Kalenkiewicz-"Kotwicz," cichociemny, zginął w sierpniu 1944 pod Surkontami w starciu obronnym z oddziałami sowieckimi.

W "ludowym" wojsku polskim wprowadzono Kodeks Karny Wojska Polskiego, opracowany przez Wiktora Grosza. W Polsce obowiązywał dekret PKWN o zdrajcach narodu polskiego, pod który podciągano kogo wola. Niedługo potem wprowadzono drakoński "Mały Kodeks Karny," z kategorią tzw. "przestępstw szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa polskiego." Kodeks ten obowiązywał do lat 60-tych.
Armia sowiecka posuwała się na zachód. 22 lipca 1944 r. powstała tzw. "Polska Lubelska," formalnie rządzona przez komunistyczny Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego (PKWN). Wśród pierwszych posunięć PKWN było utworzenie Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (MBP) ze Stanisławem Radkiewiczem jako ministrem oraz Urzędów Bezpieczeństwa (UB), czyli "bezpieki," w każdym województwie i powiecie. PKWN i Polska Partia Robotnicza, ustami Władysława Gomułki, zapowiedziały bezwzględną walkę o utrzymanie władzy. Na terenach na wschód od Wisły rozszalał się terror NKWD i UB.
Terror był wielowymiarowy. W tzw. Ludowym Wojsku Polskim (LWP), do którego wcielano ludzi z przymusowego poboru, wśród nich żołnierzy AK, rozpoczęło się polowanie na AKowców. Setki żołnierzy stanęło przed sądami wojennymi, oskarżonych o zdradę lub dezercję, niekiedy zresztą prawdziwą dezercję. Zamek w Lublinie stał się znowu katownią, jaką był za okupacji niemieckiej. Posypały się wyroki śmierci. Zatwierdzali je polscy generałowie - Rola-Żymirski, Berling, Świerczewski, Bukojemski. Zamek w Lublinie stał się katownią, taką jaką był pod okupacją niemiecką. Tracono żołnierzy LWP i AKowców z lasów. Jednym z nich był np. cichociemny Rossiecki, oskarżony o próbę zamachu na Edwarda Osóbkę-Morawskiego. Tylko od połowy listopada do połowy grudnia stracono w Lublinie 35 żołnierzy, byłych AKowców a od stycznia do lipca 1945 - 38.
Wymordowano setki AKowców w Rzeszowskiem, Lubelskiem, Białostockiem. Jeszcze niedawno, w ostatnich latach, odkryto na tych terenach masowe groby. Aresztowano, stracono lub zesłano szereg oficerów AK i przedstawicieli Delegatury Rządu, którzy ujawniali się wobec wkraczającej armii sowieckiej i LWP. W sumie ponad 60 tysięcy Akowców zesłano w głąb Rosji do obozów Gułagu, głównie w okolice Uralu, ale także i na daleką Syberię. Zesłano gen. Kazimierza Tumidajskiego (dowódcę Okręgu Lubelskiego AK), który potem zmarł w obozie w Diagilewie koło Riazania w Rosji. Niektórzy z wywiezionych AKowców, wrócili w roku 1947, inni w 1956, a inni nie wrócili nigdy, zostając na, a właściwie w nieludzkiej ziemi.
Jeszcze w trakcie działań wojennych, nieudolne dowodzenie operacjami Ludowego Wojska Polskiego celowo spowodowało ogromne straty w ludziach (np. bitwa pod Lenino w 1943 r. i operacja drezdeńska w 1945 roku)
Armia Sowiecka doszła nad Wisłę i pod Warszawę. 29 lipca na peryferiach Pragi, na prawym brzegu Wisły, widziano czołgi sowieckie. We wtorek 1 sierpnia 1944 o 5 po południu wybuchło Powstanie Warszawskie. Armia sowiecka i I armia LWP (gen. Zygmunta Berlinga) stanęły nad Wisłą. Stalin zatrzymał front. Sowieci zlikwidowali nawet swoje przyczółki na zachodnim brzegu Wisły na południe od Warszawy. Nikły desant na Czerniakowie niewyszkolonych do walk w mieście oddziałów z armii Berlinga, mimo ogromnych ofiar wśród tych żołnierzy, był raczej obliczony na przedłużenie agonii powstania.
Powstanie było rozpaczliwą próbą uratowania polskiej suwerenności, próbą zainstalowania w Warszawie legalnej polskiej władzy i stworzenia pewnego faktu dokonanego. Zakończyło się klęską, całkowitym zniszczeniem miasta, zasobów kulturalnych narodu, śmiercią 17 000 żołnierzy AK i około 180 tysięcy ludności cywilnej. Zniszczony został trzon Armii Krajowej, jej ośrodek dowódczy, infrastruktura, kontakty i łączność. Można jednak przypuszczać, że większość tych Akowców, gdyby nie zginęła była w Powstaniu, zostałaby przez Sowietów aresztowana, zesłana, wymordowana, albo uwięziona i po części stracona w Polsce komunistycznej.
W lecie roku 1944, Polska nie miała żadnego dobrego wyjścia, każda droga była skazana na klęskę. Nie mniej jednak, Powstanie uratowało ducha narodu polskiego i być może zmusiło Stalina do zmiany zaborczych planów wobec Polski. Wielu poważnych historyków podziela zdanie, iż korzenie obecnej polskiej suwerenności tkwią w Powstaniu Warszawskim. Ironią historii jest, że gdyby Stalin nie zatrzymał się był pod Warszawą i pomógł Powstaniu, to mógł być w Berlinie i w zachodnich Niemczech w grudniu 1944. A wówczas historia powojennej Europy nie ograniczyłaby się w swojej tragedii do krajów Europy Środkowej i Wschodniej.
Już w roku 1942/43 stało się jasne, że Rosjanie wkroczą na terytorium Polski. Wszystkie rozkazy i instrukcje KG AK nakazywały przyjazne stanowisko Podziemia wobec Sowietów. Nie mniej jednak, już gen. Stefan Rowecki-"Grot," Komendant AK, zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa okupacji sowieckiej. Powstała koncepcja jakiejś organizacji polityczno-zbrojnej. Gen. "Grot" rozważał nawet koncentrację oddziałów AK na Pomorzu, blisko wybrzeża i stworzenie pewnej reduty z oparciem o morze, dla zaopatrzenia. Gen. Stefan Rowecki-"Grot" został aresztowany przez Gestapo w Warszawie 30 czerwca 1943 i został zamordowany w Sachsenhausen w sierpniu 1944. Po aresztowaniu gen. "Grota", Komendantem Armii Krajowej został gen. Tadeusz "Bór"- Komorowski.
1 lutego 1944 płk Emil Fieldorf - "Nil" został odwołany z funkcji dowódcy Kierownictwa Dywersji KG AK. Kedyw przejął po nim płk Jan Mazurkiewicz- "Radosław." Płk "Nil" rozpoczął tworzenie supertajnej organizacji "NIE" (od "Niepodległość"). Była to szkieletowa organizacja kadrowa, która początkowo miała liczyć tylko kilkaset osób (około 400). Miała to być przede wszystkim organizacja polityczna, obliczona na podtrzymanie ducha sprzeciwu wobec władzy komunistycznej. Płk "Nil" został wycofany z prac dowódczych AK, nie wziął udziału w Powstaniu, chociaż przebywał w Warszawie. 28 września 1944 został mianowany generałem brygady. Po Powstaniu, chory na czerwonkę, wyszedł z ludnością cywilną.
Późną jesienią 1944, do NIE weszła grupa oficerów - niedobitków z Powstania. Wszedł wówczas do NIE również płk Jan Mazurkiewicz-"Radosław," jako dowódca Obszaru Centralnego. Jednakże, wywiad sowiecki dowiedział się o istnieniu NIE już w czerwcu 1944
podobno wskutek zdrady komendanta Obszaru Północno-Wschodniego, płk. Ludwika Krzeszowskiego.
W kraju trwał opór, chociaż nie na wielką skalę, bo i jak, jeżeli ten kraj był zalany Armią Czerwoną. Rosjanie wkroczyli do lewobrzeżnej, prawie zupełnie zburzonej Warszawy 17 stycznia 1945 roku. Jak pytał później żołnierz AK, Juliusz Bogdan Deczkowski, "jak można wyzwolić ruiny, mogiły?" Rozpoczęła się nowa okupacja, tym razem sowiecka.
Aresztowania w zburzonej Warszawie rozpoczęły się natychmiast. Mam np. relację Marii Wolskiej, wówczas młodej dziewczyny. W lutym 1945 poszła z ojcem do adwokata Kulczyckiego, po zaświadczenie maturalne. Tam wpadli w kocioł NKWD. Po kilku dniach wszystkich wyprowadzono. Ludziom na ulicy mówiono, że to złapani ukrywający się gestapowcy. Ludzie krzyczeli "zabić ich." W więzieniu NKWD na Pradze (ul. Cyryla i Metodego) zamknięto ich w piwnicy. Jedni musieli stać, gdy drudzy siedzieli na ziemi. Ojciec Marii był bardzo wysoki, wydłubał więc dziurę w ziemi, żeby mógł stanąć prosto. Żadnych ubikacji. Raz na dzień jedna miska jedzenia, bez łyżek, uwięzieni jedli palcami z tej wspólnej miski. Po 11 dniach niektórych z nich wypuszczono.
Zbliżająca się zima 1944/45 i wielki front sowiecki wytworzyły zupełnie inne warunki i kryteria akcji bojowych. Odbywały się one w skali szczątkowej, nawet dalej od Warszawy. AK uratowała np. zakłady w Ursusie przed wysadzeniem przez Niemców. Był to okres lizania ran, reorganizacji, nawiązywania nowych kontaktów. Powstał kryzys dowódczy. Gen. "Bór"-Komorowski był w niewoli niemieckiej. Zrzucony do kraju 21/22 maja 1944, gen. Leopold Okulicki-"Niedźwiadek" był człowiekiem nowym, bez większego autorytetu i doświadczenia. Na rozkaz gen. "Bora," gen. Okulicki wyszedł po Powstaniu z Warszawy z ludnością cywilną. W dodatku, zarówno w Londynie, jak i w kraju były wobec niego różne intrygi, których inspiratorem był m. in. gen. Stanisław Tatar, przebywający już wtedy w Londynie.

Przywódcy Polski Podziemnej, łącznie z dowódcami wojskowymi, ulokowali się w dosyć przejrzystej konspiracji w okolicach Milanówka, Brwinowa i Józefowa, pod Warszawą. Tam były dawne meliny, znajomi ludzie, kilka podwarszawskich majątków. Gen. Okulicki mieszkał pod Milanówkiem jako ogrodnik Stefan Stolarski. Struktury konspiracyjne były załamane, usiłowano je odbudowywać w oparciu o ten rejon, Częstochowę i Kraków. Rosjanie oczywiście wiedzieli, że w okolicach Milanówka przebywa dowództwo Podziemia. Nazywali nawet Milanówek "malienkij Łondon."
NKWD utworzyło w zimie 1945 obóz koncentracyjny dla aresztowanych AKowców w Rembertowie na wschód od Warszawy, na terenie fabryki "Pocisk." Tuż przy torach kolejowych był drugi obóz w którym trzymano Volksdeutschów. Sowieci jednak wołali po niemiecku także i do AKowców, aby okoliczna ludność brała ich za Niemców.
7 marca 1945 r. został przypadkowo aresztowany w Milanówku gen. Fieldorf, dowódca NIE, używający nazwiska Walenty Gdanicki - emerytowany kolejarz. Był jednak tak dobrze zakonspirowany, że NKWD go nie rozpoznało. Znaleziono przy nim około 100 dolarów. Jako handlarza dolarami osadzono go w obozie w Rembertowie. Po kilku dniach, na rozkaz płk. "Radosława" zrobiono rozpoznanie obozu, gdyż planowano odbicie Generała. Nie dysponowano jednak koniecznym oddziałem około 40 ludzi. Zanim ściągnięto taki oddział z Lubelskiego, gen. "Nil" został wywieziony na Ural. Nierozpoznany, przebywał w łagrze przez dwa lata, chociaż jego nazwisko było wymieniane podczas procesu moskiewskiego
przywódców Polski Podziemnej w czerwcu 1945 r. Poza jednym współwięźniem (Janem Hoppe), nikt nie wiedział kim on był. Gen. "Nil" wrócił do Warszawy z transportem zwolnionych AKowców w październiku 1947, wyczerpany i chory. Tragikomiczne było to, że jadący tym samym transportem b. dowódca Kedywu w Skierniewicach, chciał gen. "Nila" wyrzucić z pociągu jako handlarza dolarami.

Sowiecki pułkownik gwardii Pimieniow przekazał poprzez kilku pośredników, m.in. "gen. Skałę" (Pieńkosia) z "Polskiej Armii Ludowej," list datowany 6 marca 1945, zapraszający w imieniu gen. Iwanowa (Sierowa) przywódców polskiego państwa podziemnego na spotkanie w Pruszkowie, aby "porozumieć się w sprawie pełnej współpracy." List mówił o zaufaniu i zrozumieniu. Tekst tego listu został niezwłocznie przesłany do Londynu. Gen. Okulicki wahał się, czy pójść na to spotkanie, Gen. Anders, pełniący obowiązki Naczelnego Wodza, (Gen. "Bór"-Komorowski był jeszcze w niemieckim obozie jenieckim) w depeszy z Londynu zakazał mu tego. Łamiąc ten rozkaz, gen. Okulicki uległ presji polityków cywilnych, szczególnie Delegata Rządu, Jana Jankowskiego, i przyjął zaproszenie. Na spotkanie pojechali pojedynczo, w sumie 16 ludzi. 27-28 marca 1945 zostali wystawnie przyjęci w willi w Pruszkowie i podczas kolacji aresztowani. Zniknęli. Wywieziono ich do Moskwy na Łubiankę, gdzie poddano przesłuchaniom. Polskie protesty w Londynie nie pomogły. Dopiero 7 maja Rosjanie ogłosili o ich aresztowaniu, oskarżając ich o dywersję na tyłach Armii Czerwonej. Rząd brytyjski premiera Attlee kategorycznie odmówił interwencji o ich zwolnienie.
W dniach 18-21 czerwca odbył się w Moskwie publiczny proces 16-tu. Zeznawali oni różnie, jedni przyznawali się ze skruchą do akcji antyradzieckich, inni nie. Gen. Okulicki zachowywał się niezwykle godnie. 21 czerwca sowiecki sąd pod przewodnictwem gen. Wasyla Ulricha wydał wyrok.

13 maja 1945 gen. Władysław Anders rozwiązał organizację NIE i powołał Delegaturę Sił Zbrojnych na Kraj (DSZ) pod dowództwem płk. Jana Rzepeckiego, który wrócił z Oflagu niemieckiego i którego w marcu 1945 gen. Okulicki, w drodze na spotkanie w Pruszkowie, mianował "zastępcą dowódcy AK w likwidacji." DSZ była organizacją wojskową, wzorowaną na AK, do której weszło wielu oficerów i żołnierzy z AK. Przeprowadzono np. "Akcję B" (rozpracowania UB) i propagandową "Akcję Z," skierowaną przeciwko armii Żymirskiego, wzorowaną na akowskiej antyniemieckiej "Akcji N."
Wróćmy do obozu koncentracyjnego w Rembertowie. Opowiadał mi "Kmita," że w marcu 1945, kiedy robił rozpoznanie obozu, widział wyprowadzanych Akowców kolumnami na bocznicę kolejową. Na bluzach lub płaszczach mieli namalowane pędzlem "SS." Ludzie odmawiali im chleba i wody, obrzucali obelgami a nawet rzucali w nich kamieniami. Prowadzeni kolumnami Akowcy krzyczeli - "Ludzie, my nie SS, my Polacy, my AK!" Ktoś podał im chleb i papierosy. Podobne sceny obserwowano w samej Warszawie. Znam konkretne opowiadanie o kolumnie więźniów z AK prowadzonej przez ul. Szczęśliwicką.

W nocy 20/21 maja 1945 obóz w Rembertowie został rozbity przez oddział partyzancki "Wichury" (Edwarda Wasilewskiego) z Podlasia. Prawie wszystkich więźniów uwolniono. Zabrano około 1400 osób, ale 50-60, których Rosjanie złapali później i tych, którzy zostali w obozie w jednym nie rozbitym baraku, zdziesiątkowano. Nawet ich nie zastrzelono, ale zatłuczono kijami. W 1945 roku, partyzanci rozbili szereg innych więzień uwalniając więzionych AKowców (np. w Kielcach i w Końskich przez oddział Antoniego Hedy-"Szarego", a także w Starachowicach i Radomiu).


W roku 1945 w Białostockiem i Gdańskiem działały oddziały partyzanckie Mjr. "Łupaszki," Zygmunta Szendzielarza - resztki Brygady Wileńskiej AK - prowadząc walkę z UB. Mjr. Szendzielarza i jego oficerów aresztowano w roku 1948, torturowano i skazano na śmierć. Wyroki na nich wykonano 8 lutego 1951 r.
Płk Jan Mazurkiewicz-"Radosław" został aresztowany 1 sierpnia 1945 w drodze na Cmentarz Powązkowski. Wtedy właśnie robiono kwatery grobów powstańczych, po pierwszej fali ekshumacji wiosną 1945 r. Istnieją dwie wersje jego aresztowania; jedna, podana przez kpt. Józefa Rybickiego, twierdzi iż wydał go Bolesław Piasecki, a druga, pochodząca od syna płk. Mazurkiewicza, Stanisława, twierdzi że chciał on doprowadzić do umowy z UB i po prostu wystawił się sam. W każdym razie, bardzo szybko płk "Radosław," który jeszcze niedawno myślał o zamachu na Bieruta, zawarł umowę z kierownictwem UB o ujawnieniu się Akowców. Dostał gwarancje rządowe, że Akowcy, którzy ujawnią się, nie będą prześladowani.
Pomimo listu od "Radosława" z aresztu UB, DSZ zrobiła wówczas wyjątek i podjęto akcję antysowiecką. Po aresztowaniu płk. "Radosława," kpt. Józef Rybicki (znany później z KORu) wydał rozkaz porwania attaché sowieckiego, gen. Masłowa (nie ambasadora Lebiediewa jak to błędnie przedstawiono). Chodziło o wymienienie Masłowa na płk. "Radosława." Próba 7 sierpnia 1945 pod Natolinem nie udała się. Nie zdołano zablokować drogi, a szofer Masłowa przytomnie zjechał na tory kolejki leśnej i uciekł. Dowódca oddziału DSZ, por. "Kmita," nie zdecydował się na otwarcie ognia, gdyż chodziło im o żywego Masłowa.


Celowość ówczesnego ujawniania sie Akowców pozostaje nadal nierozstrzygnięta. Z jednej strony, ujawnienie się umożliwiło wówczas powrót wielu, chociażby na krótko, do normalnego życia, z drugiej dostarczyło spisów dla późniejszych aresztowań. Sam płk "Radosław" został ponownie aresztowany w 1949 roku i spędził 7 lat w więzieniu. Po roku 1956 wstąpił do ZBoWiDu, którego był wiceprezesem, i ta drogą zdołał pomóc wielu dawnym żołnierzom AK.
Dylemat wyjścia z konspiracji czy pozostania w niej był problemem tysięcy ludzi, w większości młodych. Sytuacja ich była zagmatwana. Byli pokoleniem zdruzgotanym stratami. W roku 1945 kraj był zalany armią sowiecką; mieli oni opory przed uznaniem nowej okupacji za trwałą rzeczywistość. Wokół nich była jednak Polska. Po drugiej stronie byli też ludzie w mundurach polskich, mówiący po polsku. Był problem "czy to jest nasze wojsko czy nie." (W dwa-trzy lata później już nie było takich wątpliwości.) Istniała chęć odbudowy kraju, ustosunkowania się do nowego ustroju, pomimo ciągłej lojalności wobec legalnych władz polskich w Londynie. Dominowało pragnienie kształcenia się, ułożenia swojego życia, a nawet tylko godnej ekshumacji poległych kolegów, szczególnie w Warszawie.

Po aresztowaniu płk. "Radosława," w sierpniu 1945 płk. Rzepecki rozwiązał DSZ. Z końcem września, z inicjatywy Rzepeckiego, powstała nowa organizacja "Wolność i Niezawisłość." Miała to być organizacja polityczna - obywatelska. Pierwszym jej Prezesem został płk Jan Rzepecki. 31 października UB aresztowało "Marcysię," Emilię Malessę, kierowniczkę łączności WiNu. Wydała ona adres Rzepeckiego w Łodzi. UB aresztowało cały I Zarząd WiN. Zastąpiony został natychmiast przez nowy Zarząd ppłk. Jana Szczurka-Cergowskiego, również aresztowany w całości po dwóch dniach.
Płk Rzepecki zaczął ujawniać w UB ludzi, materiały i pieniądze. Motywy jego postępowania, graniczącego ze zdradą, nie są znane. W styczniu 1947 odbył się jego proces, na którym zapadły kilkuletnie wyroki. Nie ma tez relacji o tym, żeby później, po wyjściu z więzienia, płk Rzepecki interesował się losem swoich dawnych żołnierzy.
II Zarząd WiN utworzył płk Franciszek Niepokólczycki, były szef saperów KG AK. W początkowym okresie, WiN skoncentrował się na pracy propagandowej. Wydawano biuletyny, ulotki itd. z okazji rocznic, referendum "3xTak" w czerwcu 1946, wyborów do Sejmu w zimie 1946/1947. Za prezesury Niepokólczyckiego opracowano Memoriał do Rady Bezpieczeństwa ONZ opisujący terror komunistyczny w Polsce i protestujący przeciwko niemu. II Zarząd WiN został aresztowany w jesieni 1946 r.
![]() |
![]() |
W roku 1946 przed referendum i w 1947 przed wyborami, aresztowano setki działaczy Polskiego Stronnictwa Ludowego Stanisława Mikołajczyka. Wielu z nich zabito. Znane szerzej jest skrytobójcze zamordowanie Bolesława Ściborka i Tadeusza Łabędzkiego. O morderstwo tego ostatniego oskarżony był niedawno Adam Humer z byłego MBP, ale nie udowodniono mu tego.
W styczniu 1947, tuż przed wyborami, została ogłoszona amnestia. Wypuszczono pewną liczbę więźniów politycznych, aby niedługo potem znowu ich aresztować. Ujawniło się wtedy 55,277 członków organizacji antykomunistycznych, którzy oddali 15,000 sztuk broni, w tym 904 karabiny maszynowe i 10 armat. Te liczby świadczą o skali oporu. Istnieje wstrząsający dokument: Stanisław Radkiewicz, minister Bezpieczeństwa Publicznego, wiedząc o nadchodzącej amnestii, nakazał przyśpieszenie wykonywania wyroków śmierci.

Może właśnie dlatego, że 1947 rok był rokiem dużej aktywności partyzantów, łączonych nie bez powodu z WiNem, UB podjęło szczególny wysiłek aby aresztować IV Komendę WiN, z ppłk. Łukaszem Cieplińskim. Dotarli w końcu do nich. Między listopadem 1947 a styczniem 1948 aresztowali ich po kolei w Gliwicach i na Górnym Śląsku. Ci ludzie przeszli wyjątkowo okrutne śledztwo.

Przez WiN przeszło około 20 tysięcy Polaków. Tysiące żołnierzy (głownie WiNu) zostało zabitych, albo aresztowanych. Tutaj rejestry są niepełne, rozproszone po różnych miastach i miasteczkach. Powiatowe UB też były katowniami. WiN był szczególnie aktywny na Górnym i Dolnym Śląsku. Tam bowiem znaleźli się ludzie z lwowskiego AK. Setki ludzi zostało zamordowanych lub straconych na Dolnym Śląsku, szczególnie we Wrocławiu. (Została po nich wydana niedawno książka Krzysztofa Szwagrzyka pt. Golgota Wrocławska). Innymi aktywnymi rejonami WiNu były Lubelskie i Białostockie.
Ze szczególnym okrucieństwem torturowano łączniczki WiNu. Bito je drutem i nahajkami w sutki piersi i krocze. Znane są np. zeznania Marii Hattowskiej na procesie grupy Humera roku w 1994, która zdołała przeżyć takie tortury, zadawane jej niegdyś przez Adama Humera.
Po aresztowaniu IV Komendy WiNu, UB skłoniło jednego z aresztowanych, Stefana Sieńkę do współpracy. Stworzono V Zarząd WiNu, już pod kontrolą UB. Posłużyło to jako przynęta do nowych masowych aresztowań. Prowokacja ta
ciągnęła się przez cztery lata i miała zasięg międzynarodowy, włączając Anglię i USA.
W MBP i UB pracowało w szczycie terroru ok. 40,000 ludzi, z czego 5,000 to byli śledczy. UB rozwinęło w całym kraju sieć konfidentów, ocenianą na prawie 100,000 ludzi (liczba ta była różna w różnych latach), w zakładach pracy, w środowiskach grupowych, w szkołach, sklepach, domach czynszowych, na ulicach. Przez kilka lat w kraju trwały masowe aresztowania. Ubowcy, jeżdżący zwykle czarnymi "citroenami - cytrynami," zabierali ludzi, mówiąc im, że "to tylko na kwadrans, dla wyjaśnienia pewnych formalności." Ten kwadrans trwał zwykle wiele zgnojonych lat albo niekiedy i wieczność. Nikt nie znał dnia ani godziny. Zabierali ludzi nagle z ulicy, z miejsc pracy, z kin. Przychodzili w nocy do mieszkań, w których często urządzali tzw. "kotły," tzn. nikt kto wszedł do takiego mieszkania już go nie opuścił - był aresztowany. Koszykowa i Rakowiecka w Warszawie stały się symbolem horroru. Tak nie działo się tylko w Warszawie; w każdym miasteczku było takie przerażające miejsce - w moich rodzinnych Wadowicach na rogu ul. Stalina (obecnie 3-go Maja) i Sienkiewicza. Ludzie bali się, panował "wielki strach."
Bynajmniej nie było tak, jak pisała wówczas młoda Wisława Szymborska:
GwiazdyObowiązujący w literaturze i sztuce "socrealizm" i absolutna hagiografia Stalina i Związku Sowieckiego, stanowiły swego rodzaju terror psychologiczny i zatruwały umysły milionów, młodych w szczególności. Zbyt wielu znanych twórców bez żadnego oporu uległo naciskowi, przyczyniając się do tego obrzydliwego zakłamania.
gwiazdy niebo zaległy.
Cisza schodzi z wierzchołków miasta.
Trzeba
trzeba miłosnych wierszy
żeby ludzi kochających strzegły.
Aresztowano najrozmaitszych ludzi, całe grupy społeczne. Tylko w roku 1947 liczba aresztowanych sięgała około 100,000; w roku 1952, kiedy właściwie nie było już opozycji, aresztowano 21,000 osób, a oficjalna, aczkolwiek tajna, liczba więźniów politycznych wynosiła 49,500, w tym 2,500 młodocianych. W latach 1945-1956 siedziało w więzieniach PRL w sumie około 200,000 więźniów politycznych, z czego ponad 80,000 z wysokimi wyrokami. W samym 1956 roku wyszło z więzień 28,000 więźniów politycznych. 1 stycznia 1953 w kartotekach UB znajdowało się 5.2 miliona nazwisk, tj. około 1/3 dorosłej ludności kraju.
85,000 osób zesłano od obozów pracy poprawczej, z przyczyn politycznych lub pochodzenia rodzinnego uniemożliwiano studia wielu młodym ludziom. Tysiące ludzi, w większości wykwalifikowanych, włącznie z profesorami uniwersytetów, pozbawiono pracy z wilczym biletem, wpędzając ich i ich rodziny w nędzę.
Siedzieli wyżsi oficerowie Armii Krajowej. Wymienię tylko kilka nazwisk: Ryszard Jamontt-Krzywicki-"Szymon" (adiutant trzech kolejnych dowódców SZP-ZWZ-AK), Jan Gorazdowski, Kazimierz Gorzkowski, Jan Mazurkiewicz-"Radosław," Franciszek Niepokólczycki-"Teodor," Kazimierz Pluta-Czakowski, Zygmunt Janke-"Walter", Benedykt Muzyczka. Bohaterowie konspiracji antyniemieckiej spotkali się teraz w więzieniu, często w jednej przepełnionej, 70-osobowej celi. Siedzieli żołnierze AK. Cichociemni, tj. zrzutkowie z Anglii do zadań specjalnych, którzy byli w Polsce, siedzieli wszyscy, poza Stanisławem Jankowskim-"Agatonem." Stracono co najmniej ośmiu z nich. Siedzieli pracownicy Biura Informacji i Propagandy AK (BIP). Siedzieli członkowie WiNu i innych tajnych organizacji niepodległościowych. Siedzieli partyzanci Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ). Wielu z nich stracono (np. Stanisława Kasznicę i Lecha Neymana z ostatniego dowództwa NSZ).
Siedzieli działacze polityczni Polskiego Stronnictwa Ludowego (PSL - Stanisława Mikołajczyka) oraz działacze Stronnictwa Narodowego. Znowu wielu z nich stracono, np. Adama Doboszyńskiego i Bronisława Chajęckiego. Siedzieli socjaliści, np. ze spraw PPS-WRN ("Wolność, Równość, Niepodległość) i "Startu". Kazimierz Pużak, wielki polski socjalista, zmarł w wiezieniu w Rawiczu 30 kwietnia 1950 r.

Siedzieli chłopi opierający się kolektywizacji wsi tj. spółdzielniom produkcyjnym, albo tylko nie wywiązujący się z dostawy przymusowych kontyngentów zbożowych lub mięsnych. Chłopi w więzieniach umierali masowo na gruźlicę. Siedzieli dziennikarze, inżynierowie i agronomowie (np. wielka sprawa Państwowych Nieruchomości Ziemskich). Waliła się gospodarka, plany. Władze stwarzały fikcyjny stan zagrożenia oraz atmosferę sabotażu i dywersji. Prawie każdy wypadek w miejscu pracy traktowany był jako sabotaż, np. pożar w fabryce kotłów i turbin Elblągu. Spraw było tyle, ile było fantazji w UB.
Siedzieli ludzie w ogóle nie związani z podziemiem antykomunistycznym. Wystarczyło należeć do jakiejś kategorii ludzi, którzy przed wojną po prostu wypełniali swoje obowiązki zawodowe i służyli krajowi, np. policjanci, prokuratorzy. Siedzieli repatrianci, ludzie zza Bugu, szczególnie Wilniacy. Tych ostatnich niszczono ze szczególną zaciekłością.
Siedzieli profesorowie i studenci uniwersytetów oraz uczniowie szkół średnich. Znana była np. sprawa organizacji nastolatków pod nazwą "Mściciele 'Zośki'." Siedzieli ludzie, którzy słuchali Radia Wolna Europa, albo tylko opowiadali dowcipy polityczne.
Aresztowano i wyniszczano całe grupy społeczne, ludzi, którzy stanowili potencjalne zagrożenie dla systemu, mogliby być inicjatorami czy ogniskiem oporu, albo tylko stanowić jakiś symbol.
Odrębne zagadnienie stanowi sytuacja w LWP. O terrorze w wojsku w latach 1944/45 już wspomniałem. W wojsku działała tzw. Informacja, kierowana przez Rosjan, Skulbaszewskiego i Wozniesieńskiego. Centrala Informacji znajdowała w Warszawie przy ul. Wawelskiej. Tam metody śledztwa były wyjątkowo okrutne.
Z końcem września 1949 r. zostali ściągnięci z Londynu (przez gen. Komara) gen. Tatar, płk Utnik i płk Nowicki. Z początkiem listopada zostali oni aresztowani. Wraz nimi aresztowano ok. 100 oficerów, m. in. generałów Hermana, Kirchmayera, Kuropieskę i Mossora (ten ostatni, oficer przedwojenny, dowodził "Akcją Wisła" w Bieszczadach, po tajemniczej śmierci gen. Karola Świerczewskiego w marcu 1947, kiedy to deportowano stamtąd 140,000 ludności ukraińskiej). Wymyślono tzw. "spisek w wojsku," sprawę "TUN" (od nazwisk Tatar, Utnik, Nowicki) Chodziło m. in. o obciążenie gen. Spychalskiego, Marszałka Rolę-Żymirskiego i gen. Komara. W roku 1951 na generałów zapadły wyroki dożywotniego więzienia lub 15 lat. Gen. Herman zmarł w więzieniu w grudniu 1952 r.
Jeszcze tragiczniejsze były tzw. procesy odpryskowe - oficerów marynarki, lotnictwa i piechoty, oskarżonych o działalność konspiracyjną na rzecz mocarstw zachodnich. Przed sądami wojskowymi stanęło 86 zmaltretowanych torturami w śledztwie oficerów.
Kmdr Stanisław Mieszkowski miał jeszcze tyle siły, żeby rzucić śledczym: "jesteście mordercami w imię waszej racji." Zasądzono 40 wyroków śmierci, 8 dożywocia, dwóch uniewinniono. Wykonano 20 wyroków śmierci, w tym 19 w okresie od 13 lipca do 7 sierpnia 1952. Wszyscy straceni zostali później zrehabilitowani. Niezwykłe jest to, że rzekomych
przywódców spisku oszczędzono, a oficerów stracono. Oskarżycielem w tych procesach był słynny płk Stanisław Zarakowski, dziś zniedołężniały staruszek żyjący w Warszawie.
Chociaż wojsko było głównie domeną Informacji, UB też tam nie próżnowało. W roku 1948 aresztowano m. in. lotników, którzy wrócili z Anglii. Zarzucono im szpiegostwo. Wśród nich byli Stanisław Skalski, Franciszek Nowierski, Zdzisław Radomski, Władysław Śliwiński i Zygmunt Sokołowski. Tych dwóch ostatnich stracono, Sokołowskiego już po śmierci Stalina, 29 sierpnia 1953. Płk Stanisław Skalski, as myśliwski, bohater Września 1939, Bitwy o Anglię i walk w Afryce Północnej przeszedł szczególnie okrutne śledztwo. Bito go świszczącą blachą, stał w "kominie Różańskiego,' zgięty wpół, wśród ekskrementów. Skazano go na śmierć, ale ułaskawiono, ponoć dlatego, że nie napisał prośby o ułaskawienie. Kpt. Zdzisława Radomskiego, który stracił rękę nad Londynem, bito w ten kikut i szarpano zaszyte zakończenia nerwów.

Terror nie ominął partii (PPR, a później PZPR). Szykując sprawę Władysława Gomułki o odchylenie nacjonalistyczne, UB aresztowało kadrowych członków KC PPR, Włodzimierza Lechowicza i Alfreda Jaroszewicza.
Bezskutecznie próbowani torturami wymusić na nich fałszywe zeznania. Przesłuchiwał ich w willi w Miedzeszynie Józef Światło, który zresztą aresztował Władysława Gomułkę, chociaż Gomułka po wojnie nigdy nie siedział w regularnym więzieniu. Sprawa Lechowicza i Jaroszewicza była potem o tyle istotna, że w początkach roku 1956 opracowano szczegółowy dokument - raport partyjny, w którym po raz pierwszy oficjalnie opisano metody śledcze UB. W roku 1954 Józef Światło uciekł w Berlinie Zachodnim i wkrótce szczegółowo opisał aparat UB przed mikrofonami Radia Wolna Europa. Zapoczątkowało to pewną czystkę w MBP, jeszcze za życia Bieruta.
W Wigilię 24 grudnia 1948 aresztowano w Warszawie Jana Rodowicza-"Anodę" z dawnego wyborowego Batalionu "Zośka" AK. Rozpoczęła się sprawa płk. Jana Mazurkiewicza-"Radosława." 3 stycznia 1949 r aresztowano czterech innych byłych żołnierzy "Zośki." m. in. Henryka Kozłowskiego i Andrzeja Wolskiego. 7 stycznia "Anoda" zginął w gmachu MBP na Koszykowej, w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach. 14 stycznia aresztowano kilkudziesięciu dalszych żołnierzy z powstańczego "Zgrupowania Radosława," z Batalionów "Zośka," "Parasol," "Miotła," w tym kobiety - byłe łączniczki i sanitariuszki. 4 lutego aresztowano płk. "Radosława" i jego żonę "Irmę." Zarzucono im utworzenie "bandy dywersyjnej" oraz organizacji mającej obalić ustrój państwa i zamordowanie jego przywodców. Chodziło o skompromitowanie Armii Krajowej, o pokazanie, że całe ujawnianie było zdradliwa grą. Nikt z aresztowanych żołnierzy płk. "Radosława" nie potwierdził tego w okrutnym śledztwie. W śledztwie w więzieniu mokotowskim na Rakowieckiej 37 bito ich, całymi godzinami obstukiwano w głowę linijką, wyrywano włosy, znieważano, kobiety straszono zabraniem na zawsze ich małych dzieci.
Jak makabryczny żart brzmi to, że 14 stycznia 1949 r. UB przyszło aresztować żołnierza "Parasola" Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, poetę, który zginął był w Powstaniu Warszawskim 3 sierpnia 1944. Juliusz Deczkowski (zm. 1999), były żołnierz "Zośki," a potem
więzień, zeznając 3 sierpnia 1994 jako świadek na procesie Adama Humera i innych oprawców z UB, trafnie podsumował terror śledczy UB: "Przeszedłem Gestapo w Alei Szucha. Tam metody były inne, mniej okrutne i krótkotrwałe. Tam przynajmniej chcieli dowiedzieć się prawdy." Oficerowie śledczy UB byli przeważnie młodymi ludźmi. Warto podać kilka szczególnie złowrogich nazwisk: Różański, Serkowski, Fejgin, Dusza, Humer, Herrer, Tomporski, Krzyżanowski, Chimczak, Szymański.
Kazimierz Moczarski z BIPu AK (autor znanej książki Rozmowy z katem, który, mając wypisane na czole chemicznym ołówkiem "Gestapo," siedział w jednej celi z generałem SS Jurgenem Stroopem, katem Powstania w Gettcie Warszawskim), wyliczył później 49 rodzajów tortur stosowanych wobec niego przez śledczych z MBP/UB.
Oprócz "typowego" bicia i kopania, do często stosowanych tortur należało zmuszanie do stu lub więcej przysiadów; sadzanie na nodze od stołka, która wbijała się w
odbytnicę, albo na stalowym drucie; ściskanie szufladą jąder; bicie kobiet w krocze i piersi; "konwejer," tj. przesłuchanie przez kilkadziesiąt godzin bez przerwy, bez snu, ze zmieniającymi się śledczymi; budzenie w nocy co godzinę lub częściej i przyprowadzanie z celi tam i z powrotem na krótkie przesłuchania; zmuszanie do wielogodzinnego stania na jednej nodze z wyciągniętymi rękami; zamykanie w karcerach, tzw. "psich budach," nago na czworakach wśród ekskrementów; stójki, tzn. nieruchome stanie przez całą noc przy wyjętych w zimie oknach i polewanie przy tym wodą. Po 30 lub więcej kolejnych stójkach co noc, więźniowie mieli nogi spuchnięte jak konwie.
Procesy polityczne, poza pokazowymi, odbywały się zwykle w celi więziennej. Wstawiano do celi mały stolik dla sędziów i prokuratora, a oskarżony musiał siedzieć dosłownie na kiblu. Stąd ich nazwa: "procesy kiblowe."
Sędzia mjr Mieczysław Widaj, jeden ze specjalistów od procesów kiblowych, był odpowiedzialny za liczne wyroki śmierci. (np. "za usiłowanie zmienienia ustroju na terenie miasta stołecznego Warszawy i okolicy") i za jeszcze liczniejsze wyroki długoletniego wiezienia. Nieliczni tylko skazani przez Widaja uniknęli egzekucji. Jeden ze skazanych przez Widaja na śmierć, płk Stanisław Skalski, odczytał po latach w swoich aktach notatkę Widaja: "Nie udowodniono mu winy, ale nie należy go ułaskawić." Ile podobnych rekomendacji napisał Widaj? Inne nazwiska zbrodniczych sędziów to np. Jan Hryckowian, Jerzy Drohomirecki i Leon Hochberg.
Sędzia Najwyższego Sądu Wojskowego, ppłk Teofil Karczmarz powiedział w roku 1954 w sprawie płk. Adama Uziembły: "No cóż prokuratorze, dowodów nie ma, ale my sędziowie nie od Boga i bez dowodów zasuniemy kaesa [karę śmierci] jak trzeba."
Obrońcami byli zwykle przedwojenni prawnicy. Z oskarżonymi rozmawiali przeważnie jeden tylko raz, przez kilka minut, tuż przed procesem. Typową ich radą było: "przyznajcie się, to dostaniecie tylko 5, najwyżej 10 lat." Częstymi obrońcami byli np. adwokaci Mieczysław
Maślanko i Jerzy Mehring. Mehring powiedział córce gen. Fieldorfa, Marii: "lepiej, że ojciec pani otrzymał wyrok śmierci, bo nie będzie się męczyć do końca życia w więzieniu."
Więźniowie, 70 lub więcej, siedzieli w przepełnionych celach, spali na siennikach lub gołej posadzce, jeden przy drugim. Woda była dostępna tylko ze zbiornika klozetowego. Za najmniejsze rzekome uchybienie wlewano do celi kilkadziesiąt wiader wody, którą więźniowie, szczególnie kobiety, musieli zbierać małymi szmacianymi gałgankami. Kobiety doznawały szczególnie ciężkiego traktowania. Były pozbawione jakichkolwiek środków higienicznych. Aresztowane ciężarne kobiety rodziły w więzieniu a noworodki oddawano rodzinom.
Jedynym sposobem komunikacji między celami było stukanie w rury kanalizacyjne i ogrzewcze alfabetem Morse'a, ostro tępione przez strażników. Więźniowie funkcyjni, roznoszący jedzenie, przekazywali czasem także informacje o tym, co się działo w więzieniu. Jako spacer więźniowie chodzili w kółko po celi, lub rzadziej po podwórzu, jeden za drugim w tzw. "kieracie," nie mogąc przy tym rozmawiać z sobą. Prawo do rzadkich (zwykle raz w miesiącu) paczek od rodzin było często cofane dla całej celi jako kara za czyjeś, zwykle rzekome, drobne przewinienie, a "wypiskę," tj. prawo zakupu prymitywnej żywności w sklepiku więziennym, wiązano często z kolaboracją więźnia. Paczki były dzielone w grupach więźniów, tzw. "kołchozach." W każdej celi był zwykle konfident, "kapuś." Śledczy, tzw. "śledzie," robili wszystko, żeby zmusić, głównie szantażem, do donoszenia, "kapowania" na współwięźniów. Obietnica np. przyznania nowych wówczas a skutecznych leków przeciwgruźliczych była potężnym argumentem wobec szerzącej się w więzieniach gruźlicy. Więźniowie uczyli jedni drugich, opowiadali treść niegdyś przeczytanych książek, lub obejrzanych filmów. Nie było to trudne, zważywszy ogromny procent inteligentów wśród więźniów. Postawy więźniów politycznych były na ogół bardzo poprawne, chociaż niekiedy ulegali oni presji lub strachowi. W przeciwieństwie do łagrów Gułagu, więźniowie kryminalni zwykle traktowali więźniów politycznych z szacunkiem, chociaż zdarzały się okrutne wyjątki.
Więzienie mokotowskie w Warszawie było w zasadzie tylko więzieniem śledczym. Główne długoterminowe więzienia dla
mężczyzn były we Wronkach, Rawiczu, Strzelcach Opolskich i Sztumie, a w Fordonie i Inowrocławiu dla kobiet; to ostatnie było szczególnie ciężkie. W całym kraju było jednakże kilkaset mniejszych więzień, często nie mniej ciężkich, w których również wykonywano wyroki śmierci. Transportowano po całym kraju wagony pełne więźniów. Po wyładowaniu z pociągu w pobliżu stacji docelowej, więźniowie musieli najpierw klęczeć przy torach, a potem byli prowadzeni w kolumnach do więzienia. Zdarzały
się przypadki zastrzelenia więźniów podczas transportów.
Oddzielnym aktem terroru było upodlenie rodzin więzionych. Codzienne szykany, wyrzucanie żon uwięzionych mężczyzn z pracy, z mieszkań, były regułą. Kobiety, często z dziećmi, wystawały pod bramami więzień całymi dniami i nocami w deszczu i mrozie, z małymi paczkami, w nadziei na uzyskanie widzenia, którego albo udzielano albo nie. Nazwiska wybrane do udzielenia widzenia odczytywano przez "judasza" bramy więzienia. Innych, po dniu lub dwóch oczekiwania, odprawiano z niczym.

Ułaskawienia z wyroków śmierci nie były częste. Niekiedy rodziny uzyskiwały je za łapówki dla wysokich urzędników MBP lub kancelarii prezydenta Bolesława Bieruta. Ze znanych spraw, Bierut ułaskawił (zamienił karę śmierci na dożywocie) płk. Zygmunta Jankego, dowódcę Okręgu Łódzkiego, a potem Śląskiego AK, płk Franciszka Niepokólczyckiego (WiN) oraz, ze sprawy "Radosława," Henryka Kozłowskiego-"Kmitę" z "Zośki" i Tadeusza Janickiego-"Czarnego" z "Miotły."
Więźniowie skazani na karę śmierci przebywali w celach śmierci, zbiorowych lub indywidualnych. Spotykali się w tych celach bohaterowie konspiracji i hitlerowscy zbrodniarze. Wobec zbliżającej się śmierci, zanikały dawne wrogości, wszyscy stawali się po prostu ludźmi. Dzielili się jedzeniem. Gorsze były indywidualne cele śmierci. W nich więźniowie w oczekiwaniu na egzekucję musieli spać nago na betonie. Jeżeli któremuś udało się w zaciśniętej dłoni zachować chusteczkę do nosa, kładł ją w nocy pod nerki i tak odczuwał ciepło.
Więźniów na egzekucje wyprowadzano zwykle przed apelem wieczornym. Do celi wchodził strażnik i pytał o nazwiska więźniów na daną literę. Wszyscy po kolei wykrzykiwali swoje nazwiska. Gdy doszło do skazanego, kazał mu wychodzić "bez rzeczy." Ludzie wychodzili na ogół z godnością, usiłując jeszcze pożegnać się ze współwięźniami. Potem prowadzono już skazańca pod pachy, czasem robili to strażnicy, ale częściej więźniowie - dawni SS-mani. To było jeszcze dodatkowe upokorzenie przed śmiercią. W więzieniu mokotowskim niekiedy rozlegał się okrzyk "Johann, bandaże!"- to na pewnego SS-mana po bandaże, którymi zawiązywano usta skazańca.
W różnych więzieniach egzekucje wykonywano różnie. W mokotowskim, zwykle strzałem w tył głowy, w tzw. "starej kotłowni." Było kilkunastu strażników, którzy to robili. Dostawali potem 15-20 zł. "od głowy." Jeden z katów, Śmietański, był szczególnie znany wśród więźniów pod przezwiskami "Lodziarz" i "Poniatowski," z uwagi na jego długie bokobrody. Niektórych więźniów wieszano. (Istnieją nie potwierdzone opowieści o wyjątkowo okrutnych sposobach niektórych egzekucji). Zwłoki straconych wywoził nocą w worku lub rzadziej w jakiejś skrzyni, jednokonną furką, człowiek zwany "ślepy Oleś," i grzebał je gdzieś na tzw. "Łączce," pod murem na Powązkach, albo na wysypisku śmieci na Służewcu. Grobów wielu straconych bezskutecznie szukają dotąd ich rodziny. Pytany o nie w latach 80-tych Alojzy Grabicki, były naczelnik więzienia mokotowskiego, odmówił wskazania miejsc zakopania zwłok straconych. Zapowiedział, że zabierze tę tajemnicę do grobu i tak też zrobił.
Stracono setki bohaterów. Wśród nich rotmistrza Witolda Pileckiego, człowieka, który we wrześniu 1940 r. celowo wszedł w łapankę w Warszawie, aby zostać wywiezionym do obozu w Oświęcimiu. Tam zorganizował ruch oporu, uciekł w kwietniu 1943 z Auschwitz i walczył potem w Powstaniu Warszawskim. Po obozie jenieckim wrócił do Polski z II Korpusu z Włoch. Został aresztowany, torturowany i skazany na śmierć jako "płatny agent Andersa."



Egzekucje odbywały się w więzieniach w całej Polsce. Np. w więzieniu wrocławskim wykonano ponad sto wyroków śmierci, głównie za sprawy WiN-owskie. Lista straconych i zamęczonych ciągnie się tysiącami nazwisk w całej Polsce.


Nie są oczywiście znane dokładne liczby straconych. Zasądzono co najmniej
6 000 politycznych wyroków śmierci. Niedawno, historyk Jerzy Poksiński podał liczbę ponad 3000 wykonanych wyroków. Wydaje się to być liczbą zbyt niską. Na murze więzienia mokotowskiego znajduje się obecnie tablica z 283 nazwiskami straconych.

Tysiące ludzi zabito bez sądu w całym kraju. Liczni zginęli w walkach z UB i KBW, albo w pacyfikacjach; według oficjalnych danych, w latach 1945-1948 roku zabito w starciach 8,700 osób.
Nie ma i nigdy już nie będzie pełnej imiennej listy tych ofiar - byłych żołnierzy Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych, byłych żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, cichociemnych, lotników i marynarzy, członków WiN i innych powojennych niepodległościowych organizacji, żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego - wszystkich Polaków, których jedynym przestępstwem był patriotyzm. Straceni nie mają grobów. Kości ich rozsypane są po całym kraju, pod murami, na wysypiskach śmieci. Na ich prochach pozostanie jedynie wyimaginowany symbol "NN," za którym kryją się Nieznani i Nierozpoznani, tysiące Polaków zamordowanych przez polskich komunistów.
Przechodniu pochyl czoło, wstrzymaj krok na chwilę,
Tu każda grudka ziemi krwią męczeńską broczy,
To jest Służewiec, to są nasze Termopile,
Tu leżą ci, co chcieli bój do końca toczyć.
Nie odprowadził nas tu kondukt pogrzebowy,
Nikt nie miał honorowej salwy ani wieńca.
W mokotowskim więzieniu krótki strzał w tył głowy,
A potem mały kucyk wiózł nas do Służewca.
Z Jej imieniem na ustach zwyciężać lub zginąć
Szliśmy w oddziałach "Wilka" i murach Starówki,
Pod Narvik i pod Tobruk, pod Monte Cassino,
By w tym piasku kres znaleźć żołnierskiej wędrówki...
Autor nieznany - więzienie mokotowskie, Warszawa
Już po stalinizmie "ludowa władza" PRL strzelała do demonstracji robotniczych. Zabijanie i masakrowanie trwało na ulicach polskich miast i w komisariatach tajnej i nietajnej milicji. Był zryw robotników w Poznaniu w czerwcu 1956 roku, z 70-80 zabitymi i 800 rannymi, a po nim masowe aresztowania.

Zakończony w roku 1996 wyrokami skazującymi proces Adama Humera i jedenastu innych oprawców z UB był tylko wierzchołkiem góry lodowej, chociaż osądzono w nim ludzi wyjątkowo okrutnych w okresie terroru stalinowskiego w Polsce.
Żyją dotąd w Polsce setki funkcjonariuszy aparatu terroru z lat 40-tych i 50-tych. Oficerowie śledczy UB, funkcjonariusze więzienni, sędziowie, prokuratorzy. Zachowały się akta śledztw, dokumenty sądowe, liczne relacje. Każda teczka w obecnych archiwach MSW była kiedyś tragedią jakiegoś człowieka i jego rodziny. Żyją również świadkowie, którzy przeszli przez to piekło. Działa w Polsce Komisja d/s Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Nikt jednak nie kwapi się z wymierzeniem symbolicznej chociażby sprawiedliwości owym funkcjonariuszom terroru. To nie jest tylko sprawa kolejnych rzadów w Trzeciej Rzeczpospolitej, ale kwestia trudnej do zrozumienia niechęci większości Polaków do poważnego zajęcia się tym problemem. Dominuje rozmycie kryteriów odpowiedzialności i chaos w pojęciach wartości. Może jest to obawa przed konfrontacją faktu, jak wielu ludzi w Polsce było bezpośrednio lub pośrednio (donosicielsko) zaangażowanych w aparat terroru. Być może jest to po części chęć zapomnienia o tragicznej przeszłości. Zbiorowa amnezja? Myśmy wszystko zapomnieli... ?

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||