SPLATAJĄC SIĘ W STRUMIENIE ...





JACEK ŁUKASIEWICZ


O wierszach Janusza Szubera, bardzo dobrego poety, jest dziś głośno, a do niedawna nie wiedział o nim nikt. Szuber przed paru laty ogłosił, przy wsparciu różnych mecenasów, swój "pięcioksiąg" - pięć tomików poetyckich, pisanych przez ponad dwie dekady. Później ponownie zebrał te wiersze, rygorystycznie odcedził z nich to wszystko, co można by uznać za rozlewną poetyckość lub zbyt bebechowatą erotykę - i wydał w "Znaku" znakomity tom O chłopcu mieszającym powidła.

Biedronka na śniegu (*) jest dalszym ciągiem tamtej książki. Jesteśmy w tym samym poetyckim świecie, wśród dźwięcznych aliteracji, celnych, zaskakujących przerzutni, zmysłowych epitetów i urealniających opisów. Jest to materializujący się w wierszu "świat szczelnie wypełniony sobą." Są w tej poezji wersy, zdania, frazy, które powtarza się po raz drugi i trzeci, tak zdają się wzorcowe, albo brzmią jak inkantacja (i to nie tylko zamykający tom przejmującym echem refren: "Splatając się w strumienie / Spływają wody z gór").

Szuber pyta, jak wielu innych: jak okiełznać czas. Pytania takie zadaje jednak poza (przed) tekstem. Wiersze są odpowiedziami. Kaskada czasu jest w tej poezji trójstopniowa. Pierwszy - to czas teraźniejszy wydarzeń obecnych i czas pisania. Drugi czas dzieciństwa, lat chłopięcych, wczesnej młodości, oddzielony ostrą granicą choroby i spowodowanego nią unieruchomienia. Wreszcie trzeci - czas historyczny: własnych prababek, historii rodzimej i historii sanockiego powiatu. Wszystkie są przywoływane, uobecniane w iluzji utworu, a iluzja czasu teraźniejszego jest równie sugestywna jak pozostałych. Powstaje świat jednolity, z własnym czasem i przestrzenią. Może on przywodzić różne literackie paralele, mnie najbardziej przypomina Faulknera. Podobna tu nostalgia za materialnością rzeczy i ludzką cielesnością, które przeminęły, podobna zmysłowa iluzja.

Realizuje ją Szuber poprzez własną, lekko archaizowaną metaforykę. Mówi podmiot: twoje paznokcie są jak płatki róży." I potem: "Świeci oschła rozeta w kamiennym portalu." Epitet "oschła" jest tu zwornikiem obrazu, uczuć, znaczeń; odnosi się wpierw do architektonicznej rozety, ale także do architektury całego kościoła, do róży-rośliny i do adresatki. Oddziałuje na całą sieć wzajemnych relacji.

A oto zmysłowa i mizerabilistyczna martwa natura z owocami: "Pod siną chmurą sine jądra śliwek / Z popielatym nalotem i lepką szczeliną / Tam słodkie strupy brudnego bursztynu." Kobieta myje schody przed kolejną niedzielą: Kiedy przysiadając na piętach badała / Pilnie schnącą powierzchnię, bielały klepki / Słojami mory, a ona cofała się tyłem / Schodek po schodku coraz niżej." Zmienione w metaforę porównanie słojów w drewnie wymytych schodów do falującego deseniu na jedwabnej tkaninie, z której szyje się suknie wieczorowe - to zaskakująca obserwacja dokonana przez mówiącego (piszącego) i zarazem charakterystyka myjącej schody, jej marzeń.

Wszystko to wprowadza lekką patynę, a jednocześnie epitety, przenośnie, obrazy nie są naśladowaniem, są własne, odkrywcze, trafne. Świat, jaki w ten sposób powstaje, nie jest antykwaryczny. Stosunek do niego staje się epicki. Ludzie, których Szuber w swej poezji przywołuje - żyją własnym życiem. Egotyzm właściwy liryce zastępowany jest współczuciem (w bachtinowskim sensie) epika. Obok ciotki R. ( Paradygmaty rodzinne) pojawiają się: ck. nadradca Rother, po którym został kufer podróżny, panna Teodozja D. i dziewczyna, tytułowa Biedronka, która, jak się zdaje, całkiem niedawno - żartując - umierała na raka.

Są w tej książce także inne motywy, znane już z Chłopca mieszającego powidła, a tu stanowiące sygnały kontynuacji i spójności. Obrzędy północnych Indian, poznane z uczonych ksiąg etnografów, rozwijają jakby i transformują pasje z dzieciństwa, gdy chłopcy śledzili "zaczajonych w pokrzywach czerwonoskórych / O podrapanych łydkach i łukach ze sklejki." Znajdziemy cytat z tak często wcześniej przywoływanego Davida Artura Coyrreny... Świat iluzji Szubera tworzony jest bowiem ze starych fotografii znajdowanych na strychu, z dawnych książek o rodzinnej okolicy i z książek podróżnych, które go fascynują, z jakichś wierszy, własnych wspomnień, listów do i od znajomych. Z tego wszystkiego, nasyconego emocjami, dramatyzmem, powstaje świat artystycznie pełnokrwisty, a więc nie zastępczy, lecz odpowiadający, jak każda pełnowartościowa sztuka, prawdzie teraźniejszego życia.

Czy te historyjki o ludziach dzisiejszych, dawnych i bardzo dawnych (jak Fienna Pełczyna czy Jakow Bawolak) łączą się w jedną wielką opowieść? Nie wiemy, czy się łączą, nie musimy wiedzieć. To świat opowiada nam swoją wielką opowieść. Powstaje epicka iluzja porządku, pożądana, upragniona, potrzebna, przywoływana z taką siłą, z taką wewnętrzną pasją, że realizująca się w tych wierszach. Wobec tej opowieści możliwa jest tylko autorska postawa radosnego zdumienia "w najbanalniejszych nawet sytuacjach, / Że na to patrzę, że w tym uczestniczę, / Że to istnieje w sposób tak konkretny" - pisał w poprzednim tomie w wierszu Iluminacja.

Ale są w Biedronce na śniegu elementy nowe, a może tylko mocniej niż dawniej eksponowane: aluzje do filozofów, wprost podejmowana problematyka ontologiczna, eschatologiczna. Wielka opowieść świata nie ciągnie się dla nas bez końca, realizuje się w osobniczych wariantach. Każdy zaś z tych wariantów musi mieć zakończenie.

W wierszu Do Piotra Matywieckiego (trudno sobie wyobrazić większy kontrast poetyk i wyobraźni niż Szubera i Matywieckiego!) Szuber podejmuje obronę swojego świata konkretu: swojego imienia - zamiast "wieloznacznego 'ja'." "Kwitnącej czeremchy w dolinie Tyrawki, / Żłobionej torpedami kolejnych pokoleń pstrągów" - zamiast "wiosła Odysa albo drzazgi psalmu." Imię własne podmiotu i rzeczywistość (wielka opowieść) świata stanowią nadzieję. Nie ma - przynajmniej dla kreującego podmiotu - innej rzeczywistości nad tę konkretną. Jej przeciwieństwem jest nicość. Mogę wiedzieć, że "ja" - to "fakt moralny, poddany biologii," ale nie jest to prawdziwe, konkretne; za to wiem, że deska, ta nie inna / Może ratować od abstrakcji. / I tylko na niej rośnie moje, / Mnie dzierżawione, pojedyncze 'jestem'" (Zaułek). Jestem... będę? Tu wiersz jak z Aleksandra Wata (jego to dukt): I nadzieja wbrew nadziei, / że On - Spas Nierukotworny - / Od nicości nas wybawi. / Żywy przejdę wrota śmierci" (Oktostych). I nie wiadomo, czy jeden dobry wers może służyć za prywatną drogę do zbawienia, lecz z pewnością jeden dobry wers (właśnie on, a nie mgiełka nastroju spowijająca cały utwór) jest tym, co poeta - jako poeta właśnie może uczynić najlepszego, by przeciwstawić się nicości, aby dostarczyć prostego dowodu na istnienie." Takie przekonanie, poświadczane praktyką poetycką, dzieli Szuber m.in. z Czesławem Miłoszem.

Jest w wierszach Janusza Szubera szczególna, piękna, męska powściągliwość, wypracowana, decydująca o ich moralnej oraz estetycznej formie. W Ekshibicji wtórej mówi autor o swojej sytuacji, o sobie fizycznym, po to, aby spojrzeć także na siebie jako na przedmiot, tak jak i inne, doskonale wypełniony sobą. Potem konkludować: "co za różnica: w sobie czy dla siebie, / Jeżeli osobno, na zewnątrz, poza najważniejszym." Owo "najważniejsze," w którym winienem być, pojawia się w tym tomie jako postulat wynikający z ludzkiej tęsknoty, ale także jako wynik poczucia braku w świecie przeze mnie kreowanym, świetnym, zmysłowym i - z jakiegoś immanentnego stanowiska samospełniającym się, gdyż dla zachwyconego obserwatora doskonale wypełnionym sobą."

Do poczucia takiego braku można dojść poprzez życiowe doświadczenie (to jest ważniejsze i zapewne przyczynowo pierwotne), lecz również poprzez własną sztukę, gdy budowany świat zamienia się w kaskadę, a rytm - będący emocjonalnym, świadomie wznoszonym dla tego świata rusztowaniem - zaczyna nagle działać niezależnie, jako z zewnątrz przychodzące zaklęcie: "Splatając się w strumienie / Spływają wody z gór"...

Nie tym jednak wątkiem chcę zakończyć recenzję, lecz pochwałą Szuberowskiej kreacji sanockiego powiatu, powołanego w tej poezji do szczególnego życia, powiatu, do którego przybywam jak do czegoś prawdziwszego niż ziemia mego własnego dzieciństwa -- z tortem Fedora i pachnącym wanilią cwibakiem. Do sepiowych fotografii, do prawdziwego następstwa pokoleń. Aby zaś rzeczywiste, odpowiedzialne ich następstwo mogło się dokonać, muszą zostać na chwilę, na moment, na czas życia utworu (więc na czas jednej albo iluś tam epok literackich) czy może na wieczność sztuki - wskrzeszone.


Nowe książki 4/1999, Warszawa, kwiecień 1999.




(*) Janusz Szuber, Biedronka na śniegu. Wydawnictwo a5, Kraków 1999; przy współudziale Polskiego Funduszu Wydawniczego w Kanadzie (Toronto).








Copyright © 1997-2007 Zwoje