

|
Zdjęcie formatu pocztówkowego, Przełamane w jednej trzeciej, Kilka drobnych uszkodzeń. Na odwrocie napis ołówkiem kopiowym: Pardubice Czechy dnia 20 maja 1916. Dwaj żołnierze oparci o trzcinowy Stolik ze sztucznymi różami (płaskie drzewa i altana z tyłu), wymięci, Szwejkowaci, bączek na polowej czapce, Kupla z dwugłowym orłem, papieros Między palcami, wąsiki podkręcone. W świdrujących, rozbawionych oczach Nie maskowany apetyt na życie, Zuchwała krew, sperma strzelista. Jedna, z tysięcy, chwila, nagle pstryk
Jeśli nie polegli - przeżyli i może Umarli dopiero w swoich starczych łóżkach, W bezzębnych dziąsłach żując prymkę darni, Wypaleni na nowo w popielatej glinie. Oschłe cienie na marginesie Innej zaborczej młodości. |

|
W cieniu skrzydeł blaszanych motyla, w słomkowych kapeluszach przewiązanych wstążką, W szczelnych gorsetach ich nieszczelne ciała, o których każda z osobna mogłaby powiedzieć: mniej moje bardziej moje nigdy całkiem moje. I posiadając, czego nie posiadały dłużej, niż trwa mrugnięcie w soczewce aparatu fotograficznego już zżółkłe i wydane obcym, aby wymyślali inne uda dla tamtych pończoch i obszernych białych pantalonów. Skromnie ukryte na wieki wieków obnażone prosi o okrutną litość to jedno jeden raz przeżyte owego roku dnia miesiąca owa minuta nieuwagi. |

|
Pośrodku brodu w Międzybrodziu stary Mosze Tieger rozmawia z czaplami i czarnym bocianem. Na skrzydłach talesu przyleciał tu ze spalonej synagogi. Dlaczego Mosze Tieger błogosławionej pamięci leciał przeszło pięćdziesiąt lat, skoro od synagogi do tego miejsca najwyżej osiem kilometrów w linii prostej? Może po drodze w gniazdach wypalonych grodzisk, zamiast tatarskiej, germańskiej, znalazł nieruchomą strzałę eleatów ? Uduszone toboły rozstrzelane walizki obrzękłe obłoki - chyba nie tego pośrodku rzeki klaszczącej o brzegi, gorzkiej od bukowego potu Słonych Gór? Litera po literze zbliżam się do niego - moje bose stopy sylabizują alfabet kamieni. |

rys. Wojciech Weiss, 1901.

|
Nie umiem, choćby w przybliżeniu, określić jego wieku: rosły, nieco asymetryczny dąb, tuż przed Łukawicą, na samym zakręcie drogi do Manasterca i Bezmichowej. Mijając go, za każdym razem trzykrotnie włączam sygnał albo pozdrawiam uniesieniem ręki. Dlaczego? Przecież spotykałem dorodniejsze, bardziej dostojne. Uczulony na drzewa, niekoniecznie dęby, uprawiałem pokątny ich kult, wystawiając na próbę mój, daleki od ortodoksji, rzymski katolicyzm. Jak uzasadnić wybór tego a nie innego dębu? Tego a nie innego obiektu miłości? Potrzebą adoracji, bezinteresownego zachwytu? uchwytu? Ontycznym imperatywem wyboru? gdyż jak podpowiada doświadczenie, wybierając cokolwiek, wybieram jedną z możliwych wersji mnie samego. Nie wiem. Unoszę rękę, naciskam klakson. Dąb traci liście, trwoni żołędzie. Nagi, zielenieje znowu późną wiosną. |


|
Gdzieś na Bałkanach, w czasie pierwszej wielkiej wojny, kończącej definitywnie cesarsko-królewski dziewiętnasty wiek, w suchym kamienistym jarze, za wioską, gdzie mieli odpocząć zmęczeni marszem i zaciętą wrogością tutejszych pasterzy, odnaleźli nie całkiem ostygłe ciało jednego z nich, rówieśnika, kolegi z tego samego asenterunku, odarte z munduru, z rozpłatanym brzuchem, w który zabójcy nasypali dojrzałych śliwek, tym sposobem mszcząc się za konfiskatę antałka śliwowicy, dokonaną poprzedniego dnia, przez nich, tak niedawno jeszcze studentów rozczytanych w Przybyszewskim i Nietzschem, korepetytorów od algebry i greki, klientów garkuchni i tanich, niechlujnych burdelików. I ten epizod, zapamiętany z fotograficzną dokładnością kamery, opowiadali wnukom, przejęci wciąż grozą tamtego odkrycia, czując w gardle cudownie palący smak owej przeklętej gorzałki zwanej rakija. |

|
Dziwne obrzędy, w których brałem udział Mozolnie schodząc w rozpadliny snu. Ołowiane ciżmy i czapka skórzana Przystrojona skrzydłem kani lub krogulca. Latarkę niosłem i laskę z kryształu górskiego: Ona podobno pomaga uspokajać węże, Chroni od jadów, jest glejtem w podróży. Nasze zgromadzenie, bo było nas wielu, Podobnych do siebie jak dwie krople wody, Na dnie wąwozu pośród bazaltowych bloków, Wokół paleniska filującego tęczowym płomieniem. Nie było wymiany darów ani powitalnych gestów. Nie należało się niczemu dziwić. Obowiązywało milczenie podszyte obawą, Że my i ogień i skały udajemy siebie. Czekaliśmy na znaki na ziemi. Czekaliśmy na znaki na niebie. Czekaliśmy na jakikolwiek znak. |

|
Tamtych zasłon nie rozsuwaj, Tych okiennic nie otwieraj, W sztolnię studni nie zaglądaj, Głowni w piecu nie zapalaj. Niech koboldy w sadzy drzemią, Gnomy lepkie iły drążą, Niech tęgopokrywe żuki Twoje ślady zadeptują. |

|
Ciepłem i cieniem na przemian dotknięty Tym razem na poboczu wąskiej leśnej drogi Stromy stok od zachodu po przeciwnej stronie Dołem natarczywie szumiał czarny potok I nieruchome świerki szczerbiły horyzont Nad którym wędrowały przypalone chmury Nieustannie mijało trwając nie zmienione Nie moje mnie oddane po co w jakim celu Na siebie siedzącego patrzyłem zza drzewa Czując zapach kory i zbutwiałych liści Spętany na rzecz wolności świadczyłem przed sobą. |


|
Staszkowi Dłuskiemu Łyżka drewniana do mieszania powideł, Ociekająca słodką smołą, kiedy w rondlu Bełkoce bąblami śliwkowa magma, I dla kogoś, kto nie może objąć całości, Jaki taki ratunek w zapamiętanym szczególe. Bo, ostatecznie, cóż o nich wiedziałem ? Prawdziwe, o twardości diamentu, miało się Przecież dopiero wydarzyć w nieokreślonej bliżej Przyszłości i, jak mi się wydawało, wszystko dotychczasowe Było jedynie zapowiedzią tamtego. Naiwny. Teraz wiem, Że nieuwaga jest grzechem nie do wybaczenia A każda drobina czasu ma wymiar ostateczny. |

|
To, co przykuwało moją uwagę, To była jej szyja. Łabędzia łodyga Wyrastająca łagodnie z dekoltu kwiecistej Sukni i ramion opadających płynnie Wzdłuż ud przykrytych lekkim materiałem, Na których węzeł delikatnych dłoni. I ten kapelusz słomkowy z kokardą Rondem ocieniający jej matową twarz. A przecież było duszno, zbliżała się burza, Lipy kwitnące w gęstej sieci pszczół, I festyn wrzeszczał na całe gardło W podworskim parku. A ona, krucha, Na tej ławce, jakby nie z tego świata, Tak że zachwyt nie mógł się nawet zmienić w pożądanie. |

|
Na białej muszli talerza babka kroi bursztyny w sypkim piasku mąki ciemny bursztyn daktyli i lepkie wodorosty pomarańczowej skórki w stoikach konfitury napisy kiedy i jakie te które nadpleśniały przesmażono ponownie czarna laska wanilii miałka pod tłuczkiem w moździerzu złociste planety żółtek z powiek wapiennych patrzą jak na rozgrzanej blasze tańczy syczący karmel nad stołem senna pszczoła niedługo z pierwszym śniegiem spadnie kurtyna zimy babka demiurg kuchni w fartuchu pontyfikalnym całopalną ofiarę składa z suchych polan bukowych |

|
Nie pora, aby składać próżne obietnice. Minęło. Pal go diabli, zakładając istnienie diabłów Łakomych nad-esencji nazywanej duszą. Za wysokie to, a może piekielnie za niskie, dla kogoś, Kto chce dotknąć, a nie może dotknąć, I tylko ślizga się po powierzchni jakiegoś lustra-nie-lustra, I przypomina w tym klowna na drewnianych łyżwach Z jego ruchami kalekiego ptaka. |

|
Czesławowi Miłoszowi Pianie kogutów na zmianę pogody: Pod siną chmurą sine jądra śliwek Z popielatym nalotem i lepką szczeliną - Tam słodkie strupy brudnego bursztynu. Język próbuje wygładzić chropowatość pestki I lata mijają. A ona dalej rani podniebienie Obiecując, że dotknę sedna - dna tamtego dnia Kiedy koguty piały na zmianę pogody. |

|
Strój kąpielowy E.B. - bikini czerwone W czarne kropki. Przez całą dekadę Mówiliśmy: Biedronka to, Biedronka tamto. Dwudzieste siódme urodziny obchodziła Na oddziale onkologicznym. Świadoma Ze został jej najwyżej tydzień żartowała: Napiszcie bajkę - Biedronka i Rak W jednym spali łóżku. Ten ostatni Tydzień składał się z czterech i pół dnia. |

|
Kto nakarmi moje głody? Kto położy dłoń na dłoni? Kto przygarnie i kto powie: Będziesz mój na krótką wieczność? Ty, on, ja, my, wszyscy, oni. Wciałowzięci w niespełnieniu. Gdzieś na ostatecznej Osądzeni - pogodzeni. |

|
Moja babka Maria, Wtedy już dziewięćdziesięcioletnia, Z dymiącym dukatem w lufce, Często stawała przed portretem Swojej matki, pięknej, zmarłej młodo Ni to kobiety ni dziewczyny, I patrząc na to płótno, malowane W ostatniej dekadzie dziewiętnastego stulecia, Uszkodzone w okolicy broszki z ametystem, Tej samej, która teraz leżała w szufladzie komody, Pytała niezmiennie: ciekawe jak Rozpoznamy się tam i zrozumiemy, Skoro ona z wyglądu, wieku i temperamentu Powinna być moją wnuczką? |

|
Niechby się zdarzył taki właśnie cud. Na chwilę albo trochę dłużej A ja jak cadyk owinięty w Torę. Może faraon na ścianie grobowca. Gdy w uszach huczą ostre gwiazdozbiory Dotknę jej dłonią. Złożę na języku. Niech się roztopi w niecierpliwej glinie. |

|
Splatając się w strumienie Spływają wody z gór. Kiedy zapalam ostatni z trociczków, które robiłeś Z wierzbowego próchna, utartych ziół, żywicy I czegoś tam jeszcze. Błękitnosiwy dym z fajki szamana Wsiąkający w niskie niebo sufitu, gipsaturę obłoków. Splatając się w strumienie Spływają wody z gór. Kiedy oglądałem wczoraj w tv japoński film O himalajskich zbieraczach miodu dzikich drapieżnych pszczół. Zawieszeni na bambusowych drabinach przy skalnej Półce, długimi żerdziami obcinają miododajne gniazda I w szczelnie plecionych koszach spuszczają na dół Bezcenne, owadzie, woskowe konstrukcje. Z kikutów gniazd po gładkich kamieniach ciekną, Zawęźlone w słupy, złote, lepkie warkocze. Splatając się w strumienie Spływają wody z gór. Kiedy w liście do przyjaciela nazwałem siebie Kalibanem na wózku inwalidzkim, od czasu do czasu Popiskującym głosem zachwyconej Mirandy: O jakie cuda! Ile pięknych istot! Ile jest wdzięku w ludziach! Splatając się w strumienie Spływają wody z gór. |

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||