JANUSZ   SZUBER









Z tomu     O chłopcu mieszającym powidła


* * *



PARDUBICE 20 MAJA 1916


Zdjęcie formatu pocztówkowego,
Przełamane w jednej trzeciej,
Kilka drobnych uszkodzeń.
Na odwrocie napis ołówkiem kopiowym:
Pardubice Czechy dnia 20 maja 1916.

Dwaj żołnierze oparci o trzcinowy
Stolik ze sztucznymi różami (płaskie
drzewa i altana z tyłu), wymięci,
Szwejkowaci, bączek na polowej czapce,
Kupla z dwugłowym orłem, papieros
Między palcami, wąsiki podkręcone.

W świdrujących, rozbawionych oczach
Nie maskowany apetyt na życie,
Zuchwała krew, sperma strzelista.
Jedna, z tysięcy, chwila, nagle pstryk
i długie potem.


Jeśli nie polegli - przeżyli i może
Umarli dopiero w swoich starczych łóżkach,
W bezzębnych dziąsłach żując prymkę darni,
Wypaleni na nowo w popielatej glinie.

Oschłe cienie na marginesie
Innej zaborczej młodości.







ELIASZ PURETZ FOTOGRAFUJE UCZENNICE
Z WYŻSZEGO INSTYTUTU NAUKOWO-
-WYCHOWAWCZEGO W S. PODCZAS MAJÓWKI
W ROKU 1902


W cieniu skrzydeł blaszanych motyla,
w słomkowych kapeluszach przewiązanych wstążką,

W szczelnych gorsetach ich nieszczelne ciała,
o których każda z osobna mogłaby powiedzieć:
mniej moje bardziej moje nigdy całkiem moje.

I posiadając, czego nie posiadały dłużej,
niż trwa mrugnięcie w soczewce aparatu
fotograficznego już zżółkłe i wydane obcym,
aby wymyślali inne uda dla tamtych pończoch
i obszernych białych pantalonów.

Skromnie ukryte na wieki wieków obnażone
prosi o okrutną litość to jedno jeden raz przeżyte
owego roku dnia miesiąca owa minuta nieuwagi.







ALFABET KAMIENI


Pośrodku brodu
w Międzybrodziu
stary Mosze Tieger rozmawia
z czaplami i czarnym bocianem.
Na skrzydłach talesu
przyleciał tu ze spalonej synagogi.

Dlaczego Mosze Tieger
błogosławionej pamięci
leciał przeszło pięćdziesiąt lat,
skoro od synagogi do tego miejsca
najwyżej osiem kilometrów
w linii prostej?

Może po drodze
w gniazdach wypalonych grodzisk,
zamiast tatarskiej, germańskiej,
znalazł nieruchomą strzałę eleatów ?

Uduszone toboły
rozstrzelane walizki
obrzękłe obłoki
- chyba nie tego

pośrodku rzeki
klaszczącej o brzegi,
gorzkiej od bukowego potu
Słonych Gór?

Litera po literze
zbliżam się do niego -
moje bose stopy
sylabizują alfabet
kamieni.


rys. Wojciech Weiss, 1901.







PRÓBA DĘBU


Nie umiem, choćby w przybliżeniu,
określić jego wieku: rosły, nieco asymetryczny
dąb, tuż przed Łukawicą, na samym zakręcie
drogi do Manasterca i Bezmichowej.
Mijając go, za każdym razem trzykrotnie
włączam sygnał albo pozdrawiam uniesieniem
ręki. Dlaczego? Przecież spotykałem
dorodniejsze, bardziej dostojne.
Uczulony na drzewa, niekoniecznie dęby,
uprawiałem pokątny ich kult,
wystawiając na próbę mój, daleki
od ortodoksji, rzymski katolicyzm.
Jak uzasadnić wybór tego a nie innego dębu?
Tego a nie innego obiektu miłości?
Potrzebą adoracji, bezinteresownego zachwytu?
uchwytu? Ontycznym imperatywem wyboru?
gdyż jak podpowiada doświadczenie,
wybierając cokolwiek, wybieram jedną
z możliwych wersji mnie samego.
Nie wiem. Unoszę rękę, naciskam klakson.
Dąb traci liście, trwoni żołędzie.
Nagi, zielenieje znowu późną wiosną.









RAKIJA


Gdzieś na Bałkanach, w czasie pierwszej
wielkiej wojny, kończącej definitywnie
cesarsko-królewski dziewiętnasty wiek,

w suchym kamienistym jarze, za wioską,
gdzie mieli odpocząć zmęczeni marszem
i zaciętą wrogością tutejszych pasterzy,

odnaleźli nie całkiem ostygłe ciało
jednego z nich, rówieśnika, kolegi z tego
samego asenterunku, odarte z munduru,

z rozpłatanym brzuchem, w który zabójcy
nasypali dojrzałych śliwek, tym sposobem
mszcząc się za konfiskatę antałka śliwowicy,

dokonaną poprzedniego dnia, przez nich,
tak niedawno jeszcze studentów rozczytanych
w Przybyszewskim i Nietzschem, korepetytorów

od algebry i greki, klientów garkuchni
i tanich, niechlujnych burdelików.
I ten epizod, zapamiętany z fotograficzną

dokładnością kamery, opowiadali wnukom,
przejęci wciąż grozą tamtego odkrycia,
czując w gardle cudownie palący smak

owej przeklętej gorzałki zwanej rakija.







ŚNIĄC


Dziwne obrzędy, w których brałem udział
Mozolnie schodząc w rozpadliny snu.
Ołowiane ciżmy i czapka skórzana
Przystrojona skrzydłem kani lub krogulca.

Latarkę niosłem i laskę z kryształu górskiego:
Ona podobno pomaga uspokajać węże,
Chroni od jadów, jest glejtem w podróży.

Nasze zgromadzenie, bo było nas wielu,
Podobnych do siebie jak dwie krople wody,
Na dnie wąwozu pośród bazaltowych bloków,
Wokół paleniska filującego tęczowym płomieniem.

Nie było wymiany darów ani powitalnych gestów.
Nie należało się niczemu dziwić.
Obowiązywało milczenie podszyte obawą,
Że my i ogień i skały udajemy siebie.

Czekaliśmy na znaki na ziemi.
Czekaliśmy na znaki na niebie.
Czekaliśmy na jakikolwiek znak.







PRZESTROGI


Tamtych zasłon nie rozsuwaj,
Tych okiennic nie otwieraj,
W sztolnię studni nie zaglądaj,
Głowni w piecu nie zapalaj.

Niech koboldy w sadzy drzemią,
Gnomy lepkie iły drążą,
Niech tęgopokrywe żuki
Twoje ślady zadeptują.







ZAPACH KORY


Ciepłem i cieniem na przemian dotknięty
Tym razem na poboczu wąskiej leśnej drogi
Stromy stok od zachodu po przeciwnej stronie
Dołem natarczywie szumiał czarny potok
I nieruchome świerki szczerbiły horyzont
Nad którym wędrowały przypalone chmury
Nieustannie mijało trwając nie zmienione
Nie moje mnie oddane po co w jakim celu
Na siebie siedzącego patrzyłem zza drzewa
Czując zapach kory i zbutwiałych liści
Spętany na rzecz wolności świadczyłem przed sobą.









O CHŁOPCU MIESZAJĄCYM POWIDŁA


Staszkowi Dłuskiemu


Łyżka drewniana do mieszania powideł,
Ociekająca słodką smołą, kiedy w rondlu
Bełkoce bąblami śliwkowa magma,
I dla kogoś, kto nie może objąć całości,
Jaki taki ratunek w zapamiętanym szczególe.
Bo, ostatecznie, cóż o nich wiedziałem ?
Prawdziwe, o twardości diamentu, miało się
Przecież dopiero wydarzyć w nieokreślonej bliżej
Przyszłości i, jak mi się wydawało, wszystko dotychczasowe
Było jedynie zapowiedzią tamtego. Naiwny. Teraz wiem,
Że nieuwaga jest grzechem nie do wybaczenia
A każda drobina czasu ma wymiar ostateczny.







T. W., 1996


To, co przykuwało moją uwagę,
To była jej szyja. Łabędzia łodyga
Wyrastająca łagodnie z dekoltu kwiecistej
Sukni i ramion opadających płynnie
Wzdłuż ud przykrytych lekkim materiałem,
Na których węzeł delikatnych dłoni.
I ten kapelusz słomkowy z kokardą
Rondem ocieniający jej matową twarz.
A przecież było duszno, zbliżała się burza,
Lipy kwitnące w gęstej sieci pszczół,
I festyn wrzeszczał na całe gardło
W podworskim parku. A ona, krucha,
Na tej ławce, jakby nie z tego świata,
Tak że zachwyt nie mógł się nawet zmienić w pożądanie.







IMPERFECTUM


Na białej muszli talerza
babka kroi bursztyny
w sypkim piasku mąki
ciemny bursztyn daktyli
i lepkie wodorosty
pomarańczowej skórki

w stoikach konfitury
napisy kiedy i jakie
te które nadpleśniały
przesmażono ponownie
czarna laska wanilii miałka
pod tłuczkiem w moździerzu

złociste planety żółtek
z powiek wapiennych patrzą
jak na rozgrzanej blasze
tańczy syczący karmel
nad stołem senna pszczoła
niedługo z pierwszym śniegiem
spadnie kurtyna zimy

babka demiurg kuchni
w fartuchu pontyfikalnym
całopalną ofiarę składa
z suchych polan bukowych







SENTENCJA


Nie pora, aby składać próżne obietnice.
Minęło. Pal go diabli, zakładając istnienie diabłów
Łakomych nad-esencji nazywanej duszą.
Za wysokie to, a może piekielnie za niskie, dla kogoś,
Kto chce dotknąć, a nie może dotknąć,
I tylko ślizga się po powierzchni jakiegoś lustra-nie-lustra,
I przypomina w tym klowna na drewnianych łyżwach
Z jego ruchami kalekiego ptaka.







Z tomu     Biedronka na śniegu


* * *



PIANIE KOGUTÓW


Czesławowi Miłoszowi


Pianie kogutów na zmianę pogody:
Pod siną chmurą sine jądra śliwek
Z popielatym nalotem i lepką szczeliną -
Tam słodkie strupy brudnego bursztynu.

Język próbuje wygładzić chropowatość pestki
I lata mijają. A ona dalej rani podniebienie
Obiecując, że dotknę sedna - dna tamtego dnia
Kiedy koguty piały na zmianę pogody.







BIEDRONKA


Strój kąpielowy E.B. - bikini czerwone
W czarne kropki. Przez całą dekadę
Mówiliśmy: Biedronka to, Biedronka tamto.
Dwudzieste siódme urodziny obchodziła
Na oddziale onkologicznym. Świadoma
Ze został jej najwyżej tydzień żartowała:
Napiszcie bajkę - Biedronka i Rak
W jednym spali łóżku. Ten ostatni
Tydzień składał się z czterech i pół dnia.







KRÓTKA WIECZNOŚĆ


Kto nakarmi moje głody?
Kto położy dłoń na dłoni?
Kto przygarnie i kto powie:
Będziesz mój na krótką wieczność?

Ty, on, ja, my, wszyscy, oni.
Wciałowzięci w niespełnieniu.
Gdzieś na ostatecznej
Osądzeni - pogodzeni.







ŚWIĘTYCH OBCOWANIE


Moja babka Maria,
Wtedy już dziewięćdziesięcioletnia,
Z dymiącym dukatem w lufce,
Często stawała przed portretem
Swojej matki, pięknej, zmarłej młodo
Ni to kobiety ni dziewczyny,
I patrząc na to płótno, malowane
W ostatniej dekadzie dziewiętnastego stulecia,
Uszkodzone w okolicy broszki z ametystem,
Tej samej, która teraz leżała w szufladzie komody,
Pytała niezmiennie: ciekawe jak
Rozpoznamy się tam i zrozumiemy,
Skoro ona z wyglądu, wieku i temperamentu
Powinna być moją wnuczką?







EPIGRAM


Niechby się zdarzył taki właśnie cud.
Na chwilę albo trochę dłużej
A ja jak cadyk owinięty w Torę.
Może faraon na ścianie grobowca.
Gdy w uszach huczą ostre gwiazdozbiory
Dotknę jej dłonią. Złożę na języku.
Niech się roztopi w niecierpliwej glinie.







SPLATAJĄC SIĘ W STRUMIENIE


Splatając się w strumienie
Spływają wody z gór.

Kiedy zapalam ostatni z trociczków, które robiłeś
Z wierzbowego próchna, utartych ziół, żywicy
I czegoś tam jeszcze. Błękitnosiwy dym z fajki szamana
Wsiąkający w niskie niebo sufitu, gipsaturę obłoków.

Splatając się w strumienie
Spływają wody z gór.

Kiedy oglądałem wczoraj w tv japoński film
O himalajskich zbieraczach miodu dzikich drapieżnych pszczół.
Zawieszeni na bambusowych drabinach przy skalnej
Półce, długimi żerdziami obcinają miododajne gniazda

I w szczelnie plecionych koszach spuszczają na dół
Bezcenne, owadzie, woskowe konstrukcje.
Z kikutów gniazd po gładkich kamieniach ciekną,
Zawęźlone w słupy, złote, lepkie warkocze.

Splatając się w strumienie
Spływają wody z gór.

Kiedy w liście do przyjaciela nazwałem siebie
Kalibanem na wózku inwalidzkim, od czasu do czasu
Popiskującym głosem zachwyconej Mirandy: O jakie cuda!
Ile pięknych istot! Ile jest wdzięku w ludziach!

Splatając się w strumienie
Spływają wody z gór.








Copyright © 1997-2007 Zwoje