Listy z końca wieku i świata


OGNIEM I WODĄ OGNISTĄ





MAREK KUSIBA


Jestem zagorzałym kibicem polskich kalendarzy ściennych. Uczą i wychowują całe pokolenia. Niedawno wpadł mi w ręce kalendarz domowy wydawnictwa Czasopisma wojskowe. Na odwrocie kartki z datą znalazłem "sposoby przedłużania życia kwiatów ciętych." Oto niektóre z nich: "Rozszczepianie i miażdżenie łodyg: zdrewniałe łodygi kilkakrotnie nacinamy lub miażdżymy końcowe części łodyg młotkiem." Okazuje się, że wojskowi wiedzą, co robią "zwęglając końce łodyg nad świecą lub palnikiem gazowym": czasami trzeba zadać ból, nawet młotkiem, czy przypalając żywym ogniem, by przedłużyć życie, czyli uchronić przed śmiercią.

Podobnych wyjaśnień udzielają lekarze, jak i despoci, gnębiący swoje narody. Do tej zasady stosują się też niektórzy twórcy filmowi, skazujący swoich bohaterów na miażdżenie, rozcinanie, przypalanie, rozszczepianie czaszki na dwie połówki, itd. Zapewnia to filmowi widownię (któż nie lubi widoku cierpiących za nas, miliony), choć w krytykach filmowych budzi fałszywe obawy i sprzeciwy.

Taki nieuzasadniony opór wobec Niagary krwi, lejącej się słusznie z ekranu podczas projekcji Ogniem i mieczem, znalazłem w torontonskiej polonijnej gazecie Gazeta. Autor, podpisujący się skromnie pseudonimem "Józef" napisał recenzję z książki Stendhala, bo pod tytułem Czerwone i czarne. Pomylił tylko epoki i rejony Europy. Ale to w końcu drobiazg. Oto fragment:

"Na ekranie dominował kolor krwistej czerwieni, bo krew lała się tam obficie. Krew polskich panów i ukraińskich chłopów, krew kozacka, tatarska, mongolska, turecka, krew chrześcijańska, krew niewiernych, krew złych, krew dobrych, husarzy i pospolitego ruszenia, krew winnych i niewinnych, chłopów i szlachty, krew z ran kłutych, ciętych, rąbanych i szarpanych; tętnicza i żylna. Jeden z widzów, jakby wczuwając się w atmosferę filmu Jerzego H. w bufecie zamówił sok pomidorowy. Jego towarzyszka miała paznokcie pomalowane na kolor ciemnej krwi, jakby przed chwilą rozdrapywała żywe ciało"...
Ja również z filmu Jerzego Hoffmana najlepiej zapamiętałem tak zwane "mokre" sceny. Jedną z nich było wejście nagiej Izabelli Scorupco do wody, w której przez chwilę pływała żabką, po czym z niej wyszła, pokazując, choć w sporym oddaleniu, swe niezaprzeczalne zalety. Zadaniem pięknej Izabelli było w tym filmie ozdabianie ekranu, więc nasza eksportowa gwiazdeczka nawet nie próbowała w nim grać. Za szybko jednak wybiegła z wody, by męska połowa widowni mogła nacieszyć oczy widokiem, od którego Onufry Zagłoba, nie wiedzieć czemu, odwrócił swe kaprawe oko. Inna mokra scena miała miejsce w brodzie rzecznym, ale zamoczył się tylko pan Skrzetuski, wynosząc Izę-Halszkę z kolaski na brzeg. W czasie wynoszenia, jak wiemy z filmu Hoffmana, Skrzetuski zakochał się w swym słodkim ciężarze bez pamięci. Inna mokra scena dotyczyła pojedynku Wołodyjowskiego z Bohunem, gdy obaj wpadli do wody, ale zaraz z niej wyskoczyli jak oparzeni, bo scenę kręcono na początku marca. Nie bardzo wiadomo, dlaczego mały rycerz musiał zażyć zimnej kąpieli przed upuszczeniem watażce gorącej krwi. Sienkiewicz jest bardziej litościwy od Hoffmana i nie naraża swoich bohaterów na przeziębienie, jak i kilka innych dolegliwości, wynikłych z ograniczonych możliwości technicznych polskiego filmu.

W ogóle u Sienkiewicza Helena nie wchodzi nago do wody, tylko pluska się w rzece w ubraniu, jak na XVII wiek przystało; w tym wypadku w "żupaniku kozackim." Nie jest też z rzeki w ubraniu lub bez ubrania wynoszona. W powieści Sienkiewicza kolaska połamała osie na suchej drodze i tylko w oddali rozlane wody Kahamliku przypominają o istnieniu mokrego żywiołu. Gdy idzie o krew, to rzeczywiście leje się ona z ekranu Niagarą. Uważam, że jest to jeden z przejawów amerykanizacji życia i filmu polskiego. Za to nieustanne brodzenie bohaterów Hoffmana w wodzie może mieć źródło w powodzi tysiąclecia, jaka nawiedziła Polskę w roku kręcenia filmu. Natomiast mordowanie kniahini Kurcewiczowej rzutem noża w krtań nieodparcie nasuwa skojarzenia z filmem Siedmiu wspaniałych i pojedynkiem nożownika z kowbojem przy słupie. Wsadzenie Zagłobie przez Helenę noża do nosa przypomina z kolei scenę Polańskiego z Nicholsonem w Chinatown. Jedną z bardziej filmowych scen filmu jest wyrzucenie z karczmy przez pułkownika Skrzetuskiego podstarościego Czaplińskiego. Jest to także "mokra" scena, gdyż poszkodowany szybuje przez drzwi, zanim nie zanurkuje w błotną maź. Inne mokre sceny pokazują nurkowanie husarii razem z końmi w błotnej bitwie pod Żółtymi Wodami, czy przepływanie łodzią przez Skrzetuskiego rzeki Ropy, grającej w filmie Dniepr. Michał Żebrowski, wypływający żabką ze Zbaraża, musiał być chyba inspirowany przez Kevina Costnera i Waterworld, gdyż u Sienkiewicza Skrzetuski "postanowił okrążyć brzegiem cały staw aż do bagienka." Obszedł więc staw a nie opłynął. Pisze Sienkiewicz: "Za każdym krokiem Skrzetuskiego na powierzchnię wód wydobywało się mnóstwo baniek, których bulgotanie doskonale można było słyszeć wśród ciszy."

W filmie nieustannie rozlegało się innego rodzaju bulgotanie. Jeden z moich kanadyjskich kolegów zadał mi po projekcji niewinne pytanie, z odpowiedzią na które miałem spore kłopoty: "W Polsce panowały chyba wtedy tropikalne upały, skoro wszyscy na filmie bez przerwy pili?" Mój znajomy, mający wyraźny talent lingwistyczny, od razu zapamiętał powtórzone dwukrotnie przez Skrzetuskiego zdanie: "Nie wylewaj waćpan wina." Bezskutecznie próbowałem mu tłumaczyć, że Skrzetuskim nie tyle kierowała przesadna troska o ciała płynne niskoprocentowe, co o własny rękaw. Uparcie twierdził, że spora część filmu przypomina reklamę przemysłu spirytusowego. Że aktorzy w tym filmie piją siedząc, stojąc, leżąc, jadąc konno, a nawet walcząc, że nawet konie też piją - skapującą im z nosów deszczówkę. Jednak podczas gdy chuch Chmielnickiego jest zazwyczaj czysty i rzeźki jak wiosenny powiew, "Poljaki" zioną gorzałą. Nawet gdy przyduszony Chmiel wykrztusił pierwszy w książce i filmie wyraz: "Wody!", podano mu gorzałki, "którą pił i pił, co mu widocznie dobrze zrobiło" - jak pisze Sienkiewicz.

Mój kanadyjski znajomy nie mógł znaleźć filmowego uzasadnienia dla niekończących się scen pijaństw żołnierzy i dowódców, Polaków i Kozaków, posłów i bohaterów, z którymi widz powinien był się utożsamiać, a co nie było łatwe z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że nie było głównego bohatera. A drugi taki, że nie było kina. Przez to, że nie było bohatera. Był traktat historyczny, był niekończący się taniec z szablami, ale nie było kina. Były sceny upijania się na umór nieskazitelnego Wołodyjowskiego i świątobliwego Podbipięty z pijakiem Zagłobą, ale były źle zagrane, bo polscy aktorzy już nawet pijanych zagrać nie potrafią: ciągłe wznoszenie bełkotliwych okrzyków "Zdrowie waszmościów" i wymachiwanie rękami to jeszcze nie jest aktorstwo. Z bólem serca muszę tu wyznać, że Krzysztof Kowalewski nie jest jednak Krzysztofem Cage. Zagłoba rozpoczął swoją radosną obecność w filmie od sceny w karczmie i zdania "Nalej do szklanic," a potem już pił wszędzie i zawsze. Pił nawet pod stołem w czasie mordowania Kurcewiczów przez Bohuna, i pił pod Zbarażem w czasie kozackiego ataku. Dwie z najlepszych scen bitewnych w tym filmie są jego autorstwa: gdy, pijany, "zdobywa" sztandar, i gdy odrzuca za siebie garniec po okowicie, trafiając w głowę atakującego Zbaraż Krzywonosa...

Mój kanadyjski znajomy nie rozumie dwóch rzeczy: subtelności słowiańskiej duszy oraz polskiej szkoły filmowej. Ta ostatnia wpaja aktorom i reżyserom dwie zasady: że nastrojowe sceny muszą obowiązkowo zawierać "procenty," oraz że ręce muszą być stale czymś zajęte: a to aktorką, a to pałaszem lub szablą, nożem lub widelcem, kieliszkiem lub szklanicą. Te ostatnie widać w Ogniem i mieczem częściej niż szable i pałasze, co dobrze świadczy o pozytywnych rysach w narodowym charakterze: jesteśmy bardziej skłonni do zabawy i hulanki, niż do zbrodni i walki. Tylko naprawdę wrogo do nas usposobieni szalejący abstynenci wszystkich krajów mogą czynić nam zarzut, że film Hoffmana, wchodząc obecnie na ekrany kin świata, przesadnie eksponuje naszą słabość do kielicha.

"W waszym filmie umiarkowanie piją tylko Bohun i Helena, i to oni powinni stanąć na ślubnym kobiercu, gdyż nie przekażą dzieciom w genach skłonności do opilstwa" - stwierdził mój kanadyjski znajomy, wojujący abstynent i wróg wszelakich przejawów słowiańskiej fantazji, czyli wyraźny zwolennik przedłużania życia kwiatów ciętych bez użycia młotka. Ale ja zostawiłem go swojemu losowi, oddając się konsumpcji ulubionego, krajowej produkcji, trójniaka o nazwie Zagłoba...







Copyright © 1997-2007 Zwoje