
Wszystkie sklepy już od dawna zamknięte. Ich czarne żaluzje pozamykane są, jakby na zawsze. Niebo jest także czarne, jakby sam Bóg - brońcie niebiosa - opuścił je. Strach chodzić po ulicach. Może Bóg wymierza karę natychmiast, i zwichnie się kostkę. Wzdrygam się na odgłos śmiechu gdzieś w oddali. Goje nie boją się w ogóle. Śmieją się nawet w Dzień Pokutny.
Nadal pulsuje mi w głowie od hałasu, który narobił biały kogut ojca przeznaczony na kappareh. (2)
Późnym wieczorem, odziany na czarno, chudy szochet (3) zakradł się na nasze podwórko. Z fałdów jego płaszcza błyskał długi nóż. Gonił koguta ojca; kogut piszczał i swoim wrzaskiem zatrząsł podwórzem. Inne koguty biegły za nim wrzeszcząc w podnieceniu.
Kucharka schwytała jednego koguta za nogę, ale ten wyrwał się jej. Całe podwórze było zaśmiecone piórami.
Brzmiało to jakby tysiąc gongów brzęczało na alarm: po podwórzu niosło się echo piania kogutów, ich bojowego krzyku. Ale stopniowo opadały z sił. Podwórko stawało się coraz cichsze.
Kurczęta matki i moje ukryły się ze strachu w dziurze. Słychać było tylko ich ciche gdakanie i zawodzenie.
Kucharka złapała równocześnie dwa kurczaki i położyła je u stóp szocheta. Krew trysnęła na cały balkon. Kiedy przyszłam do siebie, koguty i kury leżały na ziemi. Z ich szyi płynęły strużki krwi. Krew zabryzgała ich białe pióra. Zostawiono je aby wychłodziły się podczas zimnej nocy.
Pamiętam jak moje małe kurczątko trzęsło się w moich rękach, gdy je wznosiłam w obrzędzie. Ja także trzęsłam się. Mój palec odruchowo odskoczył jak tylko dotknęłam ciepłego brzuszka kurczaka. Zapiszczał i próbował odlecieć z mojej ręki, jak mały, biały anioł.
Podniosłam oczy z nad księgi modlitewnej. Zapragnęłam spojrzeć na kurczaczka. Łkał i gdakał jakby błagając mnie o łaskę. Nie słuchał pasaży, które miałam powtarzać. I nagle przestraszyłam się, że kurczak, którego trzymałam wysoko uniesionego, może skalać moją głowę.
Matka woła mnie. Z daleka widzę jej błyszczące oczy, jej spokojnie poruszające się ręce, jakby miała kogoś objąć. Każe mi trzymać plątaninę sznurków przed dużymi woskowymi świecami, które zapali w synagodze przy podium kantora. Wyciąga pierwszy sznurek.
- "Za mojego ukochanego męża, za Szmula Noah, niech będzie w zdrowiu i żyje sto dwadzieścia lat." Wyciąga sznurek, powoli wplata w niego błogosławieństwo, skrapia go łzami i nakłada nań gruby kawałek wosku, jakby próbując wetrzeć wosk, pełny dobrych życzeń.
- "Trzymaj mocno koniec sznurka, Baszke," mówi do mnie matka.
- "Za mojego drogiego syna, za Icka - niech będzie zdrów i żyje w szczęściu sto dwadzieścia lat!" Wyciąga drugi sznurek i również naciera go woskiem.
- "Za moją najstarszą córkę, za Hannah."
Imiona skandowane są wolno, a sznurki wyciągane, żółte od wosku i łez. Z trudem mogę utrzymać wszystkie nie powoskowane ich końce. Wyślizgują się z opuszków moich palców. Trzymam je z całej siły. Matka modli się długo za każde dziecko, za każdego krewnego. Już nie wiem co mówi. Z każdym imieniem łza spada na sznurek i natychmiast zasklepia się w wosku, jak mała perła. Jedna ciężka świeca jest już gotowa. Matka robi następne.
- "Niech wszyscy z nas żyją długo. Za mojego zmarłego ojca, Barucha Aarona Raiszkes - niech odpoczywa na zawsze w raju. Mój ojcze, módl się żarliwie za nas, za mnie i mojego męża i moje małe dzieci. Wybłagaj od Boga dobre zdrowie i powodzenie dla nas wszystkich." Teraz matka płacze głośno. Nieomal nie może ona dostrzec sznurków trzęsących się w jej dłoniach.
- "Niech wszyscy z nas żyją długo. Za moją zmarłą matkę, Aigę - niechaj modli się za nas. Moja matko nie zapominaj twojej jedynej córki, Alty," matka błaga nad sznurkiem, który wyciągnęła. Wyraźnie chciałaby pozostać z matką tak długo jak to możliwe; przesuwa wolno wosk i nie wypuszcza sznurka z dłoni.
- "Niech wszyscy z nas żyją długo. Za mojego zmarłego synka Beniamina." Matka zaczyna znowu płakać.
W tym momencie nie mogę już zapanować nad sobą. Także płaczę za moim małym braciszkiem, który miał roczek gdy umarł i którego nigdy nie widziałam.
Matka spogląda na mnie przez łzy, łapie oddech i wyciera nos. Pęczek sznurków robi się coraz grubszy. Umarli krewni, członkowie rodzin bliżej i dalej spokrewnionych z nami, zjawiają się jakby w odwiedziny u nas. Za każdego z nich matka roni łzę; jest to jakby przesłanie powitania każdemu z nich. Nie słyszę już ich imion; jakbym chodziła po nieznanym mi cmentarzu. Widzę tylko kamienie, widzę tylko sznurki. Napełnia mnie przerażenie na myśl jak wielu zmarłych krewnych zostało przywołanych i wplecionych w sznurki matki. Czy my, żyjący, palimy się w ten sam sposób, jak dusze zmarłych?
Jestem zadowolona gdy w końcu szames, (4) który czeka na świece, odnosi je do szul. (5) Wyczerpana, idę do łóżka.
Następnego dnia jesteśmy zajęci od wczesnego rana. Podano nam specjalną przekąskę aby nas wzmocnić przed postem i dać nam sposobność do jeszcze jednej modlitwy. Próbujemy robić dobre uczynki. Moi bracia przepraszają się nawzajem.
- "Abraszke, nie gniewasz się na mnie?" spieszę do brata przypominając sobie, że nie zawsze robiłam to, co on ode mnie chciał.
Matka idzie przez podwórze do sąsiada, z którym się kłóciła. Prosi go szczerze o przebaczenie.
Moi bracia zmieniają ubrania, przygotowują się do pójścia do szul. Prawie, że nie rozmawiają. Nawet nie poszturchują się nawzajem. Wydają się być ogarnięci strachem. Czekają z daleka aż matka powoli pobłogosławi swoje świece. Potem podchodzą najpierw do ojca, następnie do matki, życząc im dobrego roku. Moi rodzice kładą swoje ręce na głowie każdego z nich i nad każdą głową wypowiadają błogosławieństwo. Nawet dorośli synowie i córki wyglądają jak małe dzieci pod wyciągniętymi rękami swoich rodziców. Ja, najmłodsza, podchodzę do nich ostatnia. Ojciec, ze spuszczonymi oczami, dotyka mojej głowy, a ja natychmiast dławię się od łez, które spływają mi z oczu. Z trudem słyszę błogosławieństwo, które on wypowiada nade mną. Jego głos stał się już chropowaty.
Wyobrażam sobie, że ja już płonę na dużej skręconej świecy, którą przygotowała matka. Uświęcona, wychodzę z kręgu jej światła - dla mnie jest ta świeca jak białe, ciepłe ręce święcące spoza błogosławieństw i łez - staję pod drżącymi rękami mojej matki.
Kiedy jestem przy matce, uspokajam się nieco. Jest mi łatwiej gdy widzę jej łzy. Słyszę jej proste, z serca płynące modlitwy. Nie chcę w ogóle wyjść spod jej rąk. I rzeczywiście, zaczynam odczuwać zimno, gdy tylko ustaje pomruk jej błogosławieństw nad moją głową.
Wszyscy spieszą się, żeby pójść do szul.
- "Gut yom-tov!" ojciec spokojnie podchodzi do matki i podaje jej rękę.
- "Gut yom tov!" odpowiada matka opuszczając oczy.
Zostaję sama w domu. Palą się stale świece, święte i ciepłe. Staję przy ścianie aby zaraz odmówić cichą modlitwę.
Błogosławieństwa, które ojciec wypowiedział nad moją głową, ciągle brzmią mi w uszach. Biję się w piersi, gdy recytuję wyznanie grzechów. Lękam się, ponieważ prawdopodobnie popełniłam więcej grzechów niż te wyliczone w modlitewniku.
Moja głowa staje się rozpalona. Litery świętego pisma zaczynają rozszerzać się na wysokość i szerokość. Jerozolima kołysze się przed moimi oczyma. Chciałabym podtrzymać święte miasto moją grubą książką modlitewną, którą kurczowo zaciskam w obu dłoniach.
Samotna, łkam do Boga i nie odchodzę od ściany, aż nie przychodzi mi już do głowy nic, o co mogłabym się modlić.
Dzieci wracają z szul. Dom jest opuszczony, stół pusty. Tylko biały obrus połyskuje nikle pod ułomkami wpół wypalonych świec. Świece kopcą. Nie wiemy, co ze sobą zrobić. Idziemy więc spać.
Gdy budzę się następnego ranka, wszyscy już dawno wyszli do szul. Znowu jestem sama w domu. Przypominam sobie wszystko co mam zrobić. Polewam wodą tylko moje palce. Nawet nie myję zębów, i ze spieczonymi ustami zaczynam się modlić. Przychodzą moje koleżanki szkolne, gentiles, które chcą odrobić ze mną swoje lekcje. Nie ruszam się z miejsca, aż skończę modlitwy.
Biegnę odwiedzić mojego dziadka. Jest stary i chory i on także pozostał sam w domu. Rabin z Bobrujska (dziadek jest w jego kongregacji) zakazał dziadkowi pościć. Co godzinę musi brać łyżkę mleka. Idę więc do dziadka, aby mu podać mleko.
Dziadek się modli. Nawet nie spojrzał na mnie, tylko wybucha cichym płaczem. Łyżka z mlekiem chwieje się w moich rękach, ochlapuję sobie palce. Dziadkowe łzy spadają na łyżkę i mieszają się z mlekiem. Ledwo zwilża swoje wargi i mocniej łka gdy widzi, że się nim opiekuję. Z ciężkim sercem wracam do domu.
- "Baszutke, chodź i przegryź coś!" Nasza Szasza prosi mnie, żebym przyszła do kuchni i zjadła z nią kawałek zimnego kurczaka. "Z pewnością musisz być wygłodzona!"
Jestem zła na siebie, ponieważ jeszcze nie poszczę przez cały dzień. Każdego roku błagam matkę aby pozwoliła mi pościć. Nie mogę jeść po widoku dziadkowych łez i po ujrzeniu ojca, który wrócił do domu blady, ze ściągniętą twarzą. Przyszedł do domu z szul aby odpocząć przez chwilę. Z białymi wargami, w białym kitlu (6) i w białych skarpetkach wygląda on - Boże broń - jakby
w ogóle nie żył. Wyobrażam sobie, że jego dusza stała się już bardzo czysta i że prześwieca przez jego biały ubiór. Zaczynam modlić się żarliwiej. Chcę być, chociaż w jakimś małym stopniu, tak gorliwa jak ojciec.
Matka zostaje w szul przez cały dzień. Przed Musaf (7) idę ją zobaczyć i zapytać jak
się ma. Nie słychać już kantora. Męska strona szul jest na wpół opustoszała. Niektórzy poszli do domu odpocząć, inni siedzą na ławach z oczami utkwionymi w modlitewnikach. Chłopcy bawią się na podwórzu synagogi. Niektórzy dostają jabłka do zjedzenia, inni kawałki challa (8) z miodem. Żeńska strona szul jest wypełniona przytłumionym łkaniem. W każdym rogu jakaś kobieta wzdycha i lamentuje.
"Panie Wszechświata, Panie Wszechświata!" monotonny śpiew rozlega się zewsząd.
Matka cicho płacze. Przez zamglone okulary ledwo może dostrzec małe litery w swojej książce modlitewnej.
Staję w pewnej odległości i czekam. Matka łapie oddech, unosi zapłakaną twarz i kiwa do mnie głową na znak, że czuje się dobrze, chociaż natychmiast potem wznawia swój płacz. Podchodzę do niej bliżej. Nie wiem co robić wśród tych płaczących matek. Spoglądam na stronę mężczyzn. Biały kitel i biała jarmułka kantora są nieruchome. Patrzę na rzędy wysokich świec szukając wzrokiem naszych dwóch. Palą się one wśród innych świec, płonąc wysoko w górę po obu stronach świętej arki.
Nagle w synagodze podnosi się szum i hałas. Szul zapełnia się mężczyznami. Zaczyna się krzątanina, powietrze staje się rozgrzane. Mężczyźni grupują się wokół kantora. Gruba zasłona świętej arki rozsuwa się. Nastaje cisza, powietrze nieruchomieje. Słychać tylko szelest modlitewnych szalów. Mężczyźni spieszą w stronę świętej arki. Błyszczące zwoje Tory, jak księżniczka przebudzona ze snu, zostają wyjęte z arki. Na ich białych i ciemnoczerwonych aksamitnych pokrowcach błyszczą tarcze Dawida wyhaftowane srebrem i złotem. Drążki są oprawione w srebro inkrustowane macicą perłową a na szczycie mają korony, z których zwisają małe dzwoneczki.
Światło jarzy się wokół zwojów Tory. Wszyscy mężczyźni w szul cisną się do nich. Otaczają zwoje i eskortują je w procesji. Tłoczą się za zwojami Tory, próbując rzucić choć na nie okiem i przesłać im z daleka pocałunek. A one, piękne Tory, górują wysoko ponad głowami modlących się, ponad wszystkimi wyciągniętymi rękami i powoli poruszają się poprzez szul.

Z trudem wstrzymuję się za barierką kobiecej części synagogi. Tak bardzo chciałabym zeskoczyć na dół, wpaść wprost w objęcia świętych zwojów Tory, albo tylko przysunąć się bliżej nich, ich drgającego światła, dotknąć ich chociaż, ucałować ich jasną chwałę. Ale zwoje są już niesione z powrotem do świętej arki. Po obu stronach mrugają do nich wysokie świece. Aksamitna zasłona zostaje zaciągnięta, ciemność nachodzi na moje oczy.
Od razu, jakby dla pogrążenia smutku, mężczyźni zaczynają się głośno modlić.
Stoję nadal przy oknie. Przyciąga mnie strona mężczyzn, jej hałaśliwe powietrze, wypełnione białym talesami, (9) jak uniesionymi skrzydłami falującymi w całej synagodze, pokrywają każde ciemne miejsce. Tylko gdzieniegdzie wyziera jakiś nos albo oko. Pasy na talesach kołyszą się jak schodki ponad zakrytymi głowami.

Jeden tales zafalował, wydaje jęk i zaraz tłumi w sobie dźwięk. W synagodze ściemnia się. Ogarnia mnie strach. Talesy pochylają się, drżą, prostują się, obracają na wszystkie strony. Wzdychają, modlą się, jęczą. Nagle moje nogi uginają się. Talesy chwieją się, opadają na ziemię jak ciężkie worki. Gdzieniegdzie wystaje biała wełniana skarpetka. Głosy wydobywają się jakby z podziemi. Talesy zaczynają toczyć się, jak na statku, który tonie i idzie na dno pośród przechylających go fal.
Nie słyszę w ogóle kantora. Chropowate głosy przekrzykują się nawzajem. Modlą się, błagają by sufit im się otworzył. Ręce wyciągają się w górę. Płacz chwieje lampami. Lada moment ściany zapadną się i wleci tu Prorok Eliasz.
Dorośli mężczyźni płaczą jak dzieci. Nie mogę wytrzymać tego dłużej. Sama płaczę coraz głośniej. Otrząsam się z tego dopiero wtedy gdy w końcu dostrzegam żywe, płaczące oko za jakimś kucającym talesem, kiedy słyszę trzęsące się głosy mówiące jeden do drugiego: "Gut yom-tov! Gut yom-tov!"
Biegnę do domu, wkrótce wszyscy przyjdą z szul. Muszę nakryć do stołu.
- "Szasza, szybko, szybko, przygotuj samowar!" krzyczę do służącej.
Wyciągam z kuchennej szafy blaszane pudełko z ciastem. Wysypuję wszystko na stół - placki, ciastka, pierniki, wafle, rozmaite bułeczki. Nie zostaje miejsce nawet na szklankę herbaty.
Szasza zaświeca lampę i wnosi radośnie szumiący samowar. Nawet samowar wydaje się cieszyć, że ocalał, że pamięta się o nim. Słychać głosy moich braci. Wpadają jeden po drugim, jak głodne zwierzaki.
Matka, wyglądająca na zmęczoną, wchodzi z miękkim uśmiechem na twarzy i mówi do każdego: - "Gut yom-tov!"
- "Gut yom-tov!" odpowiada kucharka, wybiegając z kuchni z bladym uśmiechem.
Czekamy na ojca. Jak zawsze, wraca ostatni z szul. Uradowani rzucamy się na jedzenie. Napełniają się szklanki herbaty, które wypijamy.
Uratowaliśmy się. Już nie jesteśmy głodni. Niechaj Bóg przypieczętuje dobry rok dla nas wszystkich. Niech tak się stanie. Amen!
Bella Chagall, Burning lights ("Płonące świece"),
Schocken Books, New York 1946.
Z angielskiego przełożył Andrzej Kobos

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||