Ostatnia rozmowa z Janem Lebensteinem w Krakowie przed jego smiercia.


Koledzy ilustruja "Boska Komedie" a ja wole zwierzeco-ludzka.


O   OSOBNOSCI





z   JANEM LEBENSTEINEM

rozmawiaja Katarzyna Janowska i Piotr Mucharski



- Spodziewa sie Pan czegos specjalnego po nadchodzacym roku 2000?

JAN LEBENSTEIN: - Nie, dlaczego mialbym sie czegos spodziewac? To przeciez zabobony, daty sa umowne. Nie jest tak, ze jakis demiurg przewroci kartke, i zacznie sie nowy rozdzial.

W tym roku skonczylem 69 lat, czyli rok 2000 bedzie rokiem mojego siedemdziesieciolecia. Owszem, kiedy bylem maly, pytalem, co bedzie w roku dwutysiecznym. Dzisiaj wiem tyle, ze jezeli go nie dozyje, to on sie po prostu nie odbedzie.

Jan Lebenstein, 1998
(fot. Jacek Dominski, Warszwa)

- W opracowaniach i artykulach o Pana tworczosci nigdzie nie mowi sie o Pana dziecinstwie. Czy ten okres nie ma dla Pana znaczenia? To rzadkie u artysty.

- Dziecinstwo jest najwazniejszym okresem w zyciu, wtedy przeciez ksztaltuje sie nasz character - na starosc pozostaja juz tylko odpady. Nie bylem zbyt towarzyski. Mialem swoj wlasny swiat, calkowicie wyimaginowany. Nie chodzi tu o chowanie sie przed swiatem. Nie nudzilem sie jednak samotnoscia.

Zawsze staralem sie zyc na wlasny rachunek, choc to trudne... Z jednej strony wiadomo, ze czlowiek nie jest sam na swiecie. Jestesmy istotami stadnymi, ale nie wolno dac sie zawladnac stadu. Ma ono swoje zalety, ale z drugiej strony stado - przynajmniej od czasu do czasu - cuchnie, niestety. Mamy na to dosyc duzo dowodow, szczegolnie w naszym wieku. Choc - czy bywaly w ogole wieki udane? Niektorzy tesknia za pieknym wiekiem XIX, a to przeciez byly nieustanne rzezie... Rzadko bywa wesolo.

- Pan byl chyba szczegolnie wyczulony na smrodek stada. Sledzac Pana droge tworcza widac, ze trzvmal sie Pan z boku.

- Doswiadczylismy stadnych obledow, ktore sie w ciagu ostatnich kilkudziesieciu lat dzialy. Zdarzaly sie i w przeszlosci, ale to nie byly przypadki obledow ideologicznych czy "uprzedzeniowych." Trzymanie sie z boku bylo dla mnie sprawa o tyle istotna, ze kiedy na dobre zamieszkalem w Paryzu - jako trzydziestolatek - to mialem juz za soba kilka etapow zycia i doswiadczen. Uderzajace bylo, jak wielu spraw dla mnie oczywistych Francuzi nie mogli zrozumiec. Chodzilo wlasnie o owe obledy. Ci ludzie byli - i czesto wciaz jeszcze sa - nieuleczalnie chorzy na ideologie, ktore po nas juz dawno splynely.

Jan Lebenstein: Figura osiowa 117, 1961

- W koncu lat 50. przyjechal Pan do Francji w glorii zwyciezcy wielkiego biennale i trafil Pan na obcosc?

- Nie mogli zrozumiec, dlaczego nie uwielbiam tego wspanialego systemu, w ktorym zyja. Srodowiska artystyczne - szczegolnie we Francji - byly zarazone komunizmem. Dzis to tez sie zdarza, ale w duzo mniejszym stopniu - dzieki ksiazkom Solzenicyna, Milosza i innych... Oni wyznawali wydumany - czy tez wyidealizowany - komunizm, bez zadnego oparcia w rzeczywistosci... To byla rozumowa konstrukcja, absolutnie abstrakcyjna. Sadzili, ze jestem tam, by zainkasowac, co sie da i zaraz wroce do szczesliwej socjalistycznej ojczyzny. A ja nie wracalem do Warszawy, bo nie mialem w gruncie rzeczy - poza kilkoma przyjaciolmi - do czego wracac.

Pokutowal tez mit, upowszechniony przez propagandystow poczatku lat 20., ze rewolucja rosyjska - czyli bolszewicki zamach stanu - laczy sie z rewolucja w sztuce. Nie czytali Orwella, ktory pisal, ze w komunizmie wszystko trzeba czytac na odwrot: wolnosc - znaczy zniewolenie, prawda znaczy klamstwo. A stadnosc awangardy znalem jeszcze z Warszawy. Cale to budowanie tak zwanej "postepowej nowej sztuki" byto furtka dla nieudacznikow i beztalenci.

Nieudacznik nadrabial ideologia albo lizusostwem. To mnie odpychalo od awangard i nie tylko od nich... Kapisci byli waznym wydarzeniem w sztuce polskiej, jako antidotum na malarstwo historyczne i rodzajowe XIX wieku, ale w moim pokoleniu ten ruch wyznawal juz bardzo scisle kryteria, ktore staly sie obowiazujacym kanonem. W ten sposob okreslali, kto jest swoj, a kto nie. Henryk Stazewski tez nakazywal maszerowanie w kolumnie i ustalal hierarchie: temu dawal stopien kaprala, tamtemu - sierzanta... W Paryzu nie bylo lepiej. Zyl wtedy jeszcze André Breton, ktory zaproponowal mi, bym wlaczyl sie w ruch postsurrealistow...

- Zaproponowal Panu legitymacje?

- Wlasnie! Powiedzialem o tym Kotowi Jelenskiemu, ktory - pekajac ze smiechu - zapytal: a jaka ci dadza range? Chcesz miec rewolucyjnego komisarza z naganem nad soba - to wstepuj do ruchu.

Jan Lebenstein: Scena domowa, 1967

Traktowatem zycie jako nieprzerwany proces ksztaltowania i poszukiwan. Nie wolno dac sie wsadzic w klatke - polska czy francuska. W klatce jest bezpiecznie: dwa razy dziennie dadza banana i ma sie swiety spokoj, ale przeciez nie o to w zyciu chodzi.

- Panska przyjazn z Mironem Bialoszewskim byla rodzajem powinowactwa w mysleniu o roli artysty?

- Ladnie to ujal Milosz, mowiac o ludziach z peryferii - to nas laczylo. Tak, bylo w tym jakies pokrewienstwo... Miron byl starszy ode mnie o osiem bodajze lat. Ale nie chodzilo o wspolne formulowanie postaw. W koncu rozmawialismy nie tylko o sztuce....

- Slyszelismy historie, tak ladna, ze prosimy, by Pan jej nie zaprzeczyl, nawet jesli jest nieprawdziwa. Podobno mial Pan w pazdzierniku 1956 wernisaz na Tarczynskiej, gdzie dzialal teatrzyk Bialoszewskiego. Nikt jednak nie przyszedl, bo wyznaczyliscie go akurat w dniu, kiedy Gomulka przemawial na Placu Defilad.

- Naprawde tak bylo. Polityka znowu zepsula mi interes. Nie po raz pierwszy i nie ostatni... Jakies dziesiec dni przedtem odbyl sie moj pierwszy wyjazd za granice - to byla wycieczka Zwiazku Plastykow i Historykow Sztuki do Holandii. Plynelismy lajba przeznaczona do rejsow po Dunaju, ale oddelegowana na Baltyk i hustalo w szatanski sposob. Jak juz stanalem na wybrzezu, zaczalem zadawac sobie pytanie: wracac, nie wracac ... ? Wtedy wrocilem, ale gdy znow znalazlem sie na Zachodzie, po trzech latach, juz nie mialem watpliwosci. Trzeba bylo zyc na wlasne ryzyko, a nie czekac tu - jak inni - na asystenture, a pozniej smierc profesora, ktory zwolni miejsce na Akademii.

Jan Lebenstein: Figura osiowa 127, 1961

Potem zobaczylem, ze zycie artystyczne w Warszawie roznilo sie od paryskiego tym, ze tu panowaly dwie-trzy koterie, a tam bylo ich kilkanascie. Takie koterie dyktuja mody i kanony, wymagaja pogodzenia sie z ich estetyka. Obowiazywaly wtedy dwie doktryny: konczyl sie taszyzm, zaczynal sie konceptualizm. Zupelnie mnie to nie pociagalo. Taszyzm wydawal mi sie po prostu nieudolnoscia, brakiem woli, koncepcji artystycznej - takie sobie pedzlowanie. Konceptualizm znowu sprowadzal sie do tego, ze tutaj sie rzuci szmatke, tam sie postawi banke po mleku, tu sie polozy jabluszko - i juz jest sztuka. To nie lezalo jakos w mojej naturze.

Jan Lebenstein: Figura osiowa 116, 1961

Uwazam, ze ponosi sie odpowiedzialnosc za swoje zycie. Moze tylko wobec samego siebie, a moze nie tylko - nie wiem. Ale trzeba szukac wlasnego ksztaltu. Mody sie zmieniaja, co cztery lata obowiazuje co innego. Wiadomo, ze jestesmy i tak uwiazani w swoim czasie i nie mozna sie od niego uwolnic, ale trzeba sie starac wyskoczyc poza swoj czas, byc poza aktualnoscia, choc ten okres i tak gdzies - sila rzeczy - odcisnie swoje pietno. Sam szukalem inspiracji poza aktualnoscia, chocby w sztuce archaicznej...

Czemu to ona wlasnie Pana oczarowala? Co Pan zobaczyl w podziemiach Luwru?

- Artysci, przyjezdzajac z Warszawy do takich centrow, jak Paryz, Nowy Jork czy Londyn, biegaja po galeriach wspolczesnej sztuki. Zeby nadazyc. A ja nie chcialem inspirowac sie tym, co juz jest zrobione, bo nic wtedy nie powstanie, poza wtornoscia.

- Jest motyw powracajacy obsesyjnie w Pana malarstwie: portret artysty, ktoremu na plecach siedzi bestyjka, muza o dosc zwierzecym wygladzie. Co tez mu ona szepce do ucha?

- Chimery sa w nas. Dokads nas prowadza. Klocilem sie o to w srodowisku malarskim z tymi, ktorzy twierdzili, ze obraz musi byc przyjemny. Jak to sie mowi: dla ludzi. Ale co to znaczy: dla ludzi? Ze ma wisiec nad kanapa i dobrze pasowac do falszywych Ludwikow?

- Artysta musi byc wierny temu wewnetrznemu dyktatowi, musi sluchac rowniez glosu demonow ?

- Musi sluchac wewnetrznego glosu. A ci, ktorzy maja pretensje, ze efekt nie jest dosc ladny, niech uczynia te epoke szczesliwa, wtedy moze bedziemy mieli inne malarstwo.

Jan Lebenstein: Na sofie, 1969


- Jaka jest cena, ktora sie placi za osobnosc ?

- Krytyka, galerie i publicznosc sa prowadzone w jakims okreslonym kierunku. I sila rzeczy staja sie nietolerancyjne albo wrecz slepe na inne propozycje. Jak ktos sie raz nauczyl abstrakcji, to uwaza, ze wszelka sztuka ma byc abstrakcyjna. Uwazam zreszta, ze kazdy obraz jest abstrakcyjny, bo to jest przeciez rzutowanie jakiejs rzeczywistosci na plaska plaszczyzne, ktora ma okreslona przestrzen i swiatlo. Plotno nie jest po to, zeby je kolorowac, ani nie po to, zeby oddac na nim mniej lub bardziej fotograficznie jakis obiekt. Taki szczyt szczytow malarstwa, jakim sa obrazy Vermeera, mozna uznac za dziela najbardziej realistyczne, niemal iluzyjne, a jednoczesnie Vermeer byl najbardziej abstrahujacym artysta.

Jan Lebenstein: Pergamon I, 1991


- Znalezlismy ceche, ktora Pana z Vermeerem laczy: zatrzymanie czasu. W Pana obrazach czas jest zawieszony, mimo ze postacie sa nim przenicowane...

- Po pierwsze, sam obraz jest utrwaleniem wewnetrznego momentu. Bo obraz to przeciez takze projekcja naszego wnetrza. Ambicja kazdego czlowieka jest utrwalic siebie, zostawic slad.

- Prowadzi Pan jednak wyrafinowana gre z czasem, pokazujac na swoich obrazach ciala kobiety w roznych stadiach: od rozkwitu do rozkladu.

Jan Lebenstein: Wariacje inspirowane
anonimowym obrazem z XVII w.,
1982
Jan Lebenstein: Figura schodzaca II, 1993
- Piekno w malarstwie nie sprowadza sie do malowania pieknych obiektow. Przychodza do mnie z pretensjami i mowia: alez ty sie znecasz nad tymi paniami ... Ja sie wcale nie znecam, a poza tym trzeba spojrzec na to wszystko z jakims dystansem. Czy my naprawde jestesmy tacy ladni? Czasem zdarzaja sie - prawda? - ladne kobiety, ale to sprawa raczej wyjatkowa. Wystarczy o czwartej nad ranem pojsc do baru. Przeciez to wyglada koszmarnie duzo gorzej od zwierzat.

Piekno w obrazach to rzecz bardzo wieloznaczna i kazdy malarz musi wypracowac swoj kanon. Roze w wazonie moga byc tez swietnie namalowane, zawierac metafore, zamkniety czas i trwanie, ale moga byc i takie, na ktore rzuci sie okiem - rzecz ceny - i oko sie przeslizgnie.

Jan Lebenstein: Wewnetrzny-zewnetrzny, 1968
Jan Lebenstein: Bottom II, 1974
- A jak jest z natura?

- Z natura lepiej nie konkurowac. Ona sie zawsze obroni, bo w naturze nie ma dziur. A w obrazach czesto bywaja optyczne i pojeciowe dziury.

- Czy czasem zaskakuje Pana obraz, ktory Pan namalowal? Zaskakuje Pana ostateczny efekt?

- Nie do konca, ale w tworzeniu zawsze musi byc element przypadku. Kiedy zaczynam, to mam pojecie, jak to - mniej wiecej - powinno wygladac. Ale spotkanie z materia obrazu powoduje, ze ta wizja ulega przemianie. Zaczynamy na czarno, a potem wychodzi na bialo... Jeden element pociaga za soba drugi - czesto nieprzewidziany. Zharmonizowanie tych elementow wymaga nieustannej kontroli i czujnosci.


Jan Lebenstein: Porwanie Europy, 1978

- Jest w tym rodzaj wewnetrznego przymusu?

- Ten przymus jest bardzo owocny. Malowanie to jest siedzenie w kurzu z nosem w obrazie. Czasem nic nie wychodzi, ale dalej sie smaruje, bo sie musi... A jak ktos nie musi, to nic nie robi, albo tylko udaje.

Figura osiowa 120, 1960

Pojecie natchnienia jest tu bardzo mylace. Siedzenie na stolku przed plotnem to tez jest natchnienie. Ktos mnie kiedys zapytal, czy tworzenie jest tortura. Zadna tortura, to jest tylko meczace. Cybis powtarzal za Bonnardem, ze maluje tak, jak ptak spiewa. A przeciez nikt nie wie, czy jak ptak spiewa, to sie meczy. Spiew dla ptaka to bardzo konkretne zajecie i przekaz.

Nie jest tez tak, ze do poety przychodzi muza, kladzie reke na ramieniu, a reka zaczyna pisac strofy. Owszem, zdarzaja sie tacy wariaci, ktorzy czesto uwazaja sie za geniuszy, bo w ciagu jednej nocy potrafi napisac dwiescie wierszy albo dwiescie stron prozy i twierdza, ze mieli natchnienie. Rezultat okazuje sie jednak katastrofalny, choc autor tego zdania zwykle nie podziela.

- Z dylematem "spontanicznosc czy kontrola" wiaze sie dedykowany Panu wiersz Herberta. "Apollo i Marsjasz" - to opowiesc oporze boga - uczonego wirtuoza liry i Marsjasza - spontanicznego flecisty.

- To bardzo piekny wiersz. Mowi o dwoch sposobach pojmowania sztuki: sztuki uczonej, intelektualnej i sztuki zmyslowej, czyli - jak dawniej mowiono, bo dzis juz sie ten schemat obala - o konflikcie romantyzmu z klasycyzmem. Jednak jakos bardziej wspolczujemy Marsjaszowi.

Jan Lebenstein: Apollo i Marsjasz

Mowi sie czasem, ze sztuka jest szczelina otwarta na transcendencje... Czy Pan sie za jej pomoca komunikuje z...

-...z czym? Z absolutem? To wielkie slowo... Nie byloby na miejscu, gdybym tu mowil o sobie, ale sztuka powinna byc - przynajmniej tak ja odbieramy w naszej cywilizacji - przekazem dotykajacym absolutu, szukajacym go, zglebiajacym tajemnice istnienia. Jej sakralnosc bierze sie stad, ze szukamy sposobow utrwalenia tej wewnetrznej potrzeby. To bylo oczywiste w sredniowieczu i w sztukach archaicznych - podlegalo wtedy scislym rygorom. Dzis nie ma rygorow, ale wyzwanie pozostalo.

- Wlasnie. Jak to jest ze sztuka wspolczesnie?

- Bardzo rzadko bywa sakralna i dlatego jest taka slaba. Jest slaba, bo jest jednowarstwowa. Chodzi o to, by wypowiedziec niewyrazalne. To jest oczywiste w muzyce. W poezji tez chodzi o to, by uchwycic to, co umyka logicznej analizie, to, co jest ponad nia, co wykracza ponad doswiadczenia naszych kilku zmyslow i zdolnosc kojarzenia. Dotknac tego, co niedotykalne, to duza ambicja, rzadko osiagalna, ale trzeba sie starac.

- Wtedy nawiedza nas poczucie piekna?

- Poczucie piekna jest stanem laski. Sa ludzie, ktorym sie ono przytrafia, i tacy, ktorzy go nie maja, albo nie odczuwaja takiej potrzeby.

Jan Lebenstein: Nana, 1992

- Wiec jednak chodzi Panu o piekno?

- Ale nie o piekno, o ktorym mowilem wczesniej - zyciowe. W tym musi byc wewnetrzna struktura piekna.

- Malujac pieknie brzydote, zbawia sie ja, uwzniosla?

- To jest kwestia mojego sarkazmu w widzeniu swiata. To nie jest brzydota dla brzydoty.

Jan Lebenstein: Cialo wlasne, 1966

- Ogladalismy audycje telewizyjna z Pana udzialem, nagrana w 1992 roku. Najpierw pokazano w niej rozmowe z Panem z 1960 roku, w ktorej opowiadal Pan o swoich sukcesach, licznych artystycznych planach. Obejrzawszy ten material po latach skomentowal go Pan slowami: kleska, wszystko jest przegrana.

- Wiadomo, ze zycie jest przegrane, kazde zycie... Jest przegrane, bo przemija. Nie mozna wygrac z czasem. Przeciez absolutnie wszystko skazane jest na zniszczenie.









Wywiad powyzszy jest pelnym zapisem telewizyjnego programu "Rozmowy na koniec wieku," wyemitowanego przez Program I Telewizji Polskiej (TVP).

Krakow, kwiecien 1999 r.
Tygodnik Powszechny 23, Krakow 6 czerwca 1999








Copyright © 1997-1999 Zwoje