KROK W NIESKOŃCZONOŚĆ





STANISŁAW BALIŃSKI


(O wierszach Marii Pawlikowskiej)







Niewiędnące i wciąż zachwycające wiersze Marii Pawlikowskiej, zwłaszcza jej wiersze młodzieńcze, uważane były przed wojną przez wielu krytyków za wiersze sławiące przede wszystkim lekkość życia, miłość, egzotyzm przyrody. Dziś, gdy wraca się do nich po latach wojny, odnajduje się w nich nadal lekkość, bujność, oddechy miłości i zdumiewanie się nad tajemnicami przyrody. Ale jednocześnie spoza girlandy czarów, cudów i metafor wydobywa się na plan pierwszy inny motyw, ukryty dawniej przed oczami niegdysiejszych czytelników - choć dla mnie osobiście już wtedy widzialny i istotny - motyw śmierci i zagłady. Wiersze są nadal powiewne, barwne i musujące, ale czyta się je, odczuwa i "widzi" już inaczej. Rzekłbyś, za dekoracją wszystkich egzotycznych uroków, tkwiła w nich zawsze ukryta, tragiczna świadomość przemijania. I ona była właśnie głównym motywem jej twórczości.

Człowiek w wierszach Pawlikowskiej staje się jakby jednym z równorzędnych składników natury, jak roślina, jak ptak, jak zwierzęta i różne twory wodne i podpada pod te same tajemnicze i nieubłagane prawa przyrody. Mimo całej swej duchowości, swych ideałów i zdobytej na zewnątrz przynajmniej cywilizacji, kryje w sobie nie tylko instynkt szczęścia, życia miłości, ale także instynkt zniszczenia i zagłady. Poczucie okrucieństwa ludzkiego i lęk przed nim tkwiły w Pawlikowskiej od samego początku jej twórczości. Wojna ze swym natężeniem w zadawaniu cierpień była dla Pawlikowskiej tylko potwierdzeniem jej złowróżbnych przeczuć, które brały źródło, jak sama w jednym ze swych wierszy wyznaje, "w zaglądaniu w tajemnicę świata od spodu - pod podszewkę kwiatów, liści, zapachów."

Plejada wierszy Pawlikowskiej, zawarta w tomikach, jakże lekko i salonowo zatytułowanych, Różowa magia, Niebieskie migdały, Karnet balowy, Wachlarz, Balet powojów, ma jakąś drapieżną i aktualną świeżość, jakąś nieprzemijającą, "przyrodniczą" prawdziwość. Tomiki podobne są do narkotycznych i aż groźnych w swej urodzie roślin, które oglądamy dwojako: w całej krasie ich piękna, barw i zapachów, a jednocześnie w całej rozpaczy ich przemijania, w całym smutku ich zagłady. Jesteśmy olśnieni wywoływaniem przez poetkę czarów życia i przerażeni, gdy je w naszych oczach zdmuchuje. Poddajemy się urokom jej wizji, a jednocześnie grozie jej przeczuć; zwłaszcza dzisiaj, gdy widzimy, jak te młodzieńcze przeczucia poetki wyłamały się z ram jej wierszy i stały się rzeczywistością.

Otwórzmy na chybił trafił tom Pawlikowskiej Wachlarz. Data: rok 1927. Wiersz: Dwa słońca. Jest on zamierzoną apoteozą miłości. Ale dla uwydatnienia tej apoteozy - staje się zarazem wizją katastrofy świata:

DWA SŁOŃCA


Kogut padł dzisiaj martwy piejąc "kukuryku",
jęk się rozległ na dachach, w oknach i na wieżach
Ziemia stanęła w kolcach krzyku skulona
cała na kształt potwornego jeża.

Dwa wielkie, złote słońca zaświtały społem,
żółcią strachu przestwór zalały,
goniły się po niebie w wyścigu wesołem,
gdy na ziemi ponure procesje śpiewały.

Matki, zalane łzami od blasku złotemi,
zawyły z wichrem, morzem i lasem do wtóru,
a słońca z grzywami do ziemi błyskały
dalej w modrym otmęcie lazurów.

Bydło, grożąc rogami nie wiadomo komu,
uciekło na wszystkie strony -
a umarli spod ziemi wyszli po kryjomu
węsząc jak ślepe krety wśród trawy zielonej...

Lecz w wyludnionych, miejskich, pachnących ogrodach
dwoje jakichś szaleńców siadło obok siebie
i szeptało: "Jak cudna pogoda!
Dwoje jest nas na ziemi, dwoje słońca na niebie."


Albo wiersz Heliotrop - wiersz o jakimś pyle niewidzialnym, o spojrzeniu w pył zmaterializowanym, o atomie, o tworze poetyckim, o czymś, co jak mówi Pawlikowska:
... To, co się nie da powiedzieć, co nigdy powiedziane nie będzie...

ale co zdążyło, mimo całej swej delikatności, powstawszy na chwilę, jak mówi dalej poetka:
... zabić niechcący powietrznego przechodnia, motyla,
który zadrżał i skrzydła chciał złożyć do modlitwy nad siły, i zgasnął.


A oto niepokojący, aktualny, choć może na pół ironicznie wysnuty wiersz o "pająku-idei" :
I jakże tu kochać ziemię, na której są pająki,
i Stwórcę, w którego głowie sen o pająku się błąka?
A nuż gdzie w niebie lub piekle spotkam Ideę-pająka,
ogromną, z kłami na brzuchu, zgiętą w pająki-kabłąki?


W każdym prawie wierszu Pawlikowskiej ocieramy się o drapieżnie przyczajony cień cierpienia i zagłady. Czy to będzie romantyczna ballada o Laurze i Filonie, którzy przyszli "w proch się rozsypać ... pod umówionym jaworem," czy wiersz o tancerce, jeszcze młodej i beztroskiej, a już "przekreślonej skrycie przez dwie zmarszczki," czy o telegramie, który "Biegł szybko ze sztyletem na drucie," czy Melodia amerykańska, która rozpoczyna się kolorową filmową egzotyką, żeby zamknąć się nieoczekiwanym akcentem pokuty, czy wstrząsający wiersz o koniach, protestujących przeciwko bezsensowi wojny, czy wiersz o ćmach... "Ach, ćmy lecące w ogień, myśląc, że lecą do nieba," to motyw, który powraca jak fala w wierszach Pawlikowskiej. Nawet ptaki Pawlikowskiej witają poranek wiosenny "wielkim głosem z radością okropną, że słońce znowu wschodzi, że ich nikt nie pożarł." Cieszą się, że jeszcze żyją, tak są pewne zawczasu swego niechybnego tragicznego końca.

W roku 1926 czy 1927 ukazał się wiersz Pawlikowskiej Skazańcy, który stanowi jak gdyby kwintesencję jej poetyckiego spojrzenia na świat i który jest najbardziej, jeśli tak można powiedzieć, "ideologicznym" wierszem Pawlikowskiej:

SKAZAŃCY


Spojrzenia, półuśmiechy, czary kilku minut,
ruchy, błyski, wiosenność rozmarzonej róży,
rumieniec amarantu, bladość seledynu,
wyraz, który się nigdy w świecie nie powtórzy,

radość niewinna temu, co jest i co będzie,
zadumanie dziwiące się światu śmiesznemu,
modlitwy jak kwiat ślepe i gesty łabędzie,
i serce niepodobne żadnemu innemu,

włosy płowe, złociste, od jedwabiu miększe
i myśli pracujące własną, szczerą pracą,
usta mniejsze od oczu, oczy od ust większe,
wszystko skazane na śmierć! nie wiadomo za co?


W tym zbuntowanym wierszu jest cała Pawlikowska. Gromadzi najpierw wszystkie magiczne obrazy świata, wypowiadane nieraz słowami piękniejszymi od rzeczy, które wypowiadają; wszystkie owe półuśmiechy, spojrzenia, czary kilku minut, rumieńce, kolory, gesty łabędzie, upajające zioła i rośliny - aby za chwilę jednym brutalnym ruchem je rozsypać i krótkim słowem, jak cięcie noża, ostrym i szybkim, wydać na nie wyrok. Nad czarownym bukietem jej wiosny unosi się zawsze jednocześnie zmierzch jesieni, nad tęsknotą jej miłości krąży zawsze cień złego losu, nad każdą, nieśmiało nawet, "wybłagiwaną" radością życia, ciąży zawsze groźny zwiastun katastrofy.

Pawlikowska, kiedy była jeszcze młoda, szczęśliwa, uwielbiana, wschodząca i przez wojnę nie wygnana, już wołała z rozpaczą, jakby od pierwszej chwili wejścia w życie niosła w sobie pełną świadomość jego nietrwałości i drapieżności:

... Już zwiędły kwiaty w bukiecie
wydartym mi siłą z dłoni.
Żyć to mi nie dajecie.
Lecz umrzeć mi nikt nie wzbroni...


Ale zewnętrzna magia jej wierszy była tak wielka, wszystkie jej wróżbiarskie metafory poetyckie, owe morskie piany, omdlałe syreny, mewy, łabędzie pióra, słowiki, białe odpływające okręty, mgły poranne nad uśpionymi stawami... wywoływały tak nieodparty urok w czytelniku, że wyłącznie poprzez te właśnie wielobarwne akcesoria wielu krytyków oceniało przed wojną twórczość Pawlikowskiej. Poezję jej nazywano potocznie "kolorową i egzotyczną." I trzeba było może dzisiejszych czasów, z ich ogromem cierpienia i nawałą kataklizmów i tajemniczych odkryć, aby kolory i egzotyzm tej poezji odpłynęły na plany dalsze. A na ich miejsce wyłonił się zawarty w wierszach Pawlikowskiej cień nieustającej tragedii pędzącego i szukającego (nie dającej się nigdy odszukać) prawdy świata, drapieżnego pożerania się przyrody, odwiecznego zmagania się ducha i materii. I aby - zamiast delikatnego, koronkowego wachlarza - zaczął szumieć wielki wachlarz, czarny i złowrogi, nie wachlarz balowy, ale wachlarz śmierci, jak ten, który w wierszu Pawlikowskiej ujrzała Madama Butterfly nad swym domkiem i rodzinnym starym miastem Nagasaki, zburzonym dzisiaj przez bombę atomową.

Podobnie jak przed stu laty, słuchając preludiów i mazurków "salonowego" kompozytora Chopina, upajano się najpierw ich lekkością, sentymentalnością, pasażami i fioriturami, zanim nie zrozumiano tragicznej głębi muzyki szopenowskiej, tak w wierszach Pawlikowskiej, nazywanej czasem "précieuse," zwodziła ludzi przez wiele lat ich pozorna "salonowość," lekkość, magiczność, zanim ostatecznie nie zrozumieli, że w tych na pozór delikatnych i filigranowych wierszach bił od pierwszej chwili ich powstania puls tragicznych przeczuć i zmagań.

"Précieuse"!... Pamiętam, jak przed wielu laty Ostap Ortwin i inni krytycy napadali na Pawlikowską, zarzucając jej płytkość, minoderię, salonowość... Bronili jej: Tuwim, Lechoń, Wierzyński, Słonimski... Polemizując z Ortwinem i innymi krytykami, Lechoń tak mniej więcej odpowiedział: "Jakichże panom dostarczyć dowodów, że Pawlikowska jest wspaniałą poetką? Możemy dać panom na to słowo honoru!".

Pawlikowska wiedziała o tych napaściach. Przyjmowała je z pobłażliwym uśmiechem. Napisała nawet ironiczny czterowiersz, adresując go może od siebie samej, wiersz do "précieuse"y:

LA PRÉCIEUSE


Widzę cię w futro wtuloną,
wahającą się nad małą kałużą,
z chińskim pieskiem pod pachą, z parasolem i różą...
I jakżeż ty zrobisz krok w nieskończoność?




I jakżeż ty zrobisz krok w nieskończoność?... A jednak go zrobiła. Z chińskim pieskiem, z parasolem i różą, z amuletami i talizmanami i tysiącem innych drobnych czarów i uroków. Przeszła przez "małą kałużę" życia - i oto stoi po tamtej stronie, oświetlona na zawsze cudownym blaskiem nieśmiertelności. Wiersze jej żyć będą, dopóki żyć będzie mowa i liryka polska. Każde nowe pokolenie czytelników, zwłaszcza ci, którzy "w tajemnicę świata zaglądają od spodu - pod podszewkę kwiatów, liści, zapachów," zachwycać się nią będą raz po raz, tak jak zachwycają się raz po raz niezmiennymi, a przecież wciąż innymi wiosennymi rankami, jesiennymi zachodami, rozgwieżdżonymi nocami kochanków. I poprzez wszystkie uroki dyszących, wielobarwnych, magicznych słów, schodzić będą w tajemnicze głębie poetyckich doznań, bez których - jak bez tajemnic przyrody - życie ludzkie byłoby o tyle uboższe i smutniejsze.


Wiadomości, 47/1234, Londyn, 23 listopada 1969








Copyright © 1997-2007 Zwoje