
- Czyscic bron ! Zarzadzam ostre pogotowie !
Czyli do widzenia wizyty i spacer po Srodmiesciu, gdzie w pierwszy dzien po przebiciu sie ze Starego Miasta z niedowierzaniem dotykalismy szyby w oknach i stawalismy na widok spacerujacych beztrosko ludzi. Takze chyba koniec naszego "urlopu." Zegnajcie czerwone roze rozpiete na calych jeszcze murach, zegnajcie wciaz jeszcze zielone drzewa, zegnajcie te chwile kojacej ciszy graniczace z nieziemskim wymiarem.
Zaczelo sie sciemniac. Idziemy w szyku bojowym, wybierajac droge na tylach domow. Juz Plac Trzech Krzyzy, trzeba teraz przeskoczyc do Instytutu Gluchoniemych. Idziemy w dol duzym ogrodem wzdluz ulicy Ksiazecej. Uwaga! po prawej stronie tereny Sejmu obsadzonego przez silne oddzialy niemieckie. Ludna, Rozbrat to juz pozycje naszych. Jest ciemno kiedy dochodzimy do Szkoly Dziennikarskiej na Rozbrat, naszej nowej kwatery. Podobno sa tu zebrane resztki Zgrupowania Radoslawa, z plk. "Radoslawem" na czele.
Rzeczywiscie pare dni spokoju. Lizemy nasze rany. Andrzej wyzywa sie w reorganizacji kompanii, ktorej stan zmniejszyl sie do plutonu. Wizytuje nas "Radoslaw," po czym mamy odprawe, na ktorej "Amorek" kresli liste awansow i odznaczen. Podziwiam jego metodycznosc. Z naszego batalionu zostala juz praktycznie tylko kompania, wiec niewiele jest do notowania i sprawdzania.
Na ogol panowal spokoj poza normalna wymiana serii z kaemow, co wedlug kodu wojennego oznaczalo, ze czuwamy. Nasze pozycje obronne mialy przed soba duzy trawnik, ktory wspinal sie miedzy rzadkimi drzewami az do polokraglego budynku Sejmu. To duze przedpole, ziemia niczyja, bylo przedmiotem ciaglej obserwacji przez nasze posterunki rozmieszczone na pierwszym pietrze zajmowanego przez nas budynku Wyzszej Szkoly Dziennikarskiej. W dzien trudno bylo przypuszczac, zeby ktos odwazyl sie pokazac na przedpolu. Natomiast w nocy czuj-duch. Jedno bylo pocieszenie, ze oni bali sie tyle samo co my. Tak wiec byly dnie "wolne," z czego bardzo sie cieszylem.
Niedaleko naszych pozycji, przy ulicy Macznej, mieszkala moja babka. Znalazlem ja w polrozwalonym domu. "Gruba Berta" zmiotla prawie cala szesciopietrowa kamienice. Babcia siedziala w bujanym fotelu i robila na drutach. Bardzo pogodna, przywitala mnie jakby nic sie nie stalo. Poprosila tylko, zebym przymknal drzwi od balkonu. Klopot jednak byl w tym, ze nie tylko nie bylo drzwi, ale brakowalo rowniez calej sciany razem z balkonem. Zastawilem dziure czym moglem i zajrzalem do kuchni, gdzie wszystko bylo powywracane i rozsypane. Nie znalazlem ani jednego kawalka chleba. W dzbanku troche wody. Szczesliwie na Czerniakowskiej byla czynna piekarnia i raz dziennie mozna bylo dostac bochenek czarnego chleba. Moje wizyty staly sie codzienne. Szalik z grubej welny, ktory, jak sie okazalo, babcia robila dla mnie, z kazdym dniem przybieral na dlugosci. Zastanawialo mnie tylko skad babcia wydobywa tyle welny, bo szafy porozwalane podmuchem byly puste. Doszedlem do wniosku, ze babcia spi na klebkach welny.
Byl ranek czternastego wrzesnia. Nagle na niebie pojawily sie male kadluby samolotow. Ich czerwony kolor kontrastowal z blekitem. Lecialy z zawrotna szybkoscia poblyskujac metalem skrzydel. Armia radziecka musi byc blisko. "Migi" zniknely nagle, tak jak sie pojawily. Nie slychac artylerii przeciwlotniczej. Moze nie zdazyli nacelowac. Jakos razniej. Andrzej przyszedl z wiadomoscia, ze zostala nawiazana lacznosc z tamtym brzegiem. Tymczasem Niemcy nacieraja wzdluz Czerniakowskiej. Walki tocza sie juz na Okrag. Wczoraj nie zanioslem babci chleba.
Moze juz niedlugo. Wiemy wszystko. Los 27. Wolynskiej Dywizji AK przypieczetowany zostal zdrada partyzantki sowieckiej. Ginie jej dowodca, major Jan Kiwerski, nasz dawny "Dyrektor" Kedywu. Nasi chlopcy, ktorzy zdobyli Wilno, rozbrojeni przez armie sowiecka, powywozeni do obozow; general "Wilk" aresztowany wraz z oficerami. Ale moze wszystko sie zmienilo. Przeciez niemozliwe, zeby nie pomogli, bedac z drugiej strony Wisly. A poza tym Anglia i Ameryka nie zostawia nas samych.
W poludnie rozkaz: ostre pogotowie! Przygotowac bron! Uzupelnic amunicje! Zdaje sie, ze nasz "urlop" skonczony. Na przedpolu Sejmu pojawily sie patrole niemieckie. Chyba zbliza sie generalne natarcie. Na razie - aby utrzymac pozycje do zmierzchu. Niemcy nie lubia ciemnosci. Przez cale popoludnie nic sie nie dzieje. Od strony ul. Okrag ucichlo troche. Robi sie ciemno. Moze noc bedzie spokojna. Ledwo przemknela mi przez glowe taka mysl, kiedy biegiem wpadl "Morro," wykrzykujac z daleka:
- Przygotowac sie do natarcia! Za godzine wymarsz. "Witold," "Slon," "Jur, " do mnie! Jest nawiazana lacznosc z armia Berlinga. Musimy oczyscic brzeg Wisly, aby stworzyc przyczolek dla desantu.
Przelykam szybko sline ze wzruszenia. A jednak... Przeciez wierzylem, ze nie moze byc inaczej. Jednym uchem chwytam, ze musimy dotrzec do Solca i posuwac sie w kierunku Wilanowskiej. Odcinek od Zagornej do Wilanowskiej bedzie terenem ladowania. Czyszcze z zapalem moj peem zdobyty na Woli. Wszystko chodzi swietnie. Niestety mam tylko jeden zapasowy magazynek, laduje luzem naboje po kieszeniach panterki. Troche drza mi rece, ale to zawsze zanim nie padna pierwsze strzaly.
Idziemy, czarna zupelnie ulica. Nie wiem, kto jest przewodnikiem, natomiast rozpoznaje ulice Maczna. Mijamy ruiny dobrze znanej mi kamienicy. Zeby tak babcia wiedziala, ze przechodze tuz obok. Czy w ogole jeszcze zyje? Tyle dni u niej nie bylem. Nagle slychac warkot motoru. To chyba nie czolg. Inny dzwiek i warkot plynie z nieba. Nad nami przelatuje wolno i nisko czarny cien dwuplatowca.
- "Jur" podciagaj - dobiega mnie glos "Slonia." - Przed nami Solec. Biegnij teraz z "Haliczem" po drugiej stronie, wzdluz muru.
Nagle od strony domow na Solcu pada seria z kaemu. Kule wala po jezdni i bija niedwuznacznie w nasza strone. Co najdziwniejsze, w swietle powtarzajacych sie serii widze, ze karabin wali przez okienko piwniczne, przed ktorym stoi okrakiem"Slon" i boi sie ruszyc, bo strumienie kul przelatuja miedzy jego nogami; krzyczy w przerwach miedzy salwami. Nareszcie w ciszy rozlega sie glos z piwnicy. - Kto tam do cholery sie kreci? - Biegniemy dalej. Mur juz sie skonczyl. Po prawej stronie rzeka. Przez wysokie trawy przeswituje bialy kadlub pol-zatopionej "Bajki." Pamietam doskonale ten spacerowy statek. Jezdzilismy nim ze szkola na wycieczki do Mlocin. Nagle od strony statku klekocza serie erkaemow. Serie sa krotkie, powtarzaja sie z regularna czestotliwoscia. To Niemcy.
- Naprzod, krzyczy "Slon."
Strzelanina coraz mocniejsza. Pewno pluton ,Alek" atakuje. Biegniemy dalej. Slychac wybuchy granatow. Zaczyna dniec. Przed nami wylania sie bialy domek stojacy samotnie na piasku. Widac juz wode. Krzaki, w ktorych ciagle stoimy, ciagna sie prawie do samej rzeki.
"Jur"! Bierz "Halicza," "Szczesnego" i "Medyka" i biegnijcie w strone brzegu. Macie ubezpieczac nasze podejscie do bialego domku. Licho wie, co tam siedzi. Uwazajcie, bo na "Bajce" macie Niemcow.
Pobieglismy luznym szykiem miedzy krzakami, by zajac stanowiska bojowe. Juz mialem krzyknac "padnij," gdy kule zaczely bic krotkimi seriami rozpryskujac piasek przed naszymi stopami. Padlismy miedzy krzakami.
Halt! Halt! Za chwile cos ciezkiego upada nie opodal. Granat rozpryskuje tuman piasku. Boje sie strzelac, bo w gestych krzakach nie widze swoich. Niemcy cos krzycza. Znowu serie erkaemow. Musza byc bardzo blisko, bo czuc zapach prochu. Wpadam prawie na "Szczesnego." Korzystam z przerwy w ogniu i krzycze, zeby sie wycofac w strone domku. Tam gdzies musi byc "Slon" z reszta plutonu. Przez krzaki przeczolguje sie reszta. Posylam serie na slepo w strone Niemcow, podrywamy sie i szczesliwie docieramy do bialego domku. "Slon" z reszta penetruja poczerniale od ognia niskie murki, pozostalosci po jakichs wypalonych budkach. Swietna oslona przed ogniem erkaemow. Na razie od tej strony cisza. Wydaje sie jakby ostatni wysuniety punkt niemiecki byl na "Bajce." Po drugiej stronie Solca trzypietrowy dom na rogu Wilanowskiej. Wobec spodziewanego desantu, chlopcy wywiesili, od strony rzeki, bialo-czerwona flage. Nagle zaklekotala seria z erkaemu. Swietlne kule przelecialy wzdluz ulicy. Juz wiedza o nas. "Slon" kazal obsadzic murki na przedpolu bialego domku. Znowu cisza. Wiatr powiewa podnoszac pyl piasku. Nagle pojawila sie zlota czupryna "Andrzeja Morro."
- Co u was?
- Spokojnie.
- Musicie obsadzic stanowiska blizej brzegu. Niedlugo powinni ladowac. Ja niedawno bylem prawie przy kosciele. Niemcy chyba wycofali sie za most. - Andrzej wskoczyl na murek. - Zrobcie stanowisko przy tych duzych kamieniach - rzekl - powiedzial wskazujac reka miejsce. Pobieglem wzrokiem za jego palcem. Padl strzal. Odruchowo schylilem sie. Ech, tylko jeden, pewno przypadkowy. Nagly okrzyk "Slonia" przeszyl dziwna cisze.
- Sanitariuszka! - Glos wydobywal sie prawie ze szlochem. - Biegiem, Andrzej ranny! Uwaga ostrzal!
Z mojego stanowiska widze tylko wydme piasku, murek przeslania mi miejsce, gdzie przed chwila stal Andrzej. Zosia wstala z kolan. Widze jej twarz szara, nieruchoma.
- Trzeba przeniesc rannego do szpitala - krzyczy "Slon." Nagle milknie widzac wpatrzony w niego wzrok Zosi.
- Andrzej nie zyje. - Glos jej jest spokojny, tylko lzy plyna po jej policzkach. Wlasciwie dopiero teraz naprawde dociera do mnie rzeczywistosc. Wszystko odbylo sie tak nagle, tak prosto, ze zakrawa na fikcje. Nie w boju, nie w ataku, nie w huraganowym ogniu, tylko ot tak, jakby od niechcenia... jeden strzal i cisza... i nie ma juz tak wspanialego czlowieka, odwaznego dowodcy...
- "Jur" zobacz na rzeke, plyna lodzie! - "Halicz" podbiega do mnie, schodzimy na brzeg. Jedna juz dobila. Wyskakuje trzech zolnierzy. Zielone mundury, miekkie rogatywki. Dziwny orzel przyczepiony nad daszkiem. Juz wiem. Bez korony. Cos mi blyska z historii, orzel piastowski. Dwoch ma pistolety maszynowe. Trzeci, z duzym pistoletem u pasa, zbliza sie do mnie, jego niebieskie oczy badawczo patrza na mnie, jakby chcac przewidziec moje przywitanie i nagle padamy sobie w ramiona. Czuje oddech blisko mojego ucha.
- Sluchaj, ja tez jestem z AK, z Wolynia, ale nie mowcie tego przy zolnierzach.

Skaczemy przez ulice. Uwaga silny ostrzal! Biegiem!
Tupocza nasze buty rozgniatajac gruz i okruchy szkla. Nagla seria wstrzasa powietrzem. - Szybciej! Kule bija po jezdni. Podchorazy potknal sie, nie, pada trafiony. Brac go pod pachy! Nogi bezwladnie wloka sie po bruku. Jestesmy. Pierwszy opatrunek. Podchorazy przytomny, ale bardzo blady, lekko sie, usmiecha. Juz sa nosze. Czesc, wszystko bedzie dobrze...
No, to juz niedlugo. Rusznice ppanc., cekaemy, wprawdzie stare maximy, ale piora, nawet dzialka ppanc. I mnostwo ludzi. Zolnierze, dowodca major, kapitan zwiadu artyleryjskiego, dwie radiostacje, telefonisci, chlopaki z pepeszami i amunicji do cholery. No i dziewczyna, oficer. - No paddawaj, paddawaj, bystro job twoju mat' - pokrzykuje zachecajaco. Jej zielona spodnica scislo opina potezne posladki, a zolnierska bluza wzdyma sie wysoko na piersiach wzbudzajac ogolny podziw.
- Czto tak smatrisz ? - zagadnela nagle, a jej puculowata twarz smiala sie od ucha do ucha. Czto ty dziewoczki nie widiel? - Krew buchnela mi do policzkow.
- "Jur"! Biegiem na brzeg z czterema ludzmi - dobiegl mnie glos "Slonia." - Przeprowadzcie czterech naszych rannych do lodzi. Uwaga na "Anode"! - Wlasnie przybily jeszcze dwie lodzie. Zaroilo sie od zielonych mundurow. Prostokatne skrzynki z amunicja wedruja z rak do rak zywego transportera. Najgorzej przez Solec. Wprawdzie dwa dzialka z cekaemami ubezpieczaja, ale z Niemcami nie przelewki. Na razie dziwna cisza. Niemcy, na pewno zaskoczeni desantem, czekaja rozkazow. Ale to juz niewazne. Z taka sila to nie ma mowy. To nie peemy i pojedyncze karabiny maszynowe z bardzo ograniczona amunicja. Jutro na pewno wypad na Czerniakowska, zeby odbic stracone pozycje na Okrag, a stamtad... hej atak na Ksiazeca, dwie grupy dywersyjne mozemy... przez ogrod prosto na Sejm i od tylu, Wiejska, na Piusa i do naszych w Srodmiesciu. Ale bedziemy krzyczec, jak wtedy kiedy przebilismy sie ze Starowki: nie strzelac! Tu Polacy, tu Czerniakow, idzie z nami cala armia! Nie strzelac! Wygralismy powstanie ... !!!
Nagle z dala dobiega moich uszu Hej chlopcy bagnet na bron... Lodz z rannymi odbija powoli. Plusk wiosel cichnie. ... Dluga droga przed nami ciezki trud... Biegniemy. Solec, juz Wilanowska. ... lecz co znaczy dla piechura chocby diabel sam. Bo dla naszej kompanii szturmowej nie ma przeszkod i nie ma zlych drog... Teraz juz i ja rycze na cale gardlo: Raz batalion Uderzenia, kiedy walil poprzez wies, wychylila sie panienka, w piersi twarda w sercu miekka... - Zaterkotal karabin maszynowy. Gdzies z bliska.
- Wszyscy na stanowiska - krzyknal kapitan "Jerzy."
Serie powtorzyly sie. Tor swietlnych pociskow biegl jednak skosem w gore. Po chwili po ciemniejacym juz niebie przesunal sie bezszelestnie, na zamknietym silniku, cien kukuruznika. Po czym z wielkim szumem spadl na parcele miedzy domami duzy worek, jak sie okazalo, z sucharami czarnego chleba.
Zbudzil mnie tupot nog, rozkazy wydawane polglosem, szczek repetowanej broni. Spalem noc beztroska na pierwszym pietrze, z wielkimi marzeniami, spokojny, ze nareszcie ktos za nas trzyma warte. Slyszac odglosy wyraznych przygotowan do walki znow popadlem w stan radosnego podniecenia. Z dolu dochodza glosy radiotelegrafistow. Ponial ponial, Semion, Semion tu Jarpol, tu Jarpol, ponial ponial. Lacznosc jest. Luksus. Bedzie dobrze. Swist pocisku wierci w uszach. Padnij! Sypia sie odlamki z gruzem. Co do cholery? W scianie nieduza okragla dziura, jakby wywiercona wielkim wiertlem. Czolgi. Drugie uderzenie wstrzasa domem.
- Wszyscy na stanowiska - krzyczy "Witold." - Atak czolgow! Rusznice! Na stanowiska! - Glos ,"Witolda" wyraznie chrypnie. Dopadam mojego poharatanego okna. Od strony kosciola suna wolno cztery "pantery." Rusznice ppanc. Wychodzic biegiem! -"Witold" krzyczy coraz mocniej. Maruszka wyrosla jak spod ziemi. - Bystro, bystro sukin-syn, uhadi, w pieriod, ty job twoju mat'!
- "Jur"! Gamony!
Pstre cielsko czolgu sunie powoli na nas. Odbezpieczam granat. Czarna wtazeczka bezpiecznika przytrzymuje bujajacy sie ciezarek z olowiu, ktory w locie wyciagnie zawleczke i wyzwoli zaplon. Boje sie, zeby tylko nie za wczesnie. Wytrzymac nerwy, jeszcze troche... Wychylam sie, zeby miec zamach. Nagla seria z wiezyczki trafia w rame okna tuz nad moja glowa. Sypia sie drzazgi. Rzucam gamon. Jeszcze jedna seria i nagly huk wstrzasa powietrzem. Dym. Nic nie widac. Z boku dwa potezne strzaly. To rusznice berlingowcow. Poprzez zgrzyt metalowych gasienic przebijaja podniecone glosy Niemcow. Z opadajacego kurzu wylaniaja sie cielska uciekajacych czolgow. Wiezyczka ostatniego jest wyraznie przechylona. Serce zabilo mi mocniej. Po chwili do naszych uszu dochodzi odglos pojedynczych strzalow od strony Czerniakowskiej. I nagle zrywa sie huraganowy ogien broni maszynowej. Zaczelo sie natarcie. "Halicz" spojrzal na mnie i usmiechnal sie dziwnie. Nieopodal stal kapitan zwiadu artyleryjskiego i wsluchiwal sie z zaduma, jakby chcac ocenic fachowym uchem losy bitwy. Cisze przerwal "Witold."
- Na stanowiska, ataki czolgow moga sie powtorzyc!
Jego slowa byly prorocze. Ledwo wrocilem do mojego okna, kiedy zaczal sie huraganowy ogien granatnikow. W podchorazowce uczono nas, ze jest to klasyczne przygotowanie do ataku. Znow nerwy napiete. Czaimy sie za murami. Ale tam przeciez nasi atakuja. Bylo przygotowanie artyleryjskie, atakiem dowodzi major Latyszonok, oficer zaprawiony w walkach. Pod bokiem ma pulkownika "Radoslawa," no i tyle wojska i to z jakim uzbrojeniem. Zaterkotal nasz maxim. Dlugie serie, jedna po drugiej. Odezwaly sie peemy, teraz wybuchy granatow recznych. Nowy atak. Boze, zeby tamci juz skonczyli. Aby tylko doszli do Placu Trzech Krzyzy. Tam juz sa nasi... Tu biegna Niemcy tyraliera. Zmieniam juz drugi magazynek. Znow z mojego okna leca drzazgi. Wtulam sie w mur. Twardy nie ustepuje. Skadze ich tyle sie wzielo? Jest! Jeden lezy. Nasz cekaem rznie bez przestanku. Uciekaja. Jest! Trafiony jeszcze jeden. Dobrze, ze berlingowcy przywiezli amunicje. Co za cisza. Dzwoni w uszach. Od strony Czerniakowskiej tez glucho. Poszli naprzod ... ?
Pierwszy wpadl Latyszonok. Obrzucil nas blednym wzrokiem.
Gdie kapitan? - rzucil zachryplym glosem.
- Kapitan, bystro agon, bystro!
Zaroilo sie od zielonych mundurow. Pierwsza partia. Niestety... pierwsza i ostatnia.
Prawda okazala sie jak zwykle okrutna. Zolnierze, ktorzy na ochotnika wyladowali na przyczolku, by niesc nam pomoc, byli pare miesiecy temu zrekrutowani na polskich ziemiach. Nie bylo czasu, zeby ich wyszkolic, szczegolnie do walk w miescie. Wstrzasniety patrze na te twarze oblane potem, brudne od kurzu walacych sie murow i te oczy oblednie szukajace kolegow, z ktorymi wyszli do ataku.
Noc ostrego pogotowia. Kapitan "Jerzy" spodziewal sie dalszych atakow niemieckich. Nie nastapily. Dalsze forsowanie Wisly nie udaje sie. Niemcy zorganizowali juz zapore ognia z mostu Poniatowskiego. Tej nocy z kilkudziesieciu wyslanych lodzi dobija do nas zaledwie kilka. "Jerzy" decyduje ewakuowac rannych. Jest ich coraz wiecej.
Od rana nieustajacy ogien ze wszystkich rodzajow broni. Gdyby nie artyleria sterowana przez kapitana zwiadu, to czolgi roznioslyby w pyl nasze pozycje. Okrag jeszcze sie broni. Wiekszosc jest rannych. My trzymamy Wilanowska 5 i 1, oddzielone wolna parcela. Dusza obrony jest "Witold Czarny." Solec 53, z ktorym mamy polaczenie wykopanym rowem, jest prawie nieobsadzony. Dom jest wypalony. Leza tam, w cieplym jeszcze popiele, nasi ranni. Major Latyszonok nie odchodzi od radiostacji. - Dajtie pamoc, dajtie pamoc...

- "Jur"! Nasza kolej, idziemy po wode.
Jestesmy juz w domu na Solcu. Odor ropiejacych ran uderza w nozdrza. Kazde nasze stapniecie podnosi tuman popiolu. Ranni zaczynaja sie krztusic. - Woody! Pic! Cicho, bo pobudzicie Niemcow. - Czolgam sie na boku przez jezdnie, trzymajac jedna reka duza banke od mleka, tak aby nie bebnila po bruku. Zdobyczne manierki, przypiete do paska, obijaja sie beztrosko za kazdym poruszeniem, wprowadzajac mnie w stan przerazenia. Wydaje mi sie, ze halas jest tak duzy, iz dolatuje z latwoscia do mostu. Przywieram do jezdni i czekam strzalow. Cisza. Znow naprzod, rece juz mdleja, jeszcze troche, jeszcze kawalek. Nagle reka dotyka piasku. Jestem na brzegu. Czekam na "Spiocha." Jest. Dyszymy ciezko. Teraz do wody. Krzaki nas oslaniaja. Lezac na brzuchu, trzymam obie rece w wodzie i pije bez pamieci. Co za rozkosz. Chlipiemy niesamowicie. Teraz banki. Na chwile klade sie na wznak. Niebo, gwiazdy, tam nie ma wojny. Wielki Woz, Kasjopea... och jak dobrze...
- "Jur" zbieramy sie.
Powrot trudniejszy, ale nie moge uwierzyc, zeby sie nie udal. Banka cholernie ciezka. - "Spioch" - idz pierwszy. - Obserwuje z napieciem jego powolne ruchy. Ostroznie przeciaga banke polozywszy ja na panterce. Jeszcze raz, jeszcze krok... Dostrzegam z ledwoscia jego ruch reki. Szczesliwie noc bez ksiezyca. Zaczynam powoli przesuwac sie w strone budynku. Nagle nade mna biegnie strumien swietlikow. Teraz slysze terkot cekaemu. Nadludzka sila zrywam sie i biegiem, ciagnac banke, dopadam do muru. Osuwam sie zlany potem. Na jezdni rozpryskuja sie swietliste pociski.

Agon, agon bystro, bystro, Semion, Semion, tu Jurapol, dawaj wsie baterie, tanki idut, Semion, Semion... - Potezne eksplozje zagluszaja wolania radiotelegrafisty. Huk wzmaga sie, po czym nagle nastepuje cisza. Terkocza jeszcze kaemy. W bramie wejsciowej gra jeszcze nasz maxim. To jedyni berlingowcy w boju. Nawet Maruszka nie moze wzbudzic entuzjazmu do walki. Biedni chlopcy.
Tymczasem nasza kochana "Zosia" rozdziela po jednym sucharze i po kawalku surowego konskiego miesa. Pomaga jej dzielnie "Kapralinka." Dostajemy po kubku wody. Wypilbym takich dziesiec, tak mam gardlo wysuszone, a do tego gruz chrzesci miedzy zebami.
Juz swita. W szarzyznie wstajacego dnia obserwuje ciemna wstege Wisly i jasniejace coraz bardziej domki Saskiej Kepy. Tak niedaleko. I chyba juz tak zostanie. Tylko sen. Taki swiat juz nie wroci do nas. Swiat calych, blyskajacych szybami domkow to juz tylko wspomnienie. Czuje rozpacz i tesknota za czyms, co wydaje mi sie, nieosiagalne, juz na zawsze stracone. Ogladam sie przerazony, bo czuje lzy splywajace po policzkach. Biegne na dol, uciekam sam od siebie.
"Witold", "Jerzy", "Slon" i Latyszonok siedza dokola stolu.
- Okrag i Czerniakowska w rekach Niemcow.
- Przeciez noc byla spokojna.
- "Jur," powtarzam ci, przed chwila laczniczka wyslana z meldunkiem do "Radoslawa" ledwo wrocila z zyciem - krzyknal zdenerwowany "Witold." "Jerzy" podniosl sie raptownie. - "Witold," wyslij patrole rozpoznawcze. Trzeba wiedziec jaki teren zostal nam do obsadzenia.
- "Slon," biegnij do "Kindzala" na Wilanowska 5. Ostre pogotowie. Wszyscy bez wyjatku na stanowiska. "Jerzy" popatrzyl na nas chwile, jakby jeszcze chcial cos dodac, po czym zwrocil sie do Latyszonka. - Panie majorze, prosze zawiadomic sztab waszej armii o sytuacji.
Ostatnie slowa padly razem z hukiem rozrywajacych sie pociskow ciezkich mozdzierzy. Budynkiem zaczely wstrzasac uderzenia pociskow z "tygrysow."
Nastapil przyslowiowy czas apokalipsy. Zmasowany szturm na nasze uszczuplone pozycje.
- Semion, Semion, agon, agon, bystro, bystro.
Przed wieczorem pada Wilanowska 5. Ginie "Kindzal." Zapalajacy pocisk pada na dach naszego domu. Teraz nasz teren to plonacy dom na Wilanowskiej 1 i wypalony juz dom na Solec 53.
Podczas jednego ze szturmow niemieckich ginie "Jerzyk." Jestesmy smiertelnie zmeczeni. Podzielilismy sluzbe na trzech. Walka trwa cala dobe. Trzeba czuwac caly czas. Nasz cudowny maxim ratuje nas w czasie nocnych atakow. Jego dlugie serie nie pozwalaja zblizyc sie atakujacym. Zaloga cekaemu z troska spoglada na szybko malejacy zapas pociskow.
Rano nagle urywa sie lacznosc z drugim brzegiem. Baterie zasilajace radiostacje wyczerpaly sie. Huraganowy ogien szaleje od switu. Czolgi podsuwaja sie coraz blizej, osmielone brakiem ostrzalu artylerii radzieckiej. Jerzy naliczyl dziewiec "tygrysow" bombardujacych nasze pozycje.
W pewnym momencie miedzy seriami peemu przyszla mi nagle mysl, ze baterie ocieplone mozna zregenerowac. "Halicz" zajal moje okienko, a ja skoczylem do radiotelegrafistow. Przeciez dom sie pali, wiec ognia nie brak. Byla kwestia, kto wczolga sie na pietro, bo bylismy juz pod bezposrednim ostrzalem z erkaemow, ale to zostawilem im do rozwiazania.
Nastala przerazajaca cisza. Jakby nagle zerwala sie tasma filmowa w kinie. Nic nie wiem, co dzieje sie od strony Solca. Stoje wmurowany w dziure po pocisku czolgowym od strony Wilanowskiej 5 i z natezeniem wypatruje kazdego podejrzanego ruchu. Cos musi sie stac. Slysze kroki, ale z wewnatrz. - "Jur" zejdz na dol, odprawa.
Cisza trwa nadal. Piwnica jest pelna naszych. Ochotnicy berlingowcy na czujkach. Przy stole siedzi Latyszonok, "Jerzy," "Slon," tuz kolo mnie "Witold," a po mojej lewej kapitan artylerii. Maruszka siedzi pod sciana wyciagajac na podlodze swe grube nogi. Reszta stoi w milczeniu. Cisze przerywa "Jerzy."
- Przed chwila Niemcy przystali rozjemcow. Proponuja, zebysmy sie poddali. Gwarantuja respektowanie Konwencji Genewskiej. Ranni zostana odtransportowani do szpitala. Reszta zostanie skierowana do obozu jencow wojennych. Daja nam godzina czasu do namyslu. W razie odmowy, przypuszczaja natychmiast ostateczny szturm na nasze pozycje, uzywajac wszystkich rodzajow broni zmasowanych dookola przyczolka.
Przetykam gwaltownie sline. W piwnicy absolutna cisza. Dym palacego sie nad nami domu wpelza kasliwymi smuzkami z kazdym powiewem leniwego wiatru. Wszystko stalo sie leniwe, powolne, a najbardziej nasze mysli. Tak trudno docieraja do swiadomosci slowa, a wlasciwie ich znaczenie. Zawisly one w przestrzeni, tuz pod zaczernialym sufitem. Dlaczego nikt nie mowi? Mam chec krzyknac. Strasznie goraco. Pic, chociaz lyk.
Nasi ranni maja moze ostatnia szanse, zeby przezyc - glos "Witolda" jest przyciszony, ale slowa wypowiadane sa wolno, prawie skandowane, brzmia niezwykle wyraznie. Nie mozna ich nie slyszec. Latyszonok siedzi nieruchomo. Jego lekko mongolska twarz jest jak martwa. Serce mi bije coraz mocniej. Wiem, ze chodzi tu o zycie i ze najprosciej uwierzyc, przeciez sytuacja beznadziejna, jeszcze te wyczerpane baterie... wybija nas. A jak sie, poddamy i nas wybija ... ? I w ogole poddac sie? My geesy... (1) Nagle przestaje sie bac, chce mi sie tylko strasznie pic.
"Jerzy" wstaje powoli i spogladajac po nas zaczyna mowic bardzo spokojnie mocnym glosem.
- Jasnym jest, ze musimy wykorzystac okazje i postarac sie ewakuowac rannych. Nasza sytuacja jest trudna. Ale poki mamy jeszcze bron troche amunicji, musimy spelnic nasz obowiazek do konca. Dostalismy rozkaz, by bronic przyczolka, potrzebnego do ladowania wojsk, ktore maja pomoc naszemu powstaniu. Jezeli plany sie zmienily, to przeciez wiedza, ze tu jestesmy, ze jest tu czesc ich armii. Musimy utrzymac przyczolek. Poprosimy Niemcow o dwie godziny rozejmu, aby przygotowac rannych do transportu. Kto chce, moze isc z rannymi, bez broni.
Nastala cisza, ktora znow przerwal "Jerzy" zwracajac sie do Latyszonka: - Czy pan, panie majorze, zgadza sie z moim planem? - Major wymienil pare slow z kapitanem zwiadu, wstal i uscisnal reke "Jerzemu." - Czy zgadzacie sie ze mna? - zwrocil sie nastepnie do nas. Po kolei wstawalismy podnoszac reke na znak zgody. Przez chwile mialem wrazenie, ze jest to jednoczesnie nasze ostatnie pozegnanie.
- Wszyscy na stanowiska, "Slon" przyszykuj biala choragiew, pojdziesz ze mna, "Witold" zarzadz zbiorke wszystkich dziewczat.
"Witold" podszedl do mnie. Blysnal mu w oczach ten jego kpiarski usmiech. Klepnal mnie po ramieniu, przymruzyl filutrnie jedno oko i powiedzial: - Wszystko bedzie klawo, aby do wieczora. W nocy przeplyne na Saska Kepe, i jutro bedzie desant. Na razie zostajesz komendantem placu. Czuwaj, nie spuszczaj oka z bramy i strony od Wilanowskiej. Sprawdz, czy cekaemisci maja naladowane zapasowe tasmy do maxima.
Wspialem sie jedno pietro i stanalem w oknie, by miec dobry widok na brame. Widze stad nawet kawalek rzeki. Po chwili czuje, ze cos jest nie tak, ze przedtem... no tak brak eksplozji, wybuchow, sypiacego sie gruzu, terkotu kaemow. Cisza wprost niemozliwa. Zaczyna ogarniac mnie znuzenie. Dwie doby prawie nie zmruzylem oczu. Z moich wyliczen wynika, ze jest 23 wrzesnia.
"Jerzy" ze "Sloniem" wrocili. Niemcy przyjeli warunki powtarzajac pogrozki. Formuje sie pochod rannych pomieszanych z resztkami ludnosci cywilnej. Powstaje problem. Zadna z naszych laczniczek i sanitariuszek nie chce isc na ochotnika do niewoli. "Jerzy" musi wyznaczyc rozkazem ekipe sanitarna. Wreszcie rusza dlugi rzad ludzi cieni, prowadzony przez biala plachte zawieszona na kiju. Co czuja ci ludzie? Sa zrezygnowani. Widza przed soba ostatnia szanse. Oby tylko nie podzielili naszego losu. Czy to nie sa dwa wyjscia do tego samego piekla?
Jeszcze prawie godzina zawieszenia broni. Panujaca cisza zdemobilizowala nas zupelnie. Wszyscy chodza po wypalonych pietrach. Z drugiej strony Wilanowskiej widac Niemcow przygladajacych sie, naszym pozycjom. W pewnym momencie widze radiotelegrafiste machajacego z dolu reka. Radiostacja ruszyla! - krzyczy szczerzac zeby. Moze jednak przezyjemy... Stoje oparty o framuge okna, bezwiednie bladze wzrokiem po zrujnowanym podworzu, w bramie nasz kochany maxim, glowa opada mi ze zmeczenia. Och, zeby tak na sekunde zamknac oczy... Sni mi sie... Nie, nie sni! Na srodku podworza stoi zandarm ze schmeisserem z reku. Drugi wybiega z garazu. Posylam serie. Widze, jak jego zielona kurtka znaczy sie czerwonymi plamami... Wyskakuje "Witold." - Alarm. Alarm! Na stanowiska! "Slon," "Juras" do... - reszta slow ginie w gwaltownych salwach niemieckich dreizerow (2). Na podworze wpadaja hand-granaty. Nasz kontratak jest bardzo skuteczny. Niemcy zostawiaja wielu zabitych i, co najwazniejsze, bron, amunicje i, w chlebakach, knechtbroty, ktore z rozkosza pozeramy w zawrotnym tempie.
Tak znow sie zaczelo. Nieustajaca lawina pociskow wszelkiego kalibru, krzyk rannych, walacy sie gruz. Gdzies esesmani wrzucili cale paczki trotylu. Wybuchy wstrzasaja resztkami scian. Czekamy bezposredniego natarcia. Dzieki zabitym zandarmom mam troche amunicji do mojego MP40, zdobytego jeszcze na Woli. Tak predko sie nie dam. "Witold" skacze przez podworze. - Lacznosc z drugim brzegiem nawiazana! W poludnie, pod oslona dymna przybeda barki desantowe, aby nas ewakuowac! Za wszelka cene musimy utrzymac przyczolek! - Nagle zaswistaly pociski nad naszymi glowami. To Ruscy. Hurra!
Hej chlopcy bagnet na bron... - Juz myslami jestesmy znowu na defiladzie w Alei Niepodleglosci w galowych mundurach... - Dluga droga przed nami, ciezki trud...
Niemcy ciagle atakuja. Od strony Wilanowskiej wysadzili pol sciany. Mnostwo zabitych i rannych berlingowcow, ktorzy tam sie schronili. Czas idzie tak wolno. Dochodzi dwunasta. Wypatrujemy na drugi brzeg, brzeg ocalenia. Nagle przez klekot cekaemow przedziera sie okrzyk: Zaslona dymna! Rzeczywiscie. Pioropusz gestego dymu zaczyna pokrywac plaze drugiego brzegu. Obserwujemy z zapartym tchem ten gigantyczny dramat, ktorego jestesmy jednoczesnie widzami i aktorami. Ogien niemiecki ucichl. Oni tez czekaja. Dym coraz gestszy, przesuwa sie wzdluz plazy. Widok ten mnie raduje, ale wydaje mi sie, ze dym powinien zaslonic cala tafle wody. Tymczasem zachodni wiatr wyraznie spycha czarna klebista mase z powrotem w strone bialych domkow. Wewnatrz domu jeszcze sie ciesza, czekaja na rozkaz. Ja zaciskam zeby i mam ochote walic golymi piesciami w poszarpany mur. No nic, trzeba umierac. Przybiegl "Witold," klepnal mnie beztrosko w ramie, chcial pewno powiedziec cos pogodnego i dojrzal moje oczy. Musialy byc przerazajace, bo jego reka zawisla w bezruchu. - "Co sie stalo?" - Odepchnal mnie gwaltownie i wychylil glowe. - "O cholera jasna" - krzyknal i rzucil sie pedem w strone piwnicy, krzyczac po drodze - "Na stanowiska, wszyscy na stanowiska! Rusznice! cekaem!"
Wspanialy. Poczulem sie razniej. Co za refleks Skad ta sila fizyczna i odpornosc psychiczna? Ja juz slaniam sie z glodu i zmeczenia, nie mowiac o ciaglej hustawce nastrojow. Nie skonczyl jeszcze wydawania glosnych komend, kiedy gruchnely pierwsze salwy dzial czolgowych. Jednoczesnie ujrzalem pare krokow przed soba wysoka sylwetke esesmana z wymierzonym we mnie peemem. Jednak bylem szybszy. W bramie zagral nasz maxim. "Witold" nosem wyczul szturm. Zmieniam ostatni magazynek. Jeszcze mam jeden hand-granat zdobyty rano. Zagrzmiala rusznica ppanc. Ustal bezposredni ogien erkaemow. Wycofuja sie. Jeszcze raz sie udalo.
Przybiega "Halicz." - Bedzie ewakuacja wieczorem. Jak sie tylko sciemni wychodzimy na brzeg, tam gdzie stoi "Bajka." Artyleria kladzie wal ogniowy na pozycje niemieckie, sto lodzi desantowych przyjezdza, by nas zabrac na tamta strone. Aby tylko do wieczora. - Nie wiem, czy i tym razem spiewac Szturmowke? Moze lepiej nie, zeby nie zapeszyc. Zaspiewamy na tamtym brzegu. Patrze na zegarek. Jest 4:30. Moze przetrzymamy. Juz wrzesien... Nie dokonczylem dociekan astronomicznych, bo potezny wybuch szrapnela rzucil mnie na ziemie. Duzy kawal muru spadl mi na noge. Bo1 straszny, ale noga cala, choc pokrwawiona. Chodzic moge, wiec kustykajac rzucam sie do mojej dziury. Nie szturmuja. Za to bombardowanie duzo mocniejszymi pociskami. Chca nas pogrzebac pod gruzami naszej podziurawionej i na pol spalonej "twierdzy." Slychac zlowieszczy chrzast gasienic. Sa juz gdzies blisko. Czuc spaliny paliwa. Nagle wybuchy zagluszaja wszystko. Deszcz gruzu bebni po glowie. Wtem widze szary kontur olbrzymiego cielska. Odruchowo zmierzam z moim peemem i w tym momencie zdaje sobie sprawe z mojego ruchu. Po prostu panika. Nie mam juz zadnego granatu. Potezna lufa zakonczona jakby malym metalowym koszyczkiem, powoli przesuwa sie w moim kierunku. Stoje zahipnotyzowany. Lufa podnosi sie teraz i odgaduje ze celem jest okno, ktore wychodzi z klatki schodowej. Ten strzal zawali wyjscie z piwnicy, gdzie jest nasze dowodztwo razem z radiostacja. Rzucam sie przez podworze w strone wejscia. Juz prawie dobiegam, gdy olbrzymi wybuch wali mnie na ziemie. Po nim, drugi mniejszy. Ale nic sie nie wali, za to slysze, glos "Witolda": - Cholera, ostatni gamon! Rusznica! poprawic jeszcze raz! Niestety juz nie mam rakiet!
Zgrzyt gasienic teraz wrozy cos dobrego. Rzeczywiscie, dopadlszy do dziury widze oddalajacy sie tyl czolgu. Zaczelo sie sciemniac, zauwazylem to w przerwie pomiedzy ktoryms z rzedu atakow. Niemcy oszaleli, a my skamienielismy. Ni pragnienie, ni glod, ni smiertelne wprost zmeczenie nie zdolaly zlamac naszej woli doczekania nocy. I wreszcie przyszla. Zapomnielismy o calym dniu nadludzkich zmagan. Przed nami jeszcze pare chwil oczekiwania, jeszcze troche wysilku. Ale co to w porownaniu z tym, co bylo. A tam w tych bialych domkach...
- "Jur"! Skaczemy na brzeg. Tylko po kolei. Uwaga przez Solec. Barki dobijaja do "Bajki" ale na razie wszyscy padnij na piachu. Artyleria z tamtego brzegu otworzy ogien na caly teren na zachod od Solca. Pociski beda padac blisko. Nie ruszac sie dopoki ogien nie ustanie. Kolejno maszerowac. "Slon" sprawdzisz czy wszyscy wyszli. Spotkanie przy statku.

Grzebie w piasku wygodny rowek. Na razie cisza. Slychac tylko skrzyp piasku ugniatanego licznymi butami. Niemcy chyba jeszcze sie nie zorientowali, ze opuscilismy Wilanowska. Znow wrocily do mnie migoczace plomienie. Podnioslem sie, by jeszcze raz na nie spojrzec, gdy nagle olbrzymi ped powietrza rzucil mnie na piasek. W pare sekund zagrzmiala seria wybuchow. Tuz nad naszymi glowami szybowalo tysiace pociskow artyleryjskich skierowanych na pozycje niemieckie. Ten swist ogromnej masy zelaza byl glosem lecacej smierci. Odruchowo wtulilem sie mocniej w piasek. Nagle zapanowala cisza. Za to, od mostu Poniatowskiego odezwala sie artyleria niemiecka. Widac dostrzegli jakis ruch na tamtym brzegu. Po paru wybuchach pokazal sie ogien w kilku nadbrzeznych domach Saskiej Kepy. Zrozumialem ich przebieglosc. Palace sie wille oswietlaly doskonale rzeke. Tymczasem slychac juz bylo ruch na tamtym brzegu. Na tle ognia dostrzeglismy plynace barki. Niestety byly to lodzie na wiosla. Ale plyna. Zaraz tu beda. Jakos tam przebrniemy. Poszly rakiety w gore. Za chwile na wode zaczal spadac deszcz pociskow z granatnikow. Tryskaja fontanny wody. Wchodze na poklad "Bajki". Ktos chwyta mnie za ramie -"Kapralinka". Czuje, ze cala drzy. Przytulam ja do siebie. - Nie boj sie, bedzie wszystko dobrze.
Staram sie ja uspokoic. Gladze jej bujne wlosy w milczeniu. Wydaje mi sie, ze kazde slowo bedzie klamstwem albo uspokajaniem samego siebie. Jej policzek jest mokry. Patrz, juz widac pierwsze lodzie. Rzeczywiscie, przy kazdym wybuchu blyskaja mokre piorka wiosel, a czarne kadluby sa coraz blizej. Dobijaja dwie barki prawie rownoczesnie. Trzecia nieco mniejsza zbliza sie bezposrednio do brzegu. Na statku zaczyna sie przepychanie. Nawolywania do porzadku gina w tumulcie i ogolnym chaosie. Przez chwile miga twarz "Jerzego," ktory usiluje przekrzyczec tlum pchajacy sie do przybylych barek. Pierwsza juz odplywa. Woda rowno z burta. Druga niemniej pelna nie moze odbic, bo dziob zaplatal sie w line statku.
Mala lodz odbija chylkiem niosac na pokladzie Latyszonka i Maruszke. Wiosluja sami. Wreszcie odbija zaplatana barka. Wioslarze odpychaja natretnych, ktorzy usiluja doczepic sie do burty. Nagle, niedaleko pierwszej barki wybucha pocisk. Przeciazona, zanurza sie blyskawicznie. Krzyki tonacych mieszaja sie z jazgotem karabinow maszynowych. Stoje oniemialy trzymajac ciagle "Kapralinke" w ramionach. Odruchowo przyciskam jej glowe do piersi, tak zeby nie musiala patrzec na to widowisko apokliptyczne, nie grane, ale na zywo, na ten koniec naszych zludzen. Niech ma nadzieje troche dluzej niz ja... Seria kaemu bebni po blachach "Bajki." To mnie otrzezwia. Niemcy atakuja wzdluz brzegu! Lece! Schowaj sie gdzies w kacie. Przyjde po ciebie! Nie wierze w moja obietnice, ale skacze na piasek i tu zaraz wita mnie wybuch granatu. Padam, robie wywrotke i posylam serie w strone, gdzie slysze tupot nog. Z drzeniem mysle, ze to ostatnie naboje. Po kilku skokach dobijam do naszych.
"Jerzy" organizuje przebicie do Srodmiescia.
- Tu sytuacja jest beznadziejna. Zadna lodz juz nie dobije. Brak nam amunicji, zeby bronic sie dalej. Jedyna mozliwosc to przebic sie do Srodmiescia. Idziemy w kierunku Placu Trzech Krzyzy. Musimy dojsc najpierw do ogrodu otaczajacego Sejm i Gluchoniemych. Tamtedy dojdziemy latwo do naszych. Szyk marszu nastepujacy: szpica "Slon" z "Haliczem", nastepnie ja, "Wika," "Zeren" i ktokolwiek zostal z naszych. Nastepnie pozostali berlingowcy i na koncu "Jur," ktory teraz zostanie z cekaemem i bedzie nas oslanial od strony mostu.
Przyskoczylem do maxima. Tasma jeszcze pelna, druga w zapasie. Aby tylko szybko odnalezli droge, to wytrzymamy. Niemcy, mimo nocy, naciskaja coraz mocniej. Oczywiscie, gdyby nie noc to juz dawno by nas zmietli. Ale dlugotrwale serie naszego karabinu byly nie do zwalczenia. Nasi poszli. Czekam z napietymi nerwami. - Chyba sie zwijamy. - W ostatniej tasmie tylko pare kul. W tym momencie slysze tupot nog. Niemcy? Nie. Berlingowcy. - Co sie stalo?
- Na przodzie wszyscy zgineli. Musielismy sie cofnac. Sam nie wiem, co robic.

- Wszyscy rzucac bron! "Sep" wez biala chustke w reke! Ostatnie slowa prawie wykrztusilem. Cos sciskalo mnie za gardlo. Tak to zwykly przypadek zdarzyl, ze wydalem ostatni rozkaz na Przyczolku Czerniakowskim.
Z dala, od strony mostu, daly sie slyszec glosne wolania. Ida Niemcy. Podbieglem do "Kapralinki." Chce sie z toba pozegnac. Juz sie nie zobaczymy. Mowiac to wyciagnalem szybkim ruchem mojego zdobycznego w ataku na Spokojna "Waltera," spojrzalem w okragly otwor lufy i juz naciagnalem spust, gdy nagle poczulem gwaltowne szarpniecie reki.
- Jedrek! co ty robisz? To tchorzostwo! Co ty myslisz, ze wojna tu sie skonczyla? Walka jeszcze trwa. Przysiegales walczyc do konca... a ty co? Poczulem sie, nagle jak dziecko zlapane na brzydkiej psocie. Rzucilem jak moglem najdalej pistolet i otrzezwialem. Jak ja moglem cos podobnego ... ? Przeciez jej grozi niebezpieczenstwo.
- Zdejmij natychmiast panterke. Masz tu moj medalik od chrztu. Pamietaj, ze jestes podobna do Zydowki. Masz tu jeszcze moj znaczek geesow. Schowaj go dobrze. Teraz uciekaj stad, idz do cywilow.
- Ja chce isc z wami!
- Rob, co ci mowie - krzyknalem. - Uciekaj czym predzej, Niemcy sa tuz. - Popchnalem ja brutalnie wbrew mej woli.
Nagle uslyszalem tuz przy sobie - Hände Hoch! - Cios w plecy omal nie powalil mnie na ziemie. - Wo ist waffen? - Wzruszylem ramionami. Potezne kolano powalilo mnie na kolana. Nie zdazylem wstac, kiedy jakies potezne lapy zaczely sciagac ze mnie panterke. Teraz dopiero zobaczylem naszych oprawcow. Trupie czaszki na czapkach. Esesmani. Ale na rekawach jakies dziwne naszywki. SS-Viking. Olbrzymi feldfebel pokrzykuje dyszkantem kopiac na lewo i prawo. Nasze dziewczeta sa policzkowane i kopane w straszliwy sposob. Esesmani zdzieraja z nich panterki. Znow dostaje po twarzy. Esesman ryczy na mnie i wymachuje przed nosem pistoletem. Katem oka widze, ze wyprowadzaja dziewczeta w kierunku mostu. "Kapralinki" nie ma wsrod nich.
"Leszczyc" tarza sie na ziemi z bolu. Dwoch esesmanow kopie go po ledzwiach. Reszta jest poniewierana w ten sam sposob. Ludzie Latyszonka stoja z boku przygladajac sie z przerazeniem. Nagle feldfebel krzyczy do nas swoim falsetem: - Alles marschiren!

Rozumiem, ze to ostatnie chwile. W glowie mam absolutna pustke. Moze zal, ze po tylu przezyciach. Ale nic mi sie nie przypomina, ani dziecinstwo, ani moi bliscy, ani zadne wzniosle mysli. Stoje wmurowany, slucham szczeku repetowanych erkaemow, ten dzwiek przypomina, ze to za chwile. Nie wzywam Boga ni diabla, stoje i z przerazeniem stwierdzam, ze nic nie mysle. Moze to juz po wszystkim? Ogladam sie czy inni jeszcze stoja i nagle spostrzegam strach w ich oczach, widze, ze ostatni trzesie sie... Cos skacze mi do gardla, nie wiem co mnie pcha do tego, skad bierze mi sie impuls, odzywam sie nagle: - Chlopcy, glowy do gory, nie dajmy szkopom tej satysfakcji, zeby widzieli, ze sie boimy. - Ruhe! - krzyczy dyszkancik. Ale my stoimy prosto i patrzymy im w oczy. Nagle w tej ciszy, moze przedsmiertnej, slysze dalekie kroki, nie pojedyncze, idzie jakis oddzial. Juz blisko. Gruz, pobite szklo chrzeszcza coraz wyrazniej. Na podworze wchodzi porucznik Wehrmachtu z malym oddzialem zolnierzy. - Was ist den loss? - pyta oficer.
- To sa bandyci na rozstrzelanie, schwytani dzis rano.
-Armia niemiecka respektuje Konwencje, Genewska. Jencow wojennych sie nie rozstrzeliwuje.
- To nie sa jency, to bandyci - pokrzykuje dyszkancik.
- Ja biore odpowiedzialnosc za tych jencow. Prosze odmaszerowac z oddzialem.
Niedobrze mi. Wyraznie robi mi sie slabo. Czuje, ze za chwile zemdleje. Opieram sie o sciane, zimny pot splywa mi ze skroni. Teraz boje sie pokazac moja twarz towarzyszom broni.

Andrzej Wolski, ps. "Jur," urodzil sie 5 pazdziernika 1924 roku w Warszawie. W roku 1939, po ukonczeniu trzeciej klasy III Gimnazjum Miejskiego, wybuch wojny przerwal jego nauke. Kontynuowal ja w ramach "kompletow" tajnego nauczania, na ktorych w roku 1943 uzyskal swiadectwo dojrzalosci. Zapisal sie do tajnej Panstwowej Szkoly Technicznej w Warszawie. Powstanie Warszawskie przerwalo mu dalsze studia.
Do konspiracji wstapil w 1939 roku, jeszcze w pierwszych dzialaniach nie skoordynowanych grup harcerskich. Masakra w Wawrze w roku 1940 dala impuls do zorganizowanej akcji harcerstwa, ktore przyjelo kryptonim "Szare Szeregi." "Jur" bral czynny udzial w akcjach Malego Sabotazu w druzynie "CR200." W roku 1942 powstal KEDYW (dowodca plk. Emil Fieldorf-"Nil"), a w jego ramach tzw. Wielka Dywersja, do ktorej wcielone zostaly m. in. grupy harcerskie jako Grupy Szturmowe (GeeSy). W ramach GS "Jur" bral udzial nastepujacych akcjach zbrojnych: Akcja pod Arsenalem, Celestynow, Sieczychy, Rogozno (akcja,,Jula"), Pol 47 (dowodca akcji), Pogorzel, Szymanow. W roku 1944 ukonczyl konspiracyjna szkole podchorazych "Agrykola" jako kapral podchorazy.
W Powstaniu Warszawskim 1944 walczyl w Batalionie "Zoska" w Zgrupowaniu "Radoslaw." Dowodzil poczatkowo druzyna, a potem byl kolejnym dowodca plutonu "Felek." Walczyl najpierw na Woli, potem na Starowce. 31 sierpnia z nieliczna grupa zolnierzy przebil sie ze Starowki przez Ogrod Saski do Srodmiescia. Wzial udzial w rozpaczliwej obronie Przyczolka Czerniakowskiego w oczekiwaniu na desant sowiecki. 24-go wrzesnia na Czerniakowie dostal sie do niewoli niemieckiej i zostal wywieziony do obozu jencow wojennych. Byl dwukrotnie ranny i odznaczony na Woli Krzyzem Walecznych.
Wyzwolony 25 kwietnia przez armie brytyjska, wyjechal do Francji, gdzie zostal oddelegowany na studia w Université de Grenoble. W lipcu 1946 wrocil do Warszawy. Kontynuowal studia na Politechnice Warszawskiej. 3 stycznia 1949, rownoczesnie z Henrykiem Kozlowskim-"Kmita" oraz Andrzejem Sowinskim-"Zagloba" zostal aresztowany przez MBP/UB. (24 grudnia 1948 zostal juz zaresztowany Jan Rodowicz-"Anoda," a w polowie stycznia 1949 aresztowano kilkudziesieciu bylych zolnierzy i laczniczek ze Zgrupowania Radoslawa). Pod zarzutem usilowania obalenia ustroju Andrzej Wolski -"Jur" zostal skazany na 10 lat wiezienia na mocy artykulu 86 par. 1,2 KKWP. W roku 1954, po pieciu latach wiezienia na Mokotowie i w Rawiczu zostal zwolniony.
Po pewnym czasie dalo mu sie powrocic na studia na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej, gdzie uzyskal dyplom magistra, a w roku 1966, stopien doktora nauk technicznych. W roku 1967 wyjechal z zona i dwojgiem dzieci do Zairu. Pracowal jako profesor elektroniki na tamtejszym uniwersytecie. Z Zairu, przeniosl sie do Kanady, gdzie kontynuowal kariere uniwersytecka. Byl profesorem na Université de Moncton, NB, po czym, jako dziekan, stworzyl Wydzial Elektryczny w Ecole de Technologie Superieur na Université du Quebec de Montréal. Wyjezdzal z wykladami do kilku panstw afrykanskich. W latach 1990-1996 byl Prezesem Oddzialu Kongresu Polonii Kanadyjskiej w Prowincji Québec.
Jest autorem ksiazeczki "Akcja Celestynow" (1993; o akcji zdobycia w Celestyniowie pod Warszawa pociagu transportujacego wiezniow oraz ksiazki Drzwi bez klamki (wspomnienia z wiezienia mokotowskiego; Wyd. Slowo, Warszawa 1995), obecnie przygotowuje wspomnienia z wiezienia w Rawiczu. Maria i Andrzej Wolscy mieszkaja w Montrealu, PQ.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||