

Mam rozniesc po miescie kilkadziesiat rozkazow, wiadomosci, polecen, a czasu juz tak malo. Ulica Grojecka jedzie w kierunku miasta kilkanascie niemieckich czolgow. Przechodze kilka krokow w kierunku pl. Narutowicza. Na rogu ktos ostrzega: - "Niech pani nie idzie, na placu Narutowicza "lapanka". Biora mlodych do kopania stanowisk karabinow maszynowych i bunkrow przy koszarach policji" (Domu Akademickim).
Przez te kilka godzin konspiracji, ktore jeszcze nam pozostaly trzeba byc ostroznym. Bylo by szczytem pecha "wpasc" w takim momencie, tym bardziej, ze rozne kompromitujace papiery i papierki nie mieszcza sie juz w skrytce mojej torby. Jest ich tyle, ze od kilku dni nosimy je zupelnie na wierzchu. Tu tez kolujac bocznymi ulicami docieram na lokal, gdzie oczekuja mnie wszystkie laczniczki Wydzialu.
"Dzis czy nie?" - pada ze wszystkich stron pytanie. - Tak, dzis o godzinie czwartej wszyscy maja byc w umowionych lokalach.
W pokoju zawrzalo jak w ulu. Wszystkie mowia jednoczesnie. Kazda uklada sobie glosno "plan dzialania". Gdzie pojsc, kogo zawiadomic, co przygotowac czy aby zdazy sie to wszystko zrobic?
Hanka musi jeszcze przewiezc dwa aparaty radiowe z "meliny", ktora znajduje sie az na Targowej. A tak trudno o "riksze". Ba, nic dziwnego, warszawscy "riksiarze" dawno juz sie zmobilizowali i siedza po "melinach".
Ela opowiada, ze wlasnie dzisiaj weszla do jakiegos mieszkania, w ktorym siedzialo okolo 50 chlopcow. Latwiej bylo wejsc niz wyjsc. Nikogo nie chcieli wypuscic, zeby przez gadulstwo wiadomosc nie dotarla do "szkopow".
"Musialam sie dlugo tlumaczyc - mowi Ela - podalam im prawie caly swoj zyciorys. Ale dopiero jak im pokazalam ostatni numer "Biuletynu Informacyjnego" dali sie przekonac. Mowie wam, wspaniali chlopcy. Jedni czyscili bron, inni rachowali amunicje, sanitariuszki pakowaly swoje torby. Nastroj byl wspanialy. Nic jeszcze nie wiedzieli, ze to juz dzis".
Anna martwi sie, ze juz nie zdazy do domu, na Zoliborz. A ma na sobie tylko te pantofelki, ktore za chwile sie rozleca w drobny maczek i te letnia sukienczyne. Ale "to" i tak nie potrwa dluzej niz kilka dni.
Nasza gospodyni, stara przyjaciolka i konspiratorka, u ktorej juz tyle spotkan odbylysmy zegna sie z nami jak matka. Ma syna w "Kedywie". Od dwoch dni nie bylo go w domu.
Po zawiadomieniu wszystkich pedze do domu. Deszcz, ktory leje od rana ustaje i zza chmur wychodzi slonce. Warszawa usmiecha sie do nas pogodnie. W domu otwieram skrytki, wyciagam z nich papiery, pieniadze organizacyjne, zabieram bron i owijam ja w chustke.
Juz na progu mimo calego pospiechu cos mnie zatrzymuje. Rzucam spojrzenie na to mieszkanie, w ktorym przezylam lata konspiracji. Uswiadamiam sobie w tym momencie, ze zostawiam za soba w zyciu cos, co juz nie wroci. Ile ciezkich a jednak pieknych zarazem chwil przezylam w tych scianach. Tu spotykali sie ludzie z mojego zespolu. Tu nieraz szukali schronienia ci, ktorzy musieli wlasne mieszkanie opuszczac nagle i nieoczekiwanie. Ile momentow pelnych napiecia, gdy w nocy lub nad ranem budzi stukot ciezkich butow "szkopskich", nawolywania w znienawidzonym jezyku, brzek kluczy dozorczyni. Moze do nas, a tu akurat tyle rzeczy lezy na wierzchu. Lecz nie. To w oficynie naprzeciwko zapalaja sie swiatla w oknach. Slychac lomot, wrzask, jeki i placz. Pozniej znow odglos krokow, odjezdzaja auta i znowu cisza zalega. A nad ranem zycie toczy sie normalnie, tylko w najblizszym sklepiku na rogu sasiadki podaja sobie z ust do ust plotke. My zas wiemy tylko jedno, ze tej nocy ubyl jeden z naszych.
To wszystko teraz zostalo juz za mna. Juz nie wroci.
Ide ulicami miasta, ktore przezywa w tej chwili szczegolny moment podziemnej mobilizacji. (2) Mezczyzni i kobiety - zolnierze AK, ktorzy za pare godzin stana do walki zmieszani sa jeszcze z tlumem cywilow. Lecz wprawne oko moze ich juz latwo odroznic po przyspieszonym kroku, po dlugich butach z cholewami, pasach, beretach, wiatrowkach, ktorymi juz teraz staraja sie nadac sobie wyglad zblizony do zolnierskiego. Znajomi nie przystaja jak zwykle, nie rozmawiaja ze soba. Powietrze naladowane elektrycznoscia jak przed burza.
Punktualnie o godzinie 16 melduje sie na ulicy Boduena. Wchodze za umowionym haslem. Wszyscy sa juz na miejscu. Pieciu chlopakow z "Kedywu" obwieszonych bronia, granatami i "filipinkami" czeka na moment wyjscia na ulice. Sa spokojni i pewni siebie - to weterani. Maja juz za soba niejedna akcje uliczna, to co dzis sie stanie nie bedzie dla nich pierwszyzna.
O godzinie pol do piatej narzucaja na siebie palta dla ukrycia broni, odbezpieczaja "rozpylacze" i wychodzimy kolejno co dwie minuty na nastepny punkt zbiorki. Przechodzac przez Swietokrzyska slyszymy pojedyncze strzaly z pl. Napoleona. Na placu widac grupki Niemcow. Plac jest pusty. Czyzby domyslali sie czegos?
Kamienica, do ktorej wchodzimy jest juz "obsadzona". Dwoch zolnierzy stoi w bramie z bronia. Wpuszczaja nas za haslem. Godzina "W" zbliza sie. Ostatnie minuty ciagna sie w nieskonczonosc. Zakladamy naszym zolnierzom opaski bialoczerwone, uszyte i przygotowane na ten moment od dawna.
Punktualnie o godzinie piatej ze wszystkich stron rozlega sie kanonada. Co chwila slychac gluche detonacje "filipinek", serie z "rozpylaczy". Ulice momentalnie pustoszeja z cywilow. Staja sie polem walki.
- "Amunicja" - wolaja chlopcy z najblizszego naroznika. Przerzucamy im amunicje przeslizgujac sie wzdluz murow. Po kilkunastu minutach jest juz pierwszy ranny. Niesiemy go do bramy. Na miejscu sa juz lekarze, ktorzy daja mu pierwsza pomoc.

Po 20 minutach Niemcy zostali wykurzeni z Hotelu "Victoria" przeznaczonego na kwatere dla generala "Montera." (3) Mamy sie tam przedostac, ale Niemcy ostrzeliwuja ulice z placu Dabrowskiego. Nawet tych kilkudziesieciu krokow nie sposob przejsc ulica. Idziemy wiec przez piwnice domow i przejscia wyrabane w murach. Piwnice sa juz oswietlone, dozorcy domow wskazuja droge w tym podziemnym korytarzu.
W "Victorii" [przy Jasnej 26] otrzymuje od mego szefa rozkaz pojscia na ulice Swietokrzyska dla nawiazania lacznosci z jednym z punktow naszego Wydzialu. Wychodze na ulice, ale juz po przejsciu dwoch domow zolnierze kaza mi zawrocic i isc piwnicami. Ulica jest jeszcze ciagle pod ostrzalem. Wlasnie przed chwila ranili dwoch naszych.
Ide wiec piwnicami az do rogu Swietokrzyskiej i Jasnej. Tu wychodze na podworko, gdzie jakis cywil kieruje "ruchem" - "prosze wejsc w te drzwi - mowi - o tam na prawo jest bar. Stamtad jeden ostrozny skok i juz pani jest na drugiej stronie ulicy. Ale prosze uwazac, bo "szkopy" grzeja jeszcze z Poczty Glownej".
W barze siedzi kilkunastu cywilow glosno dyskutujacych. Na moj widok a raczej na widok czerwonobialej opaski na moim ramieniu rzuca sie w moja strone kilkanascie osob proszac o opaske, bo przeciez oni takze chca byc zolnierzami. Wskazuja mi usluznie wyjscie na ulice, podnosza krate.
W bramie naprzeciwko stoi kilku zolnierzy AK z bronia w reku. Swietokrzyska pusta zupelnie, slychac tylko co chwila bzykanie kul i brzek tluczonego szkla. W tej chwili pod murem przemknelo sie dwoch ludzi.
Zolnierz z drugiej strony daje mi znak. - "Mozna skakac". Biegne pochylona i wpadam do bramy.

W kamienicy ruch. Przebijaja juz przejscia w murze, na pietrze w duzej sali lekarze i sanitariusze instaluja prowizoryczny szpital.
Obok w pokoju pozycja ogniowa. Na balkonie znajduje sie gniazdo karabinu maszynowego osloniete stosem poduszek i materacy. Obsluga rkm-u ma na sobie helmy z 1939 roku. W pewnej chwili na biurku odzywa sie telefon. Zolnierz zrywa sie, by podjac sluchawke, ale dowodca zatrzymuje go - "Obie poczty znajduja sie jeszcze w rekach nieprzyjaciela." O pietro wyzej "Pe-Zetki" przygotowuja wieczorna strawe dla zolnierzy. Docieram wreszcie do moich ludzi. Wszyscy sa spokojni, twarze rozesmiane. Radiostacja, ktora zostala przewieziona z Czestochowy na kilka dni przed powstaniem jest niedaleko, tylko o pare ulic. Teraz jeszcze nie mozna sie tam dostac, gdyz ostrzal jest zbyt silny, trzeba zaczekac az sie sciemni. Oddzial pojdzie dopiero pod oslona nocy i przeniesie ja na miejsce.
Chlopcy ciesza sie juz na mysl o tej wyprawie dosc trudnej w tych warunkach, bo przeciez radiostacja to cztery ciezkie potezne skrzynie. Wszyscy jednak zdaja sobie sprawe, ze koniecznie jak najszybciej trzeba zmontowac radiostacje i nawiazac lacznosc ze swiatem.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||