
Słowa te napisał Witold Gombrowicz. Trudno jest po nim dodać coś nowego do opisu polonijnego piekiełka, które uwiło sobie liczne gniazdka - jak demokratyczny świat długi i szeroki. Powie ktoś patrzący na nas z boku - no właśnie, dlaczego ci ludzie nie korzystają z przywileju wolności, tylko w głowie im przywileje? I ktoś z innego boku odpowie - ano, bo tak już zostali zrobieni. Przez kogo? Powiemy - przez los. Przez lata zaborów, przez nieudane powstania, wywózki, wieszania, palenia, rozstrzeliwania, zakopywania żywcem. I będzie to prawdą, ale tylko w jakiejś części, bo Polacy nie jedyni, nie pierwsi i nie ostatni przeszli piekło. Mamy w Kanadzie uchodźców z rejonów świata, o których nawet nie słyszeliśmy, a są one prawdziwym piekłem na ziemi. Od wieków. I ci ludzie, a nie my sami, powinni być dla nas jakimś punktem odniesienia. Tragiczne losy wielu narodów, którym Kanada dała nowy albo pierwszy w życiu dach nad głową, uczą pokory wszystkich, tylko nie nas. Czy to nie smutne? Tysiąc niełatwych lat powinno było nas czegoś nauczyć. I nie nauczyło. Dlaczego? Ażebym to ja wiedział? Poza tym każdy obywatel tego świata ma swoje małe, prywatne piekiełko, w którym palą diabły naszych uczynków. I nie są to zawsze uczynki szlachetne ani mądre. Ci z nas, którzy dobrowolnie odbierają sobie prawo do wolności , stają się dobrowolnymi ofiarami - a jak się uda, to i katami. Masowo rezygnują z własnego "ego" i ochoczo lezą w łapy jakiegoś kolejnego Nikodema Dyzmy, licząc na uzyskanie od niego siły, której im samym nie dostaje.
"Ogólnie rzecz biorąc idzie o to, Flor, żeby nie być zawistnym, drobiazgowym, śmierdzielem, gnojem, egoistą, zarozumialcem i tępo poważnym matołem. Tysiąc razy ci mówiłem, że masz być szlachetny, pełen jowialności, posiadający poczucie humoru i proporcji."
"W bardziej skrajnych wypadkach - a bywa ich niemało - obok skłonności do umniejszania siebie i podporządkowania się siłom zewnętrznym napotykamy tendencję do zadawania sobie samemu krzywdy i cierpienia." Tak mądrze pisał Erich Fromm w Ucieczce od wolności. Skąd on to wiedział? Przecież nie miał zielonego pojęcia o życiu i rytuałach Polaków mieszkających w Kanadzie. Popatrzmy na to życie przez dziurkę od klucza do rozgrzanych awanturami sal obrad organizacji polonijnych. My przecież prawie niczego innego na tych zebraniach nie robimy, jak tylko zadajemy sobie samym krzywdę i cierpienia. Polacy, mając opinię ludzi inteligentnych, wykształconych, pracowitych i zaradnych, sprowadzają często siebie samych do poziomu Forest Gumpa. To był bardzo miły facet, którego jednak nikt nie traktował poważnie nie dlatego, że nie miał po kolei pod sufitem, ale dlatego, że on sam siebie nie brał zbyt serio. Ten film miał wiele wspaniałych scen, ale jedną genialną: Forest Gump od kilku lat i iluś tam dni biegł przez Amerykę, aż pewnego dnia się zatrzymał. Tak po prostu, najzwyczajniej - przestał biec, czytaj - uciekać, bo mu się znudziło. Tylko tyle: znudziło mu się. Jest nadzieja, że może i nam się w końcu znudzi?
Mamy koniec wieku migracji, a Polonia wcale nie chce emigrować ani z piekiełka, ani z getta. Mało tego, robi wszystko, by w tym zaklętym, chocholim kręgu wirować już do końca. No właśnie: czy czeka nas k o n i e c Polonii jako formy organizacji życia Polaków poza krajem, oraz jako kategorii kulturowej? Czy przeciwnie - nastąpi rozrost tego tworu z poprzedniej epoki, który będzie uwierać, jak za ciasny but, następne pokolenia, wychowane już w zupełnie innym świecie? Proszę mnie źle nie zrozumieć. Ja nie dezawuuję dorobku starszej emigracji, zwłaszcza wojennej: z nich wszyscy jesteśmy, i wszystko co najlepsze zbudowali Oni. Ja się tylko dopominam rozsądku. Nie widać go w zbyt wielu szkodliwych, niemądrych posunięciach, których jesteśmy świadkami niemal na codzień. Jeśli dodać do tego wbudowany w naszą podświadomość instynkt samozagłady, na rezultaty nie przyjdzie nam czekać zbyt długo. Przykłady? Mogę nimi sypać jak z rękawa. Ale nie o to chodzi, by stawiać kogoś pod pręgierzem, gdyż wszyscy jesteśmy w jakiejś części winni temu, co się dzieje. Chciałbym jednak, by ci, co to czytają, zadumali się nad tym przez chwilę. To już dużo.
"Odczucie, że m u s i być jakiś układ słów, w który zostałaby schwytana niejako esencja potworności poznanej w tym stuleciu. I czytanie pamiętników, wspomnień, reportaży, powieści, wierszy, zawsze z nadzieją i tym samym wynikiem: - To nie to". Tylko nieśmiało wyłania się myśl, że prawda o losie człowieka na ziemi jest inna niż ta, której nas uczono. Wzdragamy się przed jej nazwaniem." Te słowa Czesława Miłosza wyjąłem z jednej z jego najlepszych książek o tytule Piesek przydrożny. Ów piesek to żartobliwe i wyjątkowo przewrotne przebranie autora, który "obszczekuje" mędrków i hipokrytów, ludzi nadętych i "wypimpiszonych," spełniając swój obowiązek wobec swoich czytelników. Miłosz-piesek powinien być wzorem dla wszystkich piszących, także do polonijnych gazet: obszczekujmy wszelkie Bractwa Wzajemnej Arogancji (termin Irzykowskiego), wkładajmy kije a nawet rękę w mrowisko, gdyż każda subtelność będzie odczytana jedynie jako gatunek fałszu. Tym bardziej, że zbyt wielu ludziom u końca wieku coraz lepiej się żyje z tym wypimpiszeniem. Także w Polonii. I chcieliby innych widzieć w stanie zupełnego wypimpiszenia. Dlatego upominają, że przywoływanie do rozsądku, budzenie z letargu mija się z celem. Gdyż lunatycy bardzo nie lubią nagłych przebudzeń. Uwielbiają błądzić krawędziami w sennym pogrążeni marzeniu.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||