Rzeczy, chociaz bardziej trwale niz ludzie, rowniez przemijaja, w kataklizmach szczegolnie. Oto przemijanie rzeczy w Gdansku roku 1945.
Rozdzial z powiesci Stefana Chwina pt. Hanemann (1995).





RZECZY





STEFAN CHWIN


[...]

W szufladach, szafach i kredensach, na dnie skrzyn, kufrow i blaszanych pudelek, w schowkach i na strychach, na polkach i na etazerkach, w piwniczkach, w spizarniach, na stolach i na parapetach rzeczy trzymane na wszelki wypadek i rzeczy uzywane z codzienna zaciekloscia do szycia, przybijania, krojenia, polerowania, przecinania, obierania i pisania, wszystkie te rzeczy czule i szydercze, plynace w nieruchomej arce miasta razem z pania Stein, Hanemannem, pania Walmann, Anna, panem Kohlem, Alfredem Rotke, Stella, Albertem Forsterem, panem Zimermannem, Albertem Posackiem, Hansem Wichmannem, Greiserem, pania Biernestein, Emilem Bialkowskim, malzenstwem Schultzow, profesorem Ungerem, asystentem Retzem, Hermannem Rauschningiem, panem Lempke, Hilda Wirth, wszystkie te rzeczy szykowaly sie juz do drogi.

Juz teraz, w ciszy napelniajacej miasto, odbywal sie ostateczny sad - zajmowanie dogodnych miejsc, miekkie podsuwanie sie pod dlon, by byc zawsze na widoku i zdazyc na czas. Rzeczy, bez ktorych nie mozna zyc, oddzielaly sie od tych, ktore pojda na zatracenie.

Biale zastawy w ksztalcie labedzi i pelikanow, czule cukiernice ze srebra w ksztalcie dzikich kaczek z turkusowym oczkiem, lodeczki na konfiture gruszkowa - wszystkie te ksztalty przestraszone swoja forma wymyslna i nieporeczna marzyly o surowej plaszczyznie blach, latwych do wsuniecia pod podloge albo miedzy belki stodol i opuszczonych mlynow. Jeszcze sie pysznily migotem blaskow na niedzielnych obrusach w mieszkaniach przy Breitgasse, Frauengasse, Jaschkentaler Weg, jeszcze zartobliwie pobrzakiwaly w spotkaniu ze srebrna lyzeczka, a juz na dnie, niczym ciemna sniedz, snuly pewnosc, ze sa malymi sarkofagami. Liselotte Peltz filcowa szmatka polerowala grzbiet garnuszka do kawy, ktory noca snil, ze jest naczyniem smierci. Lichtarze i odblasnice przykute wysoko na scianie w Dworze Artusa udawaly radosc lsnienia, jeszcze puszyly sie iglicami swiec, ale juz w ich karbunkulowych zloceniach kryla sie zarliwa pewnosc, ze kiedy nadejdzie czas, stopia sie w ogniu w grube sople stygnacej miedzi. Siedmioramienne swieczniki z synagogi przy Karrenwall, drzac plomykami w godzine szabasu, juz pochylaly sie swoim srebrnym polyskiem w strone Erfurtu, by ozdobic szlachetnym metalem paradna szable sturmbannführera Greutze. Ktoz z nas w letnie popoludnia, pelne slonca, krzyku mew i skwiru jaskolek, pomyslalby, ze zlote zeby Anny Janowskiej z Brosener Weg 63 stopia sie w wielka kilogramowa bryle zlota z obraczkami kobiet z Theresinstadtu i monetami Zydow z Salonik?

Szafy u Mitznerow, Jablonowskich, Hasenvellerow pelne bielizny ulozonej na polkach niczym bezpieczne warstwy miocenu, debowe lozka z rzezbionym oparciem u Greutzow, Schultzow, Rostkowskich, story u Kleinow, Goldsteinow, Rosenkranzow, drzemiace pod oslona kap szydelkowanych w gwiazdzisty wzor, cegly murow na Podwalu, sztukaterie w sieniach na Hundegasse, zelazne kraty na Jopengasse, portale ze zloceniami na Langer Markt, granitowe kule przedprozy na Frauengasse, miedziane rynny, ramy okienne, futryny drzwi, posagi, dachowki - wszystko to plynelo w ogien, lzejsze niz puch dmuchawca.

W pokoju na parterze przy Ahornweg 14 siostrzenica pani Stein uwaznie rozkladala na desce do prasowania swoja nowa sukienke z westfalskiego plotna, ktora dostala od ciotki w dniu urodzin, nabierala do ust wody z filizanki malowanej w jarzebinowe listki, wydymajac wargi proszyla kropelkami na biale plotno, potem poslinionym palcem sprawdzala, czy zelazko nie jest za gorace, lecz gdy - uspokojona, ze material nie sciemnial brazowym sladem - zaczynala plynnie prowadzic zelazko po parujacej bieli, kazdy splot cieniutkiego plotna haftowanego w merejkowy wzor rwal sie juz ku plomieniom, ktore mialy siwym popiolem zgasic swiezosc marszczen i koronek.

Wachlarz podobny do bialego liscia z purpurowym obrzezem, piekny wachlarz pani Kohl spleciony z japonskiego sitowia, zarzyl sie juz w palcach, gdy pani Kohl oparta o framuge okna przy Breitgasse 8, w zamysleniu patrzac na dom Reimitzow po drugiej stronie ulicy, chlodzila ramiona kolyszacymi powiewami. Wieczne pioro pana Kohla, lezace na blacie stolu w glebi salonu, pioro ze zlota nakretka, na ktorej swiecil malutki napis "Dresden," swoja lsniaca nieruchomoscia udawalo spokoj, ale i ono plynelo w gniazdo zaru razem ze zloconym lustrem, mahoniowa szafa i bordowymi portierami. A przeciez ile jeszcze mialo do napisania! W kalamarzu z zoltego jaspisu wzbieraly cale morza slow, gdy wieczorami na blekitnym papierze ze znakiem wodnym kotwicy pan Kohl pisal do ukochanej corki, Heidi, ktora w weimarskim gimnazjum czekala niecierpliwie na kazdy list ze znaczkiem "Freie Stadt Danzig," plonacym na liliowej kopercie lakowa czerwienia.

Giinter Schultz biegl do szkoly po bruku ulozonym w rybia luske, Bierensteinowie idac do teatru potykali sie o szyny tramwaju jadacego przez Langer Markt, syn pani Peltz cienkim pedzelkiem malowal na wystawowej szybie kawiarni przy Breitgasse 13 zloty napis "Caffe," lecz szklo drwilo z kazdego ruchu jego reki szyderczymi odblyskami slonca, bo wiedzialo juz, ze gdy nadejdzie czas, przezroczysta tafla rozprysnie sie w tysiace iskier niczym kruchy 1od.

Tylko przedmioty drobne i latwe do chwycenia w chwili ucieczki nabieraly wzgardliwej pewnosci siebie. Pedzel do golenia, brzytwa w skorzanej pochewce, alun, okragle mydlo, pudelko blaszane z proszkiem do zebow "Vera," butelka wody kolonskiej Amielsa. Puszyste reczniki, trudne do zwiniecia, wstydliwie gasly w kacie lazienek, ich miejsce zajmowala chlodna uroda plociennych placht, ktore latwo sie darlo na dlugie pasma dobre do tamowania krwi.

Zielony plaszcz z grubej welny, zapomniany na dnie szafy w duzym pokoju przy Hundegasse 12, zlozony we czworo, niemodny, pogardzany plaszcz, przed ktorego wlozeniem Annelise Leimann wzbraniala sie tyle razy, bo ja postarzal, budzil sie juz w swoim schowku, obiecujac ocalenie w chwili, gdy w wywazonych drzwiach do mieszkania stana mezczyzni w mundurach ciemnych od kurzu i sadzy. Lecz jeszcze nikt z nas nie mowil: "Annelise, nie marudz, dobrze jest miec taki plaszcz, z takimi plamami nafty, zbyt szeroki w ramionach, zbyt dlugi, brudny, stary plaszcz, w ktorym wygladasz paskudnie, ktory dodaje ci z dziesiec lat, a moze i wiecej. Glowa do gory, Annelise, nie marudz, ten plaszcz czuwa nad toba, troszczy sie o ciebie, a ty - niewdzieczna - pragniesz jego pohanbienia na stosie szmat w furgonie Johanna Lietza, ktory czasem zajezdza na Hundegasse 12 po to, by zabrac stare ubrania dla firmy papierniczej w Marienwerder. Jak mozesz, Annelise!"

Prawdziwy spokoj zachowywaly tylko monety z grubego zlota, obraczki, pierscionki, lancuszki, krzyzyki, zlote dolarowki, rublowe swinki, polskie srebrnozlotowki, gdanskie guldeny, medale wybite przez miasto z okazji wizyt krolow. Wiedzialy, ze ocali je kolnierz, w ktorym zostana zaszyte, ze owiniete w wata (by nie brzeknely, w chwili gdy zblizy sie smierc) przespia setki kilometrow w wydrazonym obcasie. Bambusowa laska pana Rotke drzemala w stojaku kolo drzwi przy Jopengasse 4, pewna, ze, gdy nadejdzie chwila, utona w niej ruloniki monet, przybite pakulowym stemplem.

Kuchenne noze, obojetne na wszystko, z pusta rezygnacja postukiwaly na debowych stolnicach. Te o szpiczastych koncach czekala przyszlosc niepewna (kto je mial przy sobie, byl blizej smierci), te o koncach zaokraglonych, ktorymi nie mozna bylo zadac ciosu, mialy przed soba dlugie lata rozmow z warzywami. Gluchym snem na dnie szuflad spaly blaszane lyzki i widelce, gotowe bez sprzeciwu maszerowac wiele mroznych dni i nocy w byle cholewie. Blaszane talerze, przez lata spychane w kat kuchni, skrzeczacym brzekiem drwily sobie w zlewie u Mertenbachow na Breitgasse 29 z misnienskiej porcelany, ktora zza krysztalowych szybek kredensu odpowiadala na zniewage pogardliwym lsnieniem kobaltu i zlota.

Slonce, ktore co rano wynurzalo sie z morza za polwyspem i co wieczor osuwalo sie - wyczerpane do cna uplywem swiatla - za morenowe wzgorza, za Karlsberg, za wieze Katedry, bylo tylko sloncem, niczym wiecej, choc na obrazie Memlinga, na ktorym archaniol Michal oddzielal ocalonych od przeznaczonych na zatracenie, palily sie juz jasne obloki. Ktoz z nas czul, ze miasto wolno pedzac w strone blasku, w strone skwierczacego ognia, w strone dymu plonacej smoly, w strone pylu pokruszonej cegly, w strone okruchow strzaskanego kamienia, zweglonego plotna, spalonego jedwabiu, porwanego papieru, pekajacego drewna, rozsypujacego sie marmuru, topniejacej miedzi. Pani Bierenstein brala w palce blekitny bilet do Teatru Miejskiego, by sprawdzic, jaki ma numer miejsca, Pan Kohl naciagal na dlonie miekkie rekawiczki z zoltego zamszu i wychodzac z domu poprawial spinki przy mankietach, Gunter Henecke przegladal zawartosc pugilaresu, w ktorym polyskiwaly fotografie pieknych statystek z przedstawienia Lohengrina, sluzaca Alberta Forstera polerowala niebieska kreda naczynia z ciemnego srebra, Hanemann ukladal ksiazki na dolnej polce szafy z krysztalowymi szybkami, Alfred Rotke z westchnieniem ulgi spalal weksle nad plomykiem zapalniczki z herbem Berlina, Martin Retz skladal swoj podpis na formularzu policyjnym, zas w niedziele, okolo trzeciej, piaszczysta sciezka wyplukana przez deszcze, corki Wallmanow, Ewa i Maria, w bialych sukniach z koronka, machajac zwinietymi parasolkami i przytrzymujac na glowach kapelusze, ktore przechylal slony wiatr od zatoki, wspinaly sie z matka na trawiaste stoki Bischofsbergu, by zobaczyc miasto.



A miasto rozposcieralo sie w dole, ciemnobrazowe, strzelajace odblaskami z otwieranych okien, snujace wiotka pajeczyne dymow nad wysokimi kominami z poczernialej cegly. Kafar firmy Lehra z Dresden powoli posapywal w glebi wykopu dawnej fosy, nad Brama Wyzynna przelatywalo stadko golebi, a kiedy przysloniwszy oczy wpatrywalismy sie w daleki horyzont poprzecinany wiezami Sw. Katarzyny, malego i duzego Rathausu, kopula synagogi i zebatym konturem Sw. Trojcy, widzielismy za mgielka ciemna smuge morza, ciagnaca sie od mierzei do urwisk Orlowa, i wiedzielismy, ze miasto stac bedzie wiecznie.







Copyright © 1997-1999 Zwoje