Jan Lebenstein nie żyje


NAZYWAŁ SIEBIE ŚWIADKIEM





MONIKA MAŁKOWSKA



Jego ostatnimi pracami były okładki do opowiadań zebranych Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, wydanych w maju 1999, oraz ilustracje do Rzeczpospolitej.



Jan Lebenstein: Ilustracja do opowiadania Gustawa Herlinga-Grudzińskiego Szczyt lata

Żył 69 lat. Jego dorobek malarski i rysunkowy był jednym z najbardziej osobliwych zjawisk w panoramie współczesnej sztuki europejskiej. Bardzo wcześnie określił swe zamiłowania, jednak zrealizować je mógł dopiero po wojnie, najpierw w warszawskim Liceum Sztuk Plastycznych, później w stołecznej Akademii Sztuk Pięknych, gdzie za mistrzów miał kolejno profesorów: Tomorowicza, Eibischa i Nachta-Samborskiego. Jego seria Figur kreślonych na papierze milimetrowym - z roku 1955 to pierwszy znakomity, wyróżniający się oryginalnością cykl. W drugiej połowie lat 50., choć brał udział w wystawach malarzy nowoczesnych, nie wiązał się z żadnym z ugrupowań. Ważnym przeżyciem stała się dlań pierwsza podróż do Paryża, odkrycie w Luwrze zbiorów sztuki asyryjskiej, sumeryjskiej, babilońskiej. Przez kilka lat czerpał z nich inspiracje.

Od początku dokonaniom Lebensteina towarzyszyły entuzjastyczne opinie krytyki. Aleksander Wojciechowski pisał o nim w roku 1959:

Lebenstein, jako pierwszy z naszych twórców, podjął śmiałą próbę wybudowania obrazów 'organicznych,' konkretnych, zmysłowych, pokazujących przede wszystkim to, co pierwotne i fizyczne, pełnych wiary w siłę żywotną materii. Doszedł więc do punktu, od którego rozpocząć się może malarstwo przyszłości - sztuka 'nowego naturyzmu.'

Kiedy w 1959 roku przyznano mu Grand Prix na pierwszym Biennale Młodych w Paryżu, artysta, liczący wówczas 29 lat, podjął decyzję o emigracji z Polski. Przyczyny zamieszkania na stałe w Paryżu tak uzasadniał: "Środowisko warszawskie, w którym żyłem, było zapleśniałe. To, co się ukazało po rozluźnieniu gorsetu socrealistycznego, było zasklepione w poglądach, ocenach, hierarchiach. No i wokół ten peerelowski zapaszek. Ja się w tym dusiłem.

Mimo powodzenia i życzliwości wielu ludzi z trudem znosił konsekwencje emigracji. Świadczą o tym jego słowa z wywiadu dla Rzeczpospolitej: "Wolność jest związana z siłą woli. Wolność nie przychodzi sama, za to się bardzo ciężko płaci. Przynajmniej w życiu." Związał się ze środowiskiem paryskiej Kultury, jego wybory polityczne i przyjaźnie przez lata skazywały go na nieobecność w oficjalnym życiu artystycznym w Polsce. Dopiero w połowie lat 70. Muzeum Narodowe we Wrocławiu przypomniało jego prace pozostawione w Polsce, uzupełnione gwaszami i grafikami z lat późniejszych. Natomiast w 1986 roku Muzeum Archidiecezji Warszawskiej zaprezentowało serie ilustracji do Księgi Hioba i Apokalipsy. Można było przypuszczać, że Lebenstein skoncentrował się wyłącznie na ilustracji. Nic bardziej błędnego. Mówił o tym w wywiadzie udzielonym w ubiegłym roku Rzeczpospolitej:

W pewnym momencie zaczęto robić ze mnie ilustratora. Duża pomyłka! Nie jestem ani z powołania, ani z zawodu ilustratorem. Ilustruję głównie jakieś rzeczy przyjaciół. Teksty, które są znaczące, duchowo mi bliskie, a nie od Sasa do Lasa.
Cały dorobek mistrza poznaliśmy dopiero w 1992 roku, dzięki retrospektywie zorganizowanej w warszawskiej "Zachęcie." Była to też okazja do przypomnienia jego drogi życiowej. Oczywiście w przeglądzie nie mogło zabraknąć Figur osiowych eksponowanych w liczących się paryskich galeriach w końcu lat 50. To one przyniosły młodemu artyście rozgłos. Ukoronowaniem sukcesu była wystawa w Musée d'Art Moderne de la Ville de Paris i poparcie ze strony Jeana Cassou, wielkiego autorytetu krytyki francuskiej.

Rok później obrazy osiowe zostały zaprezentowane w Nowym Jorku i przyjęte z ogromnym aplauzem. Podróż artysty do USA zaowocowała przyjaźnią i współpracą z Czesławem Miłoszem, spotkanym poprzednio w Paryżu. Hołdem złożonym poecie stał się cykl ilustracji do Księgi Hioba i Apokalipsy Św. Jana w przekładzie Miłosza. Pierwsza z wymienionych edycji ukazała się na siedemdziesięciolecie noblisty.

W latach 60. sztuka Lebensteina przeszła znaczącą transformację. Figury osiowe przeobraziły się w struktury horyzontalne. W 1964 roku powstało słynne Bestiarium - cykl określany jako "swoisty barok nałożony na archaizm." Wystawę tych i wcześniejszych prac w Kolonii otwierał Günther Grass. To jeden z pisarzy, którzy stali się duchowymi towarzyszami artysty. Oprócz Herlinga-Grudzińskiego i Miłosza ważną i bliską osobą był dla Lebensteina także Konstanty Jeleński.



Jan Lebenstein: Ilustracja do opowiadania Gustawa Herlinga-Grudzińskiego
Srebrna szkatułka

Przez całe życie wyobraźnię Lebensteina ożywiała literatura, szczególnie ta o bliskim mu klimacie intelektualnym. I tak Folwark zwierzęcy Orwella przyczynił się do powstania cyklu gwaszy, a następnie obrazów. Poprzedziły one późniejsze cykle, takie jak Sweety Bar, czyli Inferno, Barque de Charon. W tych "piekielnych" przedstawieniach autor odwoływał się niekiedy do mitologii klasycznej, ale też tworzył własną wersję pozaziemskich bytów.

Pytany o powody przedstawiania demonicznej, przygnębiającej wizji świata i ludzi, malarz odpowiadał:

Nie jestem moralistą. To byłoby tak, jakbym straszył, aby ludzi poprawiać. Nic takiego. Dziwka i tak będzie dziwka. Nie jestem jednak także katastrofistą. Nie obawiam się jakiegoś procesu, który rozwija się ku fatalnemu kresowi. Nazwałbym siebie świadkiem. Daję świadectwo temu, czego doświadczam, i robię to tak, jak doświadczam.
Potwierdzeniem tego wyznania był kolejny zwrot w sztuce artysty. W 1982 roku, podczas jednej z licznych podróży do Stanów Zjednoczonych, Lebenstein, zafascynowany pejzażem Wielkiego Kanionu, powrócił po wieloletniej przerwie do pracy z natury. Następnym ważnym etapem w dziele artysty stało się spotkanie ze sztuką hellenistyczną - po zwiedzeniu muzeów berlińskich powstał cykl Pergamonów.



Jan Lebenstein: Ilustracja do opowiadania Gustawa Herlinga-Grudzińskiego
Wieża

Polska publiczność mogła zapoznać się z twórczością Lebensteina i zachodzącymi w niej przeobrażeniami dzięki wspomnianej retrospektywie w Galerii Zachęta (1992). Ten pokaz okazał się triumfalnym powrotem wielkiego talentu i osobowości, ważnym wydarzeniem w naszym życiu artystycznym. Lebenstein znów zaistniał w powszechnej świadomości; stał się odkryciem dla młodszych pokoleń. Jego rangę w polskiej kulturze potwierdzono oficjalnym aktem: w roku 1998 artystę odznaczono Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski.

Twórczość Lebensteina nieustannie zadziwiała krytyków i publiczność swą zmiennością. Rozwijała się skokowo, etapami, jakby na przekór głównym tendencjom najnowszej sztuki. Odpowiedź na pytania, dlaczego artysta nie poprzestał na jednej, wypracowanej i wyróżniającej go stylistyce, daje wystawa Etapy. Pokazywana najpierw w Instytucie Polskim w Paryżu, od marca tego roku odbywa tournée po polskich muzeach. W katalogu do niej znalazły się takie słowa autora:

Etapy to określenie zamkniętych dla mnie okresów, które nie były identyczne. Dlatego nie było identyczne moje malowanie. Zrozumiałem, że przy każdej większej przygodzie duchowej podlegałem pewnym koniecznościom, które były po prostu związane i z moim życiem, i ze zmieniającym się wokół otoczeniem.


Plus Minus, Warszawa, 29 maja 1999







Copyright © 1997-2007 Zwoje