
Marek Jabłoński: Oh, to tak trudno powiedzieć. Czego można spodziewać się od człowieka, który urodził się w 1939 roku w Polsce? Tamte czasy, które przeżyłem jako dziecko, przetłumaczyły się w wyrażenie tego, o co chodziło Chopinowi, jakie było jego przesłanie o tym się działo i zawsze dzieje w Polsce.
Chociaż jestem tak samo przywiązany do Beethovena, do
Schuberta specjalnie, do rozmaitej innej muzyki, Chopin daje mi katharsis,
oczyszczenie, jak żaden inny kompozytor.

AMK: Ale Ciebie również powiązano z Chopinem... Pewien poważny krytyk angielski nazwał Cię "A Chopin player of real distinction."
MJ: Powiązano mnie, bo mam polskie nazwisko, urodziłem się w Polsce. Coś zaszło w jedną i drugą stronę, coś poszło ode mnie, coś od innych, a potem po prostu zaczęli wymagać ode mnie, żebym grał więcej i więcej Chopina. Nauczyłem się całego repertuaru i gram to.
AMK: Co z Chopina jest tym najważniejszym dla Ciebie?
MJ: Mazurki są najpiękniejszą muzyką Chopina. Mazurki są...
AMK: Najbardziej polskie?
MJ: Nie tylko polskie. O to właśnie chodzi. Ta polskość, owszem, w Mazurkach jest, ale jeżeli chodzi o czystą muzykę, to w Mazurkach Chopin wynalazł coś nowego, coś oryginalnego. Pisał Mazurki – tak jak Bach pisał Preludia i Fugi – przez całe życie. W Mazurkach jest czysta muzyka, to nie jest fortepian, to jest czysta muzyka, przepiękna. Jak człowiek popatrzy uważnie na te utwory, jak widzi jaki niesamowicie piękny jest ich wyraz, jakie piękne dźwięki, jakie piękne dysonanse, to zrozumie że jest to coś, co będzie trwało i trwało i trwało, nie tylko w Polsce, ale wszędzie. Coś przepięknego.
Jest mi przykro, że Mazurki stały się skomercjalizowane. Rozmawiałem niedawno z kimś, kto przyjechał z Polski. Ta osoba powiedziała mi: "w Polsce Mazurki to już nie jest muzyka poważna, to jest już folklor". Bardzo mnie to zabolało, bo nie jest tak! Są to rzeczy, które zawsze przeżyją. To nie jest moda. Może Polacy mają jakieś kompleksy, żeby być au courant tego, co się dzieje, w muzyce też. To dobrze, ale myślę, że trzeba uwierzyć, że Mazurki są na zawsze.
AMK: Powiedziałeś na początku, że w Chopinie ta Twoja Polska najbardziej się odbiła. To brzmi może nieco młodopolsko, taki Szopen a Naród, jak to Przybyszewski wymyślnie pisał.
MJ: Wiesz, to nie tyle chodzi o Polskę ani o rozmaite cechy narodu polskiego. To chodzi o to, jakie są te charakterystyki polskie, które są bardzo ważne dla wszystkich, wszędzie, światowe. Chodzi o uniwersalną walkę o prawdę, o sprawiedliwość, o piękno, o małą tolerancję dla miernoty.
AMK: Wróćmy do Twojego dzieciństwa w Krakowie. Czy okupacja, a potem wymuszone granie dla enkawudzistów, którzy kwaterowali obok Twojej matki i Ciebie na ul. Sienkiewicza, tkwią w Tobie?
MJ: Naturalnie. Ale co tkwi we mnie bardziej, to to, że uciekając z Polski jako dziecko w roku 1947, nie przeżyłem najgorszego – tego co stało się tam później, tej najbardziej ciemnej historii, którą Polacy przecierpieli. Czuję trochę dumy, że mam z tym, co Polacy przeżyli, coś wspólnego, chociaż wiem dobrze, że te moje przeżycia to było nic. Kiedy w latach siedemdziesiątych byłem na tournée w Rosji Sowieckiej, bardzo mi tam dokuczali, bo byłem Polakiem, który wybił się na Zachodzie. Wiesz, zrozumiałem wtedy co to znaczy być Polakiem w Rosji. Ale nie zdołałem tego nikomu wytłumaczyć, ani tam kanadyjskiemu attaché w Rosji, ani później tutaj w Kanadzie, ani w Ameryce.
AMK: Jakie masz wspomnienia z okresu wczesnej młodości i początków Twojej kariery tutaj w Edmonton?
MJ: Bardzo miłe. Wszyscy byli dla mnie bardzo dobrzy. Miałem 10 lat kiedy przyjechaliśmy do Edmonton. Polacy i cała społeczność nie polska w Edmonton zrobili dla mnie bardzo dużo. Byłem młodym chłopakiem, który dążył do tego żeby wyjechać do Nowego Jorku. W domu nie było żadnych pieniędzy. Ludzie zebrali potrzebne pieniądze, bezinteresownie, po prostu zebrali. Pamiętam na przykład, że pewna rodzina żydowska poszła do ministra rządu Alberty, który był Ukraińcem. On ich zapytał: "why are you doing this, he is not Jewish, is he?" A oni na to: "because he is talented". Również Giro Club dopomógł mi bardzo w tym wyjeździe.
Wzruszające, piękne przeżycie miałem w 1989 roku. Odwiedziłem śmiertelnie chorego Jana Bednarskiego. Znał mnie od 1947 roku, jeszcze z Włoch, z II Korpusu, gdzie przyjechałem z matką z Krakowa. Poprosił mnie: "Mareczku, zagraj mi jeszcze coś." Zagrałem mu na pianinie kilka Mazurków. Rozpłakał się. To było najbardziej szczere. Widziałem go wtedy ostatni raz. Właśnie takie rzeczy są piękne.
AMK: Wróćmy do muzyki. Czyje jeszcze utwory grasz?
MJ: Uwielbiam Schuberta. Schubert to jest Chopin wiedeński. Czysta dusza. Zawsze żartuję, że kiedy gram Schuberta, to proszę Chopina, żeby to zrozumiał. Gram też Brahmsa – piękny. Prawie wszystkie Sonaty i Koncerty fortepianowe Beethovena. Przed laty miałem w Toronto wspaniałe spotkanie z Glenem Gould'em. Zaprosił mnie do swojego mieszkania i powiedział: "słyszałem, że za kilka tygodni masz grać III Koncert Beethovena. Może zagramy razem?" Usiadł do fortepianu i zagrał pełną partyturę orkiestry, na pamięć, ja grałem tylko część solo. To było niesamowite, całą partyturę! To był prawdziwy geniusz. Po takim doświadczeniu człowiek może siebie zapytać: co ja właściwie robię?
AMK: Marku, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Twoja kariera została w jakiś sposób zahamowana.
MJ: Naumyślnie, Andrzeju. Kariera pianisty to jest jedna rzecz, a uczucia osobiste wobec muzyki to całkiem inna sprawa. W roku 1980 zdałem sobie sprawę z tego, że ja za dużo gram, gram, gram, po całej Kanadzie, po świecie – koncerty, koncerty, koncerty. To nie była moja odpowiedź. Pełne moje uczucie i mój wyraz muzyczny w tym się nie uwidaczniały. Miałem poczucie, że ja kłamię. Wycofałem się z tego. Oprócz uczenia innych i nielicznych koncertów, te wszystkie lata poświęcam na to, aby dać coś z siebie, aby znaleźć jakąś moją szczerą prawdę muzyczną.
AMK: Wyrażoną czym? Graniem?
MJ: Graniem, owszem. Ale po co? Co
jest w tej muzyce? Siedzę teraz przy tym fortepianie całe noce i zaczyna mi
się rodzić coś nowego, coś poważnego.

MJ: Do grania, oczywiście. Ale jak, kiedy? Nie chcę być jak w domu marionetek, tą marionetką, którą pociągają w tą albo tamtą stronę, żeby grała. Najważniejsze jest to co ja mam w tym do powiedzenia. Będę grał kiedy mi się podoba i jak mi się podoba. Żeby dojść do tego, trzeba siedzieć, grać i dojrzeć. Wycofać się z tego straszliwego komercjalizmu, nie pójść w stronę modnego grania, ale znaleźć w sobie coś, co jest prawdziwego jeżeli chodzi o muzykę, nie tylko zresztą Chopina.
AMK: Nowy przełom w Twojej karierze? Podobnie jak w 1964 roku Londynie, kiedy studiowałeś. W pewnym momencie przerwałeś to, wyjechałeś do Włoch i zacząłeś uczyć się sam. Czyż to nie było podobnie?
MJ: Tak, to było to samo, myślę, że jeszcze bardziej. Tamto mnie doprowadziło do mojego Chopina. Ja myślę, że każdy artysta, jeżeli jako tako rozumie, że go nie stać na coś, to musi się po prostu wycofać co jakiś czas. Ale świat komercjalny tego nie uznaje, zawsze mogą kupić kogoś innego. "Market value" nie jest dla mnie celem. Mnie chodzi o coś bardziej wartościowego, prawdziwego.
AMK: Z pianistą jest chyba tak, że pianista dojrzewa, jeżeli żyje wystarczająco długo. Taki Artur Rubinstein...
MJ: Tak. Rubinstein wiedział, kiedy znowu zacząć uczyć się samemu. Wielokrotnie mi mówił: "nie potrzebujesz profesora, musisz sam siebie słuchać, to jest najważniejsze, nikt ci tego nie powie". Rozmawialiśmy zawsze po polsku, bardzo szczycił się swoją polskością. Było znakomicie.
Rubinstein grał inaczej w młodości, inaczej później, coraz lepiej. Prawdziwie kochał muzykę. Pamiętam, jak kiedyś siedziałem w jego mieszkaniu w Nowym Jorku i grałem mu coś. Potem on mi zagrał kilka tych samych utworów. Jakiż ten człowiek miał piękny dźwięk! Dźwięk jest jak podpis człowieka, pismo.
AMK: No dobrze, ale dźwięk w końcu wychodzi z maszyny, wszak fortepian jest maszyną.
MJ: Właśnie, że nie jest tak! Dźwięk wychodzi z człowieka! Człowiek dotyka maszyny i wtedy zachodzi coś bardzo tajemniczego. Dźwięk wraca do człowieka i teraz od tych dwojga – człowieka i maszyny – wychodzi ten dźwięk. Takie sprzężenie zwrotne. To jest nie do wytłumaczenia, to są siły, których jeszcze nie rozumiemy. Można przecież brzdąknąć w fortepian z taką samą siłą, ale jeżeli człowiek nie jest w tym dźwięku, nie skupi się, to nic to nie znaczy. Ale jeżeli człowiek się w tym skoncentruje i znaczy to coś dla niego, to ten dźwięk wychodzi zupełnie inaczej. To zależy od siły koncentracji i od tego, co ten człowiek ma do powiedzenia. Ja Cię kiedyś przekonam. "Magic."
AMK: Czy chciałbyś mieć teraz koncerty w Polsce?
MJ: Naturalnie, ale nie chciałbym żeby koło tego była taka aura, że „on wraca..." Pierwszą rzeczą jest muzyka, piękno, pasja.... Byłoby mi bardzo przyjemnie zagrać w Polsce w jakiejś dobrej sali koncertowej.
AMK: Zajmujesz się uczeniem muzyki jako profesor w Department of Music, University of Alberta. Co Cię w tym pociąga?
MJ: Kocham młodych ludzi. Bardzo mi jest przyjemnie przekazać komuś coś z mojego doświadczenia. Wielu jest ludzi, którzy grają, wielu jest młodych, którzy grają i grają na fortepianie i grają wspaniale, ale raz na jakiś czas człowiek trafi na jakąś młodą duszę, która ma prawdziwe natchnienia artysty, spotka jakieś złoto. Daje mi ogromną satysfakcję, jeżeli mogę takiemu człowiekowi coś z siebie dać.
AMK: Po czym rozpoznajesz takiego człowieka?
MJ: Eee... To jest "instant", natychmiastowe. To się od razu słyszy, widzi tę prawdziwość uczucia. Taki młody człowiek ma coś od siebie do powiedzenia, głębokiego. Ma pasję do muzyki, "a soul brother", bratnia dusza.
AMK: Powiedz jeszcze jedno. Jak człowiek
coś pisze, to zostają po nim słowa, po kompozytorze zostają nuty, po
pianistach i orkiestrach od pewnego czasu zostają nagrania...

AMK: Niebywała jest Twoja pamięć muzyczna. Bo to nie jest tak jak nauczenie się wiersza na pamięć, to jest nauczenie się tysięcy nut, tysięcy dźwięków, tempa i siły uderzenia.
MJ: Jeżeli coś jest bardzo ważne dla człowieka, to zawsze to zapamięta. To bardzo dobrze robi na mózg. Reszta – to jest technika.
Czasem młodzi ludzie mnie pytają – o co chodzi w karierze muzycznej? A ja ich pytam – a co ty byś chciał najbardziej? Po co prowadzisz życie? Odpowiedzi zwykle są: status, prestiż, szczęśliwość, zdrowie. Ludzie wydają grube pieniądze, żeby to wszystko kupić. Ale można dojść do tego również i przez sztukę, karierę artystyczną i pasję. Mam na przykład w Toronto ucznia, Hiszpana, który niedawno specjalnie poleciał do Polski, żeby odbyć dziesięciominutową rozmowę z Szymborską. Pasja.
AMK: Tak, pasja...
Edmonton, AB, Kanada, luty 1997
fot. Andrzej Kobos

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||