WIRTUOZ I PRZYJACIEL
MAREK JABŁOŃSKI (1939-1999)





ANDRZEJ M. KOBOS


Dobranoc Marku lampę zgaś

(Zbigniew Herbert)


8 maja 1999 roku zmarł w Edmonton, Alberta, Canada, Marek Jabłoński, znakomity pianista koncertowy, profesor muzyki na Uniwersytecie Alberty. Miał 59 lat. Marek odszedł, ja straciłem Przyjaciela.

Marek Jabłoński urodził się w Krakowie 5 listopada 1939 roku, gdy jego ojciec był gdzieś na wojnie (wówczas w drodze do Syrii, potem w Tobruku i pod Monte Cassino). Marek wyjechał z matką z Krakowa w 1947 roku i wtedy dopiero zobaczył ojca we Włoszech, i... nie wiedział jak zwracać się do niego. W roku 1949, Jabłońscy wyemigrowali z Anglii do Kanady i osiedlili się w Edmonton w Albercie.

Marek był pianistycznie "cudownym dzieckiem", najpierw w Krakowie, a potem na drugim końcu świata w Edmonton. W styczniu 1955, Artur Rubinstein przebywający w Edmonton, wysłuchawszy gry Marka, przepowiedział mu wielką karierę. Wspomagany przez wygrane stypendia i różne organizacje (przede wszystkim niepolskie), Marek studiował grę na fortepianie początkowo w Calgary i Banff u Gladys Egbert, następnie w Aspen School of Music u Dimitri Mitropoulosa, później przez pięć lat w bardzo renomowanej Julliard School of Music w Nowym Jorku u Rosiny Lhevinne i w końcu w Londynie u Ilony Kabos.




W roku 1963 zniknął z Londynu, zaszył się we Włoszech, koło Bergamo. Był to przełom w jego rozwoju; przyszła dojrzałość artystyczna, nauczył się swojego repertuaru, przede wszystkim Chopina. Wtedy rozpoczęła się jego kariera.

Nie powiodło się Markowi w Konkursie Chopinowskim w Warszawie w roku 1965; z powodu niespodziewanej niedyspozycji psychicznej odpadł na III etapie mimo, iż zajął wysokie miejsce. Oto kruchość pianisty; jeszcze niedługo przed śmiercią wspominał, że nigdy nie grał tak źle jak owego dnia.


* * *


Od debiutów w latach 1960. w Place Des Arts w Montrealu, Salle Gavaux w Paryżu, Grossemusikvereinsaal w Wiedniu, w Wigmore Hall w Londynie, Carnegie Hall w Nowym Jorku, w Verdi Conservatorio w Mediolanie, aż do śmierci, Marek Jabłoński był uważany za koncertowego pianistę w linii wielkiej tradycji, inteligentnego i wrażliwego, który miał wiele do powiedzenia – za jednego z wielkich współczesnych interpretatorów Chopina, rzec można w stylu Artura Rubinsteina, którego zresztą przez krótko był uczniem w Nowym Jorku. Pracował i koncertował z takimi dyrygentami jak Pierre Monteux i Kiril Koudrashin. W Carnegie Hall grał z Zubinem Mehtą na dyrygenckim podium.




Marek Jabłoński koncertował w Kanadzie (z każdą ważną orkiestrą w tym kraju), Stanach Zjednoczonych, Europie (we wszystkich istotnych muzycznych centrach: w Paryżu, Wiedniu, Londynie, Amsterdamie, Berlinie, Brukseli, Madrycie), w Południowej Ameryce, miał nawet kiedyś tournée w Związku Sowieckim (które zresztą od strony niemuzycznej wspominał niemiło). Grał bardzo wiele Chopina, ale nie tylko. Także Schuberta (żartował, że ilekroć grał Schuberta, to prosił Chopina o wyrozumienie), Brahmsa, Liszta, Beethovena, Mozarta, Rachmaninowa, Albineza, Szymanowskiego. Jednakże Chopin (w szczególności ukochane Mazurki, Scherza i Polonezy) niezmiennie pozostawał trzonem jego repertuaru. Chopin Marka Jabłońskiego.

Od lat przestał dbać o rozgłos. Nie był w stanie znieść wymogów komercjalizowania nawet muzyki klasycznej. Załamało się jego życie osobiste, a równocześnie wielka kariera koncertowa.

Marek Jabłoński był wybitnym pedagogiem, znakomitym profesorem fortepianu, znanym w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych i w Europie. Przez wiele lat prowadził Master Classes w The Royal Conservatory of Music w Toronto, The Banff Centre for the Arts w Banff (gdzie był "gościnnym artystą" przez 24 lata), Montrealu, The Peabody Conservatory w Baltimore, w Bergamo we Włoszech, i na wyspie Corfu w Grecji.

Był długoletnim nauczycielem wielu wybitnych młodszych koncertowych pianistów, takich jak Jon Kimura Parker, Kevin Fitzgerald, Bernadene Blaha i Francine Kay. Wszyscy oni przypisują swoje sukcesy nauce jaką pobrali u Marka Jabłońskiego. Jon Kimura Parker, w czerwcu 1996 z podium Carnegie Hall, powiedział przed recitalem poświęconym Banff Centre: "Dla jednej rzeczy przyjeżdżałem do Banff Centre przez wiele lat pod rząd: dla sposobności uczenia się pod kierunkiem jednego z czołowych propagatorów muzyki Chopina w świecie – Marka Jabłońskiego".




Od roku 1993, Marek Jabłoński był Profesorem Muzyki w Department of Music, University of Alberta. Wrócił do miasta, które właściwie stało się jego rodzinnym miastem, miejscem zakotwiczenia w niewielkim, starym domu po rodzicach.

Marek kochał młodych ludzi, niezależnie od ich narodowości, a oni kochali jego. Kochał przekazywanie im swojej wirtuozerii, doświadczenia i interpretacji muzyki. Rozpoznawał momentalnie ich talent albo jego brak, szczerość muzyczną. W 1996 roku jedna z akademickich recenzji o Jabłońskim w University of Alberta zawierała zdanie: "He is a rare and invaluable asset for this university. He has an inquisitive mind and is a wizard as communicator". ("Jest on rzadkim i bezcennym zasobem tego uniwersytetu. Ma dociekliwy umysł i jest czarodziejem przekazu".) Marek był "duchowym autorytetem" w Department of Music. W ostatnich latach, kilkoro świetnie zapowiadających się pianistów koncertowych było uczniami Marka na Uniwersytecie Alberty. Przyjeżdżali specjalnie z Kanady, Europy, Japonii, Stanów Zjednoczonych, żeby uczyć się u Jabłońskiego.


* * *




Kim Marek Jabłoński był pianistycznie, świadczą recenzje poważnych krytyków:

* * *


Teraz, gdy wszystko to skończyło się i jest zamkniętą już przeszłością, chcę rzucić kilka moich impresji z mojej przyjaźni z Markiem. Zaczęła się nasza przyjaźń w Edmonton, w roku 1994, kiedy redagowałem książkę o Polonii w Albercie na stulecie polskiego osadnictwa w tej kanadyjskiej prowincji na Preriach pod Górami Skalistymi. Jolanta Pękacz miała napisać do tej książki o Marku Jabłońskim. Razem spotkaliśmy się z Markiem.

Wśród przyjaźni w moim życiu, prawdziwy dar przyjaźni z Markiem cenię sobie niezwykle wysoko. Z Markiem łączyła mnie głęboka, szczera, niesentymentalna, ale równocześnie wrażliwa, niezawodna, męska przyjaźń. Miała ona składnik intelektualny i osobisty. Marek pogłębił u mnie poczucie piękna, piękna muzyki, piękna przyrody, piękna życia.

Muzyka wypełniała prawie cały świat, całe życie Marka, niewiele poza nią go obchodziło i wydawało się dotyczyć. Gra na fortepianie była jego największą i być może jedyną prawdziwą miłością, pasją, wytchnieniem. Jak mówił, Chopin był jego katharsis – oczyszczeniem. Widział w Chopinie uniwersalne wartości. Gdy charakterystycznie, raczej powoli opuszczał dłonie i uderzał w klawisze fortepianu, często przy tym poruszając bezgłośnie wargami, rozpoczynały się czary, magia, która opanowywała jego i słuchaczy. Czar jego interpretacji Chopina był zniewalający, interpretacji być może sentymentalnej, ale i dynamicznej, z potężnym dźwiękiem. Ten człowiek wewnętrznie czuł Chopina, muzykę, fortepian. Jak u wielkich pianistów, dźwięk jego fortepianu wychodził z niego samego, był jego unikalnym, wyróżniającym go podpisem. Jego pamięć muzyczna była imponująca.

Pamiętam, we wrześniu 1997 roku przyjechał do mnie około północy. Pojechaliśmy do Convocation Hall – sali koncertowej na Uniwersytecie Alberty. Marek, ubrany koncertowo, zagrał mnie jednemu prawie pełny koncert Chopina, w pustej, ciemnej sali, ze światłem tylko na podium. Było w tym coś z ekstatycznego surrealizmu, innej rzeczywistości. Robiłem mu zdjęcia, ale, zaczarowany, przegapiłem kilka fotogenicznych momentów.






Oczywiście, w naszej przyjaźni był poważny składnik polski. Rozmawialiśmy niemal wyłącznie po polsku. Marek miał przyjaciół Kanadyjczyków, Amerykanów, Włochów, Żydów, Greków, Hiszpanów, Japończyków. Ja byłem jednym z bardzo nielicznych jego przyjaciół-Polaków. Marek czuł się Polakiem, a równocześnie Kanadyjczykiem. Kochał Włochy, w szczególności północne: Bergamo, Mediolan. Jasne jednak było, iż jego traumatyczne dzieciństwo w Krakowie pod okupacją najpierw niemiecką a potem sowiecką, wycisnęło na nim niezatarte piętno, doprowadziło do jego raczej martyrologicznego pojmowania polskości. Z sentymentem wspominał kpt. Jana Bednarskiego, VM, bohatera spod Monte Cassino i Linii Gothów we Włoszech, który śmiertelnie chory, prosił go: "Zagraj mi jeszcze Mareczku..." Marek wracał do swojej polskości, był z niej dumny, w ostatnich latach silniej niż przedtem.

Czytał dużo, interesował się historią Polski, szczególnie okresu wojennego i tuż powojennego, terrorem nazistowskim i komunistycznym, Zagładą Żydów. Ostatnie książki, które pożyczył ode mnie w marcu 1999 były właśnie o tych sprawach. Prawdziwa, ozdobna ciupaga góralska, którą przywiózł mu z Polski mój przyjaciel Rafał Dymarz, po operacji służyła mu wszędzie za laskę, zarówno na codzień, jak i przy podchodzeniu do fortepianu na koncercie. Zawieszał ją na bocznej ścianie klawiatury fortepianu. Bardzo zasmucił się jej zgubieniem, na kilka miesięcy przed śmiercią. Był niepocieszony. Kupił jakąś podobną, ale już nie taką.

Marek kochał miasta. Niezależnie od tego, czy były to stare miasta włoskie, czy Toronto, Vancouver, Montreal, albo nie robiący na nim głębszego wrażenia, właściwie nowy Edmonton. Często mi mówił jak bardzo lubi w słoneczny dzień siedzieć w kafejce czy restauracyjce i, popijając kawę lub herbatę, patrzeć na grę słońca na szybie, na ludzi na zewnątrz, szczególnie na ludzi uśmiechniętych, rozweselonych. Spędzaliśmy długie godziny w zacisznym High Level Diner, na wysokim, południowym brzegu North Sakatchewan River. Niekiedy Marek rozkładał tam biuro, pisał. Lubił dobre jedzenie (potrawy włoskie w szczególności), chociaż jadł niewiele. Miał ogromne poczucie humoru, uwielbiał dowcipy i wesołe historyjki. Prosił rozmówców, "opowiedzcie coś wesołego". Ale miewał i okresy depresyjnej samotności, zamykał się, znikał.

Był człowiekiem o dociekliwym umyśle, niezwykle wrażliwym, delikatnym, wczuwającym się, czułym na kulturę i niuanse świata i ludzi, niekiedy rozdartym, uparcie samodzielnym. Nie tolerował miernoty, efekciarstwa i komercjalizmu w muzyce, i nie tylko w muzyce. Areligijny, miał swoją głęboką duchowość. Był pełnym pasji miłośnikiem piękna. Uwielbiał przyrodę, góry. Wolne chwile spędzał w Górach Skalistych. (Przez 24 lata był gościnnym artystą w The Banff Centre for the Arts.) Pamiętam, jak przed operacją w roku 1997 powiedział mi: "To nie może być tak szybko, ja chcę mieć czas, pojechać jeszcze w góry, usiąść nad rzeką, zobaczyć jeszcze zachód słońca, spojrzeć na drzewa".

Chorował ciężko przez ponad dwa lata. W kwietniu 1997 przeszedł rakową operację kręgosłupa. Podniósł się po tej operacji.

Z niedługimi przerwami Marek nadal uczył koncertowej gry na fortepianie na Uniwersytecie Alberty i w The Banff Centre for the Arts. Jeździł do Włoch, Toronto, Vancouver i Winnipegu.

W grudniu 1997 ja sam przeszedłem operację nogi, w kilka godzin po której zostałem odesłany ze szpitala do domu z nogą w gipsie. Dwie godziny później zjawił się u mnie Marek z 60 różami i stelażem do kuśtykania, który ja przyniosłem mu był po jego operacji. Nigdy wcześniej nie dostałem tylu róż i nigdy wcześniej nie odczułem tak silnej więzi z drugim człowiekiem, bliskim przyjacielem.

W lutym 1998 roku Marek zagrał ogromny koncert szopenowski w Convocation Hall Uniwersytetu Alberty, a później w kilku innych miejscach w Kanadzie. Podczas koncertu w Convocation Hall, ciupaga zwisała z otwartego fortepianu.

Uparcie walczył o życie. W najgorszych momentach był optymistą, chciał żyć, snuł plany koncertów, wierzył, że z tego wyjdzie.

W jesieni 1998 odwiozłem go w ciężkim stanie do Cross Cancer Institute w Edmonton. I z tego też się jeszcze podniósł. W listopadzie 1998 i lutym 1999 musiał odwołać koncerty w Edmonton. W pierwszym z tych koncertów miał grać w nowej, wspaniałej edmontońskiej sali koncertowej Winspear Centre partię fortepianową IV Symfonii Szymanowskiego z Edmontońską Orkiestrą Symfoniczną pod batutą Grzegorza Nowaka. Teraz obawiał się, że nie będzie mógł już dalej grać koncertowo, a "wtedy nie warto by już żyć". Jego wola życia była wprost niewiarygodna. Po chemoterapii przyjechał do mnie bez laski, w kaszkiecie. Powiedział radośnie od drzwi: – "Patrz, wyleczyli mnie".

Zaczął pisać o Chopinie, na początek o swoim pojmowaniu Polonezów, jako popowstaniowej walki Chopina o Polskę. Wygłosił o tym wykład na uniwersytecie, grając przy tym odpowiednie fragmenty Polonezów.

Pod koniec marca 1999 roku Marek zagrał jeszcze wspaniały koncert w Vancouver. Był to ostatni koncert Marka Jabłońskiego. Wrócił w zupełnie załamanym zdrowiu i już z tego nie wyszedł. 18 maja 1999 w tym samym Convocation Hall Uniwersytetu Alberty odbył się już tylko uroczysty Memorial Service po Nim.


* * *


W lutym 2000 w Winspear Centre w Edmonton odbył się uroczysty koncert ku pamięci Marka Jabłońskiego. Wystąpił na nim Jon Kimura Parker, uczeń Marka, najwybitniejszy pianista kanadyjski. Zanim zaczął grać sonatę Appassionata Beethovena, Jon powiedział sprzed fortepianu kilka słów o Marku. Wspomniał, że przed dwudziestu laty słuchał jak Marek zagrał Appassionatę w Banff Centre, Gdy Marek skończył zapytał go: "Jak gra się taki utwór, który, odkąd został napisany, grał każdy pianista?" Marek odpowiedział mu: "grasz to tak, jakbyś nigdy nie słyszał nikogo innego grającego to. Grasz to sobą". Jon powiedział dalej, że to właśnie wykonanie przez Marka Appassionaty zmieniło jego własne życie jako koncertowego pianisty. Tuż po śmierci Marka, Jon Kimura Parker napisał: "Marek nauczył mnie szanować i reagować na moje własne emocje i swobodnie wyrażać je w mojej grze".

Ja wierzę, że taka właśnie była esencja interpretacji muzyki przez Marka Jabłońskiego, a doprawdy całego jego życia, które wyłącznie wypełniła muzyka klasyczna.


* * *


W wyniku pewnego zbiegu okoliczności, nie byłem u Marka w jego najcięższe dni – ostatnie. Widziałem go w jego dni lepsze, dni przedostatnie. Takim, z tych dni, go zapamiętam. Marek powiedział mi kiedyś, że ludzka pamięć jest tym najważniejszym, co pozostaje po artyście-muzyku. Chopin Marka, "Fortepian" Marka, pozostanie w pamięci tych, którzy słuchali jego koncertów, jego uczniów i przyjaciół. Mojej między nimi.








Copyright © 1997-2007 Zwoje