
[...]
Pewnego razu rozchorowal sie Bartek na loznice, na tyfus, po ktorym mu na jakis czas jakby nogi odjelo i z poltora roku w lesie nie byl. Martwil sie o strzelby, ze sie ordzew chwyci, glod byl w chalupie, ledwie wytrwal.
Na koniec wyrwal sie do lasu, ku Holicy, gdzie najszacowniejsza dubeltowke schowana mial. Znalazl ja, oczyscil, oskrobal, nabil i ruszyl dalej w glab - gdy straszliwy jego oczom przedstawil sie widok, a stalo to sie tak nagle, ze zdawalo mu sie w pierwszym wrazeniu, iz na oczy jego padl czar. Oto cala ogromna przestrzen lasu lezala wyrabana. Pookrzesywane z konarow drzewa lezaly, jak okiem siegnac, zwalone.
Instynkt pchnal Bartka wstecz: cofnal sie w gaszcz ze strzelba.
Jak przed wezem jadowitym poczal uciekac. Oblecial po pod Holice, po pod Szeroka Jaworzynska, uciekal od tego strasznego miejsca; gdy ku Zabiemu przeswiecilo mu cos nagle miedzy galeziami i znowu wielka przestrzen zwalonych drzew zobaczyl. Wiec poczal uciekac wyzej, a teraz juz zdawalo mu sie, ze na kazdym miejscu otworzyc mu sie moze ten straszny widok. Zrozumial, ze tak moze byc. Pierwszy raz w zyciu nie wiedzial, jak biec, zatrzymywal sie, wahal, bal sie w lesie...
Pierwszy raz Bartkowi Gronikowskiemu z Bukowiny stalo sie w tatrzanskich lasach ciasno...
Las az ku samemu Rybiemu Jezioru wszedzie byl ciety. Zaszyl sie wiec Bartek Gronikowski w gaszcz i legl na ziemie. Nieznane uczucie rozpacznej trwogi ogarnelo go. Nuz uslyszy tuz za soba stuk toporow, zgrzyt pily i trzask walacych sie smrekow... Co przylegl glowa ku mchom, smiertelnie znuzony i z sil opadly, dzwigal ja i nasluchiwal... Gonila go pusta, lysa przestrzen. Jasne slonce, ktore na wyrebach zobaczyl, napelnialo go obrzydzeniem i wstretem... jego, co sie do slonca mogl i pol dnia gdzie w pustkowiu kolysac na wierchowcu drzewa.

Nie wiedzial, czy tak jest, ale widzial w wyobrazni walace sie, lub powalone juz pod toporami potezne smreki w Koprowej Dolinie, szumiace, rozlozyste jawory pod Rohaczami, jodly smigle za Siwym Wierchem, za Szynlowcem. Cale Tatry, wszystkie lasy tatrzanskie moga juz tak lezec, pnie obok pniow, konary i galezie w kupach, tylko oduziomce zostawione biela sie, biela z ziemi, biela do slonca, jak martwe kosci.
Skonczylo sie...
Wiatr, co szumial od wierchow i kolysal ponad nimi smreki, wydal sie Bartkowi jakas straszna pelna zaloby muzyka, jakims pogrzebowym spiewem cmentarnym.
Pierwszy raz zasmucilo sie Bartkowi Gronikowskiemu serce przy wianiu wiatru.
Nad lasem przegladaly turnie Zabiego, nagie, twarde i strome. Zlosc go na nie porwala. - Hej! Dobrze wam tam, wysoko! - krzyknal ku nim z podniesiona reka. - Wtoz wam han co zrobi? Nie pudzie was we worku znosic do mlyna mlec! Ale las!...
I tak juz bedzie zawsze - jutro, pojutrze, za rok, za dziesiec lat, za trzydziesci - bo nim tam smreki sciete odrosna... Hej! Nie docka nik!...
Straszliwe, zlowrogie, zgubne dla Bartka "Widno" spadlo na lasy tatrzanskie z loskotem toporow i pil, jak powodz z hukiem na pola zasiane. Zostanie pustka, pomarlisko...
Siedzial Bartek pod drzewem, o pien plecami wsparty, i lamentowal w duszy. Strzelbe trzymal w rekach, lufami do siebie, jak bezuzyteczne narzedzie, jak rozbitek na lodzi sznury od steru, ktory balwan zgruchotal.
Zapadal mrok. Wiatr pociagal ku jezioru.
Wtem zachrzescilo i zaszelescilo cos w gestwinie i naprzeciw Bartka, o kilkanascie krokow, wynurzyl sie z gestwiny jelen. Wiatr szedl od niego - nie czul.
Stanal. Poczal sie wpatrywac w Bartka, ktoremu mrok zatarl ksztalt, a ktory siedzial nieruchomy pod smrekiem, jak zaumarly.
Zas Bartek Gronikowski spojrzal na jego wspaniale rogi i szeroka piers, kiwnal ku niemu lufami strzelby z rak i ozwal sie zalosnie: - Cos teraz s nami bedzie?...
Jelen zawrocil sie na miejscu i skoczyl w gaszcz.


![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||