X. Walerian Meysztowicz Gawędy o Czasach i Ludziach, Polska Fundacja Kulturalna (PFK), Londyn 1983, szkic pt. "Pius XII." Pierwsze wydanie w To co trwałe, PFK, 1974. (AMK)

[...]
W końcu sierpnia [1939 r.], któregoś popołudnia zawezwał mnie nagle ksiądz Montini [późniejszy papież Paweł VI]. Nie przewidując, że jest to wezwanie do Papieża, pojechałem w czarnej sutannie. Samochodem pojechaliśmy do Castel Gandolfo. Papież - było to dokładnie 24 sierpnia wieczorem - wygłosił przez radio mowę nawołującą Polskę i Niemcy do ustępstw dla utrzymania pokoju: "Nic nie jest stracone z pokojem - wszystko można stracić w wojnie."

Wiedziałem, że przez ustępstwa na rzecz chwilowego pokoju Polska może stracić sojuszników. Ale nie byłem wezwany do wypowiedzenia mojego zdania. Moim zadaniem było dokładnie przetłumaczyć na język polski własną mowę Papieża, co też sumiennie zrobiłem przed mikrofonem. Czułem się zawiedziony. Mogłem oczekiwać, że Papież zrozumie to, co mi w drodze do Castel Gandolfo przyznał Montini - że sprawiedliwość jest po naszej stronie. Logicznie trzeba było oczekiwać nie wezwania obu stron do zgody - lecz napastnika do zaniechania napaści. Tego właśnie jasnego wskazania na to, kto jest napastnikiem, w mowie Papieża nie było - i dlatego mowa wydała mi się pozbawiona znaczenia. I uderzyło mnie to, że po jej wygłoszeniu Papież wyglądał tak. jak gdyby miał poczucie dokonanego wielkiego dzieła. A ja myślałem, że właściwie nie stało się nic, ze ta mowa niczego nie zmienia.
W kilka dni później, 1 września, zaczął się atak zbrojny uzgodniony przez Ribbentropa z Sowietami. 2 września wyjechałem do wojska [do Polski], wioząc jeszcze jakieś papiery dla rządu, który zastałem już w Krzemieńcu - dotarłem jeszcze do szwadronów rezerwowych naszego 13 pułku ułanów w Nowej Wilejce; z nimi razem zepchnięty przez wojska sowieckie znalazłem się w Litwie Kowenskiej - równo miesiąc po wyjeździe z Rzymu stawiłem się u Papieża. Donosiłem co się stało i co się dzieje. Wiadomości o bezprawiu i okrucieństwach niemieckich zostały - czemu się dziwić nie można - przyjęte bez protestu, ale właściwie z tym uczuciem, z jakim przyjmuje się zwykle, nieuchronne w podobnych okolicznościach przesądy, "Grauelberichte."
Co innego interesowało Papieża.
W tym samym wrześniu klęskowym, który spędziłem w Polsce, przybył do Rzymu kardynał Hlond. Z jego inicjatywy odbyła się w Castel Gandolfo audiencja dla obecnych w Rzymie Polaków - w tej liczbie już wielu uchodźców. Papież powiedział wiele ciepłych słów o "Polsce, która nie chce umrzeć," wspomniał dawne wielkości, ulubionego swego Chopina. Ale nie było w tej mowie - którą znałem z bezpośrednich i oficjalnych relacji - żadnego potępienia dla agresji, żadnej próby powstrzymania ręki niemieckiej, która w sojuszu z Sowietami niszczyła Polskę. Papież - gdym po powrocie z tej krótkiej wojny siedział naprzeciwko niego w jego bibliotece, powiedział mi, ze odczuł podczas swojej mowy do Polaków "pewien chłód." Przy jego wrażliwości ten "chłód" był dla niego głównym zagadnieniem w tej chwili. Zażądał bym mu "jako ksiądz" powiedział całą prawdę o powodach takiego chłodnego przyjęcia tej mowy, w której było przecież tyle "miłości dla Polski" - "amore per la Polonia." Odpowiedziałem, że zapewne Polacy oczekiwali nie tylko słów miłości dla siebie - ale i słów sprawiedliwości wobec nieusprawiedliwionej agresji. Papież odpowiedział mi, że mówił do Polaków o swoim uczuciu wobec nich - dalej potoczyła się rozmowa, której dosłownie dziś już przytoczyć nie potrafię - ale w której przerzucaliśmy sobie wzajemnie słowa: Papież mówił "amore" - ja mowiłem "giustizia" [sprawiedliwość]. Wiedziałem, że ciężko dotykam Papieża. W tych warunkach - w poczuciu niesłychanej katastrofy Polski - nie dbałem o to; wszystko mi było jedno. Zresztą czułem, że moim obowiązkiem było mowić nagą prawdę. Papież sam do tego mnie wezwał, "jako księdza". Nawet nie pomyślałem jak bardzo moje słowa były nie dworskie, nie kurialne.
Była to moja ostatnia dłuższa rozmowa z Piusem XII.
Papież jej nigdy nie zapomniał. Ale urazy do mnie nie okazał potem, tylko rozmów wolał unikać. [...]
Przyjęcie mnie do Watykanu na nieokreślony czas trwania wojny znaczyło wyraźnie, że za tamtą rozmowę, tak dla niego bolesną, Papież żadnych przykrości wyrządzić mi nie chciał: wystarczyło mu unikać rozmów ze mną, ograniczać się przy oficjalnych spotkaniach do łaskawych uśmiechów i krótkich słów. Tak zresztą bywało ze wszystkimi, którzy go urazili, nie podzielając jego zdania. [...]
Przed Papieżem [Piusem XII] w czasie tej wojny stały dwie sprawy, z którymi i ja [ks. Meysztowicz] miałem do czynienia: pierwszą była sprawa niemieckiego najazdu na Polskę, "z Moskalami w zmowie," a szczególniej prześladowanie Kościoła, tępienie ludności, ludobójstwo; a drugą sprawą była sprawa Żydów, nie tylko polskich, ale zwożonych przez Niemców z całej Europy dla zabijania ich w Polsce w obozach koncentracyjnych. Te sprawy pojawiły się nie tylko jako sprawy ogólne, ale i jako sprawy poszczególnych ludzi, o których uwięzieniu przez Niemców dochodziły do nas wiadomości, o ratunek dla których prosiliśmy. Wiadomości mieliśmy stale świeże, dokładne, pewne. Szły drogą szyfrową i kurierską od rządu polskiego, który znalazł się w Londynie - i bezpośrednio od ludzi, którym z Polski udało się uciec do Włoch.
Pamiętam Żyda, który zjawił się w moim pokoju, w Watykanie - w obozowych pasiakach. "Jak się pan nazywa?" - spytałem. "Przepraszam, gdzie? W Polsce byłem Szwarc, na Węgrzech byłem ostatnio Roth, w Rumunii Calescu, a jutro, we Włoszech - sam nie wiem." I szła opowieść człowieka zaszczutego, któremu wymordowano wszystkich najbliższych, który cudem jakimś się ratuje.
Opowieści takie były bez wątpienia prawdziwe. Uważaliśmy za nasz stały obowiązek informować o nich Sekretariat Stanu. Rzeczy w Polsce przedstawiały się wstrząsająco. Areszty biskupów i księży, ich zgony w obozach, będących istotnymi mordowaniami, setki tysięcy świeckich, kobiet, dzieci podzielających ich losy, łapanki, deportacje do prac przymusowych, masowe egzekucje publiczne składały się na obraz dziś wszystkim wiadomy i już usilnie wymazywany z pamięci. Znając słabość wyobraźni Włochów, na których wrażenie robi właściwie tylko to, co sami widzą, a którzy niezupełnie wierzą temu co słyszą, starałem się obrazowo przedstawić straszliwość położenia w Polsce: podałem obliczenie, że z trupów samych Żydów, pomordowanych w obozach, można by ułożyć piramidę wyższą od Bazyliki Św. Piotra.
Wobec tej rzeczywistości - naprawdę apokaliptycznej - nieznanej w dotychczasowych dziejach, Stolica Apostolska była na rozdrożu: albo przystosowanie się do apokaliptycznych czasów, ekskomunika na Hitlera, aż do zakazu dla katolików spełniania jego rozkazów, do obowiązku buntu wojskowego; - albo druga droga, droga ostrożnej rezerwy, próby perswazji, ratowania poszczególnych ludzi, występowania nie dalej, niż po linii nakazanej przez obowiązek duszpasterski, który polega na tym by zła nie nazywać dobrem, ani dobra złem.
Wiadomo, że Pius XII pierwszą, apokaliptyczną drogę odrzucił, że poszedł drogą ostrożnej rezerwy. Nie milczał. Istnieją całe zbiory jego wypowiedzi, skierowanych przeciwko hitlerowcom, w obronie uciśnionych. (Cały zbiorek wypowiedzi takich wydała ambasada polska przy Stolicy Apostolskiej, zaraz po zaprzestaniu akcji wojennej). W kierunku perswazji w granicach ostrożnej rezerwy posunięto się daleko.
Jakie były okoliczności, które towarzyszyły temu postępowaniu? Myślę, że dużą tu rolę odegrał charakter Piusa XII, człowieka niezmiernie delikatnego, niezdolnego do walki. Kiedyś w Santa Maria sopra Minerva, na początku wojny, mówił o swoim marzeniu, by "stringere nello stesso amplesso i lupi e gli agnelli"- "by objąć w jednym uścisku wilki i owce". Stanęła mi w oczach krew na białej sutannie po takim uścisku. Głębokie poczucie odpowiedzialności za skutki własnego postępowania nakazywałyby ostrożność. Zresztą, szczególnie na początku wojny, Papież wiadomościom z Polski wierzył tylko częściowo. A przede wszystkim nie mógł być pewnym stanowiska katolików niemieckich w ostrym starciu Hitlera z Kościołem: wszak nie tylko świeccy "katolicy" niemieccy wykonywali dokładnie jawnie zbrodnicze nakazy Hitlera, nie tylko ulegali im posłusznie księża - ale nawet wśród biskupów paru zaledwie znalazło się takich, którzy ratowali honor episkopatu niemieckiego. (Wymieńmy raz jeszcze von Preysinga i von Galena). Co by było w razie ekskomuniki? Co by zrobili katolicy niemieccy? A szczególnie: jaka by była reakcja rozwścieczonej bestii? Zresztą wystąpienie przeciwko Hitlerowi byłoby pomocą dla wcale nie katolickich jego przeciwników, którzy w Teheranie i Jałcie oddali katolickie kraje pod rządy ateistów - a ewentualny protest Papieża w tej sprawie zbyli pytaniem: "Ile Papież ma dywizji?" Więc w tych okolicznościach Papież nie zdecydował się wyjść poza linię obowiązku duszpasterskiego.
Sam jeden był odpowiedzialny za wybór linii, wiedział doskonale jak ostro ta linia będzie krytykowana, wiedział ile go będzie boleć ta krytyka. Czy my, którzyśmy byli wówczas po stronie wystąpień najostrzejszych, my cośmy mówili, że apokaliptyczne czasy wymagają wielkich rozwiązań, mamy dziś podstawy, by sądzić o sądzie sędziego, do którego wówczas jedyny sąd należał? Myślę, żeśmy szczęśliwi, że nikt "nas nie postawił sędzią nad nim." Uratował swoją polityką Kurię, która byłaby zapewne rozpędzona, gdyby Papież rozwścieczył Hitlera, sam Papież znalazłby się gdzieś za oceanem. Czy by mu pozwolono potem wrócić do Rzymu? Czy by nie tułał się jak jakiś "król na wygnaniu"? To już chodziło o coś więcej niż o "Kurię."
Ale urwałem opowiadanie o zbiegłym Niemcom Żydzie, Szwarcu - Roth - Calescu, etc. Jak tylu innych, został nakarmiony, mógł się umyć, przebrać w nowe ubranie (tych dostarczał zamieszkały w Campo Santo Teutonico w Watykanie ksiądz Irlandczyk). Dostał paszport - z zostawionej nam przez naszą "dwójkę" rezerwy fałszywych paszportów. Dostał adres "meliny" w Rzymie. Gdy mrok zapadł, wśród grzecznie patrzących w gwiazdy gwardzistów szwajcarskich wyprowadzałem go na Plac Św. Piotra. Wiedziałem dobrze, że niesie w sobie ładunek nienawiści, nieznany innym ludziom; że nie może powiedzieć "odpuść nam nasze winy"; że trwa w postanowieniu zemsty, chłodnym, spokojnym, w niczym nie podobnym do tego, co my nazywamy "nienawiścią." Że to uczucie rozszerza się z Hitlera i jego siepaczy na innych, może nawet na wszystkich, nie tylko neutralnych i obojętnych, ale wprost na wszystkich w ogóle ludzi. "Niechże Bóg prowadzi" - mówiłem ściskając na pożegnanie rękę nieszczęśliwca.
Niezmierna wrażliwość Piusa XII rosła z wiekiem i rosła z coraz częstszymi zarzutami, z którymi się spotkał po zakończeniu działań wojennych. Był już tak obolały, że z nikim nie chciał się spotykać, nikogo słuchać. Kontakty z ludźmi ograniczył (*) do kazań głoszonych w kościele Św. Piotra, gdzie oklaski były jedyną odpowiedzią. Przybyli do niego na audiencję księża-Polacy, którzy półżywi wyczołgali się z obozów koncentracyjnych w Niemczech, by zająć się nabożeństwami i sakramentami dla innych Polaków w Niemczech. Był to jeden z najpiękniejszych czynów w dziejach duszpasterstwa. Pius XII nie chciał słyszeć tego, co mu mieli powiedzieć. Nie zdobył się na żadne dobre słowo dla nich.
Stan obolałych nerwów stawiał go za nawiasem możliwej działalności. Choroba ciężka a tajemnicza rozwijała się powoli. Stały lekarz papieski, dr Galeazzi Lisi, zresztą okulista z zawodu, nie umiał sobie z nią dać rady. Rządy były zdane na dwóch prałatów Sekretariatu Stanu: Tardini, zatybrzański rzymianin, potrafił się utrzymać przy stałym potakiwaniu. Ta stała jednomyślność z Papieżem musiała okazać się niemożliwa dla księdza Montini. Nagle został mianowany arcybiskupem Mediolanu, co go oddaliło od wszystkich wielkich spraw ogólnych Kościoła. Przy Papieżu, faktycznie zupełnie samotnym, została tylko siostra Pasqualina, Niemka, która od wielu lat była jego pielęgniarka i kucharką. Nie odznaczała się taktem, a że jej Papież polecał wiele spraw, szczególnie dotyczących dobroczynności, zaraz po zgonie Papieża została dość drastycznie oddalona. Czy trzeba tu odeprzeć z pogardą oszczercze plotki szerzone w związku z tą może nie zawsze taktowną, ale pobożną i czystą zakonnicą? Wywołują one szczere oburzenie u wszystkich, którzy znali ówczesny Watykan.
Pius XII umarł w ciężkich cierpieniach. Dręczyła go nie dająca się opanować czkawka. Nie ulega wątpliwości, że nawykły do stałej modlitwy, w modlitwie skonał.
Arcybiskup Mediolanu był powszechnie uważany za najlepszego, jedynego następcę. Ale Pius XII aż do zgonu nie zdecydował się zrobić go kardynałem. Nie warto powtarzać tysięcznych, a sprzecznych plotek, które ten fakt próbowały tłumaczyć. Jednym z pierwszych czynów obranego po Piusie XII kardynała Roncalli, Jana XXIII, było wprowadzenie do kolegium kardynalskiego księdza, który przez cały prawie poprzedni pontyfikat najbliżej współpracował z Papieżem: księdza Jana Montini, arcybiskupa Mediolanu, późniejszego Pawła VI.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||