BOLESLAW LESMIAN






WIOSNA





Mlode jeszcze galezie teza sie pokrotce
W zielonej, pniom dla znaku przydanej obwodce.
Kwiaty, ksztalt swoj polsennie zgadujac zawczasu,
Niklym pakiem wkraczaja w nieznana glab lasu.
W dali - postrach na wroble przesadnie rekaty
Z zeszlorocznym rozpedem chyli sie we swiaty,
Jakby chcial pasc w ramiona pobliskiej cierpialki,
Co naprzeciw cien w skrocie rzuca w piasek mialki.
W obloku - oblok drugi napuszyscie plonie.
Wrobel leb zaprzepaszcza w swych skrzydel oslonie,
jak gdyby nasluchiwal, co mu dzwoni w sercus
swiat, zda sie, dzis nam nastal, a na pola szczercu,
Gdzie zielen swym wyrojem omglila rozlogi,
Bocian, pod prostym katem zalamujac nogi
I dziob dzierzac wzdluz piersi dogodnie, jak cybuch,
Kroczy donikad, w slonca zapatrzony wybuch,
Co skrzy sie, ze go okiem zgarnac niepodobna,
We wszystkich rosach naraz i w kazdej z osobna.

Laka






TECZA


Slychac go bylo, jak po mlodym zycie
Biegl coraz spieszniej - cieply deszcz majowy,
Zbryzgany sloncem, co przez oblok plowy
Wzdluz mu kropliste rozwidnialo nicie.
Pylac, uderzyl w piach drogi sprochnialy,
Poszperal w krzaku, co lsniac sie kolysze,
Stracil lisc z wierzby, przyciemnil glaz bialy
I ustal, w nagla zasluchany cisze.
Teraz mu patrzec, jak wierzchem obloku
Tecza, bezmiary objawszy, rozkwita,
Poprzerywana i niecalkowita,
Jakby sie snila zmruzonemu oku.
Az luzne znikad jednoczac migoty,
Nagla zawisa ponad swiatem brama,
By ci przypomniec, ze zawsze tak samo
Trwasz w kazdym miejscu u wnijscia tesknoty.
By ci przypomniec, zes z dusza, snem zzarta,
Wpatrzony w bezmiar, wsluchany w swe dreszcze,
Wszedl do tych swiatow przez brame rozwarta,
Co sie za toba nie zamknela jeszcze.

Laka






W POLU






Dwoje nas w ciszy polnego zakatka.
Strumien na oslep ku sloncu sie pali,
W lisciu, co trafil na krzywy prad fali,
Wirujac, plynie szafirowa latka.

Nadbrzezna trawa, zwisajac, potraca
0 swe odbicie zsiwiala konczyna,
Do ktorej slimak, peczniejac z goraca,
Przysklepil muszle swym cialem i slina.

W przerzutnym plasie znikliwsza od strzaly
Plotka sie czasem zasrebrzy na mgnienie.
Pod woda - spojrzyj! - przeswieca piach bialy
I mchem ruchliwym brodate kamienie.

Czemu ci glowa na dlonie opadlas
To - pachnie trawa i ten piach pod woda -
To - wod, polsnione smugami, zwierciadla
Paruja cisza, blaskiem i ochloda.
Tych kilku debow ponad brzegiem liscie,
Podziurawione i przezarte chciwie
Przez gasienice, trwaja tak przejrzyscie
Nad wlasnym cieniem, co utkwil w pokrzywie.

Z tej tu pokrzywy czar debowych cieni
Zgarne ku piersiom, co na slonce dysza,
Ustami dotkne bezmiernej zieleni,
Stesknionej do mnie swym sokiem i cisza.

Do kwiatow przywre rozpalone czolo,
Wslucham sie w baki grajace i brzmiki,
I bede patrzal, jak lepkie gwosdziki
Wsrod jaskrow lsniaca ociekaja smola.

I bede patrzal, jak maki i szczawie
Mdleja, cial naszych odurzone wonia.
I bede wodzil twoja biala dlonia
Po wielkiej trawie, nie znanej nam trawie.

Laka






PRAGNIENIE






Chcialbym w lesie, w ostepach dzikiego bledowia,
Miec chalupe - plecionke z chrustu i sitowia,
Zawieszona wysoko w zaglebiach konarow
Nad otchlania jam rysich i wezowych jarow.
Tam na mchu, kolysany obledna wichura
Chcialbym piescic dziewczyne obca i ponura,
Glaskac piersi ze swieza od mych zebow rana
I calowac twarz, ustom jako lup podana -
I slyszec jak dokola grzechu mej pieszczoty
Plasa burza skuszona i mdleje grom zloty,
I zwierz ryczy, cial naszych przywabiony wonia,
Cial gornych, wniebowzietych, co od ziemi stronia -
I chcialbym przez przygodny wsrod galezi przezior
Patrzec, pieszczac, w noc - w gwiazdy i w blyskania jezior
I za boga brac wszelkie lsniwo u blekitu,
I na piersi dziewczecej doczekac sie switu,
A slonce witac krzykiem i wrzaskiem i wyciem,
Zyc na oslep, nie wiedzac, ze to zwie sie zyciem -
I pewnej nocy przez sen zasmiac sie w twarz niebu
I nic znajac pokuty, modlitw ni pogrzebu,
Jak owoc, co sie paszczy zarlocznej spodziewa,
Z loskotem i lomotem w mrok smierci spasc z drzewa!

Laka






PRZEMIANY


Tej nocy mrok byl duszny i od zadzy parny,
I chabry, rozwidnione sucha blyskawica,
Przedostaly sie nagle do oczu tej sarny,
Co biegla w las, sploszona obca jej srenica -
A one, leb jej modrzac, mknely po sarniemu,
I chciwie zagladaly w swiat po chabrowemu.

Mak, sam siebie w srodpolnym wykrywszy bezbrzezu,
Z wrzaskiem, ktory dla ucha nie byl zadnym brzmieniem,
Przekrwawil sie w koguta w purpurowym pierzu,
I az do krwi potrzasal szkarlatnym grzebieniem,
I pial w mrok, rozdzierajac dziob, trwoga zatruty,
Az mu zinad prawdziwe odpialy koguty.

A jeczmien, klos pragnieniem zazlociwszy gestem,
Nasrozyl nagle zloscia zjatrzone osciory
I w zlotego sie jeza przemiazdzyl ze chrzestem
I biegl, klujac po drodze ziol nikle zapory,
I skomlal i na kwiaty boczyl sie i jezyl,
I nikt nigdy nie zgadnie, co czul i co przezyls

A ja - w jakiej swa dusze, sparzylem pokrzywie,
Ze pomykam ukradkiem i na przelaj miedzas
I czemu kwiaty na mnie patrza podejrzliwies
Czy cos o mnie nocnego wbrew mej wiedzy - wiedzas
Com czynil, ze skron dlonmi uciskam obiemas
Czym bylem owej nocy, ktorej dzis juz nie mas

Laka






TOPIELEC


W zwiewnych nurtach kostrzewy, na lesnej polanie,
Gdzie sie las upodobnia lace niespodzianie,
Leza zwloki wedrowca, zbedne sobie zwloki.
Przewedrowal swiat caly z oblokow w obloki,
Az nagle w niecierpliwej zapragnal zalobie
Zwiedzic duchem na przelaj zielen sama w sobie.
Wowczas demon zieleni wszechlesnym powiewem
Ogarnal go, gdy w drodze przystanal pod drzewem,
I wabil nieustannych rozkwitow pospiechem,
I necil ust zdyszanych tajemnym bezsmiechem,
I czarowal zniszczota wonnych niedowcielen,
I kusil coraz glebiej - w te zielen, w te zielen!
A on biegl wybrzezami coraz innych swiatow,
Odczlowieczajac dusze i oddech wsrod kwiatow,
Az zabrnal w takich jagod rozdzwonione dzbany,
W taka zamrocz paproci, w takich cisz kurhany,
W taki bezswiat zarosli, w taki bezbrzask gluchy,
W takich szumow ostatnie kedys zawieruchy,
Ze lezy oto martwy w stu wiosen bezdeni,
Cienisty, jak bor w borze - topielec zieleni.

Laka








Copyright © 1997-1999 Zwoje