

|
Mlode jeszcze galezie teza sie pokrotce W zielonej, pniom dla znaku przydanej obwodce. Kwiaty, ksztalt swoj polsennie zgadujac zawczasu, Niklym pakiem wkraczaja w nieznana glab lasu. W dali - postrach na wroble przesadnie rekaty Z zeszlorocznym rozpedem chyli sie we swiaty, Jakby chcial pasc w ramiona pobliskiej cierpialki, Co naprzeciw cien w skrocie rzuca w piasek mialki. W obloku - oblok drugi napuszyscie plonie. Wrobel leb zaprzepaszcza w swych skrzydel oslonie, jak gdyby nasluchiwal, co mu dzwoni w sercus swiat, zda sie, dzis nam nastal, a na pola szczercu, Gdzie zielen swym wyrojem omglila rozlogi, Bocian, pod prostym katem zalamujac nogi I dziob dzierzac wzdluz piersi dogodnie, jak cybuch, Kroczy donikad, w slonca zapatrzony wybuch, Co skrzy sie, ze go okiem zgarnac niepodobna, We wszystkich rosach naraz i w kazdej z osobna. Laka |

|
Slychac go bylo, jak po mlodym zycie Biegl coraz spieszniej - cieply deszcz majowy, Zbryzgany sloncem, co przez oblok plowy Wzdluz mu kropliste rozwidnialo nicie. Pylac, uderzyl w piach drogi sprochnialy, Poszperal w krzaku, co lsniac sie kolysze, Stracil lisc z wierzby, przyciemnil glaz bialy I ustal, w nagla zasluchany cisze. Teraz mu patrzec, jak wierzchem obloku Tecza, bezmiary objawszy, rozkwita, Poprzerywana i niecalkowita, Jakby sie snila zmruzonemu oku. Az luzne znikad jednoczac migoty, Nagla zawisa ponad swiatem brama, By ci przypomniec, ze zawsze tak samo Trwasz w kazdym miejscu u wnijscia tesknoty. By ci przypomniec, zes z dusza, snem zzarta, Wpatrzony w bezmiar, wsluchany w swe dreszcze, Wszedl do tych swiatow przez brame rozwarta, Co sie za toba nie zamknela jeszcze. Laka |


|
Dwoje nas w ciszy polnego zakatka. Strumien na oslep ku sloncu sie pali, W lisciu, co trafil na krzywy prad fali, Wirujac, plynie szafirowa latka. Nadbrzezna trawa, zwisajac, potraca 0 swe odbicie zsiwiala konczyna, Do ktorej slimak, peczniejac z goraca, Przysklepil muszle swym cialem i slina. W przerzutnym plasie znikliwsza od strzaly Plotka sie czasem zasrebrzy na mgnienie. Pod woda - spojrzyj! - przeswieca piach bialy I mchem ruchliwym brodate kamienie. Czemu ci glowa na dlonie opadlas To - pachnie trawa i ten piach pod woda - To - wod, polsnione smugami, zwierciadla Paruja cisza, blaskiem i ochloda. Tych kilku debow ponad brzegiem liscie, Podziurawione i przezarte chciwie Przez gasienice, trwaja tak przejrzyscie Nad wlasnym cieniem, co utkwil w pokrzywie. Z tej tu pokrzywy czar debowych cieni Zgarne ku piersiom, co na slonce dysza, Ustami dotkne bezmiernej zieleni, Stesknionej do mnie swym sokiem i cisza. Do kwiatow przywre rozpalone czolo, Wslucham sie w baki grajace i brzmiki, I bede patrzal, jak lepkie gwosdziki Wsrod jaskrow lsniaca ociekaja smola. I bede patrzal, jak maki i szczawie Mdleja, cial naszych odurzone wonia. I bede wodzil twoja biala dlonia Po wielkiej trawie, nie znanej nam trawie. Laka |


|
Chcialbym w lesie, w ostepach dzikiego bledowia, Miec chalupe - plecionke z chrustu i sitowia, Zawieszona wysoko w zaglebiach konarow Nad otchlania jam rysich i wezowych jarow. Tam na mchu, kolysany obledna wichura Chcialbym piescic dziewczyne obca i ponura, Glaskac piersi ze swieza od mych zebow rana I calowac twarz, ustom jako lup podana - I slyszec jak dokola grzechu mej pieszczoty Plasa burza skuszona i mdleje grom zloty, I zwierz ryczy, cial naszych przywabiony wonia, Cial gornych, wniebowzietych, co od ziemi stronia - I chcialbym przez przygodny wsrod galezi przezior Patrzec, pieszczac, w noc - w gwiazdy i w blyskania jezior I za boga brac wszelkie lsniwo u blekitu, I na piersi dziewczecej doczekac sie switu, A slonce witac krzykiem i wrzaskiem i wyciem, Zyc na oslep, nie wiedzac, ze to zwie sie zyciem - I pewnej nocy przez sen zasmiac sie w twarz niebu I nic znajac pokuty, modlitw ni pogrzebu, Jak owoc, co sie paszczy zarlocznej spodziewa, Z loskotem i lomotem w mrok smierci spasc z drzewa! Laka |

|
Tej nocy mrok byl duszny i od zadzy parny, I chabry, rozwidnione sucha blyskawica, Przedostaly sie nagle do oczu tej sarny, Co biegla w las, sploszona obca jej srenica - A one, leb jej modrzac, mknely po sarniemu, I chciwie zagladaly w swiat po chabrowemu. Mak, sam siebie w srodpolnym wykrywszy bezbrzezu, Z wrzaskiem, ktory dla ucha nie byl zadnym brzmieniem, Przekrwawil sie w koguta w purpurowym pierzu, I az do krwi potrzasal szkarlatnym grzebieniem, I pial w mrok, rozdzierajac dziob, trwoga zatruty, Az mu zinad prawdziwe odpialy koguty. A jeczmien, klos pragnieniem zazlociwszy gestem, Nasrozyl nagle zloscia zjatrzone osciory I w zlotego sie jeza przemiazdzyl ze chrzestem I biegl, klujac po drodze ziol nikle zapory, I skomlal i na kwiaty boczyl sie i jezyl, I nikt nigdy nie zgadnie, co czul i co przezyls A ja - w jakiej swa dusze, sparzylem pokrzywie, Ze pomykam ukradkiem i na przelaj miedzas I czemu kwiaty na mnie patrza podejrzliwies Czy cos o mnie nocnego wbrew mej wiedzy - wiedzas Com czynil, ze skron dlonmi uciskam obiemas Czym bylem owej nocy, ktorej dzis juz nie mas Laka |

|
W zwiewnych nurtach kostrzewy, na lesnej polanie, Gdzie sie las upodobnia lace niespodzianie, Leza zwloki wedrowca, zbedne sobie zwloki. Przewedrowal swiat caly z oblokow w obloki, Az nagle w niecierpliwej zapragnal zalobie Zwiedzic duchem na przelaj zielen sama w sobie. Wowczas demon zieleni wszechlesnym powiewem Ogarnal go, gdy w drodze przystanal pod drzewem, I wabil nieustannych rozkwitow pospiechem, I necil ust zdyszanych tajemnym bezsmiechem, I czarowal zniszczota wonnych niedowcielen, I kusil coraz glebiej - w te zielen, w te zielen! A on biegl wybrzezami coraz innych swiatow, Odczlowieczajac dusze i oddech wsrod kwiatow, Az zabrnal w takich jagod rozdzwonione dzbany, W taka zamrocz paproci, w takich cisz kurhany, W taki bezswiat zarosli, w taki bezbrzask gluchy, W takich szumow ostatnie kedys zawieruchy, Ze lezy oto martwy w stu wiosen bezdeni, Cienisty, jak bor w borze - topielec zieleni. Laka |

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||