- Nieco wykwintnej, młodopolskiej w stylu, prozy tatrzańskiej o halnym: fragmenty noweli Wiatr halny Janusza Kotarbińskiego oraz Popiołów Stefana Żeromskiego. (AMK)

Słońce już chyliło się ku zachodowi, sypało całym snopem promieni; zaróżowiło posępne szczyty turnic. Cisza była uroczysta. Cień nadchodzącej nocy zacierał resztkę złota na ciężkich ołowianych chmurach, które, rozwłócząc się po niebie, roztrącały się wzajemnie. Płynęły wolno z powagą, zamykając cały widnokrąg swym zwartym łańcuchem mar podniebnych. W końcu skłębiły się w wał potworny, ponad Czerwonymi Wierchami.

Teraz już tylko w jednym miejscu słońce, przebiwszy się przez chmur szary całun, jaśniało purpurową łuną, jak gdyby dalekiego pożaru. Trwało to parę chwil. Na to jedyne wolne miejsce nadpłynęła chmura o potwornych konturach widziadła i zgasiła - zakrywszy sobą - dotychczas jedyny nie przysłonięty skrawek nieba.
Nadciągający wiatr halny odniósł zwycięstwo.
Tak się zdawało, bo czoła turnic nagle zapłonęły rubinowym blaskiem, tak silnym, że aż - rażącym, jakby je ktoś podpalił, a nad nimi kłębiły się chmury, jak dymy potwornych pochodni.
Góry płonęły - cała natura przybrała jakąś groźną postawę - to rozpoczynał pochód swój halny.
Zaszemrał wiatr - jęknął - zadął potężnie, wpadł na szeregi zwartych z sobą chmur - znowu ucichł. Nabrał rozpędu i parł całą potęgą ?
Drgnęły, zafalowały chmury, parę lżejszych obłoków wybiegło na zwiady.
Cisza ---
Znów zadął - targnął szeregiem podniebnych mar - runęły i wpadły spiętrzone z strasznym impetem na gorejące wierchy. Góry przygasły, lecz nie dały za wygrane. Potężne turnie Ciemniaka stały niewzruszone, roztrącając skłębione chmury.
Głuchy łomot walących się smreków, trzask łamanych gałęzi, przeraźliwy świst wdzierającego się w bór wiatru, tworzył tak potworny chaos, jakby się świat miał skończyć.
Stuletnie drzewa gięły się, bijąc pokłony halnemu, niby pokornie, a jednak broniły się z całej mocy zczepione ze sobą potężnymi konarami. Ogarniały sękatymi ramionami młodzież leśną, która szalała, przerażona potęgą mocarza, wijąc się w śmiertelnej walce.
Halny parł z całą siłą, szamotał smrekami, wczepiał się w korony zwartych szeregów drzew. Rwał je, giął - usiłując rozplątać ramiona starców.
Martwe światło księżyca pełzało wśród cieni, srebrząc się na liściach paproci, oślizgało po pniach zwalonych smreków - to gasło w pomroce.
Cienie snuły się ruchliwe, jak węże, splatały się, przewalając potwornymi cielskami przez siebie i tworząc istny węzeł oplatający padłe w walce z huraganem drzewa. A one odrywały potężne ramiona, jakby szukając ratunku; inne leżały bezwładne, strzaskane, na poły rozdarte, jakby piorunem rażone - martwe.
Nastała chwila ciszy.
Znużony rozpaczliwym oporem las dygotał, szepcąc zrazu głośno, zgiełkliwie, potem coraz ciszej - tajemniczo.
Trwało to krócej niż myśl może odszukać dzień, w którym zginął smutek - dzień cichego szczęścia.
I znów halny nadciągnął z całą potęgą. Na razie liczył, śmiejąc się szyderczo, czoła co dumniejszych smreków, to cichł, zastanawiał się, zbierał w sobie. Zamilkł - ustał zupełnie.

Aż wreszcie runął, rwąc i druzgocąc, łamał dumne, wyrywał i ciskał w przepaść smreki, czyniąc wyłom. Już zawładnął i straszliwe siał dokoła spustoszenie; setki pni waliło się, z hukiem, piętrząc się bezwładnie - tworzyły istny labirynt dziwnie złączonych z sobą konarów, splątanych korzeni, które wiły się dokoła, jak macki potwornych polipów.
Pozornie bez przyczyny powalone drzewa pełzły na swych korzeniach. Sunąc w dół po zboczu garnęły rozpaczliwie swymi ramionami wyłamanych konarów całe pęki paproci, darń, kępy mchu - i ryjąc głębokie bruzdy czepiały głazów, a pchane przemożną potęgą halnego, waliły się bezwładnie, zrzucane w przepaść - hen, aż na dno kamienistego potoku, który pienił się, uciekał w doliny.
W taką to noc straszliwą zniszczenia wyły psy, tuląc się popod ściany szałasów, a juhasi ze snu zbudzeni, wyglądali do pola, klnąc: "cyk się dyasek obwiesił a bo co?!" Od szop krówskich, a szałasów rozsiadłych po Małej Łące turlikały dzwoneczki i bimbadła.
Dolina spała snem niespokojnym, przerywanym nagle hurgotem a świstem halnego, co tłukł się, szalał, płakał ludzkimi głosami, zawodził jak dziecko, to wył przeraźliwie, dziko.
Szła burza wichury nad halami, pędząc po ciemnym niebie kłębowisko chmur.

Szałasy ciemną sylwetą czerniły się tu i ówdzie, łyskając ogniskami, osnute srebrzystym dymem, co się wił i tułał, - to nikł nagle bez śladu.
Janusz Kotarbiński: Nowele Tatrzańskie - Wiatr halny
(Nakładem autora, skład główny w księgarni L. Zwolińskiego w Zakopanem - 1923)

Wiatr halny mącił las, jak mistral mąci Liguryjskie morze. Ciskał weń z nagła wybuchający pocisk burzy. Kiedy przeciwko niemu chcieli stawić czoła i barki, chwytał się z nimi w zapasy. Uczuwali wtedy rozkosz porwania, stawali się podobnymi do świerków, jodeł, buków. Była w tem rozkosz zamknięta, niewyrażona, osobna. Z radością patrzali, jak potężne świerki zwijały się do wewnątrz, wokoło pnia. Był to znak, że idzie podmuch - moc, powiew - wódz. Pod ciosami jego tchu schylała się od korzenia wszystka puszcza. Jęk czołobitny z cicha zamierał, gdy przeszedł w chwale poświstów. Zdawało się wówczas, że góra rusza się w swoich posadach, chwieje zwolna na fundamentach i głucho skrzypi w węgłach i przyciesiach.

Ale oto trzask gałęzi, łoskot i chaos nacichał i płynnemi falami przelewał się w szum, a z szumu wychodził w obszar milczenia. Trwało chwilę oczekiwanie nabożne, głuchy bezwład i odpoczynek w niemocy, dopóki cienkie gałęzie nie zaczęły trzepać się i obłędnymi skokami bić pnie, podobnie jak zrozpaczony człowiek bije samego siebie w piersi i głowę. Gaje kosodrzewiny zaczynały szumieć żałobnie. Z dala, po górach zasłanych lasami, przechodził z hukiem wicher.
Stefan Żeromski: Popioły ("Góry, doliny"), tom II.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||