Fragmenty opowiadania-relacji Henryka Grynberga Bez sladu - jakby pendent do szkicu Ryszarda Löwa O (zydowskiej) milosci do (hebrajskich) ksiag powyzej.

Z ksiazki Henryka Grynberga Drohobycz, Drohobycz, Wydawnictwo WAB, Warszawa 1998. Tytul w Zwojach pochodzi od redakcji.   (AMK)




KSIAZKI, HOROCHOW, HEIDELBERG





HENRYK GRYNBERG


[...]

Ojciec studiowal w Bazylei i w Heidelbergu. Zadna z jego siostr nie miala wyksztalcenia, wszystko poswiecono dla niego. Czytal i pisal po francusku, po niemiecku, po polsku, po rosyjsku, po ukrainsku, po hebrajsku, znal greke i lacine i mial w swojej bibliotece ksiazki we wszystkich tych jezykach. Rzadkie, stare wydania, srebrne i zlote litery. Poszukiwal ksiazek i jezdzil po nie szmat drogi, a i ludzie sami mu przywozili, wiedzac, ze dobrze placi. Przed wzieciem ksiazki mylo sie u nas rece jak do modlitwy albo jedzenia. Tylko ojciec zdejmowal ksiazke z polki i tylko on odkladal; nikt inny nie mial prawa. Sprzatac w bibliotece wolno bylo jedynie w jego obecnosci, zeby nic nie naruszyc. Nie mielismy pieniedzy ani kosztownosci. Te ksiazki to bylo nasze srebro i zloto.

[...]

Niemcy chodzili [w Horochowie] z Ukraincami i dluga lista nazwisk. Gdy ojciec zobaczyl, ze zblizaja sie do naszego domu, to wybiegl tylnymi drzwiami do ogrodu, ale Ukraincy zauwazyli otwarte drzwi i pobiegli za nim. Wybiegl bez marynarki i nie pozegnal sie z nami. I juz go wiecej nie bylo. Zabrali takze ojca Towy, ojca Ity i Luli, trzech braci Flam, ktorzy mieli sklepy z obuwiem i odzieza, dwoch braci Feldmajstrow, ktorzy mieli garbarnie i obu Flekmanow, ktorzy byli asystentami na uniwersytecie. Dwustu ludzi zabrali. Mama nie reagowala, kiedy przyszli po ojca ksiazki. Trzej Niemcy w mundurach bardzo uprzejmi, wkladali ksiazki ostroznie do skrzyn i wynosili do ciezarowki. Pol dnia pracowali, sami, bez pomocy zadnego Ukrainca. A ciezarowka byla zakratowana, taka, jaka zabierano ludzi.

[...]

Czekalam rok w Foehrenwaid kolo Dachau. Objechalam wszystkie inne obozy, wypytywalam wszystkich dipisow. Zostalam w Bensheim kolo Heidelbergu. Heidelberg to byl inny swiat. Piekne kamieniczki, wyrzezbione, wymalowane, jak z bajki, staly po trzysta lat. I ludzie mieszkali w nich jakby nigdy nic. Starannie ubrani i uczesani. Czas sie tutaj zatrzymal. Albo przeszedl obok. Tutaj nie bylo mordercow. I nikt zupelnie nie wiedzial, co poza Heidelbergiem sie dzialo. Wielowiekowy Heidelberg, zrodlo, siedlisko, wylegarnia wiedzy - a nic nie wiedzieli. Tymi uroczymi uliczkami chodzil niegdys szczuply, ciemnowlosy student, ktorego uczono, ze najwiekszym skarbem jest wiedza. Przystawal w malowniczym landszafcie na wysokim brzegu rzeki, w ktorej przegladaly sie niewzruszone mury. Podziwial madrosc budowniczych i trwalosc ich dziela. jadal, sypial i smial sie w tych ponadczasowych domach. Siusial w schludnych ubikacjach. I czytal, czytal, czytal. Odciski jego palcow zostaly na zloconych i srebrzonych ksiegach, na tysiacach stronic i wszystkich katalogach. Byloby calkiem naturalne, gdyby tu wlasnie przyjechaly zakratowana ciezarowka - najpiekniejsze i najcenniejsze z ksiazek, ktore pozniej przez cale zycie zbieral. Ale nikt o tym nie wiedzial.

[...]

A o Horochowie ani slowa. Nie ma sladu...

Virginia 1991







Copyright © 1997-1999 Zwoje