Żydowskie święta Pesah rozpoczynają się 15 dnia miesiąca Nisan. W tym roku, 5759 - 31 Marca 1999 o zachodzie słońca.
Poniżej wzruszające wspomnienie z dzieciństwa Belli Chagall (żony Marca Chagalla) z jej książki Burning lights.   (AMK)





PESAH





BELLA CHAGALL


(Z angielskiego przełożył Andrzej Kobos)





SEDER


Od wczesnego ranka uczę się mah-nisztanah. Jako najmłodsze dziecko, muszę zadać ojcu cztery pytania.

- "Aj! każdego roku robisz te same błędy!" - wymyśla mi jeden z moich braci.

- "A dlaczego każdego roku są te same cztery pytania?"

Dla niego to cała przeprawa, żeby mnie nauczyć wyrecytować te cztery pytania. Bo, nie cztery, ale czterdzieści pytań kłębi się w mojej głowie - ale któż odważyłby zadawać pytania ojcu! - Strofują mnie przecież przez cały okrągły rok: - "Ty głupia, dlaczego ciągle zadajesz pytania, cały czas!"

Ale ojca tu nie ma, więc mogę go pytać: "Ojcze, dlaczego nagle, tak z niczego, stałeś się cesarzem na seder? Dlaczego tak jest, że jak tylko nadejdzie pierwszy dzień tych świąt, to przestajesz być królem, a całe nasze królestwo znika? Ojcze, dlaczego Eliasz Prorok nie siedzi obok ciebie podczas sederu? On z całą pewnością mógłby być cesarzem, ponieważ jego kielich jest największy, najpiękniejszy. Ojcze, dlaczego jego kielich pozostaje nawet nie tknięty na środku stołu? Dlaczego Eliasz Prorok nie zjawia się chociażby na czas recytowania plag? Dlaczego on nie je z nami, i dlaczego dopiero po kolacji otwieramy drzwi aby go zawołać? Ojcze, dlaczego obiecuje on nam każdego roku: 'Następnego roku w Jerozolimie,' podczas gdy on sam ukrywa się w ciemnościach nocy? Dlaczego, dlaczego?"

- "Dlaczego kręcisz się w kółku, ty zaspańcu" - beszta mnie brat - "Tu jest twoja linijka, powtarzaj ją za mną."

Raz jeszcze, od początku strony do końca, powtarzam na głos cztery pytania.

W naszym mieszkaniu wrze. Chodzę w kółko powoli, jakbym nosiła w głowie dzban pełen pytań. Wyszeptuję je cichutko. Boję się, że mogę je wychlapać z mojej pamięci.

Dzień mija. Zapachy jedzenia na Pesah przychodzą skądś i wychodzą. Havah pędzi jak wicher z kuchni do jadalni i z powrotem. Co minutę zatrzymuje się, i liczy coś na palcach.

- "Charoset ?" i zagina jeden palec. "zaro upieczone ?" i zagina drugi. "bezah już ugotowane. Co jeszcze? Karpas. Gdzie jest Sasza?" - wykrzykuje nagle. "Właśnie kiedy jej potrzeba, to jej nie ma. Seder czy nie - dla niej wszystko jedno. Baszinke, idź i znajdź ją. Pewnie poszła do piwnicy z Iwanem. Kolacja gotowa." - Havah spluwa na bok, jakby robiło się jej niedobrze na samą myśl o ich chamecu.

Wybiegam... i nie poznaję naszej piwnicy. Jej czarne ściany lśnią. Sasza opróżniła ją tak dokumentnie, że zrobiła się wielka i pojemna. Nie ma w niej śmieci. Nie pachnie już naftą, ani mieszanką kwaszonej kapusty i kiszonych ogórków. Beczki są ustawione za drewnem. Na środku piwnicy opróżniła coś na kształt jadalni na tydzień Paschy. Sasza siedzi na klocku drewna, jak kłoda, a obok niej na innym pieńku siedzi Iwan, dozorca domu. Nad ich głowami połyskuje mała blaszana lampka. Wystaje nieco ze ściany, ściana jest mokra, ale komin jest tak wypolerowany, że płomyk jest świeży i radosny. Przechyla się na boki, migoce na białej sukni Saszy, opadającej do gołej ziemi. Jej stół jest pełen jedzenia. Wypełnia nim swoje policzki i nie przestaje się śmiać. Czarnobrody Iwan - którego kożuszek czyni podobnym do niedźwiedzia - bez przerwy obciera swoje mokre wąsy.

- "A... Baszutke, chcesz kawałek chameca?" I śmieje się szorstko.

- "Sasza!" - odwracam się tyłem do niego - "Havah cię woła! Wszyscy już przyszli i zaraz zacznie się seder!"

Ciągnę ją za rękaw, nie powinna być w piwnicy sama z pijanym Iwanem. Unosi swoje spódnice, bierze je w rękę, rzuca ostatni śmiech Iwanowi w twarz, i wybiega z piwnicy razem ze mną.

- "Baszutke, czy naprawdę wszyscy już tam są? Hi-hi-hi. Pospiesz się." Schody uginają się pod jej stopami.

Na górze, w jadalni świętuje się już w pełni. Stół rozciąga się od jednej ściany do drugiej - biały stół sederowy w milczącym świetle czerwonych kielichów. Lśniący obrus kłuje w oczy. Świeczniki błyszczą. Białe świece, jeszcze nie zapalone, sterczą w powietrze. Nawet sufit lśni, odbijając wypolerowane łańcuszki kandelabru. Każdy kopczyk macy jest zawinięty w serwetkę, która wygląda jak cztero-pomponiasty tales. Wielkie, obleczone na biało poduszki sterczą z krzeseł w zakłopotaniu, dyszą na macę. Surowe oprawy książek Hagadah połyskują złoconymi literami.

Pierwsza wchodzi matka w białej odświętnej sukni. Jej twarz jaśnieje. Z włosami zakręconymi do góry wygląda wyższa. Jej suknia jest szeroka, długa, obrzeżona koronkami, cekinami, wstążkami; ciągnie się po podłodze, szeleści, wypełnia cały pokój swoim szumem. Matka podchodzi do świec, zapala je, okrąża je szeroko dłońmi, jakby błogosławiąc cały stół razem ze świecami.

Jest teraz ciepło i jasno, jakby zostało zapalonych nie tylko siedem świeczek matki, ale setki ich na raz. Ich ciepłe płomyki pieszczą zimny odblask obrusa, chociaż one same zostały właśnie pogłaskane ciepłymi dłońmi matki.

W mieszkaniach sąsiadów z naszego podwórka również palą się świece. Światełka świec wszystkich ludzi krzyżują się jedne z drugimi. Wydają się rozrzucać gorejące złoto. Odbijają się w oknach, oświetlają stół; igrają na wyhaftowanych kwiatach obrusa, na butelkach wina, które stoją czekając. Czynią czerwone kielichy jeszcze czerwieńszymi.

Płomyk za płomykiem liże biały stół. Jeszcze nie jest on zupełnie gotowy. Ciągle się go nakrywa. Nikt się nie zastanawia czy stół utrzyma te wszystkie rzeczy, które na nim są.

- "Havah, obrałaś jajka? Gdzie jest osolona woda?" - Matka krząta się wokół stołu, chce sprawdzić go cały oczami, czy aby czegoś nie brakuje. "Daj mi jeszcze jedną poduszkę. Całkiem zapomniałam, że będziemy mieli jeszcze jednego gościa. I nałóż na nią świeżą obleczkę."

Kilka nowych poduszek zostaje rozłożonych. Krzesła, jak ciężarne kobiety, wyginają w górę swoje brzuchy.

- "Mamo, kto przychodzi? Ilu nas będzie na sederze?"

- "Ah" - mówi, machając ręką, "kto by ich tam liczył? W końcu to jest święto!" A potem - "Cicho! właśnie nadchodzą z szul."

Słyszę pomruk nieznanych mi głosów. Wchodzi jakiś gość. - "Gu yom-tov! Jak się pani miewa?" mówi do matki. - "Czy to są państwa chłopcy? Czy oni już są po bar-micwa?" - I szczypie każdego w policzek.

Pierwszy, który przyszedł jest dalekim krewnym ojca, domokrążca w sąsiednich miasteczkach. Wie, że dla mojego ojca krewny jest świętym gościem. Wprosił się sam na nasz seder a zachowuje się tak, jakby był we własnym domu. Nuci melodie, chodzi w koło, głośno siąka nos, moralizuje, daje rady. Pierwszy wylewnie wita każdego nowego gościa.

Teraz jest już głośny tłum, wszyscy czekają na ojca. Aby skrócić sobie czas opowiadają historyjki, wymieniają żarty- "Czego się teraz uczysz, Baszinke? Znasz dobrze rosyjski?" - ktoś mnie pyta.

- "Czy masz dobre stopnie?" - pytają mnie nagle mój brat i siostra, którzy przybyli z daleka.

Spoglądam na nich, jakby również byli obcymi. Nie widuję ich przez cały rok. Brat studiuje za granicą, siostra mieszka w innym mieście. W tym roku przywiozła dwoje swoich małych dzieci. Raczkują na kolanach każdego, a specjalnie, jeśli ktoś ma długie nogi, prosząc go o "przejażdżkę."

Wszyscy są weseli. Tylko oczy jednego starego kawalera są smutne, zadumane. Patrzy na bawiących się chłopców. Przypomina pewnie sobie, że on także miał kiedyś ojca i matkę i swój dom. I przesuwa się do kąta, jak mały chłopiec.

- "Gut-yom-tov" - Wchodzi trzech żołnierzyków, wszyscy przebrani na Paschę, i staje w szeregu. Zgiełk w pokoju zwabił ich do środka.

- "Spokój, ojciec nadchodzi!"

Wrzawa nagle cichnie.



* * *

Nie od razu poznaję ojca. Jakiś nowy ojciec! W drzwiach staje biały król, ubrany na biało od stóp do głów. Nie widać go w jego szerokim, białym, jedwabnym płaszczu. Biały jedwab migoce, pęcznieje w fałdach, podtrzymywanych grubym pasem. Rękawy zwisają w dół jak skrzydła, długie i szerokie, zakrywając ręce i palce. Biała, jedwabna jarmułka połyskuje na jego siwych włosach. Ta białość czyni go tęższym i mocniejszym. Coś specjalnego promieniuje z jego twarzy. Jakiś biały aromat dochodzi od niego. Gdyby tak ojciec pomachał rękoma, te rękawy uniosłyby go jak skrzydła. Patrzę mu w twarz. Koniec końców, jest on dzisiaj cesarzem.

- "Gut yom-tov!" - mówi ojciec.

- "Gut yom-tov!" - odpowiadamy wszyscy.

Rozpoczyna się seder.

Ojciec zajmuje samotne miejsce u szczytu stołu. Oparty o dwie nadęte poduszki, prawdziwie siedzi jak cesarz na tronie. Za nim do stołu rusza cała kompania. Potrącają jedni drugich, odsuwają krzesła, tłoczą się przy stole. Inni siedzą na swoich wielkich poduszkach, jakby wyniesieni na wysokości. Ojciec pierwszy wyjmuje serwetkę z zastawy sederowej i rzuca ostre spojrzenie na rzeczy ustawione przed nim. Oczy matki zatrzymują się. Czyżby o czymś zapomniano? Spod jego żółtej macy, wystają, jak kawałki mchu ze starego dachu, gałązki przypraw, mały kopczyk maror - gorzkiego ziela, pieczona, nadziewana noga, jajko na twardo. Pozostałe sederowe talerze zostają także odkryte.


- "Arke! Czy dasz mi wszystkie twoje gorzkie zioła?" - Abraszke krzyczy nagle poprzez stół do swojego brata.

- "Ah, ty niezdaro, ciebie tylko interesuje jedna rzecz. Święto, czy nie święto, myślisz tylko o jedzeniu!"

- "A ty - dlaczego szczekasz jak pies w święto? W końcu, poprosiłem cię tylko o gorzkie zioła."

- "Jesteś gotów napchać się nawet gorzkim chrzanem. Myślisz, że cię nie znam? Ha-ha!"

- "Cicho!" - strofuje ich ojciec. - "Co to za krzyki? Nalejcie wina do czarek! Podajcie je gościom!"

Butelki wina przechodzą z rąk do rąk. Goście zabierają je po kolei, jeden od drugiego. Wino bulgoce, rozchlapuje się na obrus.

- "To jest naprawdę dobre wino!" - Ktoś zdążył już przełknąć kropelkę. - "Niech nam służy szczęście tak dobre, jak to wino jest słodkie!"

- "Ah!, ah!" - mówi ktoś inny - "Kielich Eliasza Proroka!"

Ojciec potakuje głową. Matka dorzuca: - "Weź wino z tej butelki, to jest lepsze."

Butelka przechyla się; wysoki, czerwony kielich Eliasza Proroka, który jeszcze przed momentem stał milczący, nieruchomy, zadumany, wypełnia się po brzegi.

Wino zaczyna się pienić. Kręci mi się w głowie od silnego zapachu wina, który dochodzi z kielichów. Nagle wydaje się, że to wiatr wieje z otwartych ksiąg Hagadah, wzniecony przez przewracanie stronic. Wszystkie głowy pochylają się nad książkami. Wypowiedziane zostaje pierwsze błogosławieństwo.

Siedzę na moim zwyczajowym miejscu, wciśnięta miedzy ojca i matkę. Przez poduszkę ojca, mój kącik jest bardziej zatłoczony niż zwykle. Czuję gorąc, coś mnie dusi. Moja głowa staje się ociężała od wina. Poduszki kuszą mnie, chce mi się położyć głowę na ich miękkim pierzu. Ale wiem, że zaraz, po kilku zdaniach, ojciec przechyli się w moją stronę, tak jakby te cztery pytania miały być zadawane nie przeze mnie jemu, ale mnie przez niego. Teraz sygnalizuje mi: - "Chodź, pytania!"

Nagle zapada cisza. Każdy patrzy na mnie. Ukrywam twarz w Hagadah. Moja głowa wiruje razem z literami. Przesuwam palec po stronie, chcę wyprostować linie. Wstrzymuję oddech. Jestem zaskoczona moim głosem: - "Podczas gdy -"

Ojciec przynagla mnie niskim głosem. Wydaje mi się, że na drugim końcu stołu wszyscy krztuszą się ze śmiechu. Plączę się jeszcze bardziej. Pełznę od jednej linii do drugiej, mieszam moje pytania. Wszak nauczyłam się ich na pamięć tak dobrze i miałam zapytać o tak wiele rzeczy. Jak tylko wypowiedziałam ostatnie słowo, podniósł się krzyk. Z ulgą, wszyscy powrócili do Hagadah.

Towarzystwo jakby ruszyło na kółkach z miejsca. Każdy recytuje dla siebie, stara się to zrobić szybciej niż inni, Ktoś próbuje nadążyć za kimś innym, przekrzyczeć głos sąsiada, zepchnąć go swoim własnym głosem.

Głosy odbijają się echem od okien, wdrapują się na ściany, zbudziły portret starego rabina Szneursona, który wisi w naszym domu od lat. Rabin spogląda teraz w dół zielonymi oczyma i słucha każdego głosu, jakby chciał sprawdzić każdego. Na drugiej ścianie, portret starego rabina Mendele również nie może pozostać w spokoju. Zadumany, zawinięty w biała tunikę, z długą białą brodą, wychodzi z ram, jakby został wezwany do czytania. Gołe ściany nadstawiają uszu, sufit zniża się, słuchając Hagadah; musi przecież zanieść każde słowo w górę.

Strona po stronie, słowa przesypują się jak piasek na pustyni. Męczy mnie samo patrzenie na wszystkich. Gdzie my jesteśmy?

Moi bracia pędzą naprzód, jak w zaprzęgu.

- "Ty prostaku, co ty recytujesz?" - nagle rozbrzmiewa niehebrajskie słowo. - "Opuściłeś kilka stron!" - to Mendl strofuje Abraszke.

Kogo ma on zamiar oszukać? I po co cały ten pośpiech? Małe kopczyki z liter i linii powstają, biegną w górę i w dół, jak po schodach. Zgubiłam się w Hagadah. Dotykam jej żółtych stron. W jednym miejscu znajduję plamę z wina, w innym okruchy zeszłorocznej macy. Nagle natrafiam na stronę z obrazkiem, który przedstawia stół sederowy, z wychudzonymi twarzami wokół niego.

Czuję ukłucie w sercu. Tutaj są oni, nasi dziadkowie, nasze najdroższe babcie. Jakże są wymęczeni, wyschnięci. Poklepuję ich palcami i przewracam stronę po stronie. Szukam ich wszędzie. Kawałeczek macy rozpada się nad moją Hagadah. To tak jakby piasek ziemi egipskiej ucierał się pod moimi stopami. Szepcę: - "Byliśmy niewolnikami -".

Zatłoczone strony zaczynają mnie dławić. Wiatr pustyni wieje w moich uszach. Blade cienie z kolorowych obrazków zbliżają się do mnie, oddychają mi w twarz. Zanim jeszcze dotknę je słowem, już wylewają swe serca, swoje cierpienia, opowiadają mi jak z wygnania wlekli się na pustyni, ociągali się i wlekli znowu. Dnie noce, lata, bez wody, bez chleba. Mój duch zostaje wciągnięty w ten ich cykl wyjścia, jak w obracające się koło. Słyszę ich kroki, Pocą się, drepcą z pochylonymi plecami.

Moje własne ramiona też ciążą; ja także wlokę się przez głęboki piasek. Moje usta są spieczone. Nie mogę wymawiać słów. Zaklejają one moje wargi, czuję je jak grudki gliny. Szepcę, pochylam się, próbuję znaleźć w Hagadah, przyłączyć się do długiego marszu, iść razem z nimi wszystkimi, powiedzieć im słowo, pomóc im, nieść coś tam -

Nagle zastanawiam się z olśnieniem: - "Czy z nimi były dzieci? Musiały być, płakać, zawodzić."

Gdzie jesteśmy? Wydaje mi się, że wszyscy zgubiliśmy drogę! Nigdy nie nadążę za nimi! Który pasaż czyta ojciec? Powinnam go słuchać. Jego głos jest spokojny. Każde słowo pada na stół jak miarowy krok. Idzie gładką drogą. Chciałabym z nim iść krok w krok. Dzięki Bogu, zatrzymał się na moment, żeby odetchnąć.

- "Teraz, plagi!" ojciec wskazuje ręką, żeby mu coś podać dla nalania wina w celu wyliczenia plag.

- "Woda zamieniona w krew. Żaby -"

Głos ojca rozbrzmiewa jak dzwon. Każda plaga jest wypchnięta, zalana długą kroplą wina. Jakby ojciec chciał odepchnąć każdy kłopot tak daleko, jak tylko możliwe. Wylał już cały swój kielich.

Matka sięga po dzban i powoli powtarza ten sam rytuał. Jest zakłopotana, bo chociaż wymienia głośno plagi, obawia się obryzgać cały stół. Wszyscy trzymają kielichy w ręce, jakby gotowali się do walki. Po kolei, każdy chwyta dzban i wlewa do niego wino z kielicha, jakby wypluwając je w twarz wroga. Każdy celuje w środek dzbana, próbując cisnąc swoją klątwę w samo serce. Plagi spadają jak kule na dno dzbana. W końcu dzban dochodzi do mnie. Tyle plag się w nim burzy! Zgęstniały jak plwociny.

- "Woda zamieniona w krew. Żaby. Wszy. Pomór." I jeszcze to! - jakbym ciskała głazy. Wlewam wino, rozlewam je. Nie mogę powstrzymać mojej dłoni. Gliniany dzban urasta do glinianej głowy faraona. Chętnie wylałabym nań na raz wszystkie plagi, rozbiła na nim mój kielich, oblała go krwią czerwonego wina.

- "Szarańcza. Ciemność - to jest za moich dziadków i babki, których prześladowałeś. Wymordowani pierworodni - to za torturowane niemowlęta" - przerażają mnie klątwy i czerwone plamy na obrusie. Szybko wylewam całe moje wino.









ELIASZ PROROK


Wymęczeni jedzeniem, czytaniem Hagadah, żujemy kęski twardego afikomanu. Tylko ojciec zachowuje się jak przystało na cesarza. Opierając się o poduszki, żuje afikoman z przymkniętymi oczyma, jakby rozmyślał: - "Gdzie On nas teraz poprowadzi?"

Nagle otwiera oczy i spogląda na matkę. Ona odsuwa swoje krzesło od stołu, otwiera Hagadah, wyciąga wpół wypaloną świecę ze świecznika i zwraca się do mnie: - "Chodź, Baszinke i zabierz swoją Hagadah z sobą."

Podskakuję jak użądlona. Serce moje jest przepełnione strachem i triumfem, ponieważ tylko ja towarzyszę matce na spotkanie Eliasza Proroka i żeby mu otworzyć drzwi.

Każda z nas, z otwartą Hagadah w dłoni - matka również trzyma płonącą świecę - wychodzimy cichutko z jadalni. Mężczyźni pozostają przy stole. Nikt się nawet nie poruszył. Wszyscy patrzą na nas, odprowadzają nas wzrokiem, jakby błogosławili na drogę, swoich wysłanników.

Przechodzimy szybko przez ciemną sień, żeby się nie spóźnić. Boże broń. Byłoby to największe zaniedbanie, gdyby Eliasz Prorok zatrzymał się przed naszym domem i zastał drzwi zamknięte. Mały płomyk, który wydaje się aż pocić od naszego pośpiechu, z trudem oświetla nam drogę. Ze świecy kapią łzy - może boi się otaczającej nas ciemności. Wchodzimy do małego przedpokoju. Serce mi wali, zdaje mi się, że wypadło z mojego ciała, żeby popłynąć w niebo, a upadło ze strachu na ciemną podłogę.

- "Uważaj, zakryj świecę!" matka mówi mi w pośpiechu i otwiera drzwi na ulicę. Ciemna noc wpada do środka, jak wiatr, wieje mi w twarz i spódnice, prawie gasząc świecę i wstrząsając nami.

- "Teraz" - myślę - "Eliasz Prorok jest już blisko. Właśnie chyba nadjeżdża. Powietrze drży od ruchu jego latającego rydwanu, a on powiewa swoimi skrzydłami, jego ogniste konie dopadają chmur."

Boję się wyjrzeć z drzwi, żeby coś nie schwyciło mnie za spódnicę. Cienie spod stóp wybiegają naprzód. Widzę tylko skrawek nieba. Błyszczy jak czarny aksamit. Czerni ulicę. Na czarnym niebie, mała gwiazdka pluska jak ryba w wodzie i rozpryskuje światło. Nagle zagląda w drzwi. Zatrzymała się dokładnie nad naszymi głowami.

Matka opuszcza oczy. Nic nie widzi. Co by było, gdyby mała gwiazdka wleciała w nasze drzwi i Eliasz, lub nawet sam Mesjasz, jednym skokiem pojawili się za nami?

Trwam cała w napięciu, słucham. Wszędzie cisza. Cisza zwisa z nieba, wisi nad ulicą, nad domami. Nie słychać ani kroku. Lampki płoną, każda cieniutkim płomyczkiem.

W domu poprzez ulicę, przez okna, pełza odbicie zapalonej świecy. Czy w każdym domu są teraz otwarte drzwi? Czy w każdych drzwiach stoi teraz matka z córeczką, trzymając w dłoni świecę?



Nagle za naszymi plecami podnosi się hałas. Słychać odsuwanie krzeseł. Może cały stół się zawalił? To tylko mężczyźni. Usłyszawszy, jak otwieramy drzwi, wszyscy powstali z miejsc i czytają Hagadah tak głośno, iż wydają się próbować poruszyć samą noc.

Stoimy tam, czując się pogrzebane pod ich głosami. Przysuwam się bliziutko do matki, chcę uczepić się jej spódnic, tak, że jeśli czarna noc wywlecze nas, to przynajmniej będziemy razem.

Rozbudzona świeca ugina się, kołysze na wszystkie strony. Kładę wokół niej dłoń, osłaniam ją od wiatru, tak żeby nie zgasła, żebyśmy, broń Boże, nie zastały w ciemnościach same, wobec otwartej czarnej dziury drzwi.

Matka spokojnie recytuje Hagadah; może sądzi, że cicha noc wysłucha z większą uwagą jej modłów. Jej wargi ledwo że się poruszają, jej twarz jest pomarszczona, okulary zsuwają się z jej nosa. Świeca gaśnie. Wydaje mi się, że stoimy tu zapomnieni.

Chowam głowę pod Haggadah, pod ręce matki - z jej żarliwym błogosławieństwem spadającym na mnie, nie będę się już bać.

- "Eliaszu, Proroku" - błagam, "zlituj się nad nami! Zejdź na dół szybko! Jest tak zimno, ciemno. Przyjdź do naszego domu. Wszyscy na ciebie czekają. I tobie też będzie cieplej. Czy słyszysz jak mój ojciec się modli? On nigdy nie krzyczy, a dzisiaj modli się tak głośno. Przyjdź więc, Eliaszu Proroku, przyjdź!"

Błysk światła przelatuje przez drzwi, przecina powietrze. Chcę podnieść głowę aby zobaczyć co się dzieje na niebie. Moje oczy są zalane ciemnością, nie ma sposobu, żeby je otworzyć. Czuję, że nie mogę wytrzymać światła, zmusza mnie ono do mrugania.

- "W przyszłym roku w Jerozolimie!" - ostatni okrzyk dochodzi z jadalni.

Krzesła zostają ponownie przysunięte do stołu i zapada cisza.

- "Mamo, czy Eliasz już wszedł do naszego domu?"

- "W przyszłym roku w Jerozolimie!" - wyrzuca słowa w otwarte drzwi, jakby w odpowiedzi.

Wyglądam na ulicę. Wiatr ucichł. Niebo jest usiane gwiazdami, dużymi, małymi. Dochodzą ze wszystkich stron świata. Zwisają jak zapalone świece, głowami w dół. Ich świetlne promienie krzyżują się, wzmacniają jedne drugie, a wszystkie razem kołyszą się, jak baldachim, pod którym wkrótce wzejdzie księżyc, niczym panna młoda w całym swym blasku.

Zamknąwszy swoją Hagadah, matka czyni znak rękami, wyrzucając je w powietrze. Może ściąga coś z nieba? Może? Może? Nie chce odejść od otwartych drzwi. Uderza powietrze po raz ostatni - jest to jak pocałunek - i zamyka drzwi.

Wracamy w milczeniu. Zimna noc wieje nam plecy, uderzając nas w ramiona swoimi rękoma powietrza.

W jadalni jest jasno i ciepło. Wszyscy siedzą ze spuszczonymi oczyma, pomrukując pasaż z Hagadah. Nikt nawet nie rzuca na nas spojrzenia. Matka siada cichutko. Pomrukliwe powietrze obejmuje mnie, otacza starymi stronicami Hagadah.

Obracam wokół głowę, tam i z powrotem - czy Eliasz Prorok tu był? Trzepot mojego serca niknie migocąc.


Bella Chagall, Burning lights ("Płonące świece"), Schocken Books, New York 1946.







Słownik:
Afikoman:
(hebrajskie, H) kawałek środkowej macy (jednej z trzech), spożywany na zakończenie sederu. Afikoman bywa ukryty przez ojca i "ukradziony" przez dzieci.
Bar-micwa:
(H) uroczystość, przez którą chłopiec, po ukończeniu 13. roku życia, osiąga dojrzałość religijną, stając się "synem przykazania" i pełnoprawnym członkiem społeczności żydowskiej. Od lat 1920. w większości społeczności żydowskich obchodzona jest również "bat-micwa" (bat - córka [H]) dla dziewcząt, które ukończyły 13. rok życia.
Beca:
(H) pieczone jajko; potrawa sederowa, symbolizująca ofiarę w Świątyni na Pesah oraz ciągłość życia.
Chamec:
(H) fermentowany chleb, zakazany w Pesah.
Charoset:
(H) mieszanina posiekanych orzechów, owoców i przypraw; potrawa sederowa, symbolizująca maltę, z której Żydzi musieli robić cegły w Egipcie.
Chazeret:
(H) gorzkie zioła, zwykle gorzka sałata, potrawa sederowa, symbolizująca gorycz niewoli egipskiej.
Gut yom-tov:
(yidisz-Y) pozdrowienie świąteczne - "Dobrego święta".
Haggadah:
(H) "Dyskurs," "Legenda"; księga opisująca historię wyjścia Żydów z niewoli egipskiej - domu niewoli.
Karpas:
(H) zielone warzywa, zwykle pietruszka i seler, potrawa sederowa, symbolizująca wiosnę i odnowę. Spożywane po zamoczeniu w słonej wodzie, symbolizującej łzy niewolników żydowskich w Egipcie.
Mah-nisztanah:
(H) "Jaka jest różnica"; zwrot wprowadzający zwyczajowe cztery pytania zadawane ojcu przez najmłodsze dziecko podczas sederu.
Maca:
(H) nie fermentowany chleb, spożywany podczas Pesah.
Maror:
(H) gorzkie zioła, zwykle chrzan, potrawa sederowa, symbolizująca gorycz niewoli egipskiej.
Pesah:
(H) Pascha, Passover; święta żydowskie upamiętniające wyjście Żydów z niewoli z Egiptu.
Seder:
(H) "Porządek"; religijno-domowa uroczystość w pierwszy z dwóch wieczorów Pesah.
Shul:
(Y) synagoga (termin powszechnie przyjęty wśród Żydów).
Zaro:
(H) pieczony goleń jagnięcia; potrawa sederowa, symbolizująca ofiarę z jagnięcia na Pesah.








Copyright © 1997-
2007 Zwoje