

- "Aj! kazdego roku robisz te same bledy!" - wymysla mi jeden z moich braci.
- "A dlaczego kazdego roku sa te same cztery pytania?"
Dla niego to cala przeprawa, zeby mnie nauczyc wyrecytowac te cztery pytania. Bo, nie cztery, ale czterdziesci pytan klebi sie w mojej glowie - ale ktoz odwazylby zadawac pytania ojcu! - Strofuja mnie przeciez przez caly okragly rok: - "Ty glupia, dlaczego ciagle zadajesz pytania, caly czas!"
Ale ojca tu nie ma, wiec moge go pytac: "Ojcze, dlaczego nagle, tak z niczego, stales sie cesarzem na seder? Dlaczego tak jest, ze jak tylko nadejdzie pierwszy dzien tych swiat, to przestajesz byc krolem, a cale nasze krolestwo znika? Ojcze, dlaczego Eljasz Prorok nie siedzi obok ciebie podczas sederu? On z cala pewnoscia moglby byc cesarzem, poniewaz jego kielich jest najwiekszy, najpiekniejszy. Ojcze, dlaczego jego kielich pozostaje nawet nie tkniety na srodku stolu? Dlaczego Eljasz Prorok nie zjawia sie chociazby na czas recytowania plag? Dlaczego on nie je z nami, i dlaczego dopiero po kolacji otwieramy drzwi aby go zawolac? Ojcze, dlaczego obiecuje on nam kazdego roku: 'Nastepnego roku w Jerozolimie,' podczas gdy on sam ukrywa sie w ciemnosciach nocy? Dlaczego, dlaczego?"
- "Dlaczego krecisz sie w kolku, ty zaspancu" - beszta mnie brat - "Tu jest twoja linijka, powtarzaj ja za mna."
Raz jeszcze, od poczatku strony do konca, powtarzam na glos cztery pytania.
W naszym mieszkaniu wrze. Chodze w kolko powoli, jakbym niosila w glowie dzban pelen pytan. Wyszeptuje je cichutko. Boje sie, ze moge je wychlapac z mojej pamieci.
Dzien mija. Zapachy jedzenia na Pesach przychodza skads i wychodza. Havah pedzi jak wicher z kuchni do jadalni i z powrotem. Co minute zatrzymuje sie, i liczy cos na palcach.
- "Charoset ?" i zagina jeden palec. "zaro upieczone ?" i zagina drugi. "bezah juz ugotowane. Co jeszcze? Karpas. Gdzie jest Sasza?" - wykrzykuje nagle. "Wlasnie kiedy jej potrzeba, to jej nie ma. Seder czy nie - dla niej wszystko jedno. Baszinke, idz i znajdz ja. Pewnie poszla do piwnicy z Iwanem. Kolacja gotowa." - Havah spluwa na bok, jakby robilo sie jej niedobrze na sama mysl o ich chamecu.
Wybiegam... i nie poznaje naszej piwnicy. Jej czarne sciany lsnia. Sasza oproznila ja tak dokumentnie, ze zrobila sie wielka i pojemna. Nie ma w niej smieci. Nie pachnie juz nafta, ani mieszanka kwaszonej kapusty i kiszonych ogorkow. Beczki sa ustawione za drewnem. Na srodku piwnicy oproznila cos na ksztalt jadalni na tydzien Paschy. Sasza siedzi na klocku drewna, jak kloda, a obok niej na innym pienku siedzi Iwan, dozorca domu. Nad ich glowami polyskuje mala blaszana lampka. Wystaje nieco ze sciany, sciana jest mokra, ale komin jest tak wypolerowany, ze plomyk jest swiezy i radosny. Przechyla sie na boki, migoce na bialej sukni Saszy, opadajacej do golej ziemi. Jej stol jest pelen jedzenia. Wypelnia nim swoje policzki i nie przestaje sie smiac. Czarnobrody Iwan - ktorego kozuszek czyni podobnym do niedzwiedzia - bez przerwy obciera swoje mokre wasy.
- "A... Baszutke, chcesz kawalek chameca?" I smieje sie szorstko.
- "Sasza!" - odracam sie tylem do niego - "Havah cie wola! Wszyscy juz przyszli i zaraz zacznie sie seder!"
Ciagne ja za rekaw, nie powinna byc w piwnicy sama z pijanym Iwanem. Unosi swoje spodnice, bierze je w reke, rzuca ostatni smiech Iwanowi w twarz, i wybiega z piwnicy razem ze mna.
- "Baszutke, czy naprawde wszyscy juz tam sa? Hi-hi-hi. Pospiesz sie." Schody uginaja sie pod jej stopami.
Na gorze, w jadalni swietuje sie juz w pelni. Stol rozciaga sie od jednej sciany do drugiej - bialy stol sederowy w milczacym swietle czerwonych kielichow. Lsniacy obrus kluje w oczy. Swieczniki blyszcza. Biale swiece, jeszcze nie zapalone, stercza w powietrze. Nawet sufit lsni, odbijajac wypolerowane lancuszki kandelabru. Kazdy kopczyk macy jest zawiniety w serwetke, ktora wyglada jak cztero-pomponiasty tales. Wielkie, obleczone na bialo poduszki stercza z krzesel w zaklopotaniu, dysza na mace. Surowe oprawy ksiazek Haddadah polyskuja zloconymi literami.
Pierwsza wchodzi matka w bialej odswietnej sukni. Jej twarz jasnieje. Z wlosami zakreconymi do gory wyglada wyzsza. Jej suknia jest szeroka, dluga, obrzezona koronkami, cekinami, wstazkami; ciagnie sie po podlodze, szelesci, wypelnia caly pokoj swoim szumem. Matka podchodzi do swiec, zapala je, okraza je szeroko dlonmi, jakby blogoslawiac caly stol razem ze swiecami.
Jest teraz cieplo i jasno, jakby zostalo zapalonych nie tylko siedem swieczek matki, ale setki ich na raz. Ich cieple plomyki pieszcza zimny odblask obrusa, chociaz one same zostaly wlasnie poglaskane cieplymi dlonmi matki.
W mieszkaniach sasiadow z naszego podworka rowniez pala sie swiece. Swiatelka swiec wszystkich ludzi krzyzuja sie jedne z drugimi. Wydaja sie rozrzucac gorejace zloto. Odbijaja sie w oknach, oswietlaja stol; igraja na wyhaftowanych kwiatach obrusa, na butelkach wina, ktore stoja czekajac. Czynia czerwone kielichy jeszcze czerwienszymi.
Plomyk za plomykiem lize bialy stol. Jeszcze nie jest on zupelnie gotowy. Ciagle sie go nakrywa. Nikt sie nie zastanawia czy stol utrzyma te wszystkie rzeczy, ktore na nim sa.
- "Havah, obralas jajka? Gdzie jest osolona woda?" - Matka krzata sie wokol stolu, chce sprawdzic go caly oczami, czy aby czegos nie brakuje. "Daj mi jeszcze jedna poduszke. Calkiem zapomnialam, ze bedziemy mieli jeszcze jednego goscia. I naloz na nia swieza obleczke."
Kilka nowych poduszek zostaje rozlozonych. Krzesla, jak ciezarne kobiety, wyginaja w gore swoje brzuchy.
- "Mamo, kto przychodzi? Ilu nas bedzie na sederze?"
- "Ah" - mowi, machajac reka, "kto by ich tam liczyl? W koncu to jest swieto!" A potem - "Cicho! wlasnie nadchodza z szul."
Slysze pomruk nieznanych mi glosow. Wchodzi jakis gosc. - "Gu yom-tov! Jak sie pani miewa?" mowi do matki. - "Czy to sa panstwa chlopcy? Czy oni juz sa po bar-micwa?" - I szczypie kazdego w policzek.
Pierwszy, ktory przyszedl jest dalekim krewnym ojca, domokrazca w sasiednich miasteczkach. Wie, ze dla mojego ojca krewny jest swietym gosciem. Wprosil sie sam na nasz seder a zachowuje sie tak, jakby byl we wlasnym domu. Nuci melodie, chodzi w kolo, glosno siaka nos, moralizuje, daje rady. Pierwszy wylewnie wita kazdego nowego goscia.
Teraz jest juz glosny tlum, wszyscy czekaja na ojca. Aby skrocic sobie czas opowiadaja historyjki, wymieniaja zarty- "Czego sie teraz uczysz, Baszinke? Znasz dobrze rosyjski?" - ktos mnie pyta.
- "Czy masz dobre stopnie?" - pytaja mnie nagle moj brat i siostra, ktorzy przybyli z daleka.
Spogladam na nich, jakby rowniez byli obcymi. Nie widuje ich przez caly rok. Brat studiuje za granica, siostra mieszka w innym miescie. W tym roku przywiozla dwoje swoich malych dzieci. Raczkuja na kolanach kazdego, a specjalnie, jesli ktos ma dlugie nogi, proszac go o "przejazdzke."
Wszyscy sa weseli. Tylko oczy jednego starego kawalera sa smutne, zadumane. Patrzy na bawiacych sie chlopcow. Przypomina pewnie sobie, ze on takze mial kiedys ojca i matke i swoj dom. I przesuwa sie do kata, jak maly chlopiec.
- "Gut-yom-tov" - Wchodzi trzech zolnierzykow, wszyscy przebrani na Pasche, i staje w szeregu. Zgielk w pokoju zwabil ich do srodka.
- "Spokoj, ojciec nadchodzi!"
Wrzawa nagle cichnie.

Nie od razu poznaje ojca. Jakis nowy ojciec! W drzwiach staje bialy krol, ubrany na bialo od stop do glow. Nie widac go w jego szerokim, bialym, jedwabnym plaszczu. Bialy jedwab migoce, pecznieje w faldach, potrzymywanych grubym pasem. Rekawy zwisaja w dol jak skrzydla, dlugie i szerokie, zakrywajac rece i palce. Biala, jedwabna jarmulka polyskuje na jego siwych wlosach. Ta bialosc czyni go tezszym i mocniejszym. Cos specjalnego promieniuje z jego twarzy. Jakis bialy aromat dochodzi od niego. Gdyby tak ojciec pomachal rekoma, te rekawy unioslyby go jak skrzydla. Patrze mu w twarz. Koniec koncow, jest on dzisiaj cesarzem.
- "Gut yom-tov!" - mowi ojciec.
- "Gut yom-tov!" - odpowiadamy wszyscy.
Rozpoczyna sie seder.
Ojciec zajmuje samotne miejsce u szczytu stolu. Oparty o dwie nadete poduszki, prawdziwie siedzi jak cesarz na tronie. Za nim do stolu rusza cala kompania. Potracaja jedni drugich, odsuwaja krzesla, tlocza sie przy stole. Inni siedza na swoich wielkich poduszkach, jakby wyniesieni na wysokosci. Ojciec pierwszy wyjmuje serwetke z zastawy sederowej i rzuca ostre spojrzenie na rzeczy ustawione przed nim. Oczy matki zatrzymuja sie. Czyzby o czyms zapomniano? Spod jego zoltej macy, wystaja, jak kawalki mchu ze starego dachu, galazki przypraw, maly kopczyk maror - gorzkiego ziela, pieczona, nadziewana noga, jajko na twardo. Pozostale sederowe talerze zostaja takze odkryte.

- "Arke! Czy dasz mi wszystkie twoje gorzkie ziola?" - Abraszke krzyczy nagle poprzez stol do swojego brata.
- "Ah, ty niezdaro, ciebie tylko interesuje jedna rzecz. Swieto, czy nie swieto, myslisz tylko o jedzeniu!"
- "A ty - dlaczego szczekasz jak pies w swieto? W koncu, poprosilem cie tylko o gorzkie ziola."
- "Jestes gotow napchac sie nawet gorzkim chrzanem. Myslisz, ze cie nie znam? Ha-ha!"
- "Cicho!" - strofuje ich ojciec. - "Co to za krzyki? Nalejcie wina do czarek! Podajcie je gosciom!"
Butelki wina przechodza z rak do rak. Goscie zabieraja je po kolei, jeden od drugiego. Wino bulgoce, rozchlapuje sie na obrus.
- "To jest naprawde dobre wino!" - Ktos zdazyl juz przelknac kropelke. - "Niech nam sluzy szczescie tak dobre, jak to wino jest slodkie!"
- "Ah!, ah!" - mowi ktos inny - "Kielich Eljasza Proroka!"
Ojciec potakuje glowa. Matka dorzuca: - "Wez wino z tej butelki, to jest lepsze."
Butelka przechyla sie; wysoki, czerwony kielich Eljasza Proroka, ktory jeszcze przed momentem stal milczacy, nieruchomy, zadumany, wypelnia sie po brzegi.
Wino zaczyna sie pienic. Kreci mi sie w glowie od silnego zapachu wina, ktory dochodzi z kielichow. Nagle wydaje sie, ze to wiatr wieje z otwartych ksiag Haggadah, wzniecony przez przewracanie stronic. Wszystkie glowy pochylaja sie nad ksiazkami. Wypowiedziane zostaje pierwsze blogoslawienstwo.
Siedze na moim zwyczajowym miejscu, wcisnieta miedzy ojca i matke. Przez poduszke ojca, moj kacik jest bardziej zatloczony niz zwykle. Czuje gorac, cos mnie dusi. Moja glowa staje sie ociezala od wina. Poduszki kusza mnie, chce mi sie polozyc glowe na ich miekkim pierzu. Ale wiem, ze zaraz, po kilku zdaniach, ojciec przechyli sie w moja strone, tak jakby te cztery pytania mialy byc zadawane nie przeze mnie jemu, ale mnie przez niego. Teraz sygnalizuje mi: - "Chodz, pytania!"
Nagle zapada cisza. Kazdy patrzy na mnie. Ukrywam twarz w Haggadah. Moja glowa wiruje razem z literami. Przesuwam palec po stronie, chce wyprostowac linie. Wstrzymuje oddech. Jestem zaskoczona moim glosem: - "Podczas gdy -"
Ojciec przynagla mnie niskim glosem. Wydaje mi sie, ze na drugim koncu stolu wszyscy krztusza sie ze smiechu. Placze sie jeszcze bardziej. Pelzne od jednej linii do drugiej, mieszam moje pytania. Wszak nauczylam sie ich na pamiec tak dobrze i mialam zapytac o tak wiele rzeczy. Jak tylko wypowiedzialam ostatnie slowo, podniosl sie krzyk. Z ulga, wszyscy powrocili do Haggadah.
Towarzystwo jakby ruszylo na kolkach z miejsca. Kazdy recytuje dla siebie, stara sie to zrobic szybciej niz inni, Ktos probuje nadazyc za kims innym, przekrzyczec glos sasiada, zepchnac go swoim wlasnym glosem.
Glosy odbijaja sie echem od okien, wdrapuja sie na sciany, zbudzily portret starego rabina Szneursona, ktory wisi w naszym domu od lat. Rabin spoglada teraz w dol zielonymi oczyma i slucha kazdego glosu, jakby chcial sprawdzic kazdego. Na drugiej scianie, portret starego rabina Mendele rowniez nie moze pozostac w spokoju. Zadumany, zawiniety w biala tunike, z dluga biala broda, wychodzi z ram, jakby zostal wezwany do czytania. Gole sciany nadstawiaja uszu, sufit zniza sie, sluchajac Haggadah; musi przeciez zaniesc kazde slowo w gore.
Strona po stronie, slowa przesypuja sie jak piasek na pustyni. Meczy mnie samo patrzenie na wszystkich. Gdzie my jestesmy?
Moi bracia pedza naprzod, jak w zaprzegu.
- "Ty prostaku, co ty recytujesz?" - nagle rozbrzmiewa niehebrajskie slowo. - "Opusciles kilka stron!" - to Mendl strofuje Abraszke.
Kogo ma on zamiar oszukac? I po co caly ten pospiech? Male kopczyki z liter i linii powstaja, biegna w gore i w dol, jak po schodach. Zgubilam sie w Haggadah. Dotykam jej zoltych stron. W jednym miejscu znajduje plame z wina, w innym okruchy zeszlorocznej macy. Nagle natrafiam na strone z obrazkiem, ktory przedstawia stol sederowy, z wychudzonymi twarzami wokol niego.
Czuje uklucie w sercu. Tutaj sa oni, nasi dziadkowie, nasze najdrozsze babcie. Jakze sa wymeczeni, wyschnieci. Poklepuje ich palcami i przewracam strone po stronie. Szukam ich wszedzie. Kawaleczek macy rozpada sie nad moja Haggadah. To tak jakby piasek ziemi egipskiej ucieral sie pod moimi stopami. Szepce: - "Bylismy niewolnikami -".
Zatloczone strony zaczynaja mnie dlawic. Wiatr pustyni wieje w moich uszach. Blade cienie z kolorowych obrazkow zblizaja sie do mnie, oddychaja mi w twarz. Zanim jeszcze dotkne je slowem, juz wylewaja swe serca, swoje cierpienia, opowiadaja mi jak z wygnania wlekli sie na pustyni, ociagali sie i wlekli znowu. Dnie noce, lata, bez wody, bez chleba. Moj duch zostaje wciagniety w ten ich cykl wyjscia, jak w obracajace sie kolo. Slysze ich kroki, Poca sie, drepca z pochylonymi plecami.
Moje wlasne ramiona tez ciaza; ja takze wloke sie przez gleboki piasek. Moje usta sa spieczone. Nie moge wymawiac slow. Zaklejaja one moje wargi, czuje je jak grudki gliny. Szepce, pochylam sie, probuje znalezc w Haggadah, przylaczyc sie do dlugiego marszu, isc razem z nimi wszystkimi, powiedziec im slowo, pomoc im, niesc cos tam -
Nagle zastanawiam sie z olsnieniem: - "Czy z nimi byly dzieci? Musialy byc, plakac, zawodzic."
Gdzie jestesmy? Wydaje mi sie, ze wszyscy zgubilismy droge! Nigdy nie nadaze za nimi! Ktory pasaz czyta ojciec? Powinnam go sluchac. Jego glos jest spokojny. Kazde slowo pada na stol jak miarowy krok. Idzie gladka droga. Chcialabym z nim isc krok w krok. Dzieki Bogu, zatrzymal sie na moment, zeby odetchnac.
- "Teraz, plagi!" ojciec wskazuje reka, zeby mu cos podac dla nalania wina w celu wyliczenia plag.
- "Woda zamieniona w krew. Zaby -"
Glos ojca rozbrzmiewa jak dzwon. Kazda plaga jest wypchnieta, zalana dluga kropla wina. Jakby ojciec chcial odepchnac kazdy klopot tak daleko, jak tylko mozliwe. Wylal juz caly swoj kielich.
Matka siega po dzban i powoli powtarza ten sam rytual. Jest zaklopotana, bo chociaz wymienia glosno plagi, obawia sie obryzgac caly stol. Wszyscy trzymaja kielichy w rece, jakby gotowali sie do walki. Po kolei, kazdy chwyta dzban i wlewa do niego wino z kielicha, jakby wypluwajac je w twarz wroga. Kazdy celuje w srodek dzbana, probujac cisnac swoja klatwe w samo serce. Plagi spadaja jak kule na dno dzbana. W koncu dzban dochodzi do mnie. Tyle plag sie w nim burzy! Zgestnialy jak plwociny.
- "Woda zamieniona w krew. Zaby. Wszy. Pomor." I jeszcze to! - jakbym ciskala glazy. Wlewam wino, rozlewam je. Nie moge powstrzymac mojej dloni. Gliniany dzban urasta do glinianej glowy faraona. Chetnie wylalabym nan na raz wszystkie plagi, rozbila na nim moj kielich, oblala go krwia czerwonego wina.
- "Szarancza. Ciemnosc - to jest za moich dziadkow i babki, ktorych przesladowales. Wymordowani pierworodni - to za torturowane niemowleta" - przerazaja mnie klatwy i czerwone plamy na obrusie. Szybko wylewam cale moje wino.


Wymeczeni jedzeniem, czytaniem Haggadah, zujemy keski twardego afikomanu. Tylko ojciec zachowuje sie jak przystalo na cesarza. Opierajac sie o poduszki, zuje afikoman z przymknietymi oczyma, jakby rozmyslal: - "Gdzie On nas teraz poprowadzi?"
Nagle otwiera oczy i spoglada na matke. Ona odsuwa swoje krzeslo od stolu, otwiera Haggadah, wyciaga wpol wypalona swiece ze swiecznika i zwraca sie do mnie: - "Chodz, Baszinke i zabierz swoja Haggadah z soba."
Podskakuje jak uzadlona. Serce moje jest przepelnione strachem i triumfem, poniewaz tylko ja towarzysze matce na spotkanie Eliasza Proroka i zeby mu otworzyc drzwi.
Kazda z nas, z otwarta Haggadah w dloni - matka rowniez trzyma plonaca swiece - wychodzimy cichutko z jadalni. Mezczyzni pozostaja przy stole. Nikt sie nawet nie poruszyl. Wszycy patrza na nas, odprowadzaja nas wzrokiem, jakby blogoslawili na droge, swoich wyslannikow.
Przechodzimy szybko przez ciemna sien, zeby sie nie spoznic. Boze bron. Byloby to najwieksze zaniedbanie, gdyby Eljasz Prorok zatrzymal sie przed naszym domem i zastal drzwi zamkniete. Maly plomyk, ktory wydaje sie az pocic od naszego pospiechu, z trudem oswietla nam droge. Ze swiecy kapia lzy - moze boi sie otaczajacej nas ciemnosci. Wchodzimy do malego przedpokoju. Serce mi wali, zdaje mi sie, ze wypadlo z mojego ciala, zeby poplynac w niebo, a upadlo ze strachu na ciemna podloge.
- "Uwazaj, zakryj swiece!" matka mowi mi w pospiechu i otwiera drzwi na ulice. Ciemna noc wpada do srodka, jak wiatr, wieje mi w twarz i spodnice, prawie gaszac swiece i wstrzasajac nami.
- "Teraz" - mysle - "Eljasz Prorok jest juz blisko. Wlasnie chyba nadjezdza. Powietrze drzy od ruchu jego latajacego rydwanu, a on powiewa swoimi skrzydlami, jego ogniste konie dopadaja chmur."
Boje sie wyjrzec z drzwi, zeby cos nie schwycilo mnie za spodnice. Cienie spod stop wybiegaja naprzod. Widze tylko skrawek nieba. Blyszczy jak czarny aksamit. Czerni ulice. Na czarnym niebie, mala gwiazdka pluska jak ryba w wodzie i rozpryskuje swiatlo. Nagle zaglada w drzwi. Zatrzymala sie dokladnie nad naszymi glowami.
Matka opuszcza oczy. Nic nie widzi. Co by bylo, gdyby mala gwiazdka wleciala w nasze drzwi i Eljasz, lub nawet sam Mesjasz, jednym skokiem pojawili sie za nami?
Trwam cala w napieciu, slucham. Wszedzie cisza. Cisza zwisa z nieba, wisi nad ulica, nad domami. Nie slychac ani kroku. Lampki plona, kazda cieniutkim plomyczkiem.
W domu poprzez ulice, przez okna, pelza odbicie zapalonej swiecy. Czy w kazdym domu sa teraz otwarte drzwi? Czy w kazdych drzwiach stoi teraz matka z coreczka, trzymajac w dloni swiece?

Nagle za naszymi plecami podnosi sie halas. Slychac odsuwanie krzesel. Moze caly stol sie zawalil? To tylko mezczyzni. Uslyszawszy, jak otwieramy drzwi, wszyscy powstali z miejsc i czytaja Hahaddah tak glosno, iz wydaja sie probowac poruszyc sama noc.
Stoimy tam, czujac sie pogrzebane pod ich glosami. Przysuwam sie bliziutko do matki, chce uczepic sie jej spodnic, tak, ze jesli czarna noc wywlecze nas, to przynajmniej bedziemy razem.
Rozbudzona swieca ugina sie, kolysze na wszystkie strony. Klade wokol niej dlon, oslaniam ja od wiatru, tak zeby nie zgasla, zebysmy, bron Boze, nie zastaly w ciemnosciach same, wobec otwartej czarnej dziury drzwi.
Matka spokojnie recytuje Hagaddah; moze sadzi, ze cicha noc wyslucha z wieksza uwaga jej modlow. Jej wargi ledwo ze sie poruszaja, jej twarz jest pomarszczona, okulary zsuwaja sie z jej nosa. Swieca gasnie. Wydaje mi sie, ze stoimy tu zapomnieni.
Chowam glowe pod Haggadah, pod rece matki - z jej zarliwym blogoslawienstwem spadajacym na mnie, nie bede sie juz bac.
- "Eljaszu, Proroku" - blagam, "zlituj sie nad nami! Zejdz na dol szybko! Jest tak zimno, ciemno. Przyjdz do naszego domu. Wszyscy na ciebie czekaja. I tobie tez bedzie cieplej. Czy slyszysz jak moj ojciec sie modli? On nigdy nie krzyczy, a dzisiaj modli sie tak glosno. Przyjdz wiec, Eljaszu Proroku, przyjdz!"
Blysk swiatla przelatuje przez drzwi, przecina powietrze. Chce podniesc glowe aby zobaczyc co sie dzieje na niebie. Moje oczy sa zalane ciemnoscia, nie ma sposobu, zeby je otworzyc.Czuje, ze nie moge wytrzymac swiatla, zmusza mnie ono do mrugania.
- "W przyszlym roku w Jerozolimie!" - ostatni okrzyk dochodzi z jadalni.
Krzesla zostaja ponownie przysuniete do stolu i zapada cisza.
- "Mamo, czy Eljasz juz wszedl do naszego domu?"
- "W przyszlym roku w Jerozolimie!" - wyrzuca slowa w otwarte drzwi, jakby w odpowiedzi.
Wygladam na ulice. Wiatr ucichl. Niebo jest usiane gwiazdami, duzymi, malymi. Dochodza ze wszystkich stron swiata. Zwisaja jak zapalone swiece, glowami w dol. Ich swietlne promienie krzyzuja sie, wzmacniaja jedne drugie, a wszystkie razem kolysza sie, jak baldachim, pod ktorym wkrotce wzejdzie ksiezyc, niczym panna mloda w calym swym blasku.
Zamknawszy swoja Hagaddah, matka czyni znak rekami, wyrzucajac je w powietrze. Moze sciaga cos z nieba? Moze? Moze? Nie chce odejsc od otwartych drzwi. Uderza powietrze po raz ostatni - jest to jak pocalunek - i zamyka drzwi.
Wracamy w milczeniu. Zimna noc wieje nam plecy, uderzajac nas w ramiona swoimi rekoma powietrza.
W jadalni jest jasno i cieplo. Wszyscy siedza ze spuszczonymi oczyma, pomrukujac pasaz z Hagaddah. Nikt nawet nie rzuca na nas spojrzenia. Matka siada cichutko. Pomrukliwe powietrze obejmuje mnie, otacza starymi stronicami Haggadah.
Obracam wokol glowe, tam i z powrotem - czy Eljasz Prorok tu byl? Trzepot mojego serca niknie migocac.
Bella Chagall, Burning lights ("Plonace swiece"), Schocken Books, New York 1946.


Slownik:

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||