
Wielki Post ze swojem wstrzymaniem sie od zabaw i uciech swiatowych, swojem rozpamietywaniem i pracami duchowemi, przypada zwykle w posepnej porze, ktora jest przejsciem z martwoty zimowej do wiosennego zycia. Zaiste trudno bylo stosowniejsza wynalezc chwile do nastrojenia umyslu na ton zaloby, nad te zamiecie marcowe i te kwietniowe zmiany. Kosciol, odgadujac tajemnice natury naszej, umial zastosowac obrzedy i uroczystosci do por roku. Jakoz wielki post i adwent przypadaja wlasnie na czas przejscia, a tem samem nieutrwalonej pory, czas najnieznosniejszy, czy to w naturze, czy w spoleczenstwie ludzkiem. Umysl ukladajac sie do harmonii ze swiatem zewnetrznym, sklonniejszy jest wtedy do rozmyslan nad marnosciami zycia, bo gdzie spojrzy widzi zamet, chmury, slonce omdlale i bojazliwie ukazujace sie na horyzoncie, a za to ma noce dlugie, przyjazne utworom fantazyi i rojom duchow, ktorych glosy jeczace odzywaja sie niby w szumie wichrow przedwiosnianych i jesiennych. Ale oto utrwala sie zima - i masz Swieto Narodzin Chrystusa, wesole i rzewne zarazem, glosne, ale w zaciszu domowem, prawdziwa uroczystosc domowego ogniska; tu znowu utrwala sie wiosna - i jakby na ozywienie smutkami wysuszonej duszy, nastepuje najwieksza uroczystosc w chrzescijanstwie: Wielkanoc - dzien Zmartwychwstania! Wiosna! Zmartwychwstanie! Jakies cudowne polaczenie symbolu religijnego z natura. Wszystko tez, jezeli tylko cieple slonce i pogoda sprzyja, wybucha zyciem; domowa zacisza juz nie ma powabu, za to wycieczki w pola, laki, lasy, lacza sie z pewnemi pamiatkami, ktore obchodza sie na wolnem i swiezem powietrzu. To nagle przejscie z umartwien wielko-tygodniowych, z postow, spowiedzi, pokuty, z posepnej zaloby kosciolow, obrzadow tak zywo przypominajacych wielka ofiare krzyzowa, do radosci Zmartwychwstania, do zyczen wesolego Alleluja przy pozywaniu wielkanocnego jaja, tyle w sobie miesci poetycznego zywiolu, ze doprawdy dziwic sie potrzeba naszym poetom, mianowicie tym, co tak czarownie kreslili zywot domowych ojcow, iz obrazu uroczystosci tej nie wpletli w swoje cudne epopeje. Ktokolwiek wspomnieniem siega lat dawniejszych, juz dzis spostrzega roznice i czuje chlod wdzierajacy sie we wszystkie nasze obchody i stare zwyczaje. Niechze przynajmniej poezya pochwyci je w swoje zlote ramy i zachowa potomnym, aby mogli kiedys westchnac i pomyslec: zycie ojcow naszych o ile bylo rozmaitsze od nudnej prozy, ktorasmy sobie wyrobili zimnym rozumem wieku!
I prawda! porownywajac to co dzis jest, z tem co bylo, przekonamy sie, ze z kazdym dniem ubywa to jakis zwyczaj, to obrzad, to pamiatka. Wezmy n. p. Swiecone - wszak to pamiatka z duszy slowianskiej wyprota, bo jej nie obchodza w zadnym innym kraju jak u nas: a jednak czesto uslyszec mozna owych propagatorow cywilizacyi, spogladajacych krzywem okiem na wszystko co swoje, jak dowodza: ze to barbarzynski zwyczaj, ten zbytek zastawy i jadla; ze takie placki, baby i szynki mozna jesc caly rok a nie w jednym lub kilku dniach. Na to niema co odpowiedziec, bo jeslibys chcial dowodzic symboliki jaja wielkanocnego, baranka i owych kolaczy w tak rozmaitych ksztaltach pieczonych, jezelibys jeszcze przytaczal tajemnicze znaczenie swieconego, jak to Rej w Postylli wyklada, powiadajac: "kto swieconego nie je, a kielbasy dla weza, chrzanu dla plech, jarzabka dla wiezienia, juz zly chrzescijanin" - stracona bylaby twoja erudycya, a raczej narazilbys na zart te cala poezye wielkanocnego obchodu, ktora przygotowuje sie w Wielkim Tygodniu ze wszystkiemi zabiegami, trudami, wysileniami naszych gospodyn. Zagladnawszy tylko w tajniki kazdego domu, co jeszcze staropolski przechowuje zwyczaj, ujrzalbys, jaki tam zamet panuje w ostatnich dniach Wielkiego tygodnia! Pani domu nocy nie dosypia, czuwajac nad ruszajacemi sie ciastami, dogladajac goracosci pieca, silac glowe nad najgustowniejszem ubraniem i ulukrowaniem bab i plackow, w ktore sypie przedziwne kordyaly i slodycze. A teraz dopiero gdy przyjdzie zastawa! Jaki rozmysl artystyczny! Na ogromnym stole przykrytym snieznym obrusem, srodek zajmuja szynki, ozory, nadziewane prosieta, pieczone baranki, niby to stara gwardya, falanga, o ktora rozbijaja sie najzuchwalsze apetyty, wszystko to kupi sie w spokojnej powadze dokola Agnus Dei, misternie wyrobionego z masla, trzymajacego jak hetman tego dnia, choragiew zmartwychwstania.

Na skrzydlach tego taboru, stoja podobne wiezom, baby, zadziwiajace ogromem, a jeszcze wiecej lekkoscia, taka baba to prawdziwy Meisterstück dobrej gospodyni; ciasto jej sniezne, lekkie, puchowe, wywoluje pochwaly mezczyzn, zazdrosc obudza w sasiadkach, ktore albo nie znaly tajemnicy pieczenia, albo zalowaly zachodu i pilnosci i rumienia sie widokiem swoich bab z zakalcem. Dalej na brzegach stolu stoja podobne rzymskim mozaikom placki, mazurki z najfantastyczniejszymi wzorami, pelne kokieteryi i smaku; a wszedzie zielenieja sie kity bukszpanu, niby to laur wieczacy bohatera dnia tego; a wszedzie rozrzucone jaja, podobne do piramid, kul i granatow lezacych na walach twierdzy... Pozywanie swieconego jajka jest trescia, glownym symbolem obchodu, jak przy lamaniu oplatka na Wigilie koledowa, gospodarstwo czestuje niem kazdego goscia, zyczac szczesliwego Alleluja i wszelkich pomyslnosci w zyciu. Zwyczaj to starozytny, siegajacy owych wiekow, kiedy oddawano jeszcze czesc silom natury. Kosciol go zachowal, bo mysl jego tlumaczyl. W wielu miejscach, gdzie nawet nie wiedza o zwyczaju swieconego, dziela sie jajkiem. Zdaje sie, ze ubostwienie slonca bylo wspolnem wszystkim pierwotnym religiom; jaje, ten symbol zycia w zarodku, skladano na ofiare promiennemu bogu, ktory cieplem swojem zycie wyprowadzal z niego. Jeszcze dzis, w jednej z najglebszych alpejskich dolin, gdzie przez kilka tygodni roku nie dochodzi promien sloneczny, w dniu, w ktorym ma sie ukazac na horyzoncie, wybiegaja mieszkancy o wschodzie, niosac misy napelnione jajecznica i przy odglosie spiewow i brzeku miedzianych narzedzi spozywaja takowa. Ale mniejsza o ginacy w imie wiekow i podan zwyczaj swieconego; dosc, ze to nasz ojczysty, staroswiecki, a jeszcze wiecej, ze uswieca goscinnosc, ze gromadzi ludzi i laczy ich z soba nie w imie przedsiebiorstw i spekulacyi, ani rachub politycznych, ale jakims serdecznym, przyjacielskim i patryarchalnym wezlem. Co za szkoda, jezeli go ochrzcimy mianem przesadu i wygonimy z posrod nas jako zabytek barbarzynstwa. Po miastach szczegolniej coraz mniej go zachowuja: niejedna z pan przenoszac czytanie najnowszego francuskiego romansu nad zajecie sie plackami i babami, o ktorych ani slowa nie mowi Jerzy Sand, albo zupelnie obchodzi sie bez swieconego, albo jezeli juz chce dopelnic zwyczaju, zakupuje ciasta w cukierni. Ale jakaz to roznica! taka sama jak miedzy rzemieslniczym wyrobem a utworem artysty, ktory wlal dusze, namietnosc w dzielo swej reki. To tez zajrzawszy do starych podan o wspanialosci swieconego, zdumiec sie potrzeba, ile tam wkladano umiejetnogci i sztuki!
Uczeni badacze, ktorzy robia pracowite poszukiwania nad historya sztuki w Polsce, usilujac wykazac, zesmy mieli i naszych malarzy i rzezbiarzy i budowniczych, nie powinniby pomijac swieconego, ktore w pewnym wzgledzie swiadczylo o bogactwie fantazyi i bylo niejako rzezba, te majaca jeszcze zalete, ze nie tylko zachwycalo oko, ale i smakowalo wybornie. Opisy niektorych swieconych sa jakby wyjete z "Tysiaca nocy i jednej." Wezmy tylko jedno takie swiecone u Sapiehy w Dereczynie z czasow Wladyslawa IV:
"Stalo cztery przeogromnych dzikow - powiada kronikarz - to jest tyle, ile czesci roku, kazdy dzik mial w sobie wieprzowine, alias szynki, kielbasy, prosiatka. Kuchmistrz najcudowniejsza pokazal sztuke w upieczeniu calkowitem tych odyncow. Stalo tandem dwanascie jeleni, takze calkowicie pieczonych, ze zlocistemi rogami, ale do admirowania, nadziane byly rozmaita zwierzyna, alias zajacami, cietrzewiami, dropiami, pardwami. Te jelenie wyrazaly dwanascie miesiecy. Na okolo byly ciasta sazniste tyle ile tygodni w roku, to jest piecdziesiat dwa, cale cudne placki, mazury, zmujdzkie pierogi a wszystko wysadzane bakalia. Za tem bylo 365 babek, to jest tyle, ile dni w roku. Kazde bylo adornowane inskrypcyami, floresami, ze niejeden tylko czytal, a nie jadl. Co zas do bibendy: byly cztery puhary, exemplum czterech por roku, napelnione winem jeszcze od krola Stefana. Tandem 12 konewek srebrnych, z winem po krolu Zygmuncie, te konewki exemplum 12 miesiecy. Tandem 62 barylek takze srebrnych in gratiam 52 tygodni, bylo w nich wino cypryjskie, hiszpanskie i wloskie. Dalej 365 gasiorkow z winem wegierskiem, alias tyle gasiorkow ile dni w roku. A dla czeladzi dworskiej 8700 kwart miodu robionego w Brezie, to jest ile godzin w roku."
Przyznam sie, ze homeryczne uczty, na ktorych zastawiano cwierci wolow i cale woly i barany, bledna przy staropolskiem swieconem, mogacem sie porownac ze zbytkiem i rozkoszami wyspy Szczesliwosci, tak dowcipnie opisanej przez Fenelona, gdzie tak byl wszystkiego dostatek, ze potrzeba bylo kupowac sobie nie jadlo, lecz apetyt, co zdaje sie wychodzi na jedno. Alei puscmy sie dalej droga uroczystosci wielkanocnych. Dzien pierwszy, jak zwyczaj kaze, obchodzony bywa w domowem kole. Gospodarz przyjmuje odwiedziny osob, ktore nie robia swieconego u siebie. Nazajutrz odwiedzaja sie wszyscy. Poniedzialek otwiera sie powszechnie bardzo osobliwym zwyczajem, rozpowszechnionym i u ludu i u klas wyzszych. Ledwo bowiem oczys otworzyl, a moze jeszcze snem sklejone, kiedy budzi cie zimna kapiel. Szklanka wody wylana na twoja glowe, zmusza cie zerwac sie z lozka; chcialbys zlorzeczyc, lajac psotnika albo psotnice, darmo! Smiech tylko wzbudzisz i musisz czolo schylic przed starym zwyczajem - bo to oblewany poniedziatek, a raczej Dyngus lub Smigus. Wielu juz sobie nasuszylo mozgu, usilujac dociec poczatku Dyngusu; rozni roznie dochodzili, ale widac, ze to obyczaj tak stary, ze zadne podanie, a tem bardziej drukowane ksiazki nic o nim nie wiedza. Prostoduszny Kitowicz, kreslac obyczaje za Sasow, nie przypomina o dyngusie. Powiada on: "ze kiedy bywalo rozweselila sie kompania, panowie i dworzanie, panie i panny, leli jedni drugich wszelkiemi statkami, jakich dopasc mogli, hajducy i lokaje donosili cebrami wody a kompania dystyngowana czerpiac od nich, gonila sie i oblewala od stop do glowy, tak, az wszyscy zmoczeni byli, jakby wyszli z jakiego potopu." Dzisiaj my daleko mniej swawolni; flaszeczka perfum wystarcza na dyngus. Alez przepomnialem, ze mi chodzi o poczatek i znaczenie dyngusu. Ten sam Kitowicz takze sie biedzi gledzeniem przyczyny i naznacza dwojaka, jak zazwyczaj ten czyni, co o prawdziwej nie wie. Podlug niego datuje to jeszcze z jerozolimskich czasow, kiedy wierni skupiali sie na ulicach i rozmawiali o Zmartwychwstaniu Chrystusowem, Zydzi zas patrzac krzywem okiem na te schadzki sejmikujacych, oblewali ich woda, a tem samem rozpedzali ttumy. To pokazuje, ze juz wtedy znano sposob usmierzania "emeuty" ulicznej i ze dowcipny wynalazek marszalka Lobau'a, tak podziwiany w swoim czasie, byl prostym plagiatem. Druga przyczyne dyngusu widzi w pamiatce wprowadzenia chrzescijanstwa do Polski, gdy dla ochrzczenia wielkich rzeszy wpedzano je do wody. Podobnych przyczyn moznaby jeszcze wiele naliczyc, ale wszystkie nie zaspokoilyby wiecej. Przypadkowi winienem, zem napadl na wyjasnienie tego zwyczaju w ksiazeczce, w ktorej najmniej spodziewalem sie znalezc cos podobnego. Czytajac podroz poselska do Awy majora Symes'a w roku 1795 odbyta, znalazlem najdokladniejszy opis dyngusu. Angielski podroznik po prostu opowiada, iz w dniu 12 kwietnia, jako ostatnim roku birmanskiego, dla zmycia nieczystosci konczacego sie roku, zwykly kobiety kazdego mezczyzne zlewac woda, ci zas maja prawo do odwetu. Wiemy, jakie odkryto powinowactwa miedzy Slowianszczyzna a Hindostanem, dodajmy do tego, ze i u Slowian z wiosna, byl poczatek roku, ze wlasnie pod owa pora topiono Marzanne, smierc czyli zime - a przekonamy sie, ze zabytek dyngusu najblizej odpowiada wyobrazeniu odmlodzonego zycia.
Lud wiejski, trzymajacy sie wiernie starego zwyczaju, w dniu tym wyprawia sceny pocieszne a mianowicie okolo studzien. Parobcy od rana gromadza sie, czatujac na dziewki idace czerpac wode i tam porwawszy miedzy siebie ofiare, leja na nia wode wiadrami, albo tez po prostu zanurzaja w stawie, niekiedy w przerebli, jezeli lod jeszcze trzyma. Porownac - ze ten sumienny dyngus z delikatnym flakonikiem kolonskiej wodki jaka roznica! jaka wyrazna wskazowka, ze w wyzszym polorze musza sie zatrzec te wybitne i szorstkie cechy starego obyczaju!
Po miastach mianowicie, a tem samem w Krakowie, w pierwszy poniedzialek wylega co zyje na Emaus. Jest to na pamiatke objawienia sie Chrystusa uczniom bedacym w drodze do miasta Emaus. U nas celem przechadzki bywa Zwierzyniec, pieszo, konno i powozami (ktorych, niestety! niewiele swietnych) jaki taki pospiesza uzyc swiezego powietrza, blysnac swiezym kapelusikiem i modna sukienka. Przechadzka ta mialaby niezawodnie to samo znaczenie co Corso lub Longchamps, gdyby u nas cokolwiek moglo miec znaczenie. Ze Zwierzynca, ktory wcale nie wyglada na miejsce eleganckiej przechadzki, ochotniejsza mlodziez i osoby lubiace swiecic drogie pamiatki, udaja sie na Kopiec Kosciuszki, skad kazdy moze, rzucajac wzrok na kilkomilowa przestrzen, urozmaicona wzgorzami, bloniami, ocieniona lasami, ozywiona nurtem Wisly, powitac bostwo wiosny w zielonym wianku zstepujace na ziemie.
Obchod Rekawki przypadajacy w dzien wtorkowy, jeieli nie ma zwiazku z zadna pamiatka koscielna, za to daje nam tajemniczy jakis zabytek niezmiernie starego zwyczaju narodowego. Mogila Krakusa, tego wodza z odleglych wiekow, ktorego autor Wstepu krytycznego zapedzil w dalsza jeszcze przeszlosc i uznal za illiryjskiego Gracha czy Bardyla, a w mogile tej ujrzal pomnik wystawiony na czesc Heraklesa - jest widowiskiem nieodgadnionego zwyczaju. Tlumy zalegaja wzgorza zwane Krzemionki: jednych wabi stojaca tam kapliczka sw. Benedykta - drugich mogila wznoszaca sie jeszcze wyzej - a wszystkich pocieszna krotochwila rzucania ze stromej gory jajek, bulek, orzechow, piernikow i innych przysmakow, ktore pnace sie po spadzistosci paupry wydzieraja sobie i w ogniu walki o lakoma zdobycz potracaja sie i kozielkuja z gory na dol... Znaczenie Rekawki chciano wywodzic od tego, ze w rekawkach noszono ziemie przy sypaniu mogily wielkiemu Krakusowi ... Odkrycie nieszczegolne! - nieswiadczace wcale o praktycznym rozumie starych praojcow naszych, ktorym daleko wygodniej i sporzej bylo nosic ziemie w polach niz w ciasnym rekawie. Jednakze nie zbijam nieodwolalnie starego podania; byc bowiem moglo, ze wowczas noszono sciete poly na ksztalt naszych frakow - co gdy wyswiecone bedzie przez panow archeologow, chetnie sie na nie podpisze.
(Zygmunt Gloger: Rok polski w zyciu, tradycyi i piesni, Warszawa, 1900)

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||