BOLESLAW LESMIAN






USTA I OCZY


Dlugo sie usta moje karmily twym cialem,
Az glodu ust mych doznalem -

Bos ujela im pieszczot w ostatniej godzinie,
Co przemijajac, nie minie.

I odtad, odrzucone w swiat, sloncem rozblysly,
Stracily rozum i zmysly -

I caluja te glazy i te martwe rzeczy,
Ktore duch zdeptal czlowieczy.

Caluja ksiezyc w studni, slonce wsrod alkierzy -
I wiatr, gdy na wprost uderzy,

I gniazda, ktore burza stracila przedwczesnie,
I kwiaty w polu i we snie -

I caluja u zrodel szemrzacego losu
Wszystko, co kwitnie bez glosu,

Wszystko, co pocalunkow zlozonych w pokorze,
Oddac im nigdy nie moze.

Jeno musi w to slonce zapatrzyc sie zlote
I, milczac, przyjac pieszczote.

I raduja sie usta, ze calowac moga
Wszystko, nie majac - nikogo!

I ze wolno im teraz na kwiatach oniemiec
I majac wszystko - nic nie miec!

Zas oczy, gdy sie usta do kwiatow zblizaly,
Odbily nagle - swiat caly.

I raduja sie oczy, ze nad ust szkarlatem
Z calym spotkaly sie swiatem!


Pierwodruk: Mysl Polska, 1-2/1918;
Dziejba Lesna, 1938







POWIESC O ROZUMNEJ DZIEWCZYNIE


Tak mowie do dziewczyny: Nie wwodz mnie w bor ciemny,
Nie wolaj po imieniu, nie patrz oko w oko -
Bo nigdy nie wiadomo, co za stwor tajemny
Z mroku na swiat pod ludzka przychodzi powloka.

A nuz jestem odmienny, nizli tobie chce sie -
Niz ten, ktorego tulisz w niemej pieszczot skardze.
Poznasz mnie nad jeziorem - i w polu i w lesie -
A nie poznasz na lozu, nie poznasz przy wardze.

O, nie pytaj mnie o nic! Nie widuj mnie we snie!
Ufaj moim pieszczotom, wierzaj w me tumany.
W ramion twoich zaciszu pragne tak bezkresnie
Zasnac chocby na chwile - inny i nieznany.

Nuc mi do snu cokolwiek, byle oczy zwierac.
Niech twa piers mnie kolysze, jak chce i jak umie -
A gdy przyjdzie godzina, nie wzbraniaj umierac!
Wszak rozumiesz? Nieprawdaz?
Dziewczyna rozumie.


Napoj cienisty, 1936







GAD


Szla z mlekiem w piersi w zielony sad,
Az ja w olszynie zaskoczyl gad.

Skretami dlawil, ujawszy wpol,
Od stop do glowy piescil i trul.

Uczyl ja wspolnym namdlewac snem,
Piers glaskac w dlonie porwanym lbem,

I od rozkoszy, trwalszej nad zgon,
Syczec i wic sie i drgac, jak on.

Juz me zwyczaje milosne znasz,
Zwol, ze przybiore krolewska twarz.

Skarby dam tobie z podmorskich den,
Zacznie sie jawa - skonczy sie sen!

Nie zrzucaj luski, nie zmieniaj lic!
Nic mi nie trzeba i nie brak nic.

Lubie, gdy zadlem rownasz mi brwi
I z wargi nadmiar wysysasz krwi,

I gdy sie wijesz wzdluz moich nog,
Lbem uderzajac o loza prog.

Piersi ci chyle, jak z mlekiem dzban!
Nie zadam skarbow, nie pragne zmian.

Slodka mi sliny wezowej tresc -
Badz nadal gadem i truj i piesc!

Laka, 1920






W MALINOWYM CHRUSNIAKU


W malinowym chrusniaku, przed ciekawych wzrokiem
Zapodziani po glowy, przez dlugie godziny
Zrywalismy przybyle tej nocy maliny.
Palce mialas na oslep skrwawione ich sokiem.

Bak zlosnik huczal basem, jakby straszyl kwiaty,
Rdzawe guzy na sloncu wygrzewal lisc chory,
Zlachmanialych pajeczyn skrzyly sie wisiory,
I szedl tylem na grzbiecie jakis zuk kosmaty.

Duszno bylo od malin, ktores szepczac, rwala,
A szept nasz tylko wowczas nacichal w ich woni,
gdym wargami wygarnial z podanej mi dloni
Owoce, przepojone wonia twego ciala.

I staly sie maliny narzedziem pieszczoty
Tej pierwszej, tej zdziwionej, ktora w calym niebie
Nie zna innych upojen, oprocz samej siebie,
I chce sie wciaz powtarzac dla wlasnej dziwoty.

I nie wiem, jak sie stalo, w ktorym okamgnieniu,
Zes dotknela mi warga spoconego czola,
Porwalem twoje dlonie - oddalas w skupieniu,
A chrusniak malinowy trwal wciaz dookola.

Laka, 1920










DZIEWCZYNA PRZED ZWIERCIADLEM


Zwierciadlo moje, bezdenny strumieniu,
Tajemnych zwierzen odwzorny krysztale!
Po jakim zwirze, po jakim kamieniu
Z otchlani w otchlan wloczyles swe fale,
Nimes wytropil sny moje i dotarl
Do mej sypialni, zbielalej od znoju,
By znieruchomiec na scian mych postoju -
Srebrny - w szkarlatnym rozdwojeniu kotar!
Z jakich ty dolin nieznanych i lasow
Wybiegles, szumiac i dzwoniac po darni,
By zanieszumiec w poblizu atlasow
Mojego loza i mojej meczarni!

Czeka mnie zawsze w twych glebiach udusznych
Schadzka ze soba! I nikt nie wysledzi
Pieszczot, ktorymi, jak lgnistym snem, bredzi
Cial dwoje, sobie nawzajem poslusznych...
Z nich jedno, chlonac upojen mgle biala,
Wlasnym spojrzeniem swa nagosc bezwstydzi,
A drugie - w lustrze - udaje, ze widzi,
I tak omdlewa, jak gdyby widzialo...

Strumieniu, piersi chlodzacy mi obie!
Cialo omyte fal twoich wezbraniem
Zbywa sie nagle niewiedzy o sobie
I siebie pierwszym ogarnia kochaniem!
Bo ktoz mnie kochac potrafi zgadliwiej,
Nizli - ja sama? Ktoz basn o pieszczocie
Spelni?? Kto dlonia, zagrzebana w zlocie
Mych wlosow, w taki lwi sen rozegrzywi
Te przedze nikla? Kto rowny mi szale
Usta pokrwawi o sen moj, nim pierzchnie?
Niczyja - bede! Wzburz gladka powierzchnie,
Strumieniu chlonny! Rozwichrzyj swe fale!
Wystap z ciasnoty hebanowych brzegow!
I zatop nagle te moja swietlice
I loze, zmora szarpane noclegow -
A mnie - zazdrosna o glab topielice -
Zmien w zwierciadlana rusalke, bym cialo,
Samo sie w sobie co chwila widzace,
Bawila plasem, az w pyl sie roztrace
O smierc, jak perla o perle zuchwala!

Pierwodruk: Literatura i Sztuka, 27/1929;
Napoj cienisty, 1936










WE SNIE


Snisz mi sie obco. Dal bez tla,
Wiecznosc sie w chmurach blyska.
Lecimy razem. Mgla i mgla!
Bog, ciemnosc i urwiska.

Do mgly i mroku naglisz mnie
I szepcesz zgrzana lotem:
"Toc ja sie tobie tylko snie!
Nie zapominaj o tem...

Nie zapominam. Mkniemy wzwyz
Do niewiadomej mety.
O, jak ty trudno mi sie snisz!
O jawo moja, gdzie ty?

Pierwodruk: Literatura i Sztuka, 27/1929
Napoj cienisty, 1936







PANNA ANNA


Krakowianka jedna
Miala chlopca z drewna.

Znana piosenka


Kiedy wieczor gasnie
I ustaje dzinny znoj
Panna Anna wlasnie
Najwabniejszy wdziewa stroj.

Palce nurza smukle
W czarnoksiezkiej skrzyni mrok,
I wyciaga kukle,
Co ma w nic utkwiony wzrok.

To - jej kochan z drewna,
Zly bezmyslny, martwy gluch!
Moc zaklecia spiewna
Wprawia go w istnienia ruch.

On nic nie rozumie,
Lecz za niego dziala - czar...
Panna Anna umie
Kusic wiecznosc, trwonic zar...

W dzien od niego stroni,
Noca - wielbi sztywny kark,
Nieugietosc dloni,
Natarczywosc martwych warg.

"Bog zapomnial w niebie,
Ze samotna gine w snie!
Kogoz mam procz ciebie?
Piesc, bo musisz piescic mnie!" -

Piesci ja bezdusznie,
Piesci wlasnie tak a tak -
A ona poslusznie
Calym snem omdlewa wznak.

Smieszny i niezgrabny,
Swa drewniana tezac dlon,
Szarpie wlos jedwabny,
Miazdzy piersi, krwawi skron.

Blada, poraniona
Panna Anna bolom wbrew
Od rozkoszy kona,
Blogoslawiac mgle i krew!

Poprzez nocna cisze
Idzie cudny, zloty strach...
A smierc sie kolysze
Cala w rosach, cala w snach.

Potem nic nie slychac,
Jakby ktos na dany znak
Nie chcial juz oddychac -
Byle istniec tak a tak...

A gdy swit sie czyni -
Panna Anna dwojgiem rak
Znow zataja w skrzyni
Drewnianego sprawce mak.

Sztuczne wpina roze
W czarny, ciezki, wonny szal
I po klawiaturze
Bladzac dlonia - patrzy w dal...

Dzwieki plyna zdradnie
Plyna wlasnie tak a tak...
Chyba nikt nie zgadnie -
Z kim spedzila noc i jak?

Napoj cienisty, 1936








Copyright © 1997-1999 Zwoje