
Z ciemnych przewieszek kapaly krople wody, ale dolinami nadciagal razem z cieniem chlod. Snieg skrzypial ostro pod nartami czworki podchodzacych pod Krzyzne ludzi. Nie podnoszac wysoko desek, kladli dlugie, poziome zakosy, zostawiajac wyrazny, wyrownujacy sie dopiero gleboko w dole slad. Przelecz migocaca w sloncu byla jeszcze daleko, miarowymi pchnieciami kijkow i rytmicznymi posunieciami nart spychali doline w dol.
Gonili uciekajace slonce, ale cien byl szybszy, juz ich ogarnal i widac bylo, ze nie opusci az do zmroku. Dziewczyna odwrocila glowe:
- Nie idziemy juz wyzej, co? Nie chcialabym zbyt pozno wrocic, jutro jade do Morskiego.
- Yhmm... Nie ma sensu, na nartostradzie bedzie i tak ciemno - powiedzial Romek.
Zatrzymali sie. Chlopcy zapalili papierosy. Caly wysilek tego dnia byl juz przeszloscia, zostawala tylko przyjemnosc zjazdu. Romek rozgladal sie dookola, patrzyl na przelecz, na lsniace jeszcze w sloncu niewysokie skalki. Ze zdumieniem zauwazyl trzepoczacy pod slonce niewyrazny platek czerni. Cos niesamowitego tkwilo w tym malenkim zyciu, balansujacym beztrosko wsrod matrwoty sniegu.
- Baska! Baska! - zawolal - Popatrz! Czarny motyl!
- Gdzie? - zdziwil sie Tadek.
- O tam! - wskazal reka.
Rzeczywiscie. Czarna plamka migotala w promieniach slonca i powoli, powoli, pozornie bez kierunku wznosila sie ku przeleczy.
- Motyl w zimie? - zdziwila sie Baska.
- Wiecie, co to znaczy? - zapytal Jurek.
Romek wskazal glowa na Baske:
- Przestan! Potem nie bedzie spala po nocach.
- Dlaczego nie bede spala? To jakis zly znak?
- Eee tam... Glupie gadanie.
Patrzyli za motylem; juz nie bylo go widac, rozplynal sie w drgajacym powietrzu na tle ciemnych skalek.
Pierwszy otrzasnal sie Romek - spojrzal na zegarek: - Wpol do czwartej! No, jedzmy, najwyzszy czas.
W nagrzanym piecu jadalni wypelnionej po brzegi wesolo trzaskal ogien. Roznosilo nas - co chwile wybuchaly improwizowane zabawy, najglupszy, nawet dziesiatki razy ograny pomysl radowal i smieszyl; ktos wylazil na slup, z kuchni wypadala pani Dziunia i walila delikwenta miotla po siedzeniu. Byl to taki maly teatr na wlasny uzytek; wszyscy udawali - pani Dziunia, ze sie gniewa, i przylapany, ze nie moze uciec, i my, ze cale to zajscie jest dla nas nieslychana niespodzianka.
Przy stolikach zasiadaly grupy i grupki. Spalone sloncem twarze i pokancerowane rece swiadczyly o dobrze wykorzystanej pogodzie. Dolatywaly okrzyki i fragmenty gesto okraszonych "korbami" i "auserami" opowiadan. Zadawali pytania, wtracali wykrzykniki, lub krotkim smiechem kwitowali bardziej humorystyczne momenty akcji.
Nasz stolik nie pozostawal w tyle. Przyjechalem kilka dni temu i los zetknal mnie od razu z Tadkiem Korkiem oraz Adasiem i Jackiem Bilczewskimi. Znalismy sie wszyscy od dawna. Z Adamem wspinalem sie sporo. Jego brat Jacek od czasu, kiedy zdradzil stan kawalerski, zjawial sie w gorach coraz rzadziej. Najczesciej spotykalem Tadka Korka. Nerwowy, dowcipny, o duzym wdzieku osobistym, mieszkal podobnie jak ja w Krakowie i byl w kazdym towarzystwie milym kompanem. Ostatnio widywalem go zwykle z ciemnowlosa dziewczyna. Tadek wygladal na bardzo "zajetego." Zaraz po przyjezdzie, ledwie zdazylem zrzucic plecak i przywitac sie, poprosil mnie na bok.
- Sluchaj, Janek! - powiedzial - w sobote ma przyjechac Baska, chcialbym przedtem gdzies wyskoczyc... Poki jestem "frei Baron" - dodal z usmiechem. - Pojdziesz z nami? Juz tego samego wieczoru lezac wygodnie w lozkach, snulismy wielkie plany. Ale... zawsze musi to "ale"! Adas dostal telegram z pracy i musial wyjechac na kilka dni. Nasz zespol ulegl rozbiciu.
Trudno mi dokladnie sobie przypomniec, co jeszcze wyrabialismy tego wieczoru. Byly gremialne spiewy, tance przy radiu, wykupywanie fantow i inne mniej lub wiecej szalone zabawy. Pamietam jednak, ze kiedy w pewnej chwili wypoczywalismy przy stoliku, Jacek zapytal:
- Co robimy jutro?
- Musimy poczekac na Adama - powiedzialem.
- No ale jutro? - wtracil Tadek. - Tracic taki dzien...
- Wszyscy gdzies ida - dodal Jacek. - Furmanik i Popko na Tomkowe Igly. Skoczylas z Walami na wschodnia Miegusza...
- Na mnie nie liczcie - powiedzialem.
- Bedziesz sie opalal? - zdziwil sie Jacek.
- Nie wiem... Mam pewien pomysl...
- Na waskiej skalnej poleczce ukazal sie samotny wspinacz... - zaimprowizowal domyslnie Tadek.
Jacek popatrzyl na mnie pytajaco.
- Tak, chcialbym pojsc na polnocna.
- Tobie, zdaje sie, kroliki w glowie kochaja sie miloscia wzajemna - zauwazyl Jacek.
- Rob jak chcesz - mruknal Tadek - sciana jest od dwoch miesiecy nie przetorowana.
- Wiem. Polnocna znam dobrze. Najgorszy bedzie lodospad w kominie.
- Warunki kazdego roku sa inne, Adam w styczniu musial isc podciagiem - powiedzial Jacek.
- Jutro na polnocna idzie takich dwoch chlopaczkow z Gliwic - odparlem - Wyjde za nimi o siodmej. Powinienem dogonic ich na lodospadzie. Stopnie beda przerabane, a jakby cos nie tego... to sie dowiaze.
- Teoretycznie gra - powiedzial Tadek - Ale samotna wspinaczka jest samotna wspinaczka... Czy ty czasami nie przesadzasz?
- Bo ja wiem? Ta droga lezy w moich mozliwosciach, jestem w dobrej formie, a takich warunkow nie widzialem od lat.
- No to co, Jacku? My sobie w takim razie kazemy polnocna sciane Posredniego Miegusza? - zakonczyl dyskusje Tadek.
Tylko sprawy beznadziejne warte sa tego, by o nie walczyc! Kazdy prawdziwy alpinista marzy w glebi serca o wielkiej probie.
Ale do tego trzeba wiedziec, kiedy nadchodzi ten jeden wybrany dzien, moment - na ktory zlozylo sie setki, tysiace lat, okolicznosci, splotow wydarzen, przypadkow i pomylek... Trzeba go dobrze wykorzystac - nie wolno popadac w nalog.
Rok temu bladzilem w zadymce pod szczytem Niznych Rysow i stawialem niezliczone ilosci trudnych krokow. Snieg zatykal oddech - jedna pomylka, a cos, co bylo kiedys moim cialem, lezaloby u stop sciany. Kazde udane postawienie stopy, kazdy dobry chwyt - wzmagaly lek. Czlowiek od czasu do czasu musi popelnic blad. Jesli jest asekurowany, konczy sie to zwykle niegroznie. Lecz jesli wspina sie sam?
Zbudzilo mnie slonce. W pokoju nie bylo nikogo, zegarek pokazywal siodma trzydziesci. "Niech to diabli - ale zaspalem! Juz chyba za pozno." Ubralem sie szybko, wzialem czekan, raki, rekawiczki, do kieszeni skafandra wlozylem troche cukierkow, suszonych jablek i w droge.
Malenkie tylne drzwiczki otwarto, ale schronisko jeszcze spalo Ci, co mieli gdzies isc, tkwili juz dawno w scianach. Mroz szczypal w uszy, pogoda wymarzona - bez jednej chmurki. Wlozylem raki i zamierzalem zejsc schodkami na staw, kiedy poczulem dziwny chlod na skroniach. "Psiakrew! Zapomnialem czapki." Wracalem ostroznie po schodach, znow pelen watpliwosci. A moze jednak nie isc? Stary taternicki przesad twierdzil, ze nigdy nie nalezy wracac.
Postukujac czekanem przecinalem rownym krokiem lsniaca tafle. Zamarzniety na szklanke lod skrzypial przyjemnie. W polowie zwrocilem uwage na dziwny stukot lewego raka. Przystanalem, jak kon do podkucia podnioslem noge, i - nos mi sie wydluzyl. Koleczko laczace obie czesci peklo i jasne bylo, ze zupelna kraksa to tylko kwestia czasu. Spojrzalem na zegarek: osma trzydziesci - jesli teraz zawroce, to juz nie pojde! I wtedy, po raz pierwszy tego dnia, postapilem calkiem niepoczytalnie. "A moze sie nie rozleci?" - pomyslalem. I poszedlem dalej.
W polowie dolnego kociolka spojrzalem na widoczny juz z dala komin. Z gory bardzo niezdarnie schodzila dwojka ludzi. Jeden wlasciwie spuszczal drugiego na linie. Przylozylem dlonie do ust:
Zrobilem moze moze dziesiec krokow, kiedy poslizgnalem sie i tylko wbity dziob czekana pozwolil mi uchwycic rownowage. Przednia czesc lewego raka zwisala luzno na tasmie obok buta.
Przystanalem wsciekly, wszystko sprzysieglo przeciwko mnie; zostaje sam na ogromnej scianie, w popsutych rakach. Nie wolno mi isc dalej!
Ale rosnie tez upor i pragnienie zrobienia tej wspinaczki wbrew calemu swiatu. Wiem swietnie, ze jesli teraz zawroce, juz nigdy wiecej nie przyjde tu samotnie. To, co robie jest szalenstwem, ale...
Wbilem czekan, przykucnalem na sniegu i zabralem sie do reperowania rakow. Zwiazalem obie czesci kilkakrotnie sznurowka i zaczalem przymocowywac do buta. Siedzialo na razie bardzo mocno. Otrzepalem ze sniegu rece, wlozylem rekawice i ruszylem w gore. W kilka minut bylem przy nich.
Dolny lodospad wygladal paskudnie; Jurek wybil tylko jeden slaby stopien i spadl. "Gdyby nie ten hak, po ktorym zostala w lodzie mala dziurka - pomyslalem - juz pewnie obaj zaliczyliby sie do grona aniolkow." Twardy snieg tworzyl idealny tor poslizgowy i konczyl sie czterdziestometrowy progiem. Analogia do skoczni byla zadziwiajaca, tylko ze ten skok bylby na pewno ostatnim w zyciu.

Nad soba mialem gladki, zielonkawy lod. Bylo tego z osiem metrow; splywal dlugimi wypuklosciami, jakby zrosniete i poskrecane, pokryte grubym szkliwem pnie drzew. U samej gory nieco sie przewieszal. Nie mialem ochoty tak od razu - nawet bez sprobowania - wracac.
"Eee, zobacze, jak mi pojdzie" - pomyslalem. "Bede wyrabywac wygodne stopnie i chwyty, a przy najmniejszych oznakach zmeczenia schodzic z powrotem. W ten sposob dotre bezpiecznie do ostatniego okapu."
Stojac pewnie rakami w glebokich stopniach, wkladalem jedna reke po lokiec w wyrabany otwor, druga z uporem kulem nastepny szczebel drabinki. Lod byl twardy i ostrze czekana odlupywalo z trudem malenkie kawaleczki. Kiedy czulem odretwienie i bol w miesniach, schodzilem spokojnie w dol. Trwalo to chyba dosc dlugo, rosla drabinka stopni, ale im wyzej, tym wiecej cialo odchylalo sie od pionu. W koncu pozostala juz tylko przewieszka.
Tu musialem zaryzykowac, dokonac ostatecznego wyboru: isc dalej - czy wrocic? Decyzja jest zawsze trudna, potem trzeba walczyc do konca. Trzeba zawierzyc rekom caly ciezar ciala, wystukiwac najdrobniejsze oparcie dla nog i skrocic do minimum czas, kiedy wyraznie czujemy, ze grawitacja to nie naukowa fikcja. Na tym wlasnie polega mistrzowstwo - tak rozplanowac sobie wszystko, zeby sam moment zawieszenia w przestrzeni byl krotki jak blysk oka. Trzeba do tego spokoju, ale i zdecydowania, trzeba ryzykowac podciagniecie sie nawet na niepewnych chwytach. Wahanie moze okazac sie zgubne.
Moje wrazenia podczas tych kilku metrow byly chyba podobne do wrazen akrobaty przy salcie.
Prostujac sie nad pierwszym lodospadem, czulem, ze wielka gra rozpoczela sie. Nad glowa kilkanascie metrow lodu spietrzonego w fantastyczne ksztalty przypomina do zludzenia zamarznieta fontanne. O przejsciu nie mozna nawet marzyc. W prawo kusi trawersik na zeberko. "To jedyna droga" - pomyslalem. Trawers nie byl trudny, znow zobaczylem Morskie Oko, a zaraz blisko morderczy, uciekajacy ku progowi snieg. W lewo odstraszala ciemnosc za progiem lodospadu. Przytulilem sie do stoku i popatrzylem w gore. Zeberko nie pozostawialo zludzen, przypominajac najgorsze momenty z mojej wspinaczkowej kariery. Postanowilem troche oswoic sie z tym widokiem. "Nic nagle, nic szybko!" - pomyslalem. Zjadlem kilka kostek cukru i probowalem skierowac mysli z mglistych, nieprzyjemnych refleksji na tematy czysto techniczne. "Jak by tu isc. No tak, dwa metry przykro w gore, potem chyba dosc dobry stopien, a potem - zobaczymy..."
To, co nastapilo pozniej, zapamietam na zawsze jako piekna, klasyczna walke nie tylko ze skala, ile z wlasna slaboscia i lekiem. Nigdy chyba moj umysl nie dzialal tak zimno i precyzyjnie, nigdy wiecej nie mialem wrazenia, ze jestem idealnie zrownowazonym automatem, ktory swietnie wie, co w danej chwili ma zrobic, i wykonuje to bezblednie. Tylko temu zawdzieczam, ze nie spadlem! Prosze wyobrazic sobie ponad dwadziescia metrow pionowych prawie, oblodzonych skalek, poprzerastanych malenkimi trawkami. Teren niewatpliwie krancowo trudny, a co gorsza ryzykowny. Przez caly czas ani jednego dobrego chwytu, na ktorym moglbym sie - w razie obsuniecia nogi - utrzymac, a wszystkie stopnie tak niekorzystnie nachylone, ze stope oparta dluzej - lapal skurcz. Kiedy zaczalem wspinaczke, nie bylo wyboru, kazdy miesien, kazda mysl, caly wysilek woli koncentrowal sie juz nie na tym, zeby sciane przejsc - ale zeby wyjsc metr wyzej!
Wkrotce stwierdzilem, ze jest to znacznie wiecej, niz chcialem. Na takie ryzyko swiadomie bym nie poszedl, postanowilem wiec, ze jesli przynajmniej raz stane wygodnie - zawolam o pomoc. Ale rownie dobrze moglbym pragnac helikoptera!
Poza tym sama gra zaczynala mnie wciagac. Czulem gleboka radosc, ze sie nie boje, ze nawet w takiej sytuacji potrafie zachowac zimna krew. Robilem wszystko jak ktos obcy, niezbyt zainteresowany w wyniku, lub jakby pod sciana rozpieta byla ochronna siatka. Szedlem bardzo wolno, czyscilem dlugo w lodzie stopnie, wygrzebywalem z trawek mikroskopijne chwyty, kilkakrotnie przymierzalem sie do nowych zmian pozycji, kladlem noge, znow ja zdejmowalem i dopiero kiedy bylem absolutnie pewny, ze nie spadne, robilem nastepny krok. Jedno minimalnie zle ustawienie nogi, jedno bledne obliczenie poslizgu lodu, jedno nieprecyzyjne wywazenie ciala - byloby nie do naprawienia. Czas przestal istniec, pelne dwie godziny przelecialy jak sekunda, zapomnialem o tym, gdzie jestem, kim jestem - zniknal caly swiat, zostal tylko czterokonczynowy automat, ktory uparcie nie chcial spasc z kilku chwytow i stopni.
Jeden moment wyryl mi sie bardzo wyraznie w pamieci; opuscilem wtedy dosc wygodny stopien i zastyglem w niebezpiecznej, trudnej sytuacji. Delikatnie, zeby nie stracic rownowagi, uderzalem dziobem czekana w zalodzona trawke, przygotowujac oparcie dla nogi. Wtedy po raz pierwszy zjawilo sie cos nowego.
Czasami na ulicy odwracamy sie nagle pod wplywem czyjegos wzroku, lub wchodzac do ciemnego pokoju czujemy, ze ktos tam jest. Tak i ja, po raz pierwszy tego dnia, poczulem COS kolo siebie. Zwykle takie uczucie mozna logicznie wytlumaczyc - ale to, co owladnelo mna stojacym w akrobatycznej pozie na filarku, przyszlo zupelnie z zewnatrz. Nie kojarzylo sie z niczym, po prostu COS nieuchronnego stalo tuz za moimi plecami...
Popatrzylem w dol: piecdziesiat metrow powietrza, a potem twardy, zawrotnie pedzacy ku progowi stok. To chyba dlatego. Ale nie, najdziwniejsze bylo przekonanie, ba - pewnosc, ze to nie chodzilo o mnie.
Nie pamietam poszczegolnych chwil, poszczegolnych chwytow i stopni. Powoli, bardzo powoli, zblizalem sie do kantu zeberka. Zostawal jeszcze skosny, ryzykowny trawers. Te kilka krokow trwalo dlugo, ale kiedy po raz pierwszy od dwoch godzin stanalem na wygodnej plasience nie moglem uwierzyc, ze to prawda. Na razie bylem bezpieczny. Drugi lodospad zostawal w dole. Z lewej strony biegl gladki sniezny zleb. Odcinala mnie od niego stroma, opadajaca w dol scianka. "Niemozliwa do przejscia" - ocenilem od razu. Dwa metry wyzej zupelnie gladkie zeberko prawie sie przewieszalo - tak wiec byl to kres...
Ogarnela mnie bezsilna wscieklosc. Beda mnie sciagac i szanowni koledzy nie omieszkaja mi zatruc zycia co najmniej przez rok. Zreszta to glupstwo, ale do konca pozostaly tylko trzy metry... prawie skoczyc. "Nie, nie mozna remisowac wygranej partii, trzeba jeszcze raz wziac sie w garsc."
Sprobowalem schodzic. Dokladnie ogladalem chwyty, stopienki i udalo mi sie zejsc metr. No tak, ale dalej scianka jest gladka - jak dlugo mozna grac va banque? Powial zimny wiatr, zgrzane cialo parowalo szybko - dygotalem juz zupelnie wyraznie. Zaczalem znowu schodzic, posunalem sie jeszcze w dol; scianka byla tak trudna, ze zdjalem rekawiczki i cholernie marzly mi rece. Jeszcze dwa metry do zbawczego sniegu... Ba, zeby on byl miekki, a nie twardy jak kamien, to bym skoczyl i juz! Nie, nie wolno - za wielkie ryzyko... Zmarzniete palce nie czuja chwytow - trzeba jeszcze raz wrocic.
Znowu stoje na plasience, wlozylem rekawiczki i bije dlonmi o uda rozgrzewajac palce. Lapczywie polykam cukier i suszone jablka - od razu cieplej! W koncu jestem gotow - schodze scianka bez cienia watpliwosci; wiem, ze teraz przejde! Odchylone do tylu cialo, raki zgrzytaja po skale, tak - teraz tu! O, jaki swietny chwyt - zebym to wczesniej wiedzial. I wychylenie w tyl.
Nie widze, ile mi jeszcze brakuje, i wydluzam noge do granic mozliwosci. Wtem czuje delikatny opor i lekki chrzest - przenosze na nia ciezar ciala i rak zaglebia sie w snieg.
Moze nielatwo w to uwierzyc, ale kiedy dorwalem sie do dobrego firnu - reszte sciany przelecialem jak na skrzydlach. Wszystko bylo dziecinnie proste i bieglem doslownie w miejscach, gdzie kiedy indziej skrzetnie bym sie asekurowal. W pol godziny dotarlem do siodelka filaru, kwadrans pozniej konczylem zachod. Dziwna historia: szlo mi sie doskonale, nie czulem trudnosci ani leku, a jednak niesamowite wrazenie, ktore opanowalo mnie na zeberku, trwalo nadal. Nic z tego nie rozumialem; niebo bylo piekne, czasu mialem dosc, skad wiec tak silne pragnienie powrotu i nieustanne napiecie?
Na wierzcholku popatrzylem na zegarek: dwunasta piecdziesiat. Bezskutecznie usilowalem odnalezc puszke z wizytowkami, pokrzykiwalem i rozgladalem sie wokolo, czy nie zobacze kogos w okolicy. Polezalem troche na sloncu, ale wciaz bylem nie w sosie. Czulem sie jak czlowiek swiadomy tego, ze za dwa dni czeka go niebezpieczna i bolesna operacja. Ja bylem wlasnie w takiej sytuacji, z ta tylko roznica, ze nie wiedzialem, co to ma byc za operacja... Cos gnalo mnie w dol - chyba to samo, co zmusza szczury do opuszczenia majacego zatonac okretu!
Slonce na Hinczowej Przeleczy grzalo jeszcze silnie, mialem przed soba tylko iks razy robione zejscie i... schronisko. Chyba najwyzszy czas pozbyc sie glupich obaw. A jednak nie - jakis ukryty w mozg mikrofon powtarzal w kolko: "Jeszcze nie, jeszcze nie koniec - dopiero jak bedziesz szedl po stawie..." Podnioslem sie wsciekly, wyzywajac sam siebie w duchu od starych histeryczek. Postapilem krok naprzod. Wtem wydalo mi sie, ze uslyszalem jakis dzwiek. Odwrocilem glowe: na tak niedawno opuszczonym szczycie stala czworka ludzi. Machali przyjaznie rekami.
- Heej! - zawolalem.
- Po-czekaj! Zej-dzie-my raa-zem! - dolecialy niewyraznie, niesione z duzej odleglosci przez wiatr glosy.
Stalem chwile niezdecydowany. Juz, juz mialem wrocic na slonce i usiasc, kiedy owial mnie zimny podmuch wiatru. "Eee, to pewnie Adam Skoczylas i bracia Wale" - pomyslalem, kiwnalem im tylko reka i skoczylem w ciemne gardlo zlebu.
Na Wielkiej Galerii Cubrynskiej stare, zamarzniete slady zboczyly w przecinajacy polnocna sciane Mieguszowieckiego Szczytu zleb.
"Moze pojsc tedy" - pomyslalem. "Nie moze byc chyba zbyt trudny, kilka dni temu widzialem, jak schodzili nim z lotna asekuracja."
Nieoczekiwanie dla samego siebie, bez namyslu, pod wplywem impulsu - skrecilem w nieznana droge. W ciasnym luku przeleczy odcinaly sie wyraznie na tle nieba dwie ciemne ciemne sylwetki.
Zbiegalem malymi kroczkami, caly czas przodem. Nierowno zamarzniete slady raczej przeszkadzaly. Gwaltowna utrata kilkuset metrow wysokosci - podobnie jak w kopalnianej windzie - zatykala uszy. Przygiety bokiem do stromego stoku, trzymajac oburacz czekan i tracajac caly czas dziobem snieg, zbiegalem w dol. Staw i schronisko rosly w oczach.
Jeszcze jeden zleb - po raz drugi znalazlem sie w dolnym kotle polnocnej sciany. Ostatnie niebezpieczne miejsce. Trawersowalem wolno, patrzac na uciekajacy w dol wyslizgany snieg. A potem spojrzalem na dwa olodzone progi, gdzie kilka godzin wczesniej wazyly sie moje losy. Bylem juz w linii spadku lagodnego zlebku wyprowadzajacego na pola sniezne pod Mieguszowieckim Szczytem.
Tak, teraz moglem naprawde powiedziec, ze juz po wszystkim...

Weranda schroniska wygladala jak trybuna podczas pilkarskiego meczu. Oczywiscie w tak piekny dzien doturlala sie tu jakas wycieczka. Kilkanascie osob wyrywalo sobie ogromna - wymontowana kiedys z niemieckiego czolgu - lunete schroniskowa.
- O, popatrzcie! Popatrzcie! Jozek, patrz! Schodza!
- O! Jedni gonia drugich!
Odwrocilem zdziwiony glowe. W gorze poruszaly sie dosc predko czarne, doskonale golym okiem widoczne punkty. Cos, jakby lina wloklo sie miedzy nimi. "Czemu sie nie rozwiazali, przeciez i tak sie nie asekuruja?" - pomyslalem. Spojrzalem na zegarek: pietnasta piec.
W jadalni zatrzymal mnie Czesiek Lapinski:
- Serdecznie gratuluje! Wspaniale, wspaniale! No i jak tam bylo? Obserwowalismy cie przez caly czas. Znam te stany emocjonalne, znam... Na lodospadzie siedziales dlugo. Ale potem szedles wspaniale!
- Janek! Jestes juz! - podbiegla do mnie Hanka Skoczylas, zona Adama. - Jezdzilam rano pod Mieguszami. Rany boskie, jak ty wygladales na lodospadzie! Widziales mnie?
- Nie, Haneczko, gdyby nawet przelatywala eskadra latajacych talerzy, tez pewnie bym sie nie odwrocil. Ale chodzmy na slonce, zanim zajdzie.
Wyciagnelismy sie wygodnie na stosie desek kolo plotu.
- No i jak? - spytala tradycyjnie Hanka.
- Wolalbym o tym nie mowic. Moze za kilka dni, kiedy ochlone, znajde jakis wlasciwy stosunek do tej drogi. W tej chwili, wiesz... - jezeli mam byc szczery - to nie powinienem siedziec z toba na tych deskach!
Dziesiec krokow w prawo wycieczka bez przerwy wydzierala sobie lunete z rak. Dochodzily chaotyczne, pomieszane glosy:
- O, o, schodza!
- Juz wychodza ze zlebu!
- Popatrz! Tamta dwojka dogania pierwsza...
- Gdzie? Gdzie? Dajcie zobaczyc!
- O... jak smiesznie ida!
Popatrzylem leniwie. Rzeczywiscie widac bylo jak na dloni: cztery czarne punkty przesuwaly sie wolno trawersem na poczatku dolnego kotla.
- Maja przed soba ostatni niebezpieczny odcinek - powiedzialem. - To Adam i Wale?
- Alez skad! Ich przeciez byla trojka.
- No to kto?
- Mysle, ze Slowacy, skonczyli filar. I pewnie Tadek z Jackiem.
- Tadek i Jacek? Przeciez oni poszli na Posredniego?
- A jednak to chyba oni. Nikt tam sie wiecej nie wspinal...
- Hm.. W takim razie musieli pojsc gdzie indziej. Juz wiem! Rozmyslili sie pod sciana i poszli na Mieguszowiecka Wyznia. Jasne! Wolali przeciez na mnie, a ja ich nie poznalem.
- Taak? A wiesz, ci z Gliwic wrocili dopiero jakies dwie, trzy godziny temu. Jurek ma prawdopodobnie peknieta kostke. TOPR zwiozl go do Zakopanego. Ze ty nie wrociles, jak on spadl!
- Chcialem zobaczyc z bliska lodospad, a potem wiesz... Jedno jest dziwne, az glupio o tym mowic... Wtedy na filarku, mialem takie cholerne uczucie, ze COS stoi mi za plecami. Myslalem, ze jak wroce, to przejdzie. A teraz - niech krew zaleje - znowu jestem taki jakis do niczego.
- Kiedy patrzylam na ciebie, balam sie, ze spadniesz. Dopiero teraz wylazi z ciebie zdenerwowanie...
- Tak myslisz? Moze masz racje. Kiedy Adam wroci? - Spojrzalem na
zegarek. - Jest za minute WPOL DO CZWARTEJ.
- Nie wiem, chyba jutro.
Przez caly czas rozmowy dochodzily do nas glosy podnieconej wycieczki. Wyciagniety w przyjemnym cieple, z zamknietymi oczyma, moglem sobie rozmawiac z Hanka, a i tak doskonale wiedzialem, co tam sie dzieje w scianie - nieustannie slyszalem pomieszane okrzyki i komentarze:
- Popatrz, popatrz, ida! O! Ten sie wysuwa. Gdzie? Cos sie pan tak przypial do tej lornetki? O, lina! Wlecze sie za nimi!
Na chwile zamilklismy, rozleniwieni skosnymi, slabo juz grzejacymi promieniami: glosy sciemnialy i zaczalem rozrozniac tylko poszczegolne zdania.
- Staszek! Widzisz, ci, co szli pierwsi, przystaneli, a tamci mijaja ich dolem.
- Tak, tak, teraz ida razem...
- O popatrzcie, popatrzcie, leca!
- Lecaa!!!
Podnioslem sie do polowy i niezbyt wierzac, spojrzalem. Momentalnie zerwalem sie na nogi...
W pierwszej chwili nie bardzo zdawalem sobie sprawe z tego co widze: trzy ciemne punkty tkwily bez ruchu, a jeden, nabierajac predkosci, zsuwal sie po stoku. Nagle zaczal zwalniac i powoli znieruchomial. Odetchnalem gleboko - lecz w tym samym momencie ruszyl drugi. Pedzil coraz szybciej i zblizal sie do pierwszego. Przestalem oddychac, punkty zetknely sie - ulamek sekundy znow znieruchomialy, a potem ruszyly razem. Najpierw wolno, jeden kolo drugiego, sunely w kierunku ogromnego lodowego progu. Cos rzucalo sie i kotlowalo miedzy nimi - to bezuzyteczna juz lina. Punkty nabieraly szybkosci i nieuchronnie zblizaly sie do konca pola. Nie slyszalem nic: ani histerycznie krzyczacych na werandzie kobiet, ani Hanki - bilo mi tylko serce! Rozpaczliwie wpatrywalem sie w dwa ciemne, pedzace punkty i calym wysilkiem woli - az oczy zalzawily sie od tego patrzenia - chcialem je zmusic do zatrzymania. Czulem sie jak w koszmarnym snie: cos strasznego mnie goni, brakuje jednego kroku, zeby uciec, a tu nie mozna. Nie mozna zrobic tego jednego kroku, nogi jak z olowiu, jeden krok... Na milosc boska, wiem juz, ze to sen - ale to nic nie pomaga. Jeden krok... juz mnie lapie...
- Nieee! Nieee! - uslyszalem tuz obok, ale jakby z bardzo daleka, krzyk Hanki.
Wiedzialem juz, ze nie zatrzyma ich zadna ludzka sila, ze nie pomoze nawet zaden cud, ale do ostatniej chwili nie chcialem w to uwierzyc.
Ujrzalem ich w ogromnym luku, jak wyrzuceni w powietrze lecieli wysoko w gorze. A potem dwa gluche uderzenia o przeciwlegla sciane zlebu. Odbici od niej skosnie, lecieli w zwojach liny, nim po raz drugi uderzyli o zamarzniete grudy lawiniska. Zsuwali sie teraz, wylatywali w gore, przetaczali bezwladnie jak szmaciane laleczki. Ped ich powoli malal, az z wolna znieruchomieli - tuz przy scianie lewego filaru Cubryny...
Stalismy bez slowa, czekajac, ze moze ktorys sie poruszy, ale nie...
- Wolaj, kogo sie da! - krzyknalem do placzacej Hanki. - Ja lece po apteczke!
Na werandzie dzialy sie dantejskie sceny, ledwie dostalem sie do jadalni. Biegl juz Czesiek Lapinski.
- Co sie stalo?
- Dwojka spadla z dolnego kotla na polnocnej. Daj mi predko apteczke!
W kilka minut pozniej bieglismy przez staw. Drugie dwa czarne punkty - jakby sparalizowane rozegranym na ich oczach dramatem - tkwily nieruchomo w tym samym miejscu.
Nie rozmawialismy z soba. Podchodzilismy w milczeniu i coraz bardziej opanowywal mnie paniczny lek. Gdybym mogl - nie szedlbym wyzej. Balem sie tego, co zobacze za chwile.
Minelismy male, zaslaniajace widok wzniesienie i trawersem zblizalismy sie pod poczatek filaru. Szedlem na przodzie z Jasiem Slupskim.
W odleglosci piecdziesieciu metrow zobaczylem nieruchomy, ciemny ksztalt. Jeszcze czterdziesci metrow. Jeszcze dwadziescia - przystanalem, ciezko lapiac powietrze... Nie musialem juz wlasciwie isc dalej. To byl Jacek Bilczewski!
Ochryple pomruki basetli i gwar niezbyt trzezwych glosow doskonale odcinaly nas od otoczenia. W probierni wina Pod Szostka przy ulicy Slawkowskiej od dymu papierosowego bylo az niebiesko. Do tego napatoczyla sie jeszcze cyganska orkiestra.
- Jak to sie stalo? - zapytala Baska.
- To wiem od Slamy. Mijali ich dolem. Tadek szedl pierwszy, potknal sie i polecial. Nie stracil glowy i hamowal czekanem. Juz sie prawie zatrzymal - kiedy lina szarpnela Jacka. Wzielo go na plecy, wpadl na Tadka i obaj pojechali na prog.
- Dlaczego sie potknal?
- Nie wiem... Slyszalem, ze mial nawykowe zwichniecie nogi. Ale to nie mogla byc przyczyna. Po prostu, chwila nieuwagi o sekunde za wczesnie. Najbardziej dziwi mnie to, co opowiadal Slama; otoz Jacek przez caly czas nawet nie drgnal, nie probowal wbic czekana ani nic...
- To wszystko jest straszne: Jakies potkniecie, reakcja spozniona o blysk oka i nie ma odwolania - koniec.
- Myslalem o tym duzo... Chyba nie wierze w przeznaczenie, zlosliwosc losu i nieuchronna koniecznosc. Ale w tej historii jest tyle niepojetych wydarzen, ze juz sam nie wiem, co o tym sadzic...
- Nie rozumiem...
- Widzisz, czlowiek w gorach postepuje zwykle w pewien typowy sposob. Po kilku latach kazda sytuacja jest juz w zasadzie przewidziana i inne reakcje zdarzaja sie nieslychanie rzadko. W ten tragiczny piatek [28 marca 1957] wszyscy zachowywali sie jak pomyleni...
- Jak to?
- Zaczelo sie to wczesniej, chyba od tego, ze Adam mial przywiezc zone Jacka do Morskiego. Skutkiem opoznien pociagow i innych drobnych wydarzen, ktore jesli chodzi o nieszczescie, zawsze sie jakos dziwnie spietrzaja, nie mogl po nia wstapic. Potem ten telegram do niego z pracy. Znow traf, ze ktos akurat zabral go z poczty. Albo juz pod sciana: zmiana drogi na inna - takie decyzje zdarzaja sie nieslychanie rzadko! Gdyby tylko jeden z tych pojedynczo blahych faktow nie mial miejsca, Tadek i Jacek zyliby jeszcze...
- No, ale to sa zwykle przypadki.
- Tak, ale od tej chwili zaczynamy dzialac jak lunatycy... Po pierwsze nie potrafie zrozumiec, jak moglo mi przyjsc do glowy, ze CZTERECH ludzi, ktorzy machaja rekami i krzycza, zebym poczekal - to TROJKOWY zespol Skoczylasa! Dalej: Jacek znal gran jak wlasna kieszen - dlaczego dal sie wyprzedzic Slowakom?
Jedno wydarzenie powodowalo drugie, byl to jakis koszmarny lancuch, a przeciez wystarczylo tylko, zeby jedno ogniwko przebieglo normalnie.
Przez caly czas wspinaczki balem sie czegos, zwykle w takiej sytuacji wraca sie mozliwie najlatwiej - no nie? Z Hinczowej schodzilem moze trzydziesci razy, czemu tej jeden jedyny raz poszedlem inaczej?
Slowacy nie znali drogi, poszli wiec za mna. Liny mieli olodzone, zacisniete, dlatego sie nie rozwiazali. Tadek i Jacek wsciekli, ze dali sie wyprzedzic - pogonili za nimi.
Czy to bylo normalne? Nie szlo przeciez o zadna stawke, nie bylo zadnego, absolutnie zadnego powodu do urzadzania wyscigow, i to przez ludzi bardzo, nawet przesadnie ostroznych. A jesli i tego ci malo, to - na milosc boska - wytlumacz, dlaczego Jacek w momencie wypadku stal przez dobre kilka sekund jak sparalizowany i nawet nie kiwnal reka. Przeciez wystarczylo wbic tylko czekan!
- No, ale jaki stad wniosek?
- Nie wiem? Gdyby to byl jeden lub dwa fakty, machnalbym na nie reka i nawet nie wspominal, ale naprawde trudno skwitowac to wszystko powiedzeniem: zwykly przypadek, zbieg okolicznosci... I jeszcze jedno - wciaz mam uczucie, jakbym i ja cos zawinil. Bo przeciez bylem znacznie blizszy progu w dolnym kotle niz oni...
- Daj spokoj. - Co ty jestes winien, ze Tadek sie poslizgnal, a Jacek...
- Nie, mnie chodzi o cos innego. Za wielu bylo tego dnia ludzi w scianach, za wiele ryzyka, za wiele brawury. Jedni - jak ja - mieli za wiele szczescia, moze ktos inny musial za to zaplacic?
- To dziwne - powiedziala Baska - wlasnie tego dnia, kiedy zginal Tadek bylam z kolegami na nartach pod Krzyznem. Juz mielismy wracac, kiedy ktos zawolal: "Baska! Baska! Popatrz czarny motyl!" Zrobilo mi sie jakos glupio, a jeszcze Jurek Holy - znasz go - zaczal klac, ze to zly omen, i nie chcieli mi powiedziec jaki. Wrocilismy dobrze po piatej. W domu nie moglam sobie znalezc miejsca. Na ulicy spotkalam kogos z TOPRu i powiedzial mi...
Zapadlo klopotliwe milczenie.
- Czy Jurek - zapytalem po chwili - dokonczyl ci kiedys tej historii z motylem?
- Nie, nigdy juz o to nie pytalam...
- Hm, to moze i smieszne, ale posluchaj - jest to stara, bardzo stara legenda goralska; kiedy zima widzi sie czarnego motyla, w tej chwili UMIERA W GORACH CZLOWIEK.
z tomu: Jan Dlugosz: Komin Pokutnikow, Iskry, Warszawa 1964.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||