KRZYK I KADYSZ HENRYKA GRYNBERGA





ANDRZEJ M. KOBOS



W ktorym miejscu na ziemi
mam ustawic nagrobek dla ciebie,
narodzie moj?

Szczatki twoje
rozrzucono po tysiacach cmentarzy.
Pamiec po tobie
wiatr cmentarny rozwiewa jak piasek


Eliasz Rajzman Ognisty luk
(tlum. Katarzyna Suchodolska)



Rabin Ephraim Oshry, jeden z nielicznych Zydow ocalalych z ghetta w Kownie, opisuje (1) ze w kilka dni po masakrze, w ktorej Niemcy zastrzelili ponad 10 tysiecy Zydow, nagich, stojacych nad rowami kolo Dziewiatego Fortu, i zasypali, wielu zywcem, pewien ortodoksyjny Zyd zwrocil sie do niego z pytaniem, czy jest wlasciwym odmawiac za nich Kadysz (zydowska modlitwe za zmarlych), poniewaz byli meczennikami. Rabin Oshry, powolujac sie na precedens po dawnym pogromie w Pradze, zawyrokowal, ze chociaz ci meczennicy osiagneli taki stopien swietosci, ze nikt nie moze rownac sie z nimi duchowo, kadysz za nich odmawiac jednak nalezy.



Jezeli zastanowic sie nad tym glebiej, nawet nie wdajac sie w szczegoly liturgii judaistycznej, watpliwosci owego pytajacego nie byly bez podstaw: "coz juz my mozemy im pomoc u Wszechmogacego po takim ich doswiadczeniu woli boskiej."

* * *

Przypomnialem sobie owo responsum rabina z ksiazki, ktora wydawala mi sie jedna z najbardziej wstrzasajacych o Holocauscie, jakie dotad przeczytalem, gdy kilka tygodni temu czytalem zbior opowiadan-relacji Henryka Grynberga, Drohobycz Drohobycz (2). Ogarnela mnie natychmiastowa refleksja: ksiazka Grynberga jest jeszcze bardziej wstrzasajaca.

Swoja ksiazke podsumowal trafnie sam Grynberg:

"Rzecz dzieje sie w Polsce i w dziesieciu innych krajach podczas i po Holocauscie. Opowiesci te sa nie tylko zydowskie, lecz i polskie, rosyjskie, ukrainskie, litewskie, wegierskie, izraelskie, amerykanskie, peruwianskie oraz w duzej mierze niemieckie. Ich przedmiotem nie jest sam Holocaust, lecz i trauma, ktora trwa do dzis. Nie dziewietnastowieczna kwestia indywidualnej zbrodni i kary, lecz zbiorowa zbrodnia i bezkarnosc charakterystyczna dla dwudziestego wieku i obu jego ludobojczych systemow - a przede wszystkim dzielnosc, podlosc i bezbronnosc czlowieka."



Deportacja Zydow z Drohobycza, 1942


Ukazanie owej zbiorowej zbrodni i bezkarnosci, owej dzielnosci, podlosci i bezbronnosci czlowieka w ich przerazajacej wyrazistosci powiodlo sie Henrykowi Grynbergowi. Udalo sie az do porazenia czlowieczenstwa u czytelnika, do zadania sobie pytania do kogo ja przynaleze? do ludzi?, jezeli ci ludzie, dzieci wlaczajac, byli zdolni wyrzadzic tyle ostatecznego zla drugiemu czlowiekowi.

Takie wrazenie porazenia, zdruzgotania bylo moim udzialem, gdy ktorejs nocy, o czwartej nad ranem skonczylem pierwsze czytanie tej ksiazki.




Do potwornego, zbrodniczego zla Niemcow-nazistow juz jakby przywyklismy. Ale Drohobycz, Drohobycz nieodparcie sklania do zastanowienia sie juz nie nad manichejskim Zlem i Dobrem w tym swiecie, ale nad Zlem tkwiacym w czlowieku (ponoc kazdym) i nad tym, jak moze to Zlo wziac czlowieka i jego wolna wole w absolutne wladanie. Co sie stalo z rozpoznaniem Zla, z zasadami wpajanymi rzekomo w nas przez chrzescijanska religie, moralnosc, obyczajowosc? Albo moze ta religia, ta moralnosc wpoila gdzies tam w nas, u samego dna swiadomosci, czy podswiadomosci, ze kto jej nie wyznaje, nie jest rownowartym czlowiekiem. To sa twarde slowa, ale gdy czyta sie, ze nie tylko polskie kobiety wydawaly dzieci zydowskie, ale polskie i ukrainskie dzieci wydawaly dzieci zydowskie, to zamiera w czytelniku zycie, zamiera ufnosc w jakis drogowskaz chrzescijanski w czlowieku. To jest cos wiecej niz dowod na to, ze zawsze i wszedzie sa zloczyncy, ze zwykle nie lubi sie "innego" niz ja, ze to byli moze nieliczni (bo ci "nieliczni" wystarcza), wszak inni ratowali Zydow z narazeniem i czesto utrata swojego i swoich bliskich zycia. To jest dowod na szeroka nienawisc, szeroka akceptacje Zaglady Zydow, dowod - zgodzmy sie - w niezwyklych okolicznosciach, na zatrate, na upadek czlowieczenstwa u zbyt wielu, na fiasko chrzescijanstwa w czlowieku, nawet nie we wlasnej godzinie proby, ale w godzinie zaglady "innego" blizniego.

Czy i na ile przyczynily sie do tego napiecia, konflikty etniczne, spoleczne i ekonomiczne w rejonie o wielkim procencie ludnosci zydowskiej, czy i na ile przygotowal ludzi do tego przedwojenny antysemityzm, sankcjonowany w Polsce przez panstwo i kosciol oraz podsycany przez prase katolicka i narodowa, mozna by sie zastanawiac. Moze dzieci wydawaly dzieci dlatego, ze mialy wpojone, chociazby tylko ze slyszenia i obserwacji starszych, ze te drugie dzieci - zydowskie, to gorsi, parszywi ludzie?

Henryk Grynberg powiedzial 14 listopada 1998 w Plusie Minusie, ze pisanie o Holocauscie jest jego "psim obowiazkiem." Parafrazujac to wyznanie, wg mnie, przeczytanie Drohobycza, Drohobycza jest psim obowiazkiem kazdego wrazliwego Polaka.

Wywazona ksiazka Grynberga sklada sie jakby z dwoch czesci. Jedna stanowia historie z Drohobycza, rozne od pozostalych w tym, iz zaczynaja sie jeszcze w XIX wieku i kulminuja w Zagladzie Zydow Drohobycza. Pozostale opowiadania dotycza tylko okresu pozniejszego, glownie Holocaustu, choc takze i Gulagu.

Jest nawet historia Profesora Chalatnikowa, wspoltworcy sowieckiej bomby wodorowej. Ta ostatnia jest ironia Historii w tym, ze rownie istotne obliczenia dla amerykanskiej bomby wodorowej wykonal stanislawowsko/lwowski polski Zyd, Stanislaw Ulam. Chalatnikow wspomina Profesora Charitona, naukowego szefa sowieckiego programu bomb wodowych. Chariton byl przez to "czlowiekiem bez twarzy" przez kilkadziesiat lat. Jego zdjecia, juz jako starszego czlowieka, pierwsi opublikowali Amerykanie w jednym z niedawnych tomow Los Alamos Science, po jego wizycie kilka lat temu w laboratorium w Los Alamos. Jeszcze jedna ironia Historii.

Opowiadania/relacje Grynberga sa napisane jezykiem literackim, z latwo wyczuwalnym ogromnym wspolczuciem, identyfikowaniem sie autora z ofiarami, z jego zaduma i krzykiem. Nie mniej jednak sa to historie Zaglady, w kazdym szczegole autentyczne. Rozmawialem z Henrykiem Grynbergiem dlugo i szczegolowo. Zapewnil mnie o autentycznosci ksiazki; kompozycja jest jego. Ludzie, ktorzy mu je opowiadali, zyja, inne dokumenty oraz relacje znajduja sie w Yad Vashem w Jerozolimie. Nie mam watpliwosci co do prawdziwosci stwierdzen Henryka Grynberga.

Gdyby to nie wystarczylo, to jeszcze cytat z pewnej wypowiedzi Marka Edelmana:

"Byl taki znany w Warszawie architekt, mieszkal w domku jednorodzinnym niedaleko getta. Kiedy getto plonelo, obudzil sie ktorejs nocy, bo cos sie ruszalo po weranda. Wyszedl, zobaczyl dwoje malutkich zydowskich dzieci, trzy i cztery lata. To co on zrobil? Wzial te dzieci za raczki i poprowadzil prosto do zandarmow. I obydwoje rozstrzelali. Sluzyla u niego Zydowka - jako Polka oczywiscie - ona mi to opowiedziala. Potem stanal na ganku, z getta widac ten dym, te plomienie, i mowi: 'Szkoda, ze Tuwimes sie nie smazy razem z nimi.' I juz. Ona potem stamtad uciekla, ale to niewazne. Skonczyla sie wojna, on zostal jednym z glownym architektow w Biurze Odbudowy Stolicy. Nie mial dzieci, ale gdyby mial dzieci, to by to dalej przekazal, Wiec co: co z taka sprawa zrobic? - On juz umarl. A co ja mialem zrobic? To jest bardzo trudna sytuacja. Do sadu z nim pojsc i opowiadac. To nikomu juz zycia nie wroci."

Marek Edelman,
Tygodnik Powszechny nr 16, 18 kwietnia 1993, str. 5.

Napisal mi ktos z Polski:

"Drohobycz... Wszyscy, ktorzy to czytaja sa ogromnie poruszeni, ale byl tez niejeden list do mediow od drohobyczan, ktorzy inaczej pewne rzeczy pamietaja i czuja sie bardzo dotknieci."

Nie wiem, co konkretnie kwestionuja owi Drohobyczanie. Wiem tylko, ze podobne wydarzenia, podobne odrazajace, zbrodnicze zachowania sie niektorych Polakow mialy miejsce i gdzie indziej (jak rowniez mialy miejsce zachowania ofiarne, bohaterskie). Znam konkretne, dosc analogiczne wypadki z Wadowic (z przyczyn "biologicznych" nie z wlasnej obserwacji) z opowiesci, w ktorych prawdziwosc nie watpie. Wiec ekstrapolacja od Wadowic do Drohobycza czy Boryslawia dodatkowo uwiarygodnia relacje u Grynberga. Tak bylo prawie wszedzie na okupowanych ziemiach polskich. Zbyt wielu bylo pomocnikow w zbrodni, od chrzescijanskich dzieci poczynajac, niemal owych goldhagenowskich "Hitler?s willing executioners." Nic dziwnego, ze Drohobyczanom, lub innym po "drugiej stronie," nie jest milo teraz czytac jak to tam kiedys bylo po stronie zydowskiej.

Tym bardziej, ze w moim odczytaniu ksiazki, Grynberg i jego rozmowcy nie zbudowali obrazu ostro czarno-bialego. W oparciu o swoich rozmowcow, Grynberg pisze o ciepieniach, tragedii i Zagladzie Zydow, o okrucienstwie Niemcow, o bezinteresownym (juz nawet nie za kostke masla z trocinami), nienawistnym wydawaniu Zydow przez Polakow i Ukraincow. O ludziach-hienach, oblawiajacych sie na bezbronnych ofiarach, zanim uczynia to Niemcy, o ludziach sprzedajacych dzieciom zydowskim kawalek chleba za zlota monete. Ale pisze takze o ocaleniu zydowskiej dziewczynki (teraz jego rozmowczyni) najpierw przez katoliczke, a potem przez polskie zakonnice. Pisze rowniez Grynberg o czarnych stronach zydowskiej spolecznosci : o obojetnych bogatych Zydach, o sluzalczych Judenratach, o zydowskich kolaborantach, o ich okrucienstwie i zdradzie wspolziomkow. Ocaleli (a za nimi Grynberg) wymieniaja ich z nazwiska, nie szukaja dla nich okolicznosci lagodzacych, chcieliby wymierzyc im sprawiedliwosc.

To zreszta nie o obojetnosc czy o brak pomocy w okresie Holocaustu maja Zydzi glowny zal do Polakow. Ogromny zal i gorycz maja do Polakow za wydawanie Zydow, niekiedy bezinteresowne, z czystej nienawisci. I to jest zupelnie zrozumiale dla autora tych uwag i w tym touttes proportions gardées, solidaryzuje sie z Zydami. Uwazam, ze jest czysta spekulacja megalomanskie mowienie teraz przez kogokolwiek - "ja pomoglbym, ja ukrylbym." Nikt, nie bedac w rzeczywistej, konkretnej sytuacji smiertelnego zagrozenia siebie i swojej rodziny, nie moze tak twierdzic. Nie jest natomiast spekulacja twierdzenie a posteriori - "ja nie wydalbym." I stad, oprocz poczucia slusznosci zydowskich pretensji, zgruchotanie moralne.

* * *

Oto kilka fragmentow z roznych opowiadan/relacji z ksiazki Grynberga. Niewazne tutaj, z ktorych. Niech czytelnik zastanowi sie, prosze, gdzie sa granice czlowieczenstwa.

W maju przyjechal ze Lwowa Hildebrand na inspekcje. W czerwcu przyjechal zlikwidowac szwalnie... Dziewczynie, ktora plakala, powiedzial, jestes za slaba do pracy, posle cie do Himmelskommado... Matce dwojga dzieci powiedzial, ze jedno moze zatrzymac, niech sobie wybierze... W lipcu Hildebrand zostal komendantem obozow w Drohobyczu i Boryslawiu... Imek Feingold poprosil, zeby nie zabierali jego zony, ze jest mloda i silna. Hildebrand podniosl ospale powieki, jesli chcesz byc z nia razem, mozesz przejsc na tamta strone. Imek okazal sie czlowiekiem i przeszedl... Mensinger, du bist ein Held, powiedzial Hildebrand, kiedy Mensinger wspolnie z Semmerem wystrzelal osiemdziesiecioro dzieci w boryslawskiej rzezni... Zabrala ich ukrainska czarna policja ciezarowkami do bronickiego lasu. Kazali im sie rozebrac do naga, odziez przywiezli z powrotem do magazynu. Zydowskie dziewczyny, ktore im myly podlogi i czyscily buty, gdy wracali pijani z Branicy, slyszaly, jak sie przechwalali, jak to Hede Lantner gwalcili, zanim ja zastrzelili... Zamiast do Jasla i Krosna, przywiezli nas do Plaszowa. Goeth na nas czekal na koniu, w milczeniu ogladal towar... Pani Hilewiczowa z Krakowa, w zgrabnym kostiumie, w butach z cholewami, pejczem poganiala kobiety, predzej, pizdy weneckie, tu nie Drohobycz! Predzej buce! - wolal pan Hilewicz, szef lagru meskiego...

*

Zjawilo sie dwoch granatowych policjantow i ojciec zaczal sie z nimi "kolegowac," placac im za kazdym razem, kiedy przychodzili w "odwiedziny," a przychodzili, dopoki ojciec nie znalazl dla nas innego mieszkania... Wszyscy z rodziny ojca zgineli z donosow... Ojca przyrodni brat, ktoremu udalo sie uciec z transportu, zostal rozpoznany przez granatowego policjanta na ulicy. Probowal go przekupic, ale niestety, policjant ten nie byl szmalcownikiem... Obaj kuzyni ojca zgineli z donosu... Zadenucjowala ja [matke] kobieta, ktorej wydawalo sie, ze jej maz, szmalcownik, ma z nia romans...

*

Stawalismy pod sklepem, z ktorego wychodzily kobiety z zakupami, pukalismy do domow. Przepedzali nas, szczuli psami, przeklinali, ale czasem dawali marchewke, ogorek, kartofel - albo sprzedawali. Pytali, czy mamy pieniadze i zloto. Wynioslam mamy pierscionek z malym rubinkiem. Dwie panie wychodzily ze sklepu, Ladnie ubrane, uszminkowane. Jedna miala siatke, w ktorej zlocil sie bochenek chleba. Niech mi pani odstapi troche chleba, poprosilam. Spojrzaly zdziwione i nie odpowiedzialy. Ja zaplace. Pokaz powiedziala pani. Wyjelam pierscionek. Czy aby na pewno zloty? Na pewno. Probowala go wcisnac na palec, ale nie wchodzil. Moge ci dac jajko. To wszystko? Moze choc kawalek chleba? Dwa jajka najwyzej... - A sczo tam majesz? Wskazal moje wypchane kieszenie. Roztrzaskal jajka o bruk, przycisnal mi glowe do ziemi i tarl twarz w mazi na bruku...

*

Brzeg rzeki byl z tej strony wysoki i nas oslanial, ale slyszalysmy raz po raz wolanie: wylaz, Zyde, ja tebe baczu! Ludzie tkwili w wodzie po szyje i z pluskiem w nia zapadali, zewszad rozlegaly sie jeki w sitowiu... Z kieszeni jego parcianych portek zwisala ciezka zlota dewizka mojego ojca, pleciona jak warkocz. Nie pozwolicie mi nawet poczekac na mame? Jak ty ne zabyreszsia, tak my zholoszym tebe na policyju - powiedzial Kalinec. Kalincowa dala mi kawalek chleba i jablko na droge... Przeciez ja wam nic nie zrobilam, chcialam tylko cos do jedzenia. A szczo ty nam za to dasz? - spytal gospodarz. Wyprulam z zakladki zlota monete. Jedli zupe i kraszone kartofle, ale mnie dali tylko suchego chleba. Nigdy wiecej nie wchodzilam do chat. Zakradalam sie noca w obejscia, porywalam, co sie dalo i umykalam... Nagle nadbiegla gromada dzieci, Zydy! Zydy! - zawolaly i pobiegly z powrotem... Zagrzebalismy sie w stercie siana. Po jakims czasie uslyszelismy ludzi. Mieli widly, zaczeli dzgac... Slyszalam wesole okrzyki i nawolywania - doroslych i dzieci. I slyszalam jak ich wyciagano. Nie slyszalam zadnej skargi. Tylko smiechy i ochocze pokrzykiwania. I jak ich liczyli - odin, dwa, tri, czotyry, piat', szyst'. I jak sie upewniali: czy my wsich ich dostaly? Przeczekalam w stercie do nocy gleboko zakopana... Lezeli szeregiem w poszarpanych i zakrwawionych ubraniach... Tak, tak, boso lezeli... Ciagle bolal mnie brzuch. Jadlam mrowki, dzdzownice i robaki, ktorych nazw nie znalam. Spotykalam weze i zmije. Nie balam sie ich. Ja im nic nie robilam, wiec i one mnie nie ruszaly. Nie tak jak ludzie... One [kobiety] mi opowiedzialy o Tyjusi - ze prowadzono ja nago przez ulice Mickiewicza. Nie widzialy co sie z na potem stalo. Nie wiedzialy co stalo sie z moja matka. Mowily, ze niektorych mezczyzn aresztowanych wraz z moim ojcem zastrzelono w grabinie, a innych wywieziono. Podobno do Dachau.

*

Diabel nazywal sie Mengele. Wszedl niecierpliwym krokiem i kazal wystapic wszystkim, ktore maja niebieskie oczy. Podchodzilysmy z wyciagnietymi rekami, a on przesuwal nam palcem po wierzchu dloni, jakby sprawdzal gatunek skory. Jesli skora mu odpowiadala, kierowal do wyjscia. Poszlysmy piatkami. Nie pamietam dokad. Nie pamietam co potem nastapilo... Wrocilam potem do lagru C, ale dzieciecego bloku juz tam nie bylo. Nie wiem co stalo sie z tymi, ktore nie mialy niebieskich oczu i odpowiedniej skory, ani gdzie sie podzialy inne niebieskookie... Raz ujrzalam Niemca, ktory mial w rece Keiserbirne. Zlocistoczerwona cesarska gruszke. Myslalam, ze to przywidzenia. Cesarska gruszka tutaj?... Kaiserbirne! - zawolalam. Niemlody Niemiec w mundurze Wehrmachtu spojrzal na mnie, potem na gruszke, potem znow na mnie - i wyciagnal ja w moja strone... Zmawialysmy codziennie Szma przed snem i porannym apelem. I prosilysmy: Sedzio Najwyzszy, wymierz sprawiedliwosc! Wymierz ja, jesli to jeszcze mozliwe! A nawet jesli nie jest mozliwe! Pokaz, ze jestes wszechmocny! Tylko o sprawiedliwosc prosimy!... Gdy [SS-mani] odeszli, jeden Polak wsunal mi w reke kromke chleba. Bylam najmlodsza, najmniejsza, moze dlatego. Mial na szyi krzyzyk na sznurku i powiedzial, ze jest z Krakowa. Wysoki, ze dwadziescia lat, ja go widze do dzis... Z Osjakowa zostala tylko Rywcia i ja...

* * *

Henryk Grynberg napisal ksiazke, ktorej wymowa jest jednym wielkim krzykiem. Krzykiem cierpienia niewinnych, zalu po nich, krzykiem pamieci o zgladzonych, ale rowniez krzykiem ostrzezenia przed nienawiscia, przed brakiem czlowieczenstwa.

Zydzi Grynberga zostali w niegaszonym wapnie w rzezni boryslawskiej, poszli doslownie z dymem w Belzcu, ich prochy zmieszane sa z gleba Drohobycza, Boryslawia, Wolynia, Belzca, z wodami Styru. Ksiazka Grynberga jest jakby wersetami Kadyszu za nich. Chociaz w swietosci meczenstwa nikt im nie dorowna, ten Kadysz za nich nalezy odmowic.





  1. Rabbi Ephraim Oshry: Responsa from the Holocaust, Judaica Press, New York 1983.
  2. Henryk Grynberg: Drohobycz, Drohobycz, Wydawnictwo WAB, Warszawa 1998.








Copyright © 1997-1999 Zwoje