Przedruk w Zwojach następuje za zgodą Henryka Grynberga, za co wyrażam Mu wdzięczność. Dziękuję Pani Beacie Stasińskiej, Redaktorowi Naczelnemu Wydawnictwa WAB, za błyskawiczną pomoc w zlokalizowaniu Autora w Stanach Zjednoczonych. (AMK)

Tamarze Sokel-Diamant
Wiadomości były coraz gorsze. Ojciec i starszy brat nie jedli, tylko palili papierosy. Usłyszałam w nocy ich rozmowę. Ojciec pójdzie i starszy brat pójdzie, zostaniemy sami. Zaczęłam płakać. Ojciec nachylił się nad moim łóżkiem. Nie płacz, nie zostawię was, przecież dla was żyję. Poczułam gorącą kroplę na policzku. Myśmy nie wiedzieli, co to za świat. Nasi rodzice nie mieli pojęcia w jakim miejscu kazali nam się urodzić.
Rosjanie wysadzali szyby naftowe. Podłożyli dynamit również pod kopalnię wosku naprzeciwko naszego domu. Widziałam lęk w oczach matki, gdy pospiesznie wynosiliśmy rzeczy. Siostra trzymała mnie mocno za rękę. Ojciec i starszy brat wciąż wbiegali do środka, żeby jeszcze coś uratować. Wbiegał także mały Iziaszek. On był zwinny i niczego się nie bał. Nadeszła noc jasna jak dzień, Borysław płonął. Matka nas otulała, ojciec szukał dla nas mieszkania. Miałam matkę i ojca, cieszyłam się każdą chwilą z nimi.
Niemcy kazali nosić opaski, za niewykonanie rozkazu śmierć, ale wciąż miałam ojca i matkę, siostrę i obu braci. Pewnego wieczora starszy brat nie wrócił z pracy. Matka płakała, ojciec do nikogo się nie odzywał. Przeszło tysiąc zabrano, z pracy, najzdatniejszych, najsprawniejszych. Płacz słychać było we wszystkich domach. Ci, co pracują mieli być bezpieczni. Kiedy ojciec nie wrócił bałam się płakać.
Matka nas ukrywała w piwnicy i na strychu. Robiła co mogła, ale każdy mały szkut mógł nas wydać. Siostra budziła się w nocy i chwytała mnie za ręce. Akcja jej się śniła. Nie płacz, siostro, to tylko zły sen. Ale akcja przychodziła za akcją i nie można się było z tego snu obudzić. Ludzie, którzy dusili się w bydlęcych wagonach, nie wiedzieli, że są szczęśliwsi od tych, co dojadą. A Bóg, który na to patrzył, był bezradny jak my.
Matka zbudziła mnie o świcie, żebym poszła na wieś po chleb. Ubrała mnie w najlepsze rzeczy i serdecznie ucałowała. Miałam jasne warkocze i jasnoniebieskie oczy, więc się nie bałam. Kiedy wracałam, akcja była w pełnym toku. Czułam straszny ból w sercu, ale wytrzymałam. Dlaczego wytrzymałam, dlaczego nie poszłam z nimi?
Dlaczegoś mnie, matko wysłała? Dlaczegoś mi tu kazała zostać? Ja, która nie umiałam dnia przeżyć bez ciebie, nie widzę cię od miesięcy. Oczy już wypłakałam, a serce boli mnie bezustannie. Pocieszam się tylko, że tobie lepiej niż mnie. Że niczego już się nie boisz i nic cię więcej nie boli. Nawet to, że mnie zostawiłaś.
Trzymali ich w "Colosseum." Pięć tygodni trwało, zanim zebrali transport. Siedziałam u praczki. Dałam jej złoto, które matka mi wszyła w ubranie. Praczka mówiła, że może uda się ich wydostać, ale siostra zachorowała na różę. Matka nie mogła jej zostawić. Wydostał się tylko Iziaszek, on był bardzo zwinny chłopczyk.

Przemykaliśmy pustymi ulicami, zakradaliśmy się do wymarłych domów, wyjadaliśmy resztki z piwnic. Baliśmy się światła i ludzi. Szczury ostrzegały nas, kiedy ktoś się zbliżał. Nie miałam sił i nie chciałam się kryć, przez Iziaszka musiałam. Szczęśliwsza była siostra, która poszła z matką i nie widziała więcej tego złego snu.
Idą sobie dzieci drogą, siostrzyczka i brat, i nadziwić się nie mogą... aż tu drogę zabiegł im morderca. Żydy! - zawołał - Żydy! Mały był, nie większy od Iziaszka, ale wiedział, że słowem tym się zabija. Uciekaliśmy, lecz słowo biegło za nami - Żydy! Żydy! Zza rogu wypadł policjant. Nie miałam sił, nie chciałam uciekać, chciałam się położyć, wtulić się w ziemię i więcej nie wstawać, ale Iziaszek nie pozwalał, ciągnął mnie za rękę - uciekaj! Mijaliśmy opuszczony szyb. Schowaj się w hajcu, a ja go odciągnę, zawołał Iziaszek, o mnie się nie bój, on mnie nie złapie, ja jestem zwinny? W hajcu stała szafka, schowałam się w niej, zamknęłam oczy. Kiedy je otworzyłam, nikogo wokół nie było.
Wyszłam z hajcu, idę. Dokąd idziesz? - pyta mnie wewnętrzny głos. Mały braciszek ofiarował za mnie swe życie, ale ja o tym jeszcze nie wiem, idę go szukać. Znów napotkałam morderców. Małych, mniejszych ode mnie, Żydówka! - zawołali. - Żydówka! Zdjęłam z palca pierścionek, zaświeciłam im w oczy i cisnęłam daleko w piach. Rzucili się w tamtą stronę, a ja im zniknęłam.
Na ulicy Piłsudskiego stały koszary. Otoczone były wysokim parkanem. Okna miały zabite deskami, a nad bramą napis "Jüdisches Arbeitslager." Niemiec stał z karabinem, a ja nie miałam litery "R." Skręciłam szybko w podwórze po drugiej stronie, gdzie nikt nie pilnował. Mieszkali tam pomocnicy morderców. Weszłam i pytam, czy nie widzieli Iziaszka, ale nie chcieli ze mną mówić. Odsuwali się, udawali, że mnie nie widzą. W końcu doktor Reiter powiedział, że widział go na policji. Czy można mu podać coś do jedzenia? - zapytałam. Ach, jemu tam nic nie trzeba, powiedział doktor Reiter. A co on tam robi, na policji? - spytałam. On im naprawia rowery, powiedział doktor Reiter, on jest zwinny, nie ma się co o niego martwić...
Wspięłam się na strych, skuliłam się. Śnił mi się nasz dom - rodzice, Iziaszek, wszyscy, za którymi tęskniłam. Chciałam, żeby ten sen trwał jak najdłużej, ale zbudził mnie czyjś krzyk. Zerwałam się, wyjrzałam na podwórze, ale nic się nie działo. Księżyc normalnie świecił nad Borysławiem. To był mój własny krzyk.
Sypiałam na strychu, w dzień wkradałam się do kuchni po jedzenie. Ludzie udawali, że mnie nie widzą. Siedziałam na schodach z miską zupy, gdy nagle zjawił się lagerführer z trzema orderami. Za późno było, żeby uciekać. Przyjeżdża nowa lagerwacha, powiedział, za ukrywanie nielegalnych grozi śmierć. Maks Heimberg podszedł do mnie i przyciął mi rózgą. Co tu robisz, smarkula! Zerwałam się i pobiegłam w krzaki.
Nowa lagerwacha składała się z Niemców, Ukraińców i folksdojczerów. Nie kryłam się przed nimi, podchodziłam blisko, patrzyłam im prosto w oczy. Myśleli, że jestem legalna. Dawali mi rękawice do zszycia, skarpety do zacerowania. Wkręciłam się na pomocnicę do kuchni i sypiałam tam przy piecu. Czasem myślałam, żeby podpalić wszystko i uciec do lasu, ale jak ja bym sobie dała radę w lesie?
Kartofle i buraki w piwnicy zaczynały kiełkować, zbliżała się wiosna. Pewnego dżdżystego wieczoru kolumna wróciła z pracy, ale ludzie się nie rozchodzili. Przystawali grupkami i naradzali się. Wywózka się zbliża, domyśliłam się, i ręce mi się trzęsły, gdy nalewałam zupę.
Co noc ktoś się wymykał. Słyszeliśmy strzały i jęki trafionych. Kierownik Flaks miał przygotowaną kryjówkę w lesie. Żeby zjednać sobie ludzi, zgodził się wziąć ze sobą sieroty. Wyszliśmy w ciemną noc, kiedy padał śnieg z deszczem. Mokliśmy czekając, bo do płotu trzeba było podkradać się pojedynczo. Z trudem przełaziło się przez płot w przesiąkniętym ubraniu. Nogi grzęzły w ziemi, kiedy się biegło przez zaorane pole. W lesie weszliśmy w zimny potok, woda zmywała nasz ślad.
Bunkier kryty był okrąglakami, przez które przeciekał deszcz. Staliśmy po kostki w błocie. Marzliśmy na mokrych pryczach. Dzieci popłakiwały. Nie płaczcie dzieci, jesteśmy Żydami. Tyle jużeśmy przetrwali, przetrwamy i ten zimny grób. I pod tą ziemią, mokrą od żydowskich łez, usłyszymy trąby Mesjasza.
Gotowaliśmy stęchły pęczak i zbutwiałą fasolę. Piekliśmy placki ze spleśniałego żyta. Dym z piecyka wygryzał nam oczy. W dzień spaliśmy, wychodziliśmy w nocy. Tym różniliśmy się od jaskiniowców. Im tak mało groziło.
Rucieńka Ginsberg pytała, czy na drugim świecie nie trzeba będzie się bać. Chciała być ptakiem. Gdybym była ptakiem, to bym poleciała stąd, bardzo daleko, i więcej bym się nie bała. A jeśli nie można nigdzie polecieć, to też ptakiem lepiej umrzeć niż człowiekiem. Własnym dziobkiem bym se dołek wyryła, własnymi skrzydłami bym się przykryła. Taką sobie ułożyła piosenkę.
Nie mogłam patrzeć w oczy tych dzieci. Pójdę do miasta, przyniosę im chleba. Wymknęłam się z ziemianki, kiedy wszyscy spali. Kwiaty na łąkach już się śmiały. Ptaki śpiewały. Dziękowały, że są ptakami. Dzieci bawiły się za opłotkami, niczego się nie bały.
Przed koszarami stał Maks Heimberg. Chodź no tutaj, chodź no! - zawołał, gdy chciałam skręcić w podwórze po drugiej stronie. Czego ode mnie chcesz? Przecież ty mnie w ogóle nie widzisz - dawałam mu do zrozumienia, ale udawał, że nic nie rozumie. Nagle zobaczyłam, jak zza jego pleców wychodzi Mensinger. Teraz już gagatku, nie umkniesz! Teraz już pojedziesz, pojedziesz! - śmiał się Mensinger.
Wepchnęli mnie do środka, zapisali, ale w koszarach nikogo nie było. Biegałam z sali do sali, wszędzie grobowa cisza. Może mnie już zabili, pomyślałam. Ale gdyby mnie zabili, to nie byłoby koło mnie pusto, pełno by było. Wybiegłam do latryny, nikt nie pilnował. Przysunęłam się do parkanu, nikt nie patrzył. Wspięłam się najszybciej, jak mogłam, nikt nie strzelał. Przetoczyłam się na drugą strone i dogoniłam przejeżdzającą furę. Woźnica nawet się nie obejrzał.
Nikomu w bunkrze o mojej przygodzie nie mówiłam. Następnego rana jak zwykle zmyłam naczynia i posprzątałam, a kiedy wszyscy zasnęli, uchyliłam klapę. Potrzebowałam powietrza. I życia, które się budziło co rano. Potok rozmawiał z sosnami, ptaki się targowały. Znałam dobrze te głosy z czasów, kiedy przyjeżdżaliśmy tu z ojcem i z matką. Dawno, dawno temu, kiedy chodziliśmy po ziemi jak ludzie. Las pozostał taki sam i mówił takim samym głosem, tylko z ludźmi coś się stało i głosy ich brzmiały teraz inaczej. Nagle rozległ się tętent, nadbiegł tabun koni, dach ziemianki zadudnił od kopyt. Skąd te konie? - zdziwiłam się, otwierając szeroko oczy. Nie były to konie, lecz ludzie w podkutych butach. Ich wrzaski - Rauss! Rauss! - nieznane były przedtem w lesie.

W koszarach postawili nas pod ścianą, a Hildebrand wydawał wyroki. Bez słowa, końcem szpicruty - na tę lub tamtą stronę. Setki ludzi pod tą ścianą stawało i setki odeszło - w jedną stronę. Wchodząc do łaźni, przystawiłam stołek do okna i wyjrzałam na podwórze. Rucieńka Ginsberg stała w gromadce dzieci pod ścianą. Kiedy wracałam, już ich nie było.
Ryliśmy ziemię i liczyliśmy dni. Ziemia była twarda. Ryliśmy ją ryskalami i przetaczaliśmy taczkami. Stawiała opór, z dnia na dzień większy, wiedzieliśmy, że nie damy rady. Ósmego dnia obudziły nas strzały. Koszary były obstawione - wywózka. Mensinger stał na bramie i strzelał - do każdego, kogo zobaczył. Biegaliśmy po korytarzach tam i z powrotem, nie było dokąd uciekać. Nagle wszyscy zaczęli cisnąć się do jednych drzwi. Wcisnęłam się wraz z innymi. Znajdowała się tam kryjówka, do której wchodziło się przez piec. Ze czterdzieści osób weszło, musieliśmy oszczędnie oddychać. Słyszeliśmy jak Niemcy wchodzili i wychodzili - Rauss! Rauss! Już myśleliśmy, że nas nie znajdą, gdy nagle rozległ się trzask wyłamywanych desek i Schönbach zaświecił nam latarką w oczy.
Wyciągnęli ludzi z dołu latrynowego. Wypruli z pierzyn. Pierze sypało się jak śnieg. Podłożyli ogień do pieców, słyszeliśmy przeraźliwe krzyki. Wybiegła dziewczynka poparzona na całym ciele i kobieta w przypalonej sukni z dzieckiem na ręlu. Dziecko nie wydawało głosu.
Ciężko pobitych i poparzonych zabrały auta, a my szliśmy czwórkami. Hildebrand zapowiedział - że wyjście z szeregu śmierć. Ludzie patrzyli z okien, wychodzili przed domy, gdy prowadzono nas przez Borysław. Patrzyli na nas jak na zbrodniarzy.
Nie było dokąd uciekać, ale głos mi mówił, uciekaj. Poparzona dziewczynka wciąż krzyczała. Koło niej zobaczyłam przerażoną twarz doktora Reitera. Nie, ja nigdzie nie jadę, powiedziałam do dziewczyny, która szła obok mnie i podałam jej mój tobołek. Mijaliśmy sklep. Sklepikarka wyszła żeby lepiej widzieć. Tak była zajęta widokiem, że nie zauważyła, jak wbiegłam do sklepu. Wróciła dopiero, jak pochód minął. Żydówka uciekła! Żydówka! - zaczęła krzyczeć i wypchnęła mnie na ulicę. Nadjechał Niemiec na rowerze. Jüdin! Verfluchte Jüdin! - krzyczała sklepikarka. Was...? Bist Jüdin...? - zdziwił się Niemiec, patrząc mi w oczy. Szczo-że...? Nie rozumiju... - odpowiedziałam. Machnął ręką i pojechał dalej.
Uciekłam na łąki. Dziewczyny pasły krowy i rzewnie po ukraińsku śpiewały. Może znacie jakiegoś gospodarza, któremu potrzebna pastuszka? - spytałam. Dowiemy się, przyjdź jutro, powiedziały. A do jutra było daleko. Ściemniło się i zaczął padać deszcz, krowy poszły do obór. Przykucnęłam za krzakiem, mokra ziemia nie pozwalała mi się położyć. Ani jedna gwiazda nie zaświeciła, ani jeden pies nie zaszczekał, tylko ciemność i głuche milczenie, jakby już nikogo nie było na świecie, ni człowieka, ni Boga.
Gospodarz był policjantem. De twoja maty? - zapytał. Już osiem miesięcy jak nie żyje. A de bat?ko? Przepadł bez wieści. Gospodarz miał ładną żonę. Przywoził jej sukienki, pierścionki, kolczyki. Gospodarstwem się mało zajmował, ale dobrze mu się powodziło. Zaprzęgał konia i jechał, a wracał z wozem pełnym sukienek, firanek, garnków, obrusów, poduszek. Gospodyni wybierała sobie najlepsze, a resztę wiozła na targ. U ukraińskiego policjanta było mi bezpiecznie, ale bałam się tych pierścionków, kolczyków i sukienek, bo zdawało mi się, że je poznaję, i mdliło mnie, kiedy czyściłam śmierdzące buty mojego gospodarza.
Pierwszych tysiąc pięciuset, zabranych z pracy, zastrzelili w pobliskim lesie. Tych z "Colosseum" wywieźli do Bełżca. Stamtąd też nikt nie wracał. A kogo później złapali, to prowadzili do rzeźni. Mieli tam dół pełen wapna. Wiedziała o tym każda pastuszka w okolicy, każda gospodyni. Ja zszywałam sfatygowane rękawice, cerowałam przetarte skarpety, ścierałam z butów krew... Bóg się z całą pewnością pomylił, kiedy kazał mi się tutaj urodzić, ale czemu się nade mną tak znęcał? Czy tak może znęcać się Bóg? Kto właściwie jest na tym świecie gospodarzem? Pasłam krowy pod wielkim bożym niebem z dziewczynami, które pięknie śpiewały i dziwiły się, że ja nie śpiewam.
Zaganiałam krowę przez błoto i nadepnęłam bosą stopą na szkło. Stopa spuchła mi, nie dawała spać. Usłyszałam w nocy daleki huk, jakby burza szła. Wstawaj, Zosiu, Rosjanie idą! - zawołała gospodyni. Phi, phi, będzie źle, powiedział gospodarz. Wstałam obojętnie, żeby zachować pozór. Pójdę trawy urwać do podoju, powiedziałam kulejąc, wyszłam na drogę, gdzie fury gnały jedna za drugą. Zabrałam się, serce mi mocno biło.
Doczekałam, doczekałam! Śmierci się nie dałam! Będę tańczyła, śpiewała! Będę z radości skakała! Wrócę do mego domu, przytulę się do ojca, do matki. Uściskam siostrę i starszego brata. Iziaszka wezmę w ramiona. Kochani, tak bardzo tęskniłam. Tak bardzo was chciałam zobaczyć. Tak bardzo było mi źle. Tak długo trwał straszny sen? Serce mi biło do bólu. Nie wiedziałam, kto wróci. Nie wiedziałam, kto nie wróci. Nie wiedziałam, że nie wróci nikt.
W szpitalu spotkałam dziewczynę, którą wykupiono z rzeźni. Opowiedziała mi, że kazali im przechodzić po desce. Nad dołem w którym bulgotało wapno. Deska się chwiała, spadali. Kto nie spadł sam, dostawał kulę. Starali się nie spaść. Starali się iść jak najdłużej nawet po strzale. Żeby dostać jeszcze jedną kulę, żeby nie spaść żywym. Przeważnie jednak spadali za życia i wapno się wciąż poruszało. Jej matka poszła i młodsza siostra. I nasz Iziaszek. Zostali tam, pod rzeźnią, w środku Borysławia. Nie płakałam nie miałam łez. Od tamtej pory mam suche oczy. A to gorzej. Parzą jak wapno.
Odnalazła mnie żona gospodarza. Dowiedziała się, że jestem Żydówką. Chciała, żebym poszła zeznać, że jej mąż mnie przechował. Nie odpowiedziałam nic, nie mogłam wydobyć głosu, ale kiedy wyjęła pierścionek, żeby mi ofiarować - zawyłam.
Uciekaj stąd, uciekaj, nakazywał głos. Uciekłam do Wałbrzycha. Spotkałam ludzi, którzy pracowali w "Bricha." "Bricha" właśnie znaczy "ucieczka." Miałam dobry aryjski wygląd, jeździłam do Katowic po pieniądze. Aryjski wygląd nadal był bardzo ważny, zwłaszcza w pociągach. Owijałam się pieniędzmi i okręcałam bandażami. Przewoziłam setki tysięcy, czasem miliony. Przeprowadzaliśmy Żydów przez granicę, potrzebowaliśmy dużo pieniędzy. Dla strażników.
Gdy schodziłam tutaj na ląd, wyciągnął do mnie ramiona młody człowiek, który przyjmował uciekinierów. I zostałam w jego ramionach. Bóg chciał naprawić błąd i urodziłam się po raz drugi. Gdy stanąłem tu, na tej ziemi. Gdy rodziłam tu moje dzieci.
Syn został lekarzem. To nie zawód, to powołanie. Pomagaliśmy mu, bo lekarze mało zarabiali. Starsza córka, "owedet socjali," zajmowała się sierotami i osieroconymi rodzicami. To też nie zawód, do tego trzeba mieć duszę, którą ona miała. Dwóch jej kolegów szkolnych zginęło. Chaim, który poległ na Synaju, był jedynakiem. Jego rodzice poznali się w Oświęcimiu, matka miała czterdzieści lat, kiedy go urodziła. Nasza córka rozmawiała z nią w każdą sobotę. Dow ukończył Technion i wstąpił do lotnictwa. Był u nas w wieczór piątkowy przed wypadkiem. Pytałam go, Dowele, skąd nagle to lotnictwo? Ach, miałem wyrzuty sumienia, że ja studiuję, gdy inni służą. Nasza najmłodsza wybrała literaturę. To, oczywiście, też nie zawód.
Mam pięcioro wnucząt. Nikt ich nie kocha jak ja.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||