Zamieszczamy jedno ze wstrzasajacych opowiadan-relacji z tomu Henryka Grynberga pt. Drohobycz, Drohobycz, Wydawnictwo WAB, Warszawa 1998. Ksiazka ta byla nominowana do najwyzszej polskiej nagrody literackiej "Nike-'98" i znalazla sie wsrod szesciu ksiazek w finale tej nagrody.

Przedruk w Zwojach nastepuje za zgoda Henryka Grynberga, za co wyrazam Mu wdziecznosc. Dziekuje Pani Beacie Stasinskiej, Redaktorowi Naczelnemu Wydawnictwa WAB, za blyskawiczna pomoc w zlokalizowaniu Autora w Stanach Zjednoczonych.   (AMK)




UCIECZKA Z BORYSLAWIA





HENRYK GRYNBERG


Tamarze Sokel-Diamant


Wiadomosci byly coraz gorsze. Ojciec i starszy brat nie jedli, tylko palili papierosy. Uslyszalam w nocy ich rozmowe. Ojciec pojdzie i starszy brat pojdzie, zostaniemy sami. Zaczelam plakac. Ojciec nachylil sie nad moim lozkiem. Nie placz, nie zostawie was, przeciez dla was zyje. Poczulam goraca krople na policzku. Mysmy nie wiedzieli, co to za swiat. Nasi rodzice nie mieli pojecia w jakim miejscu kazali nam sie urodzic.

Rosjanie wysadzali szyby naftowe. Podlozyli dynamit rowniez pod kopalnie wosku naprzeciwko naszego domu. Widzialam lek w oczach matki, gdy pospiesznie wynosilismy rzeczy. Siostra trzymala mnie mocno za reke. Ojciec i starszy brat wciaz wbiegali do srodka, zeby jeszcze cos uratowac. Wbiegal takze maly Iziaszek. On byl zwinny i niczego sie nie bal. Nadeszla noc jasna jak dzien, Boryslaw plonal. Matka nas otulala, ojciec szukal dla nas mieszkania. Mialam matke i ojca, cieszylam sie kazda chwila z nimi.

Niemcy kazali nosic opaski, za niewykonanie rozkazu smierc, ale wciaz mialam ojca i matke, siostre i obu braci. Pewnego wieczora starszy brat nie wrocil z pracy. Matka plakala, ojciec do nikogo sie nie odzywal. Przeszlo tysiac zabrano, z pracy, najzdatniejszych, najsprawniejszych. Placz slychac bylo we wszystkich domach. Ci, co pracuja mieli byc bezpieczni. Kiedy ojciec nie wrocil balam sie plakac.

Matka nas ukrywala w piwnicy i na strychu. Robila co mogla, ale kazdy maly szkut mogl nas wydac. Siostra budzila sie w nocy i chwytala mnie za rece. Akcja jej sie snila. Nie placz, siostro, to tylko zly sen. Ale akcja przychodzila za akcja i nie mozna sie bylo z tego snu obudzic. Ludzie, ktorzy dusili sie w bydlecych wagonach, nie wiedzieli, ze sa szczesliwsi od tych, co dojada. A Bog, ktory na to patrzyl, byl bezradny jak my.

Matka zbudzila mnie o swicie, zebym poszla na wies po chleb. Ubrala mnie w najlepsze rzeczy i serdecznie ucalowala. Mialam jasne warkocze i jasnoniebieskie oczy, wiec sie nie balam. Kiedy wracalam, akcja byla w pelnym toku. Czulam straszny bol w sercu, ale wytrzymalam. Dlaczego wytrzymalam, dlaczego nie poszlam z nimi?

Dlaczegos mnie, matko wyslala? Dlaczegos mi tu kazala zostac? Ja, ktora nie umialam dnia przezyc bez ciebie, nie widze cie od miesiecy. Oczy juz wyplakalam, a serce boli mnie bezustannie. Pocieszam sie tylko, ze tobie lepiej niz mnie. Ze niczego juz sie nie boisz i nic cie wiecej nie boli. Nawet to, ze mnie zostawilas.

Trzymali ich w "Colosseum." Piec tygodni trwalo, zanim zebrali transport. Siedzialam u praczki. Dalam jej zloto, ktore matka mi wszyla w ubranie. Praczka mowila, ze moze uda sie ich wydostac, ale siostra zachorowala na roze. Matka nie mogla jej zostawic. Wydostal sie tylko Iziaszek, on byl bardzo zwinny chlopczyk.




Przemykalismy pustymi ulicami, zakradalismy sie do wymarlych domow, wyjadalismy resztki z piwnic. Balismy sie swiatla i ludzi. Szczury ostrzegaly nas, kiedy ktos sie zblizal. Nie mialam sil i nie chcialam sie kryc, przez Iziaszka musialam. Szczesliwsza byla siostra, ktora poszla z matka i nie widziala wiecej tego zlego snu.

Ida sobie dzieci droga, siostrzyczka i brat, i nadziwic sie nie moga... az tu droge zabiegl im morderca. Zydy! - zawolal - Zydy! Maly byl, nie wiekszy od Iziaszka, ale wiedzial, ze slowem tym sie zabija. Uciekalismy, lecz slowo bieglo za nami - Zydy! Zydy! Zza rogu wypadl policjant. Nie mialam sil, nie chcialam uciekac, chcialam sie polozyc, wtulic sie w ziemie i wiecej nie wstawac, ale Iziaszek nie pozwalal, ciagnal mnie za reke - uciekaj! Mijalismy opuszczony szyb. Schowaj sie w hajcu, a ja go odciagne, zawolal Iziaszek, o mnie sie nie boj, on mnie nie zlapie, ja jestem zwinny? W hajcu stala szafka, schowalam sie w niej, zamknelam oczy. Kiedy je otworzylam, nikogo wokol nie bylo.

Wyszlam z hajcu, ide. Dokad idziesz? - pyta mnie wewnetrzny glos. Maly braciszek ofiarowal za mnie swe zycie, ale ja o tym jeszcze nie wiem, ide go szukac. Znow napotkalam mordercow. Malych, mniejszych ode mnie, Zydowka! - zawolali. - Zydowka! Zdjelam z palca pierscionek, zaswiecilam im w oczy i cisnelam daleko w piach. Rzucili sie w tamta strone, a ja im zniknelam.

Na ulicy Pilsudskiego staly koszary. Otoczone byly wysokim parkanem. Okna mialy zabite deskami, a nad brama napis "Jüdisches Arbeitslager." Niemiec stal z karabinem, a ja nie mialam litery "R." Skrecilam szybko w podworze po drugiej stronie, gdzie nikt nie pilnowal. Mieszkali tam pomocnicy mordercow. Weszlam i pytam, czy nie widzieli Iziaszka, ale nie chcieli ze mna mowic. Odsuwali sie, udawali, ze mnie nie widza. W koncu doktor Reiter powiedzial, ze widzial go na policji. Czy mozna mu podac cos do jedzenia? - zapytalam. Ach, jemu tam nic nie trzeba, powiedzial doktor Reiter. A co on tam robi, na policji? - spytalam. On im naprawia rowery, powiedzial doktor Reiter, on jest zwinny, nie ma sie co o niego martwic...

Wspielam sie na strych, skulilam sie. Snil mi sie nasz dom - rodzice, Iziaszek, wszyscy, za ktorymi tesknilam. Chcialam, zeby ten sen trwal jak najdluzej, ale zbudzil mnie czyjs krzyk. Zerwalam sie, wyjrzalam na podworze, ale nic sie nie dzialo. Ksiezyc normalnie swiecil nad Boryslawiem. To byl moj wlasny krzyk.

Sypialam na strychu, w dzien wkradalam sie do kuchni po jedzenie. Ludzie udawali, ze mnie nie widza. Siedzialam na schodach z miska zupy, gdy nagle zjawil sie lagerführer z trzema ordnerami. Za pozno bylo, zeby uciekac. Przyjezdza nowa lagerwacha, powiedzial, za ukrywanie nielegalnych grozi smierc. Maks Heimberg podszedl do mnie i przycial mi rozga. Co tu robisz, smarkula! Zerwalam sie i pobieglam w krzaki.

Nowa lagerwacha skladala sie z Niemcow, Ukraincow i folksdojczerow. Nie krylam sie przed nimi, podchodzilam blisko, patrzylam im prosto w oczy. Mysleli, ze jestem legalna. Dawali mi rekawice do zszycia, skarpety do zacerowania. Wkrecilam sie na pomocnice do kuchni i sypialam tam przy piecu. Czasem myslalam, zeby podpalic wszystko i uciec do lasu, ale jak ja bym sobie dala rade w lesie?

Kartofle i buraki w piwnicy zaczynaly kielkowac, zblizala sie wiosna. Pewnego dzdzystego wieczoru kolumna wrocila z pracy, ale ludzie sie nie rozchodzili. Przystawali grupkami i naradzali sie. Wywozka sie zbliza, domyslilam sie, i rece mi sie trzesly, gdy nalewalam zupe.

Co noc ktos sie wymykal. Slyszelismy strzaly i jeki trafionych. Kierownik Flaks mial przygotowana kryjowke w lesie. Zeby zjednac sobie ludzi, zgodzil sie wziac ze soba sieroty. Wyszlismy w ciemna noc, kiedy padal snieg z deszczem. Moklismy czekajac, bo do plotu trzeba bylo podkradac sie pojedynczo. Z trudem przelazilo sie przez plot w przesiaknietym ubraniu. Nogi grzezly w ziemi, kiedy sie bieglo przez zaorane pole. W lesie weszlismy w zimny potok, woda zmywala nasz slad.

Bunkier kryty byl okraglakami, przez ktore przeciekal deszcz. Stalismy po kostki w blocie. Marzlismy na mokrych pryczach. Dzieci poplakiwaly. Nie placzcie dzieci, jestesmy Zydami. Tyle juzesmy przetrwali, przetrwamy i ten zimny grob. I pod ta ziemia, mokra od zydowskich lez, uslyszymy traby Mesjasza.

Gotowalismy stechly peczak i zbutwiala fasole. Pieklismy placki ze splesnialego zyta. Dym z piecyka wygryzal nam oczy. W dzien spalismy, wychodzilismy w nocy. Tym roznilismy sie od jaskiniowcow. Im tak malo grozilo.

Rucienka Ginsberg pytala, czy na drugim swiecie nie trzeba bedzie sie bac. Chciala byc ptakiem. Gdybym byla ptakiem, to bym poleciala stad, bardzo daleko, i wiecej bym sie nie bala. A jesli nie mozna nigdzie poleciec, to tez ptakiem lepiej umrzec niz czlowiekiem. Wlasnym dziobkiem bym se dolek wyryla, wlasnymi skrzydlami bym sie przykryla. Taka sobie ulozyla piosenke.

Nie moglam patrzec w oczy tych dzieci. Pojde do miasta, przyniose im chleba. Wymknelam sie z ziemianki, kiedy wszyscy spali. Kwiaty na lakach juz sie smialy. Ptaki spiewaly. Dziekowaly, ze sa ptakami. Dzieci bawily sie za oplotkami, niczego sie nie baly.

Przed koszarami stal Maks Heimberg. Chodz no tutaj, chodz no! - zawolal, gdy chcialam skrecic w podworze po drugiej stronie. Czego ode mnie chcesz? Przeciez ty mnie wogole nie widzisz - dawalam mu do zrozumienia, ale udawal, ze nic nie rozumie. Nagle zobaczylam, jak zza jego plecow wychodzi Mensinger. Teraz juz gagatku, nie umkniesz! Teraz juz pojedziesz, pojedziesz! - smial sie Mensinger.

Wepchneli mnie do srodka, zapisali, ale w koszarach nikogo nie bylo. Biegalam z sali do sali, wszedzie grobowa cisza. Moze mnie juz zabili, pomyslalam. Ale gdyby mnie zabili, to nie byloby kolo mnie pusto, pelno by bylo. Wybieglam do latryny, nikt nie pilnowal. Przysunelam sie do parkanu, nikt nie patrzyl. Wspielam sie najszybciej, jak moglam, nikt nie strzelal. Przetoczylam sie na druga strone i dogonilam przejezdzajaca fure. Woznica nawet sie nie obejrzal.

Nikomu w bunkrze o mojej przygodzie nie mowilam. Nastepnego rana jak zwykle zmylam naczynia i posprzatalam, a kiedy wszyscy zasneli, uchylilam klape. Potrzebowalam powietrza. I zycia, ktore sie budzilo co rano. Potok rozmawial z sosnami, ptaki sie targowaly. Znalam dobrze te glosy z czasow, kiedy przyjezdzalismy tu z ojcem i z matka. Dawno, dawno temu, kiedy chodzilismy po ziemi jak ludzie. Las pozostal taki sam i mowil takim samym glosem, tylko z ludzmi cos sie stalo i glosy ich brzmialy teraz inaczej. Nagle rozlegl sie tetent, nadbiegl tabun koni, dach ziemianki zadudnil od kopyt. Skad te konie? - zdziwilam sie, otwierajac szeroko oczy. Nie byly to konie, lecz ludzie w podkutych butach. Ich wrzaski - Raus! Raus! - nieznane byly przedtem w lesie.




W koszarach postawili nas pod sciana, a Hildebrand wydawal wyroki. Bez slowa, koncem szpicruty - na te lub tamta strone. Setki ludzi pod ta sciana stawalo i setki odeszlo - w jedna strone. Wchodzac do lazni, przystawilam stolek do okna i wyjrzalam na podworze. Rucienka Ginsberg stala w gromadce dzieci pod sciana. Kiedy wracalam, juz ich nie bylo.

Rylismy ziemie i liczylismy dni. Ziemia byla twarda. Rylismy ja ryskalami i przetaczalismy taczkami. Stawiala opor, z dnia na dzien wiekszy, wiedzielismy, ze nie damy rady. Osmego dnia obudzily nas strzaly. Koszary byly obstawione - wywozka. Mensinger stal na bramie i strzelal - do kazdego, kogo zobaczyl. Biegalismy po korytarzach tam i z powrotem, nie bylo dokad uciekac. Nagle wszyscy zaczeli cisnac sie do jednych drzwi. Wcisnelam sie wraz z innymi. Znajdowala sie tam kryjowka, do ktorej wchodzilo sie przez piec. Ze czterdziesci osob weszlo, musielismy oszczednie oddychac. Slyszelismy jak Niemcy wchodzili i wychodzili - Raus! Raus! Juz myslelismy, ze nas nie znajda, gdy nagle rozlegl sie trzask wylamywanych desek i Schönbach zaswiecil nam latarka w oczy.

Wyciagneli ludzi z dolu latrynowego. Wypruli z pierzyn. Pierze sypalo sie jak snieg. Podlozyli ogien do piecow, slyszelismy przerazliwe krzyki. Wybiegla dziewczynka poparzona na calym ciele i kobieta w przypalonej sukni z dzieckiem na relu. Dziecko nie wydawalo glosu.

Ciezko pobitych i poparzonych zabraly auta, a my szlismy czworkami. Hildebrand zapowiedzial - ze wyjscie z szeregu smierc. Ludzie patrzyli z okien, wychodzili przed domy, gdy prowadzono nas przez Boryslaw. Patrzyli na nas jak na zbrodniarzy.

Nie bylo dokad uciekac, ale glos mi mowil, uciekaj. Poparzona dziewczynka wciaz krzyczala. Kolo niej zobaczylam przerazona twarz doktora Reitera. Nie, ja nigdzie nie jade, powiedzialam do dziewczyny, ktora szla obok mnie i podalam jej moj tobolek. Mijalismy sklep. Sklepikarka wyszla zeby lepiej widziec. Tak byla zajeta widokiem, ze nie zauwazyla, jak wbieglam do sklepu. Wrocila dopiero, jak pochod minal. Zydowka uciekla! Zydowka! - zaczela krzyczec i wypchnela mnie na ulice. Nadjechal Niemiec na rowerze. Jüdin! Verfluchte Jüdin! - krzyczala sklepikarka. Was...? Bist Jüdin...? - zdziwil sie Niemiec, patrzac mi w oczy. Szczo-ze...? Nie rozumiju... - odpowiedzialam. Machnal reka i pojechal dalej.

Ucieklam na laki. Dziewczyny pasly krowy i rzewnie po ukrainsku spiewaly. Moze znacie jakiegos gospodarza, ktoremu potrzebna pastuszka? - spytalam. Dowiemy sie, przyjdz jutro, powiedzialy. A do jutra bylo daleko. Sciemnilo sie i zaczal padac deszcz, krowy poszly do obor. Przykucnelam za krzakiem, mokra ziemia nie pozwalala mi sie polozyc. Ani jedna gwiazda nie zaswiecila, ani jeden pies nie zaszczekal, tylko ciemnosc i gluche milczenie, jakby juz nikogo nie bylo na swiecie, ni czlowieka, ni Boga.

Gospodarz byl policjantem. De twoja maty? - zapytal. Juz osiem miesiecy jak nie zyje. A de bat?ko? Przepadl bez wiesci. Gospodarz mial ladna zone. Przywozil jej sukienki, pierscionki, kolczyki. Gospodarstwem sie malo zajmowal, ale dobrze mu sie powodzilo. Zaprzegal konia i jechal, a wracal z wozem pelnym sukienek, firanek, garnkow, obrusow, poduszek. Gospodyni wybierala sobie najlepsze, a reszte wiozla na targ. U ukrainskiego policjanta bylo mi bezpiecznie, ale balam sie tych pierscionkow, kolczykow i sukienek, bo zdawalo mi sie, ze je poznaje, i mdlilo mnie, kiedy czyscilam smierdzace buty mojego gospodarza.

Pierwszych tysiac pieciuset, zabranych z pracy, zastrzelili w pobliskim lesie. Tych z "Colosseum" wywiezli do Belzca. Stamtad tez nikt nie wracal. A kogo pozniej zlapali, to prowadzili do rzezni. Mieli tam dol pelen wapna. Wiedziala o tym kazda pastuszka w okolicy, kazda gospodyni. Ja zszywalam sfatygowane rekawice, cerowalam przetarte skarpety, scieralam z butow krew... Bog sie z cala pewnoscia pomylil, kiedy kazal mi sie tutaj urodzic, ale czemu sie nade mna tak znecal? Czy tak moze znecac sie Bog? Kto wlasciwie jest na tym swiecie gospodarzem? Paslam krowy pod wielkim bozym niebem z dziewczynami, ktore pieknie spiewaly i dziwily sie, ze ja nie spiewam.

Zaganialam krowe przez bloto i nadepnelam bosa stopa na szklo. Stopa spuchla mi, nie dawala spac. Uslyszalam w nocy daleki huk, jakby burza szla. Wstawaj, Zosiu, Rosjanie ida! - zawolala gospodyni. Phi, phi, bedzie zle, powiedzial gospodarz. Wstalam obojetnie, zeby zachowac pozor. Pojde trawy urwac do podoju, powiedzialam kulejac, wyszlam na droge, gdzie fury gnaly jedna za druga. Zabralam sie, serce mi mocno bilo.

Doczekalam, doczekalam! Smierci sie nie dalam! Bede tanczyla, spiewala! Bede z radosci skakala! Wroce do mego domu, przytule sie do ojca, do matki. Usciskam siostre i starszego brata. Iziaszka wezme w ramiona. Kochani, tak bardzo tesknilam. Tak bardzo was chcialam zobaczyc. Tak bardzo bylo mi zle. Tak dlugo trwal straszny sen? Serce mi bilo do bolu. Nie wiedzialam, kto wroci. Nie wiedzialam, kto nie wroci. Nie wiedzialam, ze nie wroci nikt.

* * *

W szpitalu spotkalam dziewczyne, ktora wykupiono z rzezni. Opowiedziala mi, ze kazali im przechodzic po desce. Nad dolem w ktorym bulgotalo wapno. Deska sie chwiala, spadali. Kto nie spadl sam, dostawal kule. Starali sie nie spasc. Starali sie isc jak najdluzej nawet po strzale. Zeby dostac jeszcze jedna kule, zeby nie spasc zywym. Przewaznie jednak spadali za zycia i wapno sie wciaz poruszalo. Jej matka poszla i mlodsza siostra. I nasz Iziaszek. Zostali tam, pod rzeznia, w srodku Boryslawia. Nie plakalam nie mialam lez. Od tamtej pory mam suche oczy. A to gorzej. Parza jak wapno.

Odnalazla mnie zona gospodarza. Dowiedziala sie, ze jestem Zydowka. Chciala, zebym poszla zeznac, ze jej maz mnie przechowal. Nie odpowiedzialam nic, nie moglam wydobyc glosu, ale kiedy wyjela pierscionek, zeby mi ofiarowac - zawylam.

Uciekaj stad, uciekaj, nakazywal glos. Ucieklam do Walbrzycha. Spotkalam ludzi, ktorzy pracowali w "Bricha." "Bricha" wlasnie znaczy "ucieczka." Mialam dobry aryjski wyglad, jezdzilam do Katowic po pieniadze. Aryjski wyglad nadal byl bardzo wazny, zwlaszcza w pociagach. Owijalam sie pieniedzmi i okrecalam bandazami. Przewozilam setki tysiecy, czasem miliony. Przeprowadzalismy Zydow przez granice, potrzebowalismy duzo pieniedzy. Dla straznikow.

* * *

Gdy schodzilam tutaj na lad, wyciagnal do mnie ramiona mlody czlowiek, ktory przyjmowal uciekinierow. I zostalam w jego ramionach. Bog chcial naprawic blad i urodzilam sie po raz drugi. Gdy stanalem tu, na tej ziemi. Gdy rodzilam tu moje dzieci.

Syn zostal lekarzem. To nie zawod, to powolanie. Pomagalismy mu, bo lekarze malo zarabiali. Starsza corka, "owedet socjali," zajmowala sie sierotami i osieroconymi rodzicami. To tez nie zawod, do tego trzeba miec dusze, ktora ona miala. Dwoch jej kolegow szkolnych zginelo. Chaim, ktory polegl na Synaju, byl jedynakiem. Jego rodzice poznali sie w Oswiecimiu, matka miala czterdziesci lat, kiedy go urodzila. Nasza corka rozmawiala z nia w kazda sobote. Dow ukonczyl Technion i wstapil do lotnictwa. Byl u nas w wieczor piatkowy przed wypadkiem. Pytalam go, Dowele, skad nagle to lotnictwo? Ach, mialem wyrzuty sumienia, ze ja studiuje, gdy inni sluza. Nasza najmlodsza wybrala literature. To, oczywiscie, tez nie zawod.

Mam piecioro wnuczat. Nikt ich nie kocha jak ja.

Jesien 5750/5751 [1991]







Copyright © 1997-1999 Zwoje