
![]() |
W mglach daleczeje sierp ksiezyca, Zatkwiony ostrzem w czub komina, Latarnia sie na palcach wspina W mrok, gdzie juz konczy sie ulica. Obledny szewczyk - kuternoga Szyje, wpatrzony w zmor otmety, Buty na miare stopy Boga, Co mu na imie - Nieobjety!
Z ktorego tworczej mocy Wsrod takiej srebrnej nocy! Boze oblokow, Boze rosy, Nasci z mej dloni dar obfity, Abys nie chadzal w niebie bosy I stop nie ranil o blekity! Niech duchy, palac gwiazd pochodnie, Powiedza kiedys w chmur powodzi, Ze tam, gdzie na swiat szewc przychodzi, Bog przyobuty bywa godnie! Z ktorego tworczej mocy Wsrod takiej srebrnej nocy! Dales mi Boze kes istnienia, Co mi na cala starczy droge - Przebacz, ze wposrod nedzy cienia Nic Ci, procz butow, dac nie moge. W szyciu nic nie ma, oprocz szycia, Wiec szyjmy, poki starczy sily! W zyciu nic nie ma oprocz zycia, Wiec zyjmy az po kres mogily! Z ktorego tworczej mocy Wsrod takiej srebrnej nocy! Laka, 1920 |

|
Kiedy nedzarz umiera, a smierc swoje proso Sypie mu na przynete, by w trumne szedl boso, Rodzina z swej ofiarnej rozpaczy korzysta, By go obuc na wiecznosc, bo zbyt jest ciernista - I grosz trwoniac ostatni dla nog niedolegi, Zdobywa buty z lyka, tak zwane trupiegi. A gdy go juz wystroi w te zbytki zebracze, Wowczas dopiero widzi, ze nedzarz - i placze! Ja - poeta, co z nedzy chcialem sie wymigac, Aby spiewac bez troski i wiecznosc rozstrzygac, Gdy mnie w noc okradziono, drwie z ziemskiej mitregi, Bo wiem, ze tam w zaswiatach mam swoje trupiegi! Dar kochanki czy wrogow chytra zapomoga? - Wszystko jedno! W trupiegach pobiegne do Boga! I bede sie chelpliwie przechadzal w zaswiecie, Wlasnie tam i z powrotem po oblokow grzbiecie, I raz jeszcze - nieraz - do trzeciego razu, Nie szczedzac oczom Boga moich stop pokazu! A jesli Bog, cudaczna urazony pycha, Wzgardzi mna, jak nicoscia, obuta zbyt licho, Ja - gniewny, nim sie duch moj z prochem utozsami, Bede tupal na Niego tymi trupiegami! Napoj cienisty, 1936 |

|
Adamowi Szczerbowskiemu Wzial go wicher i uniosl na ognistym wozie. Lecial rozzuchwalony w powietrzu i w grozie, Plaszcz swoj zrzucil na ziemie, by z wyzyn rozstania Plaszczem ziemi dosiegnac na znak pozegnania. I odtad juz go nigdy na ziemi nie bylo. Wszechswiat stal mu sie bledna wokol bezmogila. Ledwo skrzyc sie nadazyl rozblyskaniec bozy, By swiatlem zmuskac stada zdziczalych bezdrozy. W twarz go bily oblokow wzburzone jasminy, Woz miotal w byle wiecznosc ognia rozproszyny, A on patrzyl w to tylko, co w dal sie rozwidnia, I gorujac - dolujac, mknal, jak srod bialydnia! Jeczala Nieskonczonosc, kol miazdzona zloscia, A gwiazdy rozpaczaly nad Nieskonczonoscia! Zezem spojrzal na Wenus, w jej smigle zaswiaty, Gdzie sie gestwil do lotu ptak zywcem lisciaty, Co zaledwo sie roznil od debow i sosen I ta wlasnie roznica lecial w sen-pierwosen. Prazywicznych wybroczyn lesne ustoiny Wywialy czad istnienia w pobliza met siny, I mroki, won ozywcza weszac bezrozumnie, Zaroily sie wokol wroniscie i tlumnie. A prorok przetarl oczy i przynaglil biegu. Rozpedzony na zawsze w te noc bez noclegu Saturn, niebem zdyszany, dnial w nurtach ciemnoty I biegl sciezka domyslna - niepochwycien zloty. I Jowisz jak teczowa przewinal sie plucha, I Neptun jak cienista przemknal zawierucha - A woz bozy, plomienie rozchyzywszy czujne, Minal slonca dwojne i slonca potrojne I brnal w gaszcz, gdzie z nicoscia zmieszane na poly, Wlocza sie niedowcielen pelzliwe mecioly. Tu wlasnie samo z siebie wylonione snisko, Mglami sie ocierajac o wiecznosc pobliska, Leglo w chorym przezroczu jadowita chate Z oknami rozwartymi na smierci poswiate, A niczyje i nikim nie bedace cialo Do jej progow omylnym lbem sie przysniwalo, By wygoic ich kurzem od dolu do gory Rozjatrzona bezdomnosc chciwej szczescia skory. Tu tkwily wloczyzmory, w swym konaniu zwinne, Pstrocinami zlych slepi migotliwie czynne, Strawione zarazliwym liszajem niebytu, A lase na ulomna podobizne swity... Tu mglawice dluzyly rak wylude biala W schlon prozni, gdzie sie dotad nic jeszcze nie stalo - Strzep swiata, zdruzganego na prochy w przestworzu, Blawatkowal zaduma o swietlacym zbozu... Ale prorok, w tesknoty zapodziany trudzie, Nie zwazal na to rojne w niebiosach bezludzie Upojony tchem mglawic, zwyciesko rozpedny, Wsparty o krawedz wozu, a sam nadkrawedny Scigal bezkres i piersia czul radosc poscigu. A gwiazdy, drobniejace za nim w okamigu, I swiaty, co we wprawnym koluja obledzie, I to zycie, co pragnie trwac zawsze i wszedzie, I ziemskiego pobytu krzatliwa srodzielnosc, Swiat i zaswiat i dusza - smierc i niesmiertelnosc - Wszystko zbladlo, zmarnialo w wyzynnym wspomnieniu. Jak sen, co snic sie nie chce, a sni sie wbrew chceniu. A wlasnie uwiklany w czepliwym obloku Trup aniola przelatal z bielmem smierci w oku. Dziwny zdal sie w poblizu ogrom tego ciala I malosc pustej smierci, co w nim wciaz malala. Skrzydlami sie w pozgonny zal nad soba sniezyl, Coraz wyzej ulatal - coraz wyzej nie zyl! Stad juz blisko do Boga! Juz Eliasz zobaczyl, Jak Bog Smuga swietlista w chmurze sie zaznaczyl. Oczom byla dostepna tej Smugi polowa, Reszte blednac, zgadywal, a Bog rzekl te slowa: "Chce ci wyznac to, czego nie wyznam nikomu. Swiat moj mija sie ze mna! Zle mi w moim domu! Moglem niegdys przymusic nicosc jeszcze mloda Do usmiechu w mrok inny! Mrok nie byl przeszkoda... Gdybym dal inny rozkaz, innych snow narzedzie, Czy byloby inaczej, niz jest i niz bedzie?..." "Snilem o tym" - rzekl prorok. I posluszny slowu - "Snilem" - powtorzyl ciszej, a Bog mowil znowu: "Zyciem tworzyl! Tak wlasnie! Nieodparte zycie! Na gwiazdach, na dnie jezior, na pagorkow szczycie, W lwich paszczekach, w klach wezow i w snu pozawzroczach, W jamach krecich, w lzach ludzkich, i w wargach i w oczach, Nawet w miazgach padliny, w tumanach bez tresci Jeszcze cos sie mocuje, krzata i szelesci! Cozem jeszcze mogl czynic? Jaka wybrac droge? To - wszystko. Twor skonczony. Nic nad to nie moge!" I glos rozlegl sie echem i zamilkl niebawem. Eliasz glosu Bozego sluchal mimoplawem, Ale biegu nie zwalnial. "Smugo!" - szepnal - "Smugo! Niech Cie z chmur tym imieniem wygarniam niedlugo, Nim zgasniesz!? A gdy zgasniesz, znowu powiem: Boze! Nie wiem, gdzie Twoje brzegi, a gdzie moje morze? Lecz wiem, zem policzony pomiedzy Twe ptaki: Chce leciec w Twoja przyszlosc! O, daj mi lot taki!" Zaiskrzyla sie Smuga - i mrok bez oporu Przyjal skre... Cos blysnelo w pamieciach przestworu, Lecz nastala ta cisza, co nic nie pamieta. Slychac bylo, jak czas sie po gwiazdach waleta... I rzekl Bog: "Chcialbym Ciebie zachowac zazdrosnie Mym niebiosom - Spojrz! Wszechswiat ma sie juz ku wiosnie!" Eliasz z wozu wynurzyl swa piers i urwiscie Zwisl nad glebia i dlonie wprzod rozwial, jak liscie, I tak trwal, niby nagla mrokow uroslina, Co pnaczem swego ciala w bezmiary sie wspina, I wargami zmacawszy chlod gwiezdnych przezroczy, Do Boga wzwyz i na wprost mowil w cztery oczy: "Tak, moglo byc inaczej! Slowa smiesznie zlote Dla zblagania ciemnosci! Chce isc w te Innote, Niech czuje, ze zwyciezam, lub wiem, ze wygasam! Chce wzburzona swoboda przekroczyc ma dole! Pusc mnie tam - w bezbozyne! Pusc - na wolna wole! Postron wszystko co bylo! Nie poskap mi lotu! Juz - z Toba!... Juz - bez Ciebie!... Nie zadaj powrotu!" Smuga zgasla, i Eliasz wzial jej Zmrok za zgode. Wiatr pobruzdzil glab nieba, jak jeziorna wode, A on pedzil na oslep i Zgasla ominal. Wolny, Bogu zbyteczny - sam teraz poplynal Wyzej i niebezpieczniej w ten zmierzch ponadniebny, Gdzie juz nie ma stworzenia i Bog - niepotrzebny! Wszechswiat skonczyl sie... W oczach, niby gwiazd utrata, Utkwila mu ta nagla skonczonosc wszechswiata. Zmogl sie z lotem ostatnia swych pragnien bezsila. I odtad go juz nigdy w wszechswiecie nie bylo. Woz sie zachwial. Skry jego, niby slepie wilcze, Lsnily, przejrzawszy na wskros zamysly tubylcze. I spelnilo sie... Eliasz czul przez jedna chwile, Ze spelnilo sie wlasnie... I czul tylko tyle... Pochlonela go dretwa i pilna Ciszyna. Wiedzial, ze Bog - daleko - ze nic mu nie wyzna. Dreszcz leku w nim zanikal raz jeszcze - raz jeszcze - Wstrzasnely nim obce cialu przeciwdreszcze. Czekal, do jakich mrokow piers chetna doloni? Dlon wyciagnal w niewiedze... Lecz minal czas dloni! Rozwarl oczy... Czas oczu minal niepochwytnie! Juz nie bylo blekitu, wiec trwal bezblekitnie. Drog nie bylo, wiec drogi na pewno nie zmylil, I z wozu gasnacego w bezswiat sie wychylil, By stwierdzic jasnowidztwem ostatniego tchnienia Mozliwosc innej jawy, niz jawa Istnienia! Napoj cienisty, 1936 |

|
Modlmy sie srod drzew Za przelana krew, I za smierc od kul - I za cudzy bol - Napoj cienisty, 1936 |

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||