BOLESLAW LESMIAN





SZEWCZYK


W mglach daleczeje sierp ksiezyca,
Zatkwiony ostrzem w czub komina,
Latarnia sie na palcach wspina
W mrok, gdzie juz konczy sie ulica.
Obledny szewczyk - kuternoga
Szyje, wpatrzony w zmor otmety,
Buty na miare stopy Boga,
Co mu na imie - Nieobjety!

Blogoslawiony trud,

Z ktorego tworczej mocy
Powstaje taki but

Wsrod takiej srebrnej nocy!

Boze oblokow, Boze rosy,
Nasci z mej dloni dar obfity,
Abys nie chadzal w niebie bosy
I stop nie ranil o blekity!
Niech duchy, palac gwiazd pochodnie,
Powiedza kiedys w chmur powodzi,
Ze tam, gdzie na swiat szewc przychodzi,
Bog przyobuty bywa godnie!

Blogoslawiony trud,

Z ktorego tworczej mocy
Powstaje taki but

Wsrod takiej srebrnej nocy!

Dales mi Boze kes istnienia,
Co mi na cala starczy droge -
Przebacz, ze wposrod nedzy cienia
Nic Ci, procz butow, dac nie moge.
W szyciu nic nie ma, oprocz szycia,
Wiec szyjmy, poki starczy sily!
W zyciu nic nie ma oprocz zycia,
Wiec zyjmy az po kres mogily!

Blogoslawiony trud,

Z ktorego tworczej mocy
Powstaje taki but

Wsrod takiej srebrnej nocy!

Laka, 1920







TRUPIEGI


Kiedy nedzarz umiera, a smierc swoje proso
Sypie mu na przynete, by w trumne szedl boso,
Rodzina z swej ofiarnej rozpaczy korzysta,
By go obuc na wiecznosc, bo zbyt jest ciernista -
I grosz trwoniac ostatni dla nog niedolegi,
Zdobywa buty z lyka, tak zwane trupiegi.
A gdy go juz wystroi w te zbytki zebracze,
Wowczas dopiero widzi, ze nedzarz - i placze!

Ja - poeta, co z nedzy chcialem sie wymigac,
Aby spiewac bez troski i wiecznosc rozstrzygac,
Gdy mnie w noc okradziono, drwie z ziemskiej mitregi,
Bo wiem, ze tam w zaswiatach mam swoje trupiegi!
Dar kochanki czy wrogow chytra zapomoga? -
Wszystko jedno! W trupiegach pobiegne do Boga!
I bede sie chelpliwie przechadzal w zaswiecie,
Wlasnie tam i z powrotem po oblokow grzbiecie,
I raz jeszcze - nieraz - do trzeciego razu,
Nie szczedzac oczom Boga moich stop pokazu!
A jesli Bog, cudaczna urazony pycha,
Wzgardzi mna, jak nicoscia, obuta zbyt licho,
Ja - gniewny, nim sie duch moj z prochem utozsami,
Bede tupal na Niego tymi trupiegami!


Napoj cienisty, 1936







ELIASZ


Adamowi Szczerbowskiemu
w imie wspolnej wiary w zwyciestwo sztuki
nad rozpanoszona zmora szarego czlowieka


Wzial go wicher i uniosl na ognistym wozie.
Lecial rozzuchwalony w powietrzu i w grozie,
Plaszcz swoj zrzucil na ziemie, by z wyzyn rozstania
Plaszczem ziemi dosiegnac na znak pozegnania.

I odtad juz go nigdy na ziemi nie bylo.

Wszechswiat stal mu sie bledna wokol bezmogila.
Ledwo skrzyc sie nadazyl rozblyskaniec bozy,
By swiatlem zmuskac stada zdziczalych bezdrozy.
W twarz go bily oblokow wzburzone jasminy,
Woz miotal w byle wiecznosc ognia rozproszyny,
A on patrzyl w to tylko, co w dal sie rozwidnia,
I gorujac - dolujac, mknal, jak srod bialydnia!
Jeczala Nieskonczonosc, kol miazdzona zloscia,
A gwiazdy rozpaczaly nad Nieskonczonoscia!

Zezem spojrzal na Wenus, w jej smigle zaswiaty,
Gdzie sie gestwil do lotu ptak zywcem lisciaty,
Co zaledwo sie roznil od debow i sosen
I ta wlasnie roznica lecial w sen-pierwosen.
Prazywicznych wybroczyn lesne ustoiny
Wywialy czad istnienia w pobliza met siny,
I mroki, won ozywcza weszac bezrozumnie,
Zaroily sie wokol wroniscie i tlumnie.
A prorok przetarl oczy i przynaglil biegu.

Rozpedzony na zawsze w te noc bez noclegu
Saturn, niebem zdyszany, dnial w nurtach ciemnoty
I biegl sciezka domyslna - niepochwycien zloty.
I Jowisz jak teczowa przewinal sie plucha,
I Neptun jak cienista przemknal zawierucha -
A woz bozy, plomienie rozchyzywszy czujne,
Minal slonca dwojne i slonca potrojne
I brnal w gaszcz, gdzie z nicoscia zmieszane na poly,
Wlocza sie niedowcielen pelzliwe mecioly.

Tu wlasnie samo z siebie wylonione snisko,
Mglami sie ocierajac o wiecznosc pobliska,
Leglo w chorym przezroczu jadowita chate
Z oknami rozwartymi na smierci poswiate,
A niczyje i nikim nie bedace cialo
Do jej progow omylnym lbem sie przysniwalo,
By wygoic ich kurzem od dolu do gory
Rozjatrzona bezdomnosc chciwej szczescia skory.

Tu tkwily wloczyzmory, w swym konaniu zwinne,
Pstrocinami zlych slepi migotliwie czynne,
Strawione zarazliwym liszajem niebytu,
A lase na ulomna podobizne swity...
Tu mglawice dluzyly rak wylude biala
W schlon prozni, gdzie sie dotad nic jeszcze nie stalo -
Strzep swiata, zdruzganego na prochy w przestworzu,
Blawatkowal zaduma o swietlacym zbozu...

Ale prorok, w tesknoty zapodziany trudzie,
Nie zwazal na to rojne w niebiosach bezludzie
Upojony tchem mglawic, zwyciesko rozpedny,
Wsparty o krawedz wozu, a sam nadkrawedny
Scigal bezkres i piersia czul radosc poscigu.
A gwiazdy, drobniejace za nim w okamigu,
I swiaty, co we wprawnym koluja obledzie,
I to zycie, co pragnie trwac zawsze i wszedzie,
I ziemskiego pobytu krzatliwa srodzielnosc,
Swiat i zaswiat i dusza - smierc i niesmiertelnosc -
Wszystko zbladlo, zmarnialo w wyzynnym wspomnieniu.
Jak sen, co snic sie nie chce, a sni sie wbrew chceniu.

A wlasnie uwiklany w czepliwym obloku
Trup aniola przelatal z bielmem smierci w oku.
Dziwny zdal sie w poblizu ogrom tego ciala
I malosc pustej smierci, co w nim wciaz malala.
Skrzydlami sie w pozgonny zal nad soba sniezyl,
Coraz wyzej ulatal - coraz wyzej nie zyl!

Stad juz blisko do Boga! Juz Eliasz zobaczyl,
Jak Bog Smuga swietlista w chmurze sie zaznaczyl.
Oczom byla dostepna tej Smugi polowa,
Reszte blednac, zgadywal, a Bog rzekl te slowa:
"Chce ci wyznac to, czego nie wyznam nikomu.
Swiat moj mija sie ze mna! Zle mi w moim domu!
Moglem niegdys przymusic nicosc jeszcze mloda
Do usmiechu w mrok inny! Mrok nie byl przeszkoda...
Gdybym dal inny rozkaz, innych snow narzedzie,
Czy byloby inaczej, niz jest i niz bedzie?..."

"Snilem o tym" - rzekl prorok. I posluszny slowu -
"Snilem" - powtorzyl ciszej, a Bog mowil znowu:
"Zyciem tworzyl! Tak wlasnie! Nieodparte zycie!
Na gwiazdach, na dnie jezior, na pagorkow szczycie,
W lwich paszczekach, w klach wezow i w snu pozawzroczach,
W jamach krecich, w lzach ludzkich, i w wargach i w oczach,
Nawet w miazgach padliny, w tumanach bez tresci
Jeszcze cos sie mocuje, krzata i szelesci!
Cozem jeszcze mogl czynic? Jaka wybrac droge?
To - wszystko. Twor skonczony. Nic nad to nie moge!"

I glos rozlegl sie echem i zamilkl niebawem.
Eliasz glosu Bozego sluchal mimoplawem,
Ale biegu nie zwalnial. "Smugo!" - szepnal - "Smugo!
Niech Cie z chmur tym imieniem wygarniam niedlugo,
Nim zgasniesz!? A gdy zgasniesz, znowu powiem: Boze!
Nie wiem, gdzie Twoje brzegi, a gdzie moje morze?
Lecz wiem, zem policzony pomiedzy Twe ptaki:
Chce leciec w Twoja przyszlosc! O, daj mi lot taki!"

Zaiskrzyla sie Smuga - i mrok bez oporu
Przyjal skre... Cos blysnelo w pamieciach przestworu,
Lecz nastala ta cisza, co nic nie pamieta.
Slychac bylo, jak czas sie po gwiazdach waleta...

I rzekl Bog: "Chcialbym Ciebie zachowac zazdrosnie
Mym niebiosom - Spojrz! Wszechswiat ma sie juz ku wiosnie!"

Eliasz z wozu wynurzyl swa piers i urwiscie
Zwisl nad glebia i dlonie wprzod rozwial, jak liscie,
I tak trwal, niby nagla mrokow uroslina,
Co pnaczem swego ciala w bezmiary sie wspina,
I wargami zmacawszy chlod gwiezdnych przezroczy,
Do Boga wzwyz i na wprost mowil w cztery oczy:
"Tak, moglo byc inaczej! Slowa smiesznie zlote
Dla zblagania ciemnosci! Chce isc w te Innote,
Niech czuje, ze zwyciezam, lub wiem, ze wygasam!
Chce wzburzona swoboda przekroczyc ma dole!
Pusc mnie tam - w bezbozyne! Pusc - na wolna wole!
Postron wszystko co bylo! Nie poskap mi lotu!
Juz - z Toba!... Juz - bez Ciebie!... Nie zadaj powrotu!"
Smuga zgasla, i Eliasz wzial jej Zmrok za zgode.
Wiatr pobruzdzil glab nieba, jak jeziorna wode,
A on pedzil na oslep i Zgasla ominal.
Wolny, Bogu zbyteczny - sam teraz poplynal
Wyzej i niebezpieczniej w ten zmierzch ponadniebny,
Gdzie juz nie ma stworzenia i Bog - niepotrzebny!

Wszechswiat skonczyl sie... W oczach, niby gwiazd utrata,
Utkwila mu ta nagla skonczonosc wszechswiata.
Zmogl sie z lotem ostatnia swych pragnien bezsila.

I odtad go juz nigdy w wszechswiecie nie bylo.

Woz sie zachwial. Skry jego, niby slepie wilcze,
Lsnily, przejrzawszy na wskros zamysly tubylcze.
I spelnilo sie... Eliasz czul przez jedna chwile,
Ze spelnilo sie wlasnie... I czul tylko tyle...
Pochlonela go dretwa i pilna Ciszyna.
Wiedzial, ze Bog - daleko - ze nic mu nie wyzna.
Dreszcz leku w nim zanikal raz jeszcze - raz jeszcze -
Wstrzasnely nim obce cialu przeciwdreszcze.
Czekal, do jakich mrokow piers chetna doloni?
Dlon wyciagnal w niewiedze... Lecz minal czas dloni!
Rozwarl oczy... Czas oczu minal niepochwytnie!
Juz nie bylo blekitu, wiec trwal bezblekitnie.
Drog nie bylo, wiec drogi na pewno nie zmylil,
I z wozu gasnacego w bezswiat sie wychylil,
By stwierdzic jasnowidztwem ostatniego tchnienia
Mozliwosc innej jawy, niz jawa Istnienia!

Napoj cienisty, 1936







* * *

Modlmy sie srod drzew
Za zdeptany wrzos -

Za przelana krew,
Za zburzony los!


I za smierc od kul -
I od byle rdzy!

I za cudzy bol -
I za wlasne lzy


Napoj cienisty, 1936








Copyright © 1997-1999 Zwoje