
Niedyskrecje z Watykanu, celowo pewnie podrzucane dziennikarzom, zawierają informację sensacyjną. Po "rehabilitacji" Galileusza, w trakcie przewodu "rehabilitacyjnego" Giordana Bruna, u progu prawdopodobnej beatyfikacji Savonaroli (nie zważając w tym ostatnim wypadku, że spalony na stosie dominikanin Fra Girolamo nazywał Kościół za pontyfikatu Aleksandra VI Borgii "gorzej niż bestią, nierządnicą, która świat chce zamienić na uniwersalny lupanar," a prałatom wytykał "życie wśród konkubin"), Kościół ma się publicznie uderzyć w piersi za zbrodnię Inkwizycji. Zbrodnię, a nie grzech, zbrodnię dokonywaną na ludzkich duszach. Kto choć pobieżnie zapoznał się z jakimkolwiek procesem inkwizycyjnym (między innymi Galileusza i Giordana Bruna), kto jak ja rozmyślał o hańbie tortur zadawanych przez Inkwizytorów, nie może nie użyć słowa "zbrodnia." Kościół więc, przygotowując się do mea culpa za okres Inkwizycji, zamierza postawić krok siedmiomilowy. Inicjatorem tego kroku jest (jak słyszę i wierzę w to) Jan Paweł II, który wysunął także postulat obu wspomnianych "rehabilitacji," przy sprzeciwie albo nawet nie ukrywanej wrogości kardynała Ratzingera i jemu podobnych. Chwała mu za to. Nie można powstrzymać uczucia dumy, że kościelne potępienie Inkwizycji będzie historycznym dziełem polskiego papieża.
[...]Biedny Bucharin! Jak sycylijski braciszek Diego La Mattina z pięknej książki Leonardo Sciascii Śmierć Inkwizytora obiecywał prokuratorowi Wyszyńskiemu: "Poddam się partii, jeżeli mi życie cielesne darujecie." Na co prokurator: "Wyrok jest nienaruszalny." Na co Bucharin: "Czemuż tedy łudzono mnie w śledztwie ocaleniem?" Na co Wyszyński: "Mówiono o twojej duszy dziecka partii, nie zaś o twoim ciele odszczepieńca." Na co Bucharin: "A więc partia jest niesprawiedliwa." Ten dialog, z podstawieniem słowa "partia" na miejsce słowa "Kościół", jest powtórzeniem rozmowy między palermitańskim zakonnikiem i księdzem prowadzącym go na stos.
W tym roku upływa pięćset lat od śmierci Generalnego Inkwizytora Królestwa Hiszpańskiego pod panowaniem "arcykatolickiej pary władców," Izabelli Aragońskiej i Ferdynanda Kastylijskiego. Od dawna Tomás de Torquemada uchodzi za wzór i prawdziwego pioniera sztuki inkwizytorskiej na użytek systemów politycznych, aspirujących do bezgranicznej władzy i kontroli nad "umysłami i sercami poddanych." Kościół (o ile wiem, głównie pod naciskiem Jana Pawła II) zamierza oficjalnie potępić Inkwizycję. Ale pięćsetna rocznica śmierci Torquemady skłania do rozważań, na ile był on jeszcze naśladowany w naszym stuleciu totalitarnym. Naśladownictwo rzucające się w oczy, i to w niepomiernie większej skali, dotyczy poczucia strachu. Strachu prześladowanych i strachu prześladowcy. Hiszpański Inkwizytor Generalny, u szczytu swej kariery, zażądał od Izabelli i Ferdynanda eskorty dwustu pięćdziesięciu strażników, którzy dniem i nocą obowiązani byli czuwać nad jego bezpieczeństwem. Zgodnie z wierzeniami epoki miał też zawsze pod ręką róg nosorożca, niezawodny jakoby środek na wykrywanie trucizny w posiłkach.
Śmieszne to zaiste środki w porównaniu z aparatami ochrony we współczesnych państwach policyjnych. Istnieją jednak koligacje o wiele głębsze. Torquemada wierzył, że możliwe jest dorównanie bogu w umiejętności przenikania do najskrytszych myśli i uczuć ludzkich; równocześnie za warunek nieodzowny pełnego zdemaskowania heretyka poczytywał spowiedź, "dobrowolną," bądź wymuszoną torturami. Otóż w hitlerowskim państwie policyjnym nie przywiązywano wagi do tego warunku; hitlerowcy decydowali sami, kto jest ich wrogiem, bez żadnej spowiedzi i wyznań winy aresztowanych (mam oczywiście na myśli wrogów politycznych, a nie skazanych automatycznie na eksterminację z tytułu przynależności do "ras niższych"). Natomiast prawdziwymi spadkobiercami (i uczniami) Torquemady byli Inkwizytorzy komunistyczni. Sowiecko-komunistyczna Inkwizycja nie poprzestawała na likwidacji "wrogów ludu", chciała koniecznie, by przyznali się do win nie popełnionych: albo podpisując akt oskarżenia w czterech ścianach pokoju sędziego śledczego, albo potwierdzając go publicznie w procesach pokazowych. Pluton egzekucyjny lub strzał w tył czaszki był odpowiednikiem inkwizycyjnego stosu.
Wielu w Torquemadzie widzi model Wielkiego Inkwizytora z "poematu" Iwana Karamazowa. Być może, Dostojewski wpatrzony był istotnie oczami wyobraźni w postać znaną już nieźle w ubiegłym stuleciu z rekonstrukcji mniej lub więcej historycznych, czy z prób beletryzacji Groźnego Starca. Ale ponownie przeczytawszy "poemat" Iwana Karamazowa dla uczczenia pięćsetnej rocznicy śmierci Torquemady, zauważyłem rzecz bez porównania ważniejszą. Dostojewski przerzucił pomost między XV-wiecznym Inkwizytorem rzeczywistym i wyimaginowanym Inkwizytorem przyszłości. Przeczuwał jego nadejście, i to w ramach swojej obsesji Rosji podminowanej przez "biesy." W "poemacie" Iwana uderza fragment: "Kto wie, może ów przeklęty starzec, tak uporczywie i tak po swojemu miłujący ludzkość, istnieje nawet dotychczas w całym bezliku takich starców. I nieprzypadkowo bynajmniej rozproszonych, lecz zorganizowanych w tajnym związku, dawno już założonym dla strzeżenia tajemnicy, strzeżenia jej przed nieszczęśliwymi i słabymi ludźmi, by stworzyć im szczęście. Na pewno tak jest i tak być powinno." Brzmi to jak zarys czającego się "wyzwolenia rewolucyjnego."

[...]
W roku 1568 torturowano długo Elvirę del Campo przed trybunałem Świętej Inkwizycji w Toledo. Pochodziła od strony matki z rodziny marranos [konwertytów żydowskich], jej ojciec i mąż byli "czystymi" chrześcijanami. Aresztowano ją i postawiono w stan oskarżenia na podstawie donosów służby domowej i sąsiadów: była co prawda niewiastą zacną i pobożną, regularnie chodziła na mszę, spowiadała się i komunikowała, ale nie jadała świniny i w każdą sobotę kładła na stole świeży biały obrus. Uprawiała więc "praktyki żydowskie." Przyznała się do nich natychmiast, wyjaśniając, że jako małej dziewczynce tak przykazała jej postępować matka. Natomiast nie umiała odpowiedzieć na ponawiane ciągle pytanie przesłuchujących, jakim jeszcze "prawom Mojżeszowym" była w sekrecie posłuszna. Prawdopodobnie ich nie znała, bo wśród okrzyków bólu i w trakcie nasilanych tortur błagała prawie inkwizytorów, by jej podpowiedzieli, co ma odpowiedzieć. Chcieli jednak od niej usłyszeć samodzielne, pełne i szczegółowe zeznanie. Skończyło się, u kresu jej wytrzymałości, na ogólnikowej deklaracji kryptojudaizmu. Skazano ją na publiczne wyrzeczenie się herezji wraz z aktem skruchy, na trzy lata więzienia w żółtym sambenito z naszytymi krzyżami i na konfiskatę mienia.
[...]

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||