
|
Zaprawde wielka i trudna do wybaczenia jest moja niewiernosc bo nawet nie pamietam dnia ani godziny kiedy was opuscilem przyjaciele dziecinstwa naprzod zwracam sie kornie do ciebie pioro z drewniana obsadka pokryte farba lub chrupkim lakierem w zydowskim sklepiku - skrzypiace schodki dzwonek u drzwi oszklonych - wybieralem ciebie w kolorze lenistwa i juz wkrotce nosiles na swym ciele zadume moich zebow slady szkolnej zgryzoty srebrna stalowko wypustko krytycznego rozumu poslanko kojacej wiedzy - ze ziemia jest kulista - proste rownolegle w pudelku sklepikarza bylas jak czekajaca na mnie ryba w lawicy innych ryb - dziwilem sie ze tyle jest przedmiotow bezpanskich i zupelnie niemych - potem na zawsze moja kladlem cie naboznie w usta i dlugo czulem na jezyku smak szczawiu i ksiezyca atramencie wielmozny panie inkauscie o swietnych antenatach urodzony wysoko jak niebo wieczoru schnacy dlugo rozwazny i cierpliwy bardzo przemienialismy ciebie w morze Sargassowe topiac w madrych glebinach bibule wlosy zaklecia i muchy aby zagluszyc zapach lagodnego wulkanu apel przepasci kto was dzisiaj pamieta umilowani druhowie odeszliscie cicho za ostatnia katarakte czasu kto was wspomina z wdziecznoscia w erze szybkich glupiopisow aroganckich przedmiotow bez wdzieku imienia przeszlosci jezeli o was mowie to chcialbym tak mowic jakbym wieszal ex voto na strzaskanym oltarzu Swiatlo mego dziecinstwa lampo blogoslawiona w sklepach starzyzny spotykam czasem twoje zhanbione cialo a bylas dawniej jasna alegoria duchem uparcie walczacym z demonami gnozy cala wydana oczom jawna przejrzyscie prosta na dnie zbiornika nafta - eliksir pralasow sliski waz knota z plomienista glowa smukle panienskie szkielko i srebrna tarcza z blachy jak Selene w pelni twoje humory ksiezniczki pieknej i okrutnej histerie primadonny nie dosc oklaskiwanej oto pogodna aria miodowe swiatlo lata ponad wylotem szkielka jasny warkocz pogody i nagle ciemne lasy nalot wron i krukow zlorzeczenia i klatwy proroctwo zaglady furia kopciu jak wielki dramaturg znalas przyboj namietnosci i bagna melancholii czarne wieze pychy luny pozarow tecze rozpetane morze moglabys bez trudu powolac z nicosci krajobrazy zdziczale miasto powtorzone w wodzie na twoje skinienie zjawiali sie poslusznie szalony ksiaze wyspa i balkon w Weronie oddany bylem tobie swietlista inicjacjo instrumencie poznania pod mlotami nocy a moja druga plaska glowa odbita na suficie patrzyla pelna grozy jak z lozy aniolow na teatr swiata sklebiony zly okrutny myslalem wtedy ze trzeba przed potopem ocalic rzecz jedna mala ciepla wierna tak aby ona trwala dalej a my w niej jak w muszli Nigdy nie wierzylem w ducha dziejow wydumanego potwora o morderczym spojrzeniu bestie dialektyczna na smyczy oprawcow ani w was - czterej jezdzcy apokalipsy Hunowie postepu cwalujacy przez ziemskie i niebieskie stepy niszczac po drodze wszystko co godne szacunku dawne i bezbronne trawilem lata by poznac prostackie tryby historii monotonna procesje i nierowna walke zbirow na czele oglupialych tlumow przeciw garstce prawych i rozumnych zostalo mi niewiele bardzo malo przedmioty i wspolczucie lekkomyslnie opuszczamy ogrody dziecinstwa ogrody rzeczy roniac w ucieczce manuskrypty lampki oliwne godnosc piora taka nasza zludna podroz na krawedzi nicosci wybacz moja niewdziecznosc pioro z archaiczna stalowka i ty kalamarzu - tyle jeszcze bylo w tobie dobrych mysli wybacz lampo naftowa - dogasasz we wspomnieniach jak opuszczony oboz zaplacilem za zdrade lecz wtedy nie wiedzialem ze odchodzicie na zawsze i ze bedzie ciemno |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||