
To co powiem jest wynikiem moich przemyśleń na ten temat, poprzedzonym zaznaczeniem dominujących elementów 50 lat literatury polskiej powstałej w Polsce po drugiej wojnie światowej. Temat ten jest również fragmentem problemu "co pozostało po komunizmie."
Jako otwarcie, wybrałem cytat z Dziennika Gombrowicza z pewnego czwartku roku 1953, kiedy dopiero co zaczął on pisać swój Dziennik:
"Co narodzi się, co mogłoby narodzić się w Polsce i duszach ludzi zrujnowanych i zbrutalizowanych, gdy pewnego dnia zniknie i ten nowy porządek, który zdławił stary, i nastąpi Nic?"
To zostało napisane w roku 1953, u szczytu stalinizmu, kiedy polska literatura wyglądała jak coś, co przypominało literaturę dlatego tylko, że było wydrukowane na papierze, ale było zupełnie nieczytelne. Wtedy rzeczywiście była "czarna dziur," po której miało nastąpić "Nic," czyli nowe otwarcie.
Cytat z Gombrowicza jest obecnie o tyle nietrafny, że to, co nastąpiło po roku 1990, czyli w początkach nowej niepodległości Polski, nie było jednak czymś takim, że ktoś wypełzł z owej czarnej dziury stalinowskiej. Literatura rozwijała się już przedtem mniej więcej normalnie, chociaż z wielkimi ograniczeniami.
Musimy rozpocząć od tła, tj. od tego, jak (w ogólności) literatura polska wyglądała po drugiej wojnie światowej. Nieładne to, ale periodyzacja literacka odpowiada periodyzacji politycznej. Tak właśnie było, ponieważ od danego etapu politycznego zależały negatywne zalecenia partii i cenzura. Literatura była uzależniona od tych ograniczeń w bardzo dużym stopniu.
Zaraz po wojnie, lata 1945-1948 były okresem jeszcze mniej więcej normalnym. Literatura była wówczas dla komunistów mniej ważna, niż inne dziedziny, i zwracano na nią stosunkowo małą uwagę. We wszystkich krajach komunistycznych na początku prowadzona była wobec literatury polityka "luźnej smyczy." Naturalną tendencją wtedy było "odreagowanie wojny." Tematyka utworów literackich była poświęcona wojnie, okupacji niemieckiej, niemieckim obozom koncentracyjnym, Zagładzie Żydów.
Ale ponieważ wojna, choć tragiczna, nie była aż tak długa - pięć i pół lat, z początku utrzymała się kontynuacja przedwojennego, powiedziałbym, łagodnego modernizmu. Polska literatura przedwojenna nie była wielką literaturą, ale nie odbiegała znacznie od ówczesnych standardów europejskich.
Tak trwało do roku 1948-1949, kiedy przyszło zupełnie nagłe narzucenie realizmu socjalistycznego. Stalinizm był jakby uderzeniem w czaszkę. Jeśli człowiek był za blisko tego, co się działo, to mógł się bardzo wystraszyć, wszyscy byli wystraszeni, wielu się w tym upaprało. Krótko mówiąc, była to propaganda w formie literatury. Tak trwało około 6-7 lat. Ale w momencie kiedy Gombrowicz pisał te zacytowane słowa, wyglądało, iż to była esencja literatury polskiej, że wszystko się kończy i kiedyś trzeba będzie wszystko odtwarzać na nowo.
Tak się na szczęście nie stało, bo w 1956 roku, kiedy rozpoczęła się "odwilż" po sławnym referacie Chruszczowa na XX Zjeździe sowieckiej partii komunistycznej, nastąpił krótki okres literatury ograniczenie kontestacyjnej, w której piętnowano nie komunizm, ale stalinizm, przeważnie pod alegorycznymi postaciami. Na przykład Jerzy Andrzejewski napisał powieść niby to o inkwizycji hiszpańskiej pt. Ciemności kryją ziemię, chociaż doskonale było widać, że chodziło w niej o stalinizm.
Ten okres skończył się dość szybko, z dojściem do władzy Gomułki, który od razu zreflektował się, że wszystko trzeba będzie przykręcić, bo inaczej rozejdzie się za daleko. Wtedy nastąpiło to, co ironicznie nazywano potem "nasza mała stabilizacja." Jest to tytuł wzięty z Różewicza, zastosowany do całego okresu gomułkowskiego. Był to okres, w którym pewne dziedziny stały się neutralne, a to już było dużo. To była różnica między stalinizmem, a nie-stalinizmem. Stalinizm był pełnym totalitaryzmem, w którym absolutnie nie było żadnych dziedzin neutralnych. Pamiętam, był np. podręcznik dla akuszerek (mój ojciec był lekarzem i jakoś zaplątał się ten podręcznik w domu), do którego wstęp zawierał zdanie: "Towarzysz Stalin bardzo interesuje się problemami akuszerii." Nie było dziedzin neutralnych, wszystko było upolitycznione. Za Gomułki niektóre dziedziny stały się polem neutralnym, oczywiście było to ograniczone, pewne tematy pozostały zakazane.
Był ciekawy kierunek "czarnej romantyki," której emblematyczną postacią był Marek Hłasko, rodzaj polskiego Hemingwaya; taki mniejszy Hemingway w sposobie pisania, plus wschodnio - europejska specjalność - sławny wisielczy, czarno - cyniczny humor, który czasem robi wrażenie niestosownej frywolności. To była romantyka marginesu społecznego, złodziejaszków, sutenerów, którzy wówczas byli właściwie jedynymi przedstawicielami prywatnej inicjatywy, jedynymi ludźmi, którzy w pewnym sensie byli niezależni od systemu. Oni początkowo byli idealizowani, a potem okazało się, że byli również ofiarami tych dziwnych czasów. Ciekawe, że później przeszło to w rodzaj literatury społeczno-krytycznej. Pewnego rodzaju kontynuatorem Hłaski, do dzisiaj jeszcze czynnym, jest Marek Nowakowski.
Inną tematyką była ciągle kontynuacja dawnej tradycji literackiej - proza psychologiczna - Iwaszkiewicz, Andrzejewski. Iwaszkiewicz był swego rodzaju zabytkiem literackim. Jest on, moim zdaniem, przedłużeniem literatury rosyjskiej, najbliższym jego wzorem, który mi się nasuwa, jest Iwan Bunin. Ten prąd trwał dość długo.
Bardzo typowa dla ówczesnej literatury była tematyka historyczna, z wielu względów wygodna, bo historia na ogół nie była aktualną polityką, w wyjątkiem delikatnych spraw jak antyrosyjskie powstania polskie. Historia była dobrze widziana. W tej dziedzinie ukazało się dużo dobrych rzeczy. Zupełnie niezwykły był tu pisarz Teodor Parnicki, pierwszy chyba polski pisarz postmodernistyczny. To są powieści historyczne, ale bardzo daleko odbiegające od modelu sienkiewiczowskiego; bardziej można je porównać z utworami Nabokova i Borgesa. "Historyczna" - jest tu tylko przymiotnikiem dorzuconym do "powieści."
Ulubionym tematem, który zaczął się pod koniec lat 60., był nawrót do niedawnej historii, szczególnie do mitu habsburskiego, do czasów Galicji. Tutaj należy wymienić świetnego pisarza Andrzeja Kuśniewicza, który zaczął pisać bardzo późno, dopiero po sześćdziesiątce. Napisał kilka doskonałych powieści, nie-powieści, coś pomiędzy eposem, a pejzażem historycznym. Moim zdaniem, jego najlepszą powieścią jest Król Obojga Sycylii, co jest nazwą pułku austriackiego: im. Króla Obojga Sycylii. Zazębiające się wypadki, dzieją się równocześnie w trzech miejscach: w Serbii, na Węgrzech i w Galicji - w małym miasteczku słowackim - w dniu wybuchu pierwszej wojny światowej. Atmosfera Galicji, tej zaginionej Atlantydy, oddana jest znakomicie.
Była też "proza wiejska," wpływ z Rosji - deriewiennaja proza - ale nowoczesna. To już nie były opisy kołchoźników, tylko pewien nostalgiczny nurt, którego tematyka polegała na zerwaniu tradycji przez generację pochodzenia wiejskiego, która wyrasta już w mieście i czuje próżnię po gwałtownym odejściu od tradycji. Nastąpiło to zbyt gwałtownie, miasto nie zastąpiło wsi - pozostało poczucie braku.
Rozwinęły się bardzo popularne wśród czytelników groteskowe i nie-realistyczne konwencje: satyra Sławomira Mrożka przechodząca w teatr absurdu, jak u Pintera czy Ionesco. Dalej, science-fiction Stanisława Lema.
Nie było więc "czarnej dziury" literatury polskiej.
W pewnym sensie taka proza rozwijała się nadal w latach 1970 - 1989. Dla tego właśnie okresu termin "czarna dziura" został użyty (kiedy komunizm już się skończył) przez Jana Błońskiego. Twierdził on, że w latach 70. - 80. powstała czarna dziura, że nic nie ma z tego okresu do trwałego zanotowania.
To nie jest całkiem prawda. Typowe gatunki, które się wtedy rozwinęły to "anty-powieść," luźna składanka, to, co się powszechnie teraz nazywa silva rerum; w gruncie rzeczy barokowa składanka wszystkiego, co komu natchnienie na pióro przyniosło. Tutaj ważną rolę wzorca odegrał wcześniejszy Dziennik Gombrowicza. To jest właśnie silva rerum, Gombrowicz pisał co mu przychodziło do głowy, co uważał za ważne.
Tę tradycję dziennika połączonego z esejem podchwycił i kontynuuje Tadeusz Konwicki w Polsce; ważną pozycją był jego ni pamiętnik, ni esej - Kalendarz i klepsydra w latach 70. i cały szereg książek pisanych w tej konwencji.
Gustaw Herling-Grudziński kontynuuje do dzisiaj w Neapolu Dziennik pisanym nocą rozpoczęty w 1971 roku, zapisy przemyśleń na różne tematy. To by w Polsce nie mogło powstać, chociażby ze względu na tematykę.
Gatunkiem związanym z silva rerum jest "quasi-dokument." Znaną tu pozycją są niekończące się rozmowy między Czesławem Miłoszem a Aleksandrem Watem, Mój wiek, nagrane w Berkeley i wydane w Londynie. Później te wywiady-rzeki stały się ulubionym gatunkiem wypowiedzi.
Innym rodzajem był reportaż podróżniczy, ale z szerszym podkładem. Bardzo znamienną postacią tutaj jest Ryszard Kapuściński, szalejący reporter, który jeździ do wszystkich niemożliwych miejsc, zazwyczaj w ciekawym momencie, kiedy jest tam rewolucja albo wojna, i potem pisze o tym bardzo ciekawe książki. Pierwsza była o upadku cesarstwa w Abisynii, Cesarz. Ukazała się oficjalnie w czasach gierkowskich. Ale to jest książka nie tylko o Abisynii, podobnie jak druga jego głośna książka Szachinszach. Kapuściński w 1979 roku przyglądał się w Iranie jak ajatollahowie dochodzili do władzy. Opis dworu szacha i ostatnich dni Pahlavich zawiera wyraźne aluzje do rozbuchanego pseudo-neokapitalizmu Gierka.
W 1976 roku, po strajkach w Radomiu i Ursusie i po tym jak powstał KOR (Komitet Obrony Robotników) a ruch antyreżimowy przybrał pewne formy organizacyjne, zaczęto wydawać najpierw ulotki, a później czasopisma i książki różnymi środkami chałupniczymi, na powielaczach, zwykle lichą techniką. Tak pojawił się polski samizdat, zresztą znacznie później niż w Związku Sowieckim.
Wcześniej nie było polskiego samizdatu. Niektórzy robili z tego zarzut Kulturze paryskiej: ponieważ była Kultura i londyńskie wydawnictwa i można było stosunkowo łatwo wydawać po polsku niecenzuralne książki, to nikt nie stworzył wcześniej w Polsce samizdatu. Po roku 1976 powstały dwa rodzaje literatury: podziemna i oficjalna.
Ta, którą nazywano "drugim obiegiem," podziemna, zajmowała się głównie zwalczaniem komunizmu czy socjalizmu, jak kto chce to nazwać. Nazywano ją ironicznie "realizmem antysocjalistycznym." To były książki pisane w konwencji bardzo realistycznej, opisujące różne ciemne strony tego realnego socjalizmu. Tutaj znanymi nazwiskami są Marek Nowakowski i Kazimierz Orłoś. Literacko nie była ta literatura wielkim osiągnięciem, ale miała znaczenie aktualne.
Kontynuowano neutralne tematyki jak historia, wspomnienia, groteska. Te nurty przetrwały do dzisiaj. W czasach stanu wojennego nazywano to ironicznie "parnasizm socjalistyczny": tutaj na ulicach ZOMO bije ludzi, a niektórzy piszą wyszukane fantazje ulokowane nie wiadomo gdzie.
Literacko ciekawsze rzeczy ukazywały się w nurcie oficjalnym. W latach siedemdziesiątych ujawnił się silny wpływ tego, co na Zachodzie nazywano "magical realism," krótko mówiąc wpływ literatury południowo - amerykańskiej, Marqueza, Cortazara i innych, mieszanina realistycznej konwencji z dziwnymi wyskokami fantazji.
Takie uleganie wpływom jest typowe dla literatur pewnego nie - centrum, powiedzmy nie Paryża (choć Paryż już nie jest centrum literackim), nie Nowego Yorku: podobne utwory pojawiają się na obrzeżu. Jest to echo rzeczy, które już pojawiły się gdzie indziej. W Polsce to nie była rewolucja artystyczna, tylko wpływ literatury południowo-amerykańskiej. O literaturze polskiej należałoby pisać, konfrontując ją z katalogiem przekładów literatury światowej na język polski; bardzo wyraźnie widać reperkusje. To są często refleksy jakiejś kolejnej rewolucji literackiej, pojawiają się te same wpływy. Studium porównawcze literatur "pozacentralnych" jest ciekawe jako przykład rozchodzenia się fali pewnych pomysłów kulturalnych. W tym przypadku marginalna geograficznie literatura południowo-amerykańska przyniosła coś nowego, ważnego.
Tutaj dygresja. Staram się znaleźć miejsce literatury polskiej przy uwzględnieniu właściwej proporcji elementów rodzimych i zapożyczonych. Przeważnie nie jesteśmy na pierwszym miejscu jeśli chodzi o oryginalność. Polskie literaturoznawstwo było do niedawna "zamknięte." Mówiło o geniuszach, którzy nie mieli wzorów zewnętrznych. Podczas gdy wiadomo, że tak nie było, że nie tworzyli oni całkiem nowych rzeczy. Wyspiański, na przykład, nie wymyślił stylu Art Nouveau; wymyślono go gdzie indziej, w Paryżu i w Wiedniu. Uważam, ze jeżeli pomija się te wpływy, to wystawia się polską kulturę na śmieszność, zaś największym grzechem w kulturze jest śmieszność, bo przynosi potępienie. Wydaje mi się, że należy podkreślać wpływy obce, bo wtedy zaczną nas brać serio. Nie twierdzę, że nie ma oryginalnych polskich pisarzy, np. Parnicki jest oryginalny, szkoda, że zupełnie nieznany na Zachodzie. Mrożek jest oryginalny, chociaż też nie bez paraleli.
Innym problemem była hermetyczność literatury polskiej, zbytnie osadzenie w polskich realiach komunistycznych. To była przeszkoda w Nagrodzie Nobla dla Herberta. Poezja Herberta, chociaż świetna, jest zbyt osadzona w pewnej rzeczywistości, związana z aktualnością, zbyt "topical." Po pewnym czasie trzeba ją będzie czytać z komentarzami. Raport z oblężonego miasta - jakie oblężone miasto? o co tam chodzi? Do Pana Cogito trzeba będzie mieć podręcznik historii komunizmu. A wiersze Miłosza - większość nie potrzebuje komentarzy, istnieją same przez się. To tak jak z autobiograficznym wątkiem jakiej powieści - jeżeli ktoś nie wie jaka jest biografia autora rzecz staje się dla niego zbyt enigmatyczna i w praktyce nieczytelna. Ale to jest temat do długiej, boję się, że nierozstrzygalnej dyskusji.
To wszystko miało się skończyć z odejściem komunistów od rządów, kiedy literatura stała się zupełnie wolna, swobodna. Teraz miało nastąpić to wielkie Nic. Ale okazało się, że to nie było Nic, nie trzeba było zaczynać od nowa: w dużym stopniu jest to kontynuacja tego co już było dotąd.
Niemniej, w formie literackiej nastąpiło pewne odejście od stylu silva rerum, nawrót do fikcyjnej, kunsztownej opowieści. Uznano, że pisarz jest od tego, żeby wymyślał historie, a nie żeby opowiadał koleje swojego życia (autobiografia może być najwyżej rusztowaniem), albo prezentował swoje recenzje rzeczywistości.
Zapanowała większa swoboda językowa. Literatura drugoobiegowa była służebna, musiała służyć sprawie narodowej, prawie jak za zaborów, bo to był rodzaj zaborów, więc i język był służebny, komunikatywny, szary. A teraz stwierdzono, że język sam w sobie jest wartością (to jest też trochę wzięte z Zachodu). Nowe książki są znacznie bardziej zorientowane na utwór literacki jako swoisty objet d'art, zrobiony ze słów. To nie tylko jest wymyślanie jakichś nowych słów, czy gry słów, lecz żonglerka stylistyczna, próbowanie różnych stylów w tym samym utworze, prawie jak Joyce w Ulissesie (toutes proportions gardées, naturalnie, takich dzieł nie ma, ale są liczne ciekawe próby).
Wielu jest pisarzy i powieści wartych wspomnienia; wymienię tutaj tylko kilkoro nowych pisarzy, którzy debiutowali w ostatnich latach, więc ich utwory są rzeczywiście czymś nowym.
Pierwszym jest Paweł Huelle, Gdańszczanin, urodzony w 1957 roku. Jego pierwsza powieść, charakterystycznie ulokowana w 1957 roku, jakby dla podkreślenia, że nie jest sprawozdaniem, nie jest autobiografią, ukazała się jeszcze przed ową symboliczną datą 1990 i zrobiła szaloną furorę w Polsce. Ma tytuł Weiser Dawidek. Jest to nazwisko żydowskiego chłopca, sieroty, który był przyjacielem narratora, kiedyś tam, w 1957 roku. Powieść napisana jest z perspektywy po roku 1970, po tragicznych wydarzeniach na Wybrzeżu, ale koncentruje się na oddaniu nie historii politycznej tamtego okresu, lecz aury wcześniejszego czasu, pewnej magicznej już epoki urodzenia autora. Gdańsk i jego atmosfera oddane są niesłychanie starannie. Powieść, moim zdaniem, ma dwa ogniska, jak hiperbola. Jedno - to fascynacja postacią owego, wymyślonego zresztą, "znikłego" przyjaciela. Fascynująca postać chłopca z innego świata, bez sentymentalizmu. Tu jest też widoczny wpływ magicznego realizmu, bo ten chłopiec znika, ale nie ginie; następuje eksplozja wygrzebanego pocisku, ale nie znaleziono ani strzępka ciała. Potem następuje śledztwo i to już jest realistyczna część powieści. Drugim ogniskiem jest fascynacja Gdańskiem, jako mitycznym miejscem a nie architekturą. Gdańsk jest jak palimpsest historii, która została zatarta i teraz powoli wychodzi. Jest to wyraźne w późniejszych utworach Huelle'go. Nie tylko niemiecka przeszłość Gdańska, ale różne grupy wysiedlonych, jest np. również grupa menonitów. Prawie, że znowu taka Galicja.
Bardzo typowy dla nowej literatury jest ten nawrót do magii poszczególnych miejsc. Na przykład Śląsk Cieszyński, zaczyna być takim magicznym miejscem. Nie dlatego, że go już nie ma, bo jest, ale jego przeszłość, której już nie ma. Ten nawrót jest jakby próbą zasypania komunizmu, w którym wszystko zaczynało się od roku 1944, od Manifestu Lubelskiego.
Jest kilka innych powieści tego rodzaju. Znakomita jest powieść pt. Hanemann Stefana Chwina. Znowu usytuowana w Gdańsku a głównym bohaterem jest Niemiec, któremu udało się pozostać w Gdańsku w 1945 roku. Czuje się tam straszliwie wyobcowany, a z drugiej strony nie chce opuścić Gdańska. Jest wbudowany pewien kontrapunkt, ponieważ bohater odkrywa historię Stanisława Ignacego Witkiewicza "Witkacego" - niezwykle barwnego pisarza, malarza i filozofa, który popełnił samobójstwo 17 września 1939, kiedy dowiedział się, że Rosjanie wkroczyli do Polski, a znał ich z autopsji z czasów rewolucji w Petersburgu i nie chciał tego jeszcze raz przeżywać. Ów Hanemann widzi paralelizm swojego losu i losu Witkacego. Rzecz jest napisana literacko niesłychanie subtelnie i kunsztownie.
Jedną z najlepszych, moim zdaniem, powieści tego nowego okresu jest Panna Nikt Tomka Tryzny. Miłosz zrobił jej szaloną reklamę i słusznie tym razem. Powieść nazywa się dodatkowo Tajemnicza powieść o dojrzewaniu i należy do gatunku "Bildungsroman." Jest opisem w pierwszej osobie, przez dziewczynkę piętnastoletnią, która pochodzi z bardzo skromnego środowiska, ojciec jest robotnikiem, matka prostą kobietą, mieszkają na skraju Wałbrzycha. Następuje wielki awans rodziny, bo dostają mieszkanie na siódmym piętrze nowego wieżowca wałbrzyskiego. Dziewczynka idzie do nowej szkoły i tam ma dwie nowe przyjaciółki. Zostaje przez te koleżanki zupełnie zniszczona. Jedna z nich jest trochę zwariowaną artystką i niszczy wszystkie proste przywiązania tej dziewczynki, jak lojalność wobec rodziny, przywiązanie do religii, wyniesioną z domu moralność - tak jest tak, nie jest nie. Druga koleżanka jest jakby uwodzicielką, są nawet pewne akcenty lesbijskie, ale nie o to chodzi. Wciąga dziewczynkę w świat nowoczesnego kiczu, nowych czasów: samochody, romanse ze starszymi panami - w ten sposób można mieć pieniądze. Dziewczynka czuje, że zanurza się w zupełny chaos. Jedynym wyjściem jakie widzi jest nie tylko samobójstwo, ale i zabójstwo "dla ocalenia": bierze swojego najmłodszego braciszka na ręce i skacze z balkonu. Wszystko oddane jest zupełnie niemelodramatycznie, subtelnie. Świetna książka, inna - konfrontacja ludzi w Polsce z nowym światem, tragiczna.
Przedłużeniem dawnego wątku nostalgicznego są książki Olgi Tokarczuk, szczególnie jej powieść Prawiek i inne czasy. Ostatnio w The Economist była bardzo pochlebna recenzja z tłumaczenia angielskiego Prawieku. Prawiek, to jest nazwa wsi. Powieść zaczyna się tak, że zaraz za Prawiekiem była wieś taka a taka, potem były Kielce, a potem już Rosja. Tak, jak na obrazku Steinberga: obraz świata z puntu widzenia Nowojorczyka: Central Park, Midwest, China. Prawiek to jest centrum świata. To jest opis wsi, wyraźnie przedwojennej, z czasów, których autorka nie zna. Taka jakby Dolina Issy, znowu toutes proportions gardées, ale zrekonstruowana nie z autopsji, lecz z "pamięci zbiorowej."
Swoiście nostalgiczny jest także Andrzej Stasiuk w niby-przygodowej powieści Biały kruk, której głębszym tematem jest konfrontacja (i kompromitacja) minionej beztroskiej młodości i groźnej (bo odpowiedzialnej) dojrzałości. Jest więc jeszcze inny motyw w nowej literaturze: sięganie do zakorzenienia, którego jest już coraz mniej. Przeważnie jest wykorzenienie, jakie widać u Tryzny.
Innym częstym obecnie motywem jest niszczenie pewnych mitów i tabu. Rozmaitych tabu: tabu patriotycznego, tabu wspaniałości naszego narodu, - "my Polacy złote ptacy," albo "szczególna sytuacja narodu polskiego." To jest motyw takiej anty-kliszy. Na kontynencie amerykańskim przedstawicielem tego kierunku jest Janusz Głowacki. Ostatni jego utwór nazywa się Ścieki, skrzeki, karaluchy. Jest to jakby summa jego poprzednich utworów, można powiedzieć, mecz bokserski ze stereotypem Polaka, stworzonym przez samych Polaków. Głowacki zaczął pisać w Polsce, czarny humor, przedłużenie Hłaski. Sam powiedział kiedyś: "w Polsce miałem do czynienia z ludźmi, którzy chcieli się wyłamać z systemu, a w Ameryce mam do czynienia z ludźmi, którzy za wszelką cenę chcą stać się częścią systemu. I to się im nie udaje."
Drugą powieścią, bardzo typową dla tego rodzaju, są Szczuropolacy Edwarda Redlińskiego. Napisana z pasją osobistą, na bazie własnych przykrych przeżyć. Sam tytuł jest wstrząsający: "Rat-Poles." Zdaniem tego autora typowy model Polaka jest chłopski: nie "wiejski," ale chłopski, tzn. za tym chłopem tkwi jeszcze pańszczyzna z dodatkiem płytkiego katolicyzmu i płytkiego patriotyzmu oraz 40 lat zepsucia przez PRL, korupcji. To są bardzo bolesne utwory, ta książka wywołała skandal w Polsce, ale skandale są czasem potrzebne.
Jak już mówimy o skandalach to tutaj szczególnie zapisały się panie, tzn. nowe pokolenie autorek, szczególnie Manuela Gretkowska, Izabela Filipiak i Natasza Goerke. Czytałem te książki, ale jak o nich myślę, to nie wiem, która jest która, bo mają one wspólne cechy. Po pierwsze są to dosyć wyraźne autobiografie, oparte np. na motywie podróży do Paryża na stypendium. Jest to Paryż międzynarodowych włóczęgów, stypendystów, spóźnionych hippisów. Na to nakłada się wpływ nowej literatury, à la Umberto Eco, zawsze muszą być jakieś aluzje do tarota, czy do kabały. Pani Gretkowska ma wykształcenie hinduistyczne, zna hebrajski. Jej powieść My zdies' emigranty jest melangem ludzi, jacyś Rosjanie, Bośniacy, siedzą całą noc, piją wino, gadają. Równocześnie obscena, plus rozważania o Heideggerze, coś wtrącone po hebrajsku (trudności dla drukarza), dużo w tym pretensjonalności.
To jest jednak zaczątek literatury skandalizującej i obalającej różne święte krowy narodowe i pewne tabu narodowe, np. pruderyjność literatury. Pani Filipiak ma bardzo mocny język, ale szczególnie zaznaczyła się tu pani Gretkowska, która ma dużą wynalazczość fizjologiczną: w jednej z jej powieści występuje pani, która ma podwójną łechtaczkę (niewątpliwie wpływ Deep Throat). W innej powieści pewien pan ma członek, który jest obdarzony własnym mózgiem i świadomością oraz robi komentarze na temat swoich doświadczeń. To wszystko jest znowu unowocześnionym realizmem magicznym. Pozytywne w tych utworach jest zaznaczenie niezgody na różne świętości, podkreślenie innej pozycji kobiety w społeczeństwie, mimo pozornej równości. Czyli jest to otwarcie nowej problematyki.
Pewnych gatunków, które się pojawiły, nie wymieniłem, ale według mnie nie są typowe. Z jednej strony to "nowa" martyrologia okresu prześladowań przez komunistów, wspomnienia więzienne, a z drugiej strony, tak, jak skądinąd znakomity Widnokrąg Stanisława Myśliwskiego (nagrodzony w 1997 roku Nagrodą Nike, polskim Noblem), kontynuacja poprzedniej literatury oficjalnej. Myśliwski nie jest nowym autorem. Jego wcześniejszy Kamień na kamieniu już był wybitną powieścią z gatunku wyrafinowanej "prozy wiejskiej." W tych rozważaniach zaś chodziło mi o wyłowienie nowych nazwisk, debiutów.
Na zakończenie chciałbym wspomnieć o próbach klasyfikacji nowych trendów literackich w Polsce. Podział, który wymienię jest podziałem Przemysława Czaplińskiego z jego niedawno wydanej książki pt. Ślady przełomu. Ślady - nie przełom! Czapliński z lupą w ręku stara się znaleźć co nowego pojawiło się w najnowszej literaturze polskiej. Wymienia trzy nowe cechy, nowe wartości:
Sądzę, że to, co widzimy we współczesnej polskiej literaturze, to rzeczywiście są tylko ślady przełomu, a nie Wielki Przełom. Myślę jednak, że z biegiem czasu znowu będzie tak, jak było po pierwszej wojnie światowej: literatura polska będzie starała się być nie tylko polską, ale przede wszystkim literaturą bez przymiotnika - i będzie musiała walczyć o swe miejsce w literaturze światowej. I w tej dziedzinie również następuje obecnie "globalizacja."
I jeszcze jedna uwaga, pesymistyczna. Boję się, że następuje zapaść rynku na literaturę. To są te nowe czasy. Powieść obecnie może być pisana albo obrazkowa (są już takie próby). Dwa odmienne przejawy - dawny i nowy - tego, co wspólnie nazywa się kulturą. Zniknął cyrk i fotoplastikon (jak u Herberta: Elegia na odejście). Wydaje się, że i inne tradycyjne formy kultury, jak literatura, może nawet już film, zaczynają być odbierane z poczuciem, że powoli "odchodzą." To z kolei wpływa na twórców, którzy czują się coraz mniej pewni. Kiedyś, w XIX wieku, twórcy byli "arystokratami ducha"; teraz artyści mają wątpliwości co do swoich przodków i tego, czy sami są rzeczywiście arystokratami. A "wątpliwy arystokrata" nie jest już arystokratą, zaczyna być niejasne kto obecnie reprezentuje "dwór" współczesnej kultury.
| Wojciech Skalmowski (ur. 1933 w Poznaniu) jest Profesorem w Department of Eastern and Slavic Studies University of Leuven w Belgii. Wykłada języki staro - irańskie, nowoperski i literaturę polską. W 1956 roku ukończył studia orientalistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Doktorat z filologii irańskiej uzyskał na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie w roku 1960. Po ośmiu latach pracy w Katedrze Językoznawstwa Ogólnego UJ, wyjechał w roku 1968 do Teheranu, skąd w 1969 przeniósł się na Uniwersytet w Leuven. W latach 1969-1970 wykładał iranistykę w Harvard University, po czym powrócił na Uniwersytet w Leuven, gdzie od roku 1977 jest Profesorem (od października 1998 na emeryturze). Jest autorem około 70 publikacji naukowych o językach irańskich, literaturze perskiej i polskiej oraz ogólnej lingwistyce. Od roku 1969 jest regularnym autorem w paryskiej Kulturze, publikując tam (zwykle pod pseudonimem Maciej Broński) eseje, krytyki literackie i recenzje. W 1981 roku wydał w "Bibliotece Kultury" zbiór esejów pt. Teksty i preteksty. Publikuje (głównie krytyki literackie i recenzje) m. in. w Zeszytach Literackich i Tygodniku Powszechnym oraz po flamandzku w belgijskim piśmie literackim Standaard der Letteren. W roku 1998 został laureatem prestiżowej Nagrody Jurzykowskich w Nowym Jorku. (AMK) |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||