SCHRONISKO LUNATYCZNE





GUSTAW HERLING-GRUDZIŃSKI


I

Moi sycylijscy przyjaciele z opowieści Zielona kopuła przyspieszyli zapowiedzianą wizytę w Neapolu na 25 sierpnia. Zaraz po ich wyjeździe, 2 września 1997, kurierem specjalnym przyszedł spory pakiet z nadrukami na kopercie i na papierze listowym (resztę stanowiły kolorowe prospekty fotograficzne). Nadruki były dwujęzyczne: u góry: European Union, Unione Europea; niżej European Lunatic Shelter, Rifugio Europeo Malattie Mentali.

Rzecz nie była dla mnie zupełną nowością. Jakieś dwa lata temu przeczytałem w wysokonakładowym tygodniku ilustrowanym, że na wzór Uniwersytetu Europejskiego w Florencji i Europejskiej Akademii Sztuk Pięknych w Sienie rozpoczęto budowę Europejskiego Schroniska Lunatycznego (pozostanę przy spolszczonej nazwie angielskiej) między Florencją, Sieną i Arezzo, w pobliżu miniaturowej wioski Ombroso Toscano (położonej na zboczu, w centrum szerokiego i długiego pasma winnic, liczącej około czterystu mieszkańców i produkującej wyborowe wino "cieniste" o tej nazwie). Artykuł czy raczej reportaż ozdobiony był fotografiami położenia kamienia węgielnego i poświęcenia go przez arcybiskupa sieneńskiego, prowizorycznych fundamentów dwunastu niewielkich pawilonów i dużego budynku centralnego, wreszcie zdjęciem zbiorowym dyrekcji i personelu (z ciekawości naliczyłem czterdzieści osób, mężczyzn i kobiet). Z dość sumarycznego tekstu w tygodniku można się było dowiedzieć, że imprezę finansuje, oraz gwarantuje jej egzystencję, Bruksela. Otwarcie zapowiadano na 15 września 1997, z udziałem dostojników Jednoczonej Europy. Przyjęto nazwę dwujęzyczną: angielską z uwagi na stopień rozpowszechnienia języka; włoską ze względu na gospodarzy.

To zachowałem w pamięci po przeczytaniu w roku 1996 artykułu czy reportażu w tygodniku ilustrowanym. Otrzymany 2 września 1997 list, obszerny, datowany 1 września, miejscami i przesadnie drobiazgowy, podpisany był przez dyrektora Schroniska, profesora Gaspare Baldiniego z Uniwersytetu Sieneńskiego, kontrasygnowany przez nieformalnego "komisarza europejskiego," doktora (of mental diseases) Raymonda Bloomingtona z Uniwersytetu w Glasgow. Schronisko, określone w liście jako "pionierskie i eksperymentalne," stawiało sobie za cel połączenie wszystkich europejskich doświadczeń leczniczych i skierowanie ich w łożysko kuracji jednolitej "pod znakiem wspólnoty Europejskiej."

Autorzy nie skąpili detali, nie wiedząc jeszcze, czy przyjmę skierowaną pod koniec listu ofertę.

Liczba pacjentów różnych narodowości (należących do Unii) nie powinna przekraczać stu osób. Przewidywane są cztery przemieszane narodowościowo grupy leczonych (zależnie od stopnia zaburzeń umysłowych i nerwowych), każda w trzech pawilonach, każda obsługiwana przez dwóch lekarzy-specjalistów i pięcioosobowy zespół pielęgniarski. Zamierza się stosować metodę maksymalnej swobody pacjentów ("jak gdyby nie byli w ogóle chorzy"). Budynek centralny, największy w całym zakładzie, przeznaczony jest dla dyrekcji, lekarzy i sekretariatu, w odgrodzonym skrzydle mieszczą się laboratoria, ambulatoria i sale operacyjne. Trzy małe apartamenty na piętrze budynku centralnego mają zamieszkiwać zaproszeni "rezydenci." Na piętrze też znajduje się jadalnia dla wszystkich mieszkańców budynku centralnego. Pawilony pacjentów podzielono według płci; osobne dobudówki zajmują w nich pielęgniarki i pielęgniarze. Jeden większy nieco pawilon na uboczu, nad rzeką płynącą między wioską Ombroso Toscano i Schroniskiem, zajęty jest przez kuchnię z obsługą, magazyn i pralnię z obsługą.

List skierowany był do mnie jako jednego z upatrzonych "rezydentów." Te stanowiska postanowiono zaproponować pisarzom na rok (nieprzedłużalny), z tym, że każdy "rezydent" miał prawo, jeśli zechce, poprosić wcześniej o zwolnienie. "Rezydentowi" przysługuje apartament, wikt i opierunek oraz wynagrodzenie miesięczne w wysokości dwóch tysięcy dolarów (chwilowo; w przyszłości dolary zastąpi wspólna moneta europejska). "Rezydent"-pisarz ma być przede wszystkim obserwatorem i kronikarzem "nowego eksperymentu europejskiego," ale oczekuje się od niego także periodycznych spotkań i rozmów z pacjentami. "Rezydentów" przewiduje się trzech, każdy musi znać biegle dwa języki obce języki. Pisarz niemiecki, pisarka włoska, ja - pisarz polski zakorzeniony we Włoszech (i bardzo pożądany, zważywszy perspektywę rozszerzenia Unii na Wschód). Ponieważ do Schroniska przywieziono już pięćdziesięciu pacjentów, którzy umożliwili sprawdzenie funkcjonalności jego działania, zapadła decyzja pełnego uruchomienia zakładu 15 września. Dodajmy, że wielonarodowy jest personel lekarski i pielęgniarski. Wyłącznie włoska natomiast jest obsługa kuchni, magazynu i pralni.

Jeżeli adresat przyjmie propozycję, proszony jest o zatelefonowanie do sekretariatu w następujących godzinach (należy zwrócić się do pani Manueli Mundoz). Oraz o wskazanie dnia i godziny przyjazdu do Florencji, gdzie przed dworcem oczekiwać będzie samochód Schroniska. Podpisani pod listem łączą wyrazy szacunku i pozwalają sobie oczekiwać z nadzieją pozytywnej odpowiedzi. Postscriptum. W każdą niedzielę wszyscy zatrudnieni mogą na zmianę i według własnego wyboru korzystać z całodziennych wyjazdów minibusami Schroniska do Florencji, Sieny i Arezzo.

Namyślałem się cały tydzień, to brało górę "za," to "przeciw." Przeciw była rozłąka z rodziną, jak również delikatna sytuacja związana z moim wiekiem i z moimi dolegliwościami, wymagającymi znacznej ostrożności w rutynie życia codziennego. Za przemawiały dwa czynniki, które zaskoczyły mnie swoją siłą. Po pierwsze, od wielu lat interesowałem się stanem obłędu, choroby umysłowej albo nerwowej, mając na ten temat poglądy dość dalekie od konwencjonalnych; dzięki uprzejmości znajomych lekarzy oglądałem po wielekroć dziesiątki wideokaset z życia za murami gorszych czy lepszych szpitali dla obłąkanych. Po drugie, parę dni przed otrzymaniem listu z ofertą przeczytałem, a właściwie pochłonąłem, powieść pisarza anglo-amerykańskiego Patricka McGratha Asylum, której akcja, ściślej: lwia część akcji, toczy się w prowincjonalnym angielskim mental hospital. Niezwykła ta powieść zaabsorbowała mnie nie dlatego, że nie znany mi dotąd autor potrafił tak sugestywnie opisać historię "chorej miłości" żony lekarza szpitalnego i pacjenta-rzeźbiarza izolowanego na mocy wyroku sądowego za bestialskie zamordowanie własnej żony. McGrath przykuł mnie do swojej powieści nie dzięki temu niesamowitemu romansowi, ale atmosferą Lunatic Asylum zbliżoną do moich czysto intuicyjnych (bo nie opartych przecież na solidnej znajomości przedmiotu) refleksji na temat pasa granicznego między chorobą psychiczną i zdrowiem psychicznym.




Rzecz jasna, organizując europejski Lunatic Shelter, chciano uniknąć normalnego zwrotu Lunatic Asylum, który zazwyczaj oznacza po prostu Dom Wariatów. Chciano inną, trochę nawet poetycką nazwą Schronisko, podkreślić nowe europejskie podejście do obłędu, odebrać mu choć trochę aurę dramatyczności, albo co najmniej zneutralizować go w stopniu, który pozwala powiedzieć: "Taka sama choroba jak każda inna."

10 września zdecydowałem. Zapowiedziałem telefonicznie przyjazd do Florencji 14 września w samo południe.


II

Poprosiłem szofera, żeby pojechał na znany nam obu parking, zjadł obiad i poczekał na mnie do trzeciej.

O w pół do drugiej byłem zaproszony na obiad przez mojego przyjaciela Arrigo, psychiatrę neapolitańskiego rodem z Florencji. Starość (blisko dziewięćdziesiąt lat) spędzał samotnie w starym domu rodzinnym, na wózku inwalidzkim pod opieką guwernantki. Mieszkał obok kaplicy Santa Maria del Carmine.

Poznałem go pod koniec lat pięćdziesiątych, pracował wtedy w Szpitalu Śródziemnomorskim, wieczorami przyjmował w gabinecie prywatnym na Vomero. Wkrótce po moim osiedleniu się w Neapolu przeżywałem okres - na szczęście krótki - załamania nerwowego. I w sekrecie przed rodziną jeździłem często na Vomero; po pierwszych wizytach wywiązała się przyjaźń. Arrigo wtajemniczył mnie w niektóre zagadki swojej wiedzy psychiatrycznej. Był wyznawcą teorii "rozluźnionej tożsamości." Mój przypadek, stosunkowo łagodny, nie nastręczał zbytnich trudności; wystarczała nam seria rozmów, by moje przeszczepienie do Neapolu obrodziło owocami stopniowej adaptacji. Ale przy okazji naszych rozmów, które coraz mniej dotyczyły mnie, usłyszałem o "rozluźnieniu chronicznym," groźnym i niekiedy nieodwracalnym, oddalającym chorego krok po kroku od tzw. rzeczywistości, wtrącającym go w końcu w inny wymiar, formę obłędu podobną nie tyle do "rozluźnienia" co do "zerwania." Arrigo posługiwał się tzw. rzeczywistością, był bowiem przekonany, że nie ma jednej "rzeczywistości," są różne. Według niego prawdziwe wniknięcie w stan chorego psychicznie i nerwowo wymaga nieustannego liczenia się z tym faktem.

Przyszedłem za wcześnie na placyk przed Santa Maria del Carmine, postanowiłem więc posiedzieć trzy kwadranse w kaplicy. "Odkryłem" ją w roku 1975, zanotowawszy w dzienniku: u Massacia "Wizerunek" został zastąpiony przez "Postać." I to Postać enigmatyczną, zanurzoną w mroku, podniszczoną i przeżartą kurzem. Teraz przyszło mi na myśl, że tak można by malować ludzi chorych psychicznie. Po czym, nie wiadomo dlaczego, przypomniał mi się Chrystus ze słynnego Ukrzyżowania Masaccia: głowa Chrystusa wyrasta wprost z torsu, jakby przetrącono mu kręgosłup przed przybiciem do krzyża. Może kojarzyło mi się z czymś Przetrącenie, próg Męki?

Arrigo czekał na mnie, pochyliłem się nad wózkiem, aby go długo i mocno uściskać. Był pogodny i, jak zawsze, skory do dowcipkowania. Uśmiechał się ironicznie, kiedy opowiadałem mu o Europejskim Schronisku Lunatycznym. "Europa Lunatyczna - powiedział - nie da się nigdy zjednoczyć. Albo zjednoczona siłą, zapadnie się jeszcze głębiej." Moje sprzeciwy obracał w żart, ale nie dodał już ani słowa do tych dwóch zdań.

Nie zawsze czuje się wyraźnie powolne chylenie się dojrzałego i gorącego jeszcze lata w stronę jesieni. A gdy się czuje - jak było po wyjeździe z Florencji - powstaje gorąco-chłodnawy suflet powietrzny, przyjemny, kołyszący w drodze do snu. Ale zarazem, dziwnym sposobem, zaostrzający spojrzenie. Cyprysy są na ogół drzewami cmentarnymi, wpisanymi melancholijnie w horyzont; tu i teraz zachwycały żywą świeżością, kłując natarczywie niebo. Tylko łagodne wzgórza umbryjskie są równie harmonijne jak toskańskie. Ich zieleń zaciągała się już delikatnymi, żółtawymi plamami. Jedynym martwym składnikiem pejzażu były wyschnięte strumienie na przydrożnych łąkach.

Jadąc wolno (na moją prośbę), dobiliśmy do Schroniska przed piątą, w porze zaróżowionego słońca. Z szosy polną, lecz dość szeroką i ubitą drogą zjeżdżało się na spory parking, zapełniony już samochodami o różnych tabliczkach, przeważnie zagranicznych. Stamtąd zeskakiwało się w dół do miski, części dawnej doliny, z wiązką ścieżek do pawilonów i jedyną drogą do budynku centralnego. Bardzo pięknie, za rzeczką, układało się długie zbocze góry z zielonym pasem winnic i pstrokatą plamą Ombroso Toscano. Palono już po winobraniu suche chwasty, białe równe słupy dymu drżały delikatnie w powietrzu.

Zatrzymałem się na chwile w dyrekcji, aby przywitać się z profesorami Baldinim i Bloomingtonem. Wczesna kolacja była o siódmej, w cudownych chwilach tramonto, przy stole kolacyjnym miałem poznać wolnych tego dnia lekarzy, było zatem dość czasu na prysznic i zmianę przepoconego ubrania.

Podczas kolacji rozmawiano po angielsku, w jedynym języku, który obecnie łączył wykształconą Europę, jak francuski w przeszłości. Wrażenie było osobliwe, jako że wszyscy władali nim z absolutną dezynwolturą, co powodowało zatory słowne i pytania kierowane do sąsiadów. Nie lubię tego, co Anglicy nazywają shop-talk, słuchałem więc z roztargnieniem, jeszcze niedostatecznie zaciekawiony. Po kawie wstałem pod pretekstem zmęczenia; przypomniano mi, że inauguracja odbędzie się nazajutrz o jedenastej.

Nie poszedłem jednak do siebie. Ciągnął mnie obchód Schroniska. W pawilonach było gwarno, w każdym siedziano przy podłużnym stole jadalnym. Trzy pawilony uderzały ciszą, martwą ciszą. Dowiedziałem się od strażnika, że były to pawilony "niebezpieczne," stąd strażnicy na zewnątrz prócz pielęgniarzy i pielęgniarek wewnątrz. Poszedłem w przeciwnym kierunku, do ciemnej ściany, którą był gęsty zagajnik. Na skraju, wśród drzew, stały cztery puste pawilony, nie wspomniane w liście do mnie. Były to, jak informowały tabliczki obok drzwi wejściowych, domy modlitwy: chrześcijański, muzułmański i żydowski (w sobotę i niedzielę rano przyjeżdżali duchowni z Florencji). W czwartym pawilonie, w pewnej odległości, ale też wśród drzew, paliły się światła. Uchyliłem drzwi wejściowe i przy stołach zobaczyłem kilka osób pochylonych nad książkami i gazetami. Spotkania "rezydentów" z pacjentami planowano przypuszczalnie w tej czytelni.

Prześlizgnę się szybko koło inauguracji nazajutrz, bo było w niej coś groteskowego. Holenderska uczona, Kierowniczka Komisji Społecznej w UE, zamiast powiedzieć parę ciepłych słów powitania do chorych umysłowo zebranych na placyku, rozwodziła się zawile pół godziny na temat wagi Zjednoczenia Europy. Szczęśliwie dostojnicy kilku wyznań, zaproszeni na uroczystość, ograniczyli się do krótkich błogosławieństw.


III

Po obiedzie odwołał mnie na stronę profesor Baldini. "Pisarz niemiecki Werner Lichstein i pisarka włoska Paola Cetriolo przyjadą jutro rano. Byłoby dobrze, gdyby cała trójka "rezydentów" razem poznawała nasze Schronisko. Za godzinę jadę samochodem do Sieny, mam dwa wykłady na Uniwersytecie. Jeżeli pan lubi Sienę, zapraszam do mojego samochodu. Wrócimy do schroniska na kolację."

Zgodziłem się z radością. Po drodze rozmawialiśmy o parze "rezydentów," oczekiwanych jutro. Wernera Lichsteina spotkałem w Berlinie; uważano go słusznie w Niemczech za wytrawnego reportera, wydał mi się inteligentny i spostrzegawczy; bardzo rozsądnie opowiadał o swoich podróżach do Polski. Z Paolą Cetriolo zetknąłem się przelotnie w Piemoncie i przerzuciłem jedną z jej powieści. Brzydka, w okresie przekwitania (tego nie powiedziałem Profesorowi), miała nieznośną manierę seksualnego wyżywania się za pośrednictwa pióra; ale krytycy włoscy chwalili ją, pewnie ze strachu, bo nie dość zachwyconych zwykła nachodzić i niewybrednie besztać.

W Sienie znalazłem sobie miejsce na Campo, oparty wygodnie o obrzeże fontanny, przymknąłem oczy i powoli zapadałem w dormiveglia, w płytką drzemkę, z której szybko następuje przebudzenie. Wspomniałem wcześniej o wideokasetach ze szpitali psychiatrycznych na południu Włoch, wypożyczanych mi przez znajomych lekarzy. Były to kasety bardzo specjalne, dotyczyły wyłącznie wykrytych sytuacji skandalicznych, fotografowanych z konieczności przez dziennikarzy telewizyjnych.

Trudno jest mówić, a tym bardziej pisać, o obrazach ludzkiego poniżenia i prześladowania z dala od naszych oczu. Chodziło głównie o chorych całkowicie lub prawie całkowicie osieroconych, czyli pozbawionych możliwości suplik i próśb o interwencję. Wszystko odbywało się, za pieniądze rządowe, w ładnych często budynkach willowych w małych miejscowościach, w willach ocienionych drzewami, dzikim winem i bluszczem. Okresowe inspekcje rządowe były zarządcom zakładów znane z góry i pozwalały im przestroić odpowiednio koszmarną rzeczywistość. Naturalnie posługiwano się wobec inspektorów korupcją i naturalnie pacjenci nie ośmielali się skarżyć w obawie przed represjami potem. Snujące się błędnie figury starszych lub starszawych przeważnie kobiet i mężczyzn, niekiedy nagie, to lamentujące, to rozchichotane, poza miejscem i czasem. Niesfornych bito, albo przywiązywano łańcuchami do poręczy łóżek. Brudni pacjenci, brudne otoczenie, uryna przelewająca się z nocników, kawałki ekskrementów na podłodze. Czasem, choć rzadko, zauważało się, zwłaszcza u nagich czy półnagich, szczątkowe odruch erotyczne. Dyżurny lekarz brał pensję za darmo, nie wychodził w ogóle ze swego gabinetu, pielęgniarze (atletyczni) zjawiali się tylko, gdy należało karać. Dwa dzienne posiłki były wybuchem zachłanności i żarłoczności, po prostu dlatego, że pacjentów właściwie głodzono. Padrona, z reguły niemłoda już dama, wyładowała bez przeszkód swoje popędy katowskie. W większości wypadków jej kochankiem był "porządkowy."

Co łączyło te obrazy, co się w nich stale powtarzało? Dla mnie był to swoisty Totentanz, taniec umarłych za życia. Umarłych, bo ich ruchy, nawet w tanecznym błąkaniu się bez celu, zmierzały zawsze do długich pauz martwego bezruchu; za życia, bo uparte wpatrywania się w twarze pozwalało dostrzegać pod bladą skóra drgnienia czegoś żywego, lecz bardzo odległego. Chodziło właśnie o zjawiska, opisane przez mojego przyjaciela Arrigo? O "rozluźnienie" zmierzające wraz z postępami choroby do "zerwania" i do zanurzenia się w innej "rzeczywistości," innej niż nasza tzw. rzeczywistość? Pewnie tak, lecz mnie najbardziej intrygował wyraz otwartych szeroko oczu u pacjentów, zdolnych do siedzenia godzinami na tym samym miejscu, jak w ataku tężca. Chciałoby się powiedzieć: zdawali się widzieć niewidzialne, będąc w stanie bardziej sekretnej wizji, niż obłędu.

Wielokrotne oglądanie kaset sprowadzało się w moim wypadku do uczucia, że grupa chorych, zachowująca się tak różnie - to w bezruchu, to w nagłym biegu korytarzem miedzy łóżkami, to w tanecznym pląsie z rękami w gestykulacji używanej przez niemych - przecinała wciąż jakieś granice w poplątanej sieci istnienia; granice nieczytelne dla nas, zrozumiałe i oczywiste dla nich. Słowem, widziałem w kasetach nie tyle obłąkanych, co obcych posługujących się własną, niepojętą dla nas mową. Język, języka, o wszystkim decydował język. Rzecz jasna, ulegałem fali amatorszczyzny, byłem przez nią emocjonalnie zalany, czując jednak, że nie wszystko, co myślałem, trafiało obok. Przyciąga nas, dyletantów, tajemnica choroby umysłowej. Pisarze często usiłowali wyprawiać się na egzotyczne dla nich tereny, niezbyt przekonani, że tylko lekarze mają o nich coś sensownego do powiedzenia. Właściwie Arrigo, swego rodzaju unikat, wolał rozmowy ze mną od rozmów z kolegami-lekarzami.

Profesora Baldiniego przetrzymano dłużej na Uniwersytecie, toteż wyruszyliśmy w drogę powrotną późno, już w ciemnościach. Jedwabisty wieczór toskański, mrok dokoła, po bokach szosy, jasno w górze, w kręgu księżycowej lampy, w gwiaździstej rozpylicy przerzedzonej u progu jesieni.

IV

W trójkę wyruszyliśmy na obchód Schroniska. Po godzinie Paola ulotniła się pod błahym pretekstem. Niebawem stało się jasne, że przyjęła rolę "rezydenta" w złej wierze, postanowiła po prostu na koszt Schroniska zafundować sobie wygodny i dobrze płatny urlop, dopóki to okaże się znośne dla dyrekcji. Od wczesnego rana słychać było za ścianą jej apartamentu stukot maszyny do pisania. Bez żenady zjawiała się tylko na posiłkach w jadalni, jadła pospiesznie i w absolutnym milczeniu, po czym znikała z mruknięciem: a presto. Ucieszyła mnie ta okoliczność, jako że od pierwszej chwili poczułem antypatię do włoskiej grafomanki (według mnie). Natomiast od pierwszej też chwili polubiłem niemieckiego reportera.

Werner zabrał się sumiennie do rzeczy, nie ukrywając przede mną, że planuje książkę o pierwszej tego rodzaju instytucji powołanej przez Unię Europejską. Ja zaś chciałem wyłącznie wniknąć głębiej w zjawisko obłędu, być może (choć nie na pewno) z jakimiś mglistymi chwilowo intencjami pisarskimi na przyszłość. Zamierałem jednak, równocześnie, wywiązywać się uczciwie z obowiązków wobec Schroniska, czyli pisywać co pewien czas raporty "rezydenta" i uczestniczyć w spotkaniach z pacjentami (jeżeli znajdą się chętni).

Mieliśmy prawo wstępu do wszystkich pawilonów, z wyjątkiem trzech nieco na uboczu (dwóch męskich, jednego kobiecego), które prócz zwykłej opieki pielęgniarskiej miały ochronę strażników; uchodziły za "niebezpieczne," odsyłano do nich na mocy wyroku sadowego ciężkich przestępców ze wspólną europejską formułą "zbrodnia popełniona przy zaniku lub zaćmieniu władz umysłowych, oraz w braku rozeznania dobra i zła." Do tych trzech pawilonów nie wolno nam było wchodzić. W pozostałych musieliśmy unikać godzin wizyt lekarskich i zabiegów, w południe i godzinę przed kolacją. Wolno nam było przepytywać zespół pielęgniarski i nawiązywać rozmowy z pacjentami, ale bez żadnego nacisku indagacyjnego. Prócz tego w budynku centralnym mogliśmy, w razie potrzeby, zwracać się z prośbą o wyjaśnienie do lekarzy.

Schronisko Lunatyczne, jak wspomniałem na początku, kładło nacisk na "nowe europejskie podejście do obłędu" ("taka sama choroba jak każda inna"), co otwierało drzwi "bezpiecznych" pawilonów dla pacjentów: wolno im było wychodzić na teren zakładu, spacerować między pawilonami, przesiadywać na skwerku wyposażonym w ławki, leżaki i hamaki (to był ów placyk, na którym przemawiała holenderska uczona na inauguracji), bez żadnego nadzoru, nawet w postaci "czujnego oka z daleka," ze strony pielęgniarzy i pielęgniarek. Celem było, rzecz prosta, umocnienie w pacjentach szczątkowego choćby poczucia wolności. Ale - o dziwo! - tylko nieliczni wychodzili z pawilonów i to dość rzadko. Jak gdyby większość czuła się lepiej i bezpieczniej w klauzurze, zresztą wygodnej, wzorowo urządzonej, niemal komfortowej. I dla Wernera, i dla mnie było w tym coś znaczącego, zwłaszcza że nieliczni wychodzący cierpieli nie tyle na zaburzenia umysłowe, co na formę głębokiej melancholii i (jeśli można to tak nazwać) chronicznego milczenia. Wszelkie nasze próby nawiązania kontaktu z "melancholikami" i "milczkami" spotykały się z odmową, ale odmową tak inteligentnie odmalowana w oczach - niekiedy z towarzyszącym delikatnym uśmiechem - że rzecz wykraczała poza obręb zakładu specjalnego i łączyła się z podobnymi cechami osób najzupełniej normalnych i zdrowych. Widocznie istniało w tych ludziach coś niezauważalnego dla takich jak my dyletantów, a uchwytnego, czytelnego bez trudu, dla lekarzy. Przekonaliśmy się o tym na przykładzie młodego Francuza imieniem Guy. O nim jednak później.

Dość szybko uprzytomniłem sobie, że pacjenci oglądani w wideokasetach ze szpitali dla umysłowo chorych na południu Włoch różnili się od pacjentów w naszym Schronisku jedynie głęboką degradacją fizyczną i rozmaitymi formami opresji stosowanej przez zarządców, nie zaś wrodzonymi czy nabytymi skazami psychicznymi. Dwie były główne skazy i tu, i tam: wyobcowanie ze świata (z tzw. rzeczywistości, jakby powiedział Arrigo) i utrata tożsamości. Siedząc przy stole w przeciętnym pawilonie (bardziej wśród kobiet, niż wśród mężczyzn) obserwowało się w zachowaniu pacjentów, w ich gestach i mimice, ostry stan alienacji jako choroby, a nie jako zjawiska badanego przez filozofów. Alienacja jako choroba występowała w postaci nieobecności psychicznej (znowu jednak, pamiętając pogląd mojego przyjaciela z Florencji, dopuszczalna była hipoteza obecności "gdzie indziej"); tak czy owak, zerwany był elementarny kontakt ze "zdrowymi") nasunął mi się odruchowo ten cudzysłów doktora Arrigo). Leczenie, poza zabiegami medycznymi, polegało zatem na cierpliwym przezwyciężaniu dystansu. Czasami udawało się to w minimalnym stopniu, a ściślej: takie robiło wrażenie. Ożywiała się lekko twarz pacjenta, zdawał się szukać punktu zaczepienia i (po omacku) słów. Nawet jeśli wysiłek trwał krótko, witany był radosnym uśmiechem lekarza.

Kryzys tożsamości sięgał głębiej i zdawał się nieuleczalny. Występował na twarzach pacjentów w sposób wstrząsający (dla mnie przynajmniej, lekarze i pielęgniarze naturalnie reagowali spokojnie, z odcieniem przyzwyczajenia). Wyobraźmy sobie wyraz zagubienia u samotnej osoby kołującej w lesie; i podglądanej, bez świadomości tego, że jest śledzona. Oczy biegają błędnie, wargi bez przerwy układają się do krzyku o pomoc. Lecz ten krzyk nie rozlega się nigdy, jest jakby trzymany na uwięzi przez poczucie absolutnej niemocy. Niekiedy, przebudziwszy się w nocy, przez dwie-trzy minuty grzebiemy się w ciemnościach, nie wiedząc, gdzie i kim jesteśmy. Te dwie-trzy minuty należy, u dotkniętych zachwianiem tożsamości, przełożyć na dnie, tygodnie, miesiące, lata.

Czy tylko gorliwość świeżego "rezydenta" podyktowała mi krótką refleksję na piśmie pod adresem "komisarza europejskiego", profesora Bloomingtona? Nie sądzę. Byłem naprawdę uderzony negatywnie tym, co stanowiło tytuł do dumy dla rzeczników "europejskiej metody" leczenia chorób umysłowych i psychicznych: idzie o obalenie przegród językowych. W pawilonie kobiecym przyglądałem się uważnie dwóm sąsiadkom; towarzysząca mi pielęgniarka wyjaśniła, że chodzi o Belgijkę i Hiszpankę. Byłem przekonany, i napisałem to w mojej refleksji dla "komisarza europejskiego," że do wszystkich widocznych gołym okiem, i opisanych już przeze mnie, znaków na twarzach pacjentek dołączył się cień desperacji.

Bloomington podziękował mi grzecznie w paru słowach za moją refleksję, trochę tonem profesora, robiącego studentowi delikatną wymówkę za błąd powierzchowności.


V

Stało się to, co się stać musiało, wcześniej nawet, niż mogłem był przypuszczać. Po miesiącu Paola otrzymała list od dyrekcji, uprzejmy ale stanowczy: najwidoczniej pani, jako sławna pisarka, nie czuje się zbyt dobrze w roli "rezydentki" naszego Schroniska. Z tą chwilą rozwiązujemy naszą umowę etc. etc.

"Sławna pisarka" pojechała samochodem do Florencji, trzymając kurczowo w prawej ręce teczkę wypchaną manuskryptami. Nie mogła się uskarżać na skąpą wydajność twórczą.

W parę miesięcy później, już po tragedii, jaka rozegrała się w Schronisku, turyński kwartalnik literacki przyniósł jeden rozdział nowej powieści Paoli. Oczywiście ociekający wulgarnym erotyzmem. Ale jedno trzeba "sławnej pisarce" przyznać: w intrydze miłosnej opisywanego Schroniska Lunatycznego główną rolę odgrywał pacjent francuski Guy Serkin, którego ledwie zauważyła w pierwszym i jedynym obchodzie zakładu. Trudno się jednak temu dziwić w wypadku kobiety szpetnej, ale wrażliwej (może właśnie dlatego) na wdzięki męskie.

Guy był mężczyzną wysokim i bardzo przystojnym, o pięknej i zawsze zamyślonej twarzy, wysportowanym, zdawałoby się, choć z racji swej choroby nie uprawiał sportów. Chyba że za sport uznamy jego manię perypatetyczną, dzieloną zresztą z pozostałymi pacjentami pawilonu męskiego. Ta cecha odróżniała pacjentów od pacjentek. Jakby gnani jakimś nieodpartym impulsem, chodzili ustawicznie korytarzem w pawilonie, a opuszczali pawilon głównie po to, żeby kontynuować swoje krążenie na świeżym powietrzu. Jakby perypatetyczny impuls był nieodzownym składnikiem ich choroby, obok melancholii i milczenia. W pawilonach kobiecych rzadko widywało się coś podobnego, a jeśli, to w szybkim nerwowym odruchu poderwania się z łóżka i prawie biegu do przeciwległej ściany i z powrotem do łóżka. Pacjentki czuły się jakby przykute do swoich łóżek. Potrafiły leżeć godzinami, ze wzrokiem utopionym w suficie lub w którejś z sąsiadek. I był to wzrok przedziwny, niby nieobecny i tępy, a w rzeczywistości przenikliwy; mogło się wydawać, że usiłuje dowiercić się do czegoś ważnego, lecz słabo widocznego.

Guy należał więc do kategorii melancholików, milczków i perypatetyków, jego skłonność do milczenia nie była jednak absolutna, nie "milczał jak zaklęty." Zdarzało mi się rozmawiać z nim na ławce skweru, albo częściej jeszcze w czytelni, w której regularnie bywał, wertując świeże gazety, sięgając niekiedy na półkę do skromnego księgozbioru. Pozostawał wtedy małomówny, ale to, co lakonicznie mówił, a raczej wtrącał do dyskursu rozmówcy, świadczyło o wielkim oczytaniu i wyrafinowanej inteligencji. Zaskoczyło mnie, że natychmiast zamykał się w sobie, tężała mu twarz i mrużyły się niechętnie oczy, ilekroć podchodził do nas Werner.

Na czym polegała jego choroba? Zadawałem sobie ciągle to pytanie, gdyż w całym Schronisku był zachowaniem, reakcjami, wyglądem bliski bardziej personelowi, niż współpacjentom. Nawet impuls perypatetyczny w pawilonie i na zewnątrz, impuls wytrwały i uparty, kojarzył czterdziestoletniego chyba Francuza z myślicielem, a nie z chorym psychicznie. Przypominał mi pod tym względem neapolitańskiego matematyka, włóczącego się godzinami po mieście, przystającego czasem na chwilę, żeby coś zanotować oparłszy się o mur, prawie zupełnie nieświadomego, że porusza się wśród ludzi. "Typowe dla umysłu abstrakcyjnego," powtarzałem sobie w duchu ilekroć go spotykałem. Aż pewnego dnia urwały się na zawsze nasze przypadkowe spotkania. Strzałem w skroń abstrakcyjny umysł położył kres swemu istnieniu.

"Rezydentom" przysługiwało prawo wglądu do "teczek" pacjentów, zdeponowanych pod kluczem w dużej szafie żelaznej. Dwa klucze były w posiadaniu profesora Baldiniego i "komisarza europejskiego" Bloomingtona. Do Baldiniego zwracali się, w razie potrzeby, lekarze. Do Bloomingtona, w razie "pilnej i uzasadnionej na piśmie potrzeby," postronni, czyli między innymi "rezydenci." Złożyłem na ręce jowialnego Szkota podanie i zostałem przez niego wezwany na interview. Tego samego dnia po kolacji i przed udaniem się na spoczynek w apartamencie zamkniętym, Bloomington wręczył mi pękatą teczkę z napisem na okładce Guy Serkin. Należało ją zwrócić nazajutrz przed śniadaniem.

Siedziałem nad nią do świtu, wypisując z niej do notatnika ważniejsze według mnie rzeczy. Na interview Bloomington zadał mi zrozumiałe pytanie, dlaczego interesuję się właśnie francuskim pacjentem. Odpowiedziałem, że wydał mi się "równie normalny jak pan, panie profesorze; i jak ja sam." Co było prawdą. "Komisarz europejski" uśmiechnął się i zaproponował mi następne interview w parę dni po przestudiowaniu teczki Serkina.

Guy Serkin był jedynym dzieckiem Jakuba (Jacques) i Estery Serkin. Oboje byli Żydami i pochodzili z Ukrainy. Do Francji przyjechali grubo przed wojną, skończyli studia medyczne, nie znając się nawzajem. Krótko przed wojną poznali się i pobrali. Guy urodził się w 1935 roku. Podczas okupacji niemieckiej rodziców aresztowano i wywieziono do Trzeciej Rzeszy. Wszelki ślad po nich zaginął, prawdopodobnie zgładzono ich w jakimś obozie albo w komorze gazowej. Siedmioletni Guy znalazł się w sierocińcu żydowskim w Lyonie i niebawem został włączony do grupy dzieci żydowskich, które później Barbie przeznaczył na śmierć. "Teczka" milczała o okolicznościach jego ocalenia. Dość, że dziesięcioletni Guy dostał się znowu do sierocińca żydowskiego, który posłał go na naukę do szkoły powszechnej, a potem pomógł mu ukończyć szkołę średnią. Odznaczał się nieprzeciętnymi uzdolnieniami. Zdał egzamin stypendialny na Sorbonę, na wydziały historii i filozofii. Wszystko wskazywało na to, że szybko zdobędzie oba dyplomy i za radą swych profesorów poświęci się karierze naukowej.

Dokładnie w tym momencie nastąpiło coś, czego "teczka" nie umiała opowiedzieć, ani tym bardziej dokładnie wyjaśnić. Guy, zlekceważywszy egzaminy dyplomowe, znikł z oczu przyjaciół, kolegów uniwersyteckich i swoich profesorów. Jego dziewczyna dostarczyła notatkę z datą: "Wiem tylko tyle, że pojechał do Niemiec; nie wiem, dokąd i po co."

Dziesięcioletni okres w Monachium, od 1960 do 1970, świecił prawie pustką. Niezborne zaświadczenia i świstki papieru nie przynosiły odpowiedzi na pytanie: dlaczego właśnie w Monachium? Co tam robił? Z czego żył? Gdzie mieszkał? Dawały obraz fragmentaryczny. Znał nieźle niemiecki ze studiów paryskich, szybko doprowadził go do perfekcji. Chodził od czasu do czasu na Uniwersytet Monachijski, częściowo udało mu się zaliczyć studia paryskie, przedstawił dwie prace (z historii i filozofii), ale nagle rzucił Uniwersytet i z braku stałego adresu nie zdołano go nawet zawiadomić, że zostały wysoko ocenione. Konsulat francuski w Monachium, do którego wpadał rzadko po dorywcze robótki zarobkowe, nie posiadał jego adresu (odmówił podania go, twierdząc, że często go zmienia). Czy już wtedy pojawiły się pierwsze oznaki choroby psychicznej? Z dziesięciolecia monachijskiego ocalały i wylądowały w "teczce" dwa zeszyty. Jeden był wzorcem paranoi: Guy miał obsesję, że jego rodzice żyją w Niemczech i jest możliwe odnalezienie ich. Drugi był absolutnie schizofreniczny: Guy zdawał sobie sprawę i równocześnie jak gdyby nie miał pojęcia, co zaszło w jego życiu i na świecie w ciągu czterdziestu czy więcej lat, jakie przeżył. Na zeszycie "paranoicznym" lekarz zakładu dla chorych umysłowo w Berlinie dopisał w roku 1979, przed odesłaniem pacjenta do Paryża: "Nieustanną groźbą zawieszoną nad chorym był od lat raptus, musi dziwić, że zdarzył się dopiero teraz."

Okres berliński trwał też około dziesięciu lat; i był w "teczce" nieźle opisany ręką pani Hildegardy Muenzer, stosunkowo młodej jeszcze wdowy po oficerze niemieckim zabitym w Rosji. Wątpię, czy pani Hildegarda czytała słynną powieść Hermana Hessego Wilk stepowy, jakkolwiek z lektury jej sprawozdania napisanego na prośbę szpitala mogło się chwilami wydawać, że tak. Tym był Guy w Berlinie przez dziesięć lat: nowym wcieleniem "wilka stepowego." Poznał niemiecką wdowę od razu na początku, samotność dokuczyła jej na tyle, że natychmiast zabrała do swego mieszkania tego przystojnego i dziwnego mężczyznę. Mieszkał u niej (i oczywiście żył z nią), znikał co jakiś czas, niekiedy na długo, widywano go na ulicach podobnego do bezdomnego włóczęgi, nie wiadomo, czy i za co jadł, z kim się stykał. Jak "wilka stepowego" gnała go potrzeba znikania; i potem potrzeba powrotu do kryjówki w mieszkaniu pani Muenzer na Goerdelerstr. Gdy wracał, pisał po nocach w swoim pokoju, ale po francusku, w języku, którego nie znała jego przygodna gospodyni i towarzyszka. Jeśli nie pisał, to czytał: znosił do domu naręcza książek, nie wiadomo za co kupowanych. Przywykła do jego milczenia; tak, można powiedzieć, że go kochała. Aż do owego dnia, w którym dostał ataku furii; nie umiała, albo nie chciała powtórzyć, co robił i co wykrzykiwał. Zbita, posiniaczona, zdołała zabarykadować się w swoim pokoju, gdzie był telefon. Zabrano go w kaftanie bezpieczeństwa do berlińskiego zakładu. Biła się z myślami, czy go odwiedzić, bardzo tego pragnęła, ale zabrakło jej odwagi. Od znajomego lekarza w szpitalu dowiedziała się, że po miesiącu ostrej kuracji uspokajającej odesłano go do Francji.

W szpitalu, w pobliżu Amiens spędził siedemnaście lat - apatyczny, milczący, zajęty wyłącznie czytaniem. Był tak spokojny, że wypuszczano go do Amiens, kiedy o to prosił. Dziesiątki razy chciano go wypisać i dziesiątki razy na naradzie lekarzy zapadała decyzja negatywna. Z Paryża przyjeżdżali czasami jego dawni przyjaciele i koledzy, odpychał ich tarczą milczenia. W końcu urwały się wizyty. Na początku 1997 zakwalifikowano go do Europejskiego Schroniska Lunatycznego koło Ombroso Toscano. Był jednym z pierwszych pacjentów Schroniska.

Daty świadczyły, że został przywieziony z Amiens do Schroniska w Toskanii w wieku przeszło sześćdziesięciu lat. Wyglądał na czterdzieści, maksimum czterdzieści pięć.


VI

Zwróciłem Bloomingtonowi "teczkę" w oznaczonym terminie i zapytałem, kiedy chciałby ze mną porozmawiać po raz drugi, jak proponował. "Nie ma potrzeby - odparł - jeżeli przestudiował pan uważnie dossier". "I ja tak sądzę." Ale sądziłem tak z innego powodu niż on. Jemu chodziło z pewnością o casus nie zanadto odbiegający od normy. Mnie zależało na uniknięciu przypuszczalnej dyskusji z człowiekiem młodym, urodzonym kilkanaście lat po wojnie, mającym książkową jedynie wiedzę o "ideologicznym" Wieku Totalitarnym, który został najpierw pokonany w Trzeciej Rzeszy, a później - świeżo! - w ZSSR. Nie miałem bowiem wątpliwości, że współczesny "wilk stepowy" należał do ostatnich już potomków - na wymarciu - hitlerowskiej strony medalu. Czy, pozbawiony doświadczeń, wiązał długo nadzieję z sowiecką stroną medalu? Tego nie wiedziałem, nasze rzadkie i krótkie rozmowy nie zahaczały nigdy o politykę, choć w czytelni widywałem go zagłębionego w lekturze i książek, i prasy. W każdym razie paranoiczny poszukiwacz swoich rodziców i schizofreniczny mieszkaniec dwóch światów - rzeczywistego i urojonego - był ofiarą półwiecza naszej najnowszej historii. Gdy odejdą tacy jak on i starsi od niego, rola ludzi pokroju Bloomingtona i młodszych jeszcze od niego upodobni się do badania czworonogów, prawdziwych i reprodukowanych w laboratoriach.

Na obiedzie profesor Baldini usiadł obok mnie i z kieszeni wyjął przekład włoski mojej książeczki Perły Vermeera. "W przysłanej nam w swoim czasie informacji o panu nie było żadnej wzmianki, że zajmuje się pan także malarstwem." "Po amatorsku i marginesowo, panie profesorze, nie warto nawet o tym mówić." "Owszem, warto. Moją fiksacją jest leczenie zaburzeń nerwowych i psychicznych sztuką. Mamy w czytelni znakomity, nowoczesny aparat projekcyjny przezroczy. Brak mu natomiast przezroczy specjalnych, na płytkach metalowych, dostosowanych do naszego aparatu. Mój kolega, historyk sztuki na Uniwersytecie w Sienie, ma bogatą ich kolekcję. Napiszę do niego list z prośbą o wypożyczenie, pana prosząc o wyjazd do Sieny po obiedzie." "Bardzo hętnie, chciałbym jednak, żeby pojechał ze mną Guy Serkin, jeżeli pan wyrazi zgodę. Zaręczam, że wszystko odbędzie się gładko." Baldini spojrzał na mnie trochę zaskoczony, po czym wycedził: "Zgoda, ufam panu."

Wyjechaliśmy wczesnym popołudniem, połowa października podszyta już była lekkim chłodem, ale trzymanym na uwięzi przez gorące jeszcze słońce. Guy siedział obok mnie, wciąż milczący, głuchy na próby nawiązania rozmowy, wyraźnie jednak poruszony wyjazdem ze Schroniska po tylu miesiącach bezruchu, właściwie uwięzienia. Widać było jak wchłania krajobraz, jak przemyka się zachłannie wzrokiem po wzgórzach, niekiedy zielonkawych dzięki płatom nowej trawy, lecz na ogół pożółkłych od rżysk; po mijanych laskach i miasteczkach na zboczach. Oddychał głęboko, z twarzą wystawioną na wiatr w półotwartym oknie samochodu.

Wjechaliśmy do Sieny peryferią niskich domków robotniczych, okrążyliśmy Campo i po tamtej stronie długo i wolno posuwaliśmy się w ogonku ku bramie wjazdowej jednego z budynków uniwersyteckich. Wybrałem przezrocza kolorowe malarzy "okolicznych i miejscowych": sieneńscy Duccio i Lorenzetti, Piero della Francesca w Arezzo, San Sepolcro i Monterchi; wyjątek stanowili sycylijsko-wenecki Antonello da Messina i czysto wenecki Giorgione. Zajrzałem, przed powrotem do Schroniska, do znajomego antykwariatu przyuniwersyteckiego. Zawsze wyławiałem tam coś ciekawego z półek. Towarzyszył mi Guy. Nagle krzyknął cicho i z rzędu starych książek francuskich wyciągnął dobrze zachowany tom z pięknymi ilustracjami: John Ruskin Biblia Amiens, ze wstępem Prousta. Spojrzał na mnie bezradnie, przycisnąwszy książkę do piersi. Zrozumiałem to spojrzenie i ten gest. Zapytałem, czy przyjmie ode mnie prezent książkowy. Po raz pierwszy chyba uścisnął tak mocno moją dłoń, na okamgnienie nawet nakłoniłem się lekko, myśląc że chce mnie objąć.

Widocznie zostało coś głębszego, a może i osobistego, z jego wycieczek z zakładu koło Amiens do miasta. W samochodzie wciąż przyciskał książkę do piersi i jakby zapomniał o krajobrazie. Dwa razy odezwał się, raczej do siebie samego niż do mnie. "Mylił się Ruskin; Madonna w Chartres nie jest wcale piękniejszą od Madonny w Amiens." I na krótko przed zjazdem do Schroniska, nad otwartym tomem: "Portal Katedry w Amiens - Jeremiasz, Izajasz, Ezechiel, Daniel."

"Leczenie zaburzeń nerwowych i psychicznych sztuką" nie było ani jedynym, ani pierwszym pomysłem Schroniska Lunatycznego. Cały zakład nastawił się na reformy i innowacje w duchu, jak mówiono, europejskim. Nie było co prawda jasne, co melioracja medyczna miała wspólnego ze Zjednoczoną Europą, ale reguła należała do religijnego niemal składu zasad Schroniska. W trakcie realizacji był projekt stworzenia ogrodzonego boiska sportowego między trzema "pawilonami niebezpiecznymi", aby ich pacjenci mogli na zmianę korzystać z szansy ruchu na świeżym powietrzu. W porównaniu z tym trudnym i skomplikowanym przedsięwzięciem "leczenie sztuką" zakrawało na dziecinną igraszkę.

I było nią. Po skrupulatnym przygotowaniu, w dwa dni po wyprawie do Sieny, pielęgniarka niemiecka Marlena przyprowadziła do czytelni grupę sześciu chętnych pacjentek. Marlena była ładną, postawną kobietą, "mleczną blondyną" typu bawarskiego, o pogodnym usposobieniu. Pacjentki były owszem chętne, lecz równocześnie lekko zalęknione. Na ich twarzach malowały się, w miarę wyświetlania, zmienne reakcje. Siedziały cichutko jak na nabożeństwie w kościele, bały się jakby zbyt wyraźnych opcji. Z początku największym powodzeniem cieszył się Antonello ze swoimi różnymi Chrystusami (obolałym, zapłakanym etc.), zapewne widziały w Nim także pacjenta. Potem zastygły na widok Zmartwychwstania Piera z San Sepolcro. Uderzył je Chrystus zmartwychwstały, triumfujący i surowy, czy wpatrzyły się intensywnie w uśpione figury u Jego nóg? Podejrzewam, że to drugie. Piero podbił w końcu całkowicie ich serca. Dalsze jego przezrocza, z Legendy Krzyża, oglądały z przejęciem niby stare fotografie rodzinne.

Moim asystentem podczas projekcji był Guy, to on zmieniał diapozytywy i wzmacniał lub osłabiał światło aparatu projekcyjnego. Ja objaśniałem wyrazy w dwóch językach, po angielsku i po włosku. W pewnej chwili uświadomiłem sobie, że spoważniała nagle Marlena przywarła zachwyconym spojrzeniem do mojego asystenta, który wyczuwał to może i kwitował maską obojętności.

Po Fakcie usiłowano ustalić, także w drodze przesłuchań, czy się wcześniej znali. Wyglądało, że nie. Dosyć rygorystycznie przestrzegany był w Schronisku zakaz kontaktu pacjentek poprzez odwiedziny mężczyzn w pawilonach kobiecych i odwrotnie, ten sam zakaz obejmował pielęgniarzy i pielęgniarki. Na spotkania osób płci odmiennej przeznaczono placyk i czytelnię.

Fakt był dramatyczny i na tyle intymny, że piszący - przeciwnik nadmiernego korzystania z licencji narracyjnych w tej dziedzinie - zredukuje go do absolutnie nieodzownego minimum. Wkrótce, tydzień chyba, po projekcji siedziałem w czytelni, przeglądając gazety. Była dziewiąta wieczorem, czas kończenia lektury. Obok mnie, jak często bywało, siedział Guy z jakąś książką zdjętą z półki bibliotecznej. Naraz zamknął ją, spojrzawszy na zegarek, i wyszedł z czytelni z szybkim "dobranoc." Posiedziałem jeszcze kwadrans, uporządkowałem z grubsza stół czytelni, zarzucony gazetami, magazynami ilustrowanymi, książkami, i zgasiłem światła w całym pawilonie. Obok czytelni, jak już we właściwym czasie wspomniałem, stały rzędem trzy domy modlitwy. Najbliższy czytelni był żydowski. Wydało mi się, że dochodzą stamtąd jakieś przytłumione dźwięki, a w szparze nie domkniętych drzwi widać było wyraźnie odblaski bardzo słabego, przygaszonego światła. Bardzo ostrożnie uchyliłem drzwi nieco szerzej. Oto widok, którego nie chcę opisywać z obowiązkową prawie, u współczesnych pisarzy, delektacją pełną szczegółów. Na bocznej ławce Guy uprawiał miłość z rozebraną Marleną pod mdłą żarówką w ścianie. Nawet nie ta okoliczność, sama w sobie, była dla mnie szokiem; ostatecznie mogłem podejrzewać, że nasze Schronisko nie jest klasztorem. Ale sposób, w jaki Guy to robił, był podobny bardziej do znęcania się mordercy nad powaloną na ziemię ofiarą, niż do miłości. Jęki i zachłysty niemieckiej pielęgniarki były dowodem, że co mnie wydawało się okrutnym pastwieniem się, dla niej miało wszelkie cechy rozkoszy. Przymknąłem więc cicho drzwi i poszedłem do siebie.

Następnego dnia rano sprzątaczki znalazły - i to był ów Fakt - Marlenę uduszoną i zupełnie już zimną. Męczyło mnie chwilę pytanie, czy mogłem był zapobiec zbrodni. Nie, nie tyle wchodząc wtedy do domu modlitwy, co podnosząc alarm. Nie byłem w stanie zdobyć się na coś podobnego, powstrzymywany... Przez co? Przez zakodowany w moim mózgu wstręt do "donosu." Tak przynajmniej sadzę.

Wolno sobie darować dalszy ciąg. Wezwano policję z najbliższego Poggiborsi. Nie musiała się zbytnio wysilać. Guy przyznał się sam do winy. Założono mu kajdanki. Widziałem jego twarz, gdy samochód ruszył w stronę bramy. Zdawało mi się tylko, czy rzeczywiście spokój mieszał się w niej z wyrazem ulgi? Tak, być może (pomyślałem), wygląda wilk stepowy - stary już, wychudły z głodu, zziajany, z wywalonym jęzorem, niezdolny do dalszej ucieczki w skwarze, prawie zadowolony, że nareszcie wpadł do pułapki w cienistym, głębokim dole.

Schronisko Lunatyczne było tworem europejskim. Trudno mówić o europejskim wymiarze kary we Włoszech; a mord został popełniony na ziemi włoskiej, gdzie nie istniała jeszcze giustizia europea. Długiego czasu wymagała procedura uznania "zaburzeń psychicznych zabójcy bez zdolności rozróżnienia dobra od zła," oraz skierowania go do jednego z dwóch niskich pawilonów "niebezpiecznych" w Ombroso Toscano (zresztą uniemożliwił to dalszy los naszego Schroniska). Tymczasem zwłoki Marleny odesłano do jej rodzinnej wsi w Bawarii.


VII

Zabójstwo pielęgniarki niemieckiej było dla mnie wstrząsem. Nie mogłem opędzić się, szczególnie nocą, w płytkich majakach sennych, przed obrazem dwóch twarzy, tak bliskich i zdawało się spiętych w miłosnym uścisku. Zdawało się... Guy unosił się i opadał miarowo na nagie ciało Marleny z wyrazem zaciekłości; ręce miał zaplecione na jej szyi, szeroko otwarte oczy zapalały się to gniewem, to okrucieństwem, ale nie wywoływało to nadmiernych podejrzeń, należało pozornie do indywidualnego języka seksu. Ona zaś, przymknąwszy oczy, poddawała się drżeniom rozkoszy, usta rozchylając w uśmiechu szczęścia. Wstrząsem był dla mnie ten kontrast (aż dziwne, że tak dokładnie uchwycony), którego wymowa odsłoniła się w pełni dopiero ex post, po zrozumieniu, że kochanek zabijał powoli, w przystępie szału, swoją kochankę.

Była to forma długo odwlekanej zemsty? Zadziałał, jak w Berlinie, raptus człowieka, któremu w dzieciństwie Niemcy odebrali dom i rodziców? Być może, ale nie waham się powiedzieć, że postępek mojego ulubieńca ze Schroniska Lunatycznego napełniał mnie wstrętem i oburzeniem. A na wspomnienie Marleny odczuwałem ukłucie bólu.

W tych trudnych dla mnie ostatnich dniach października przyszła mi z pomocą depesza z Neapolu. Żona prosiła mnie o krótki przyjazd do domu, nie wyjawiając powodu. Dano mi natychmiast zwolnienie. Powód był dość błahy, ale przywróciły mi równowagę psychiczną tradycyjne spacery zdrowotne nad morzem. Morze ma właściwość kojącą. W morzu, pod koniec podobnej jesieni, rozpłynął się obraz, który tak mnie dręczył w Ombroso Toscano. Wieczorami, w ciągu czterech dni urlopu, czytałem pożyczoną mi przez Wernera książkę niemieckiego profesora Wolfganga Sofskiego Traktat o gwałcie.

Dobra to okazja do przypomnienia mojego niemieckiego kolegi "rezydenta." Oddaliliśmy się nieco od siebie, mimo że Wernera ceniłem jako dziennikarza, od początku swego pobytu w Europejskim Schronisku Lunatycznym, zaplanował książkę o pierwszej tego rodzaju instytucji powołanej przez UE. Wyprowadził mnie z błędu przed moim krótkim wypadem do Neapolu. Zmienił - okazało się - zamiar; zachęcony przez dyrekcję Schroniska, wyposażony w odpowiednie ułatwienie, zajął się ostrożnie trzema "niebezpiecznymi" pawilonami. Profesor Sofski, autor Traktatu o gwałcie, miał mnie wprowadzić w problematykę, której rozważenie Werner odłożył do mojego powrotu z Neapolu.

Spacery nad morzem działały więc na mnie dobrze, ożywczo, jakby woda zmywała z mojego ciała i ducha cały trud ostatnich dni w Schronisku. Za to wieczory nad książką profesora z Getyngi! Niepokojące, dręczące, burzące ulgę dni słonecznych wciąż u schyłku jesieni. A jednak powstrzymywałem odruch wyrzucenia jej do walizki. Chcąc nie chcąc, traktowałem ją jak swego rodzaju list od Wernera, z którym mój przyjazny na początek kontakt tak bardzo się rozluźnił.

Niezwykła książka. Nie wyrażała poglądów autora na układ stosunków w społeczeństwie, jak na przykład Refleksje o gwałcie Sorela, w których syndykalno-strajkowy gwałt urastał do roli mitu, do roli jedynej broni zdolnej rzucić wyzwanie władzy państwowego przymusu; i może nawet pokonać go w urojonej arkadii wolnych wytwórców. Niemiecki socjolog lekceważył walki społeczne, jego uwagę przykuwał, w sposób niemal obsesyjny, świat oparty na gwałcie, wyłącznie na gwałcie. Czyżby względnie młody (rocznik 1952) był produktem lektur, świadectw i opowiadań o epoce totalitarnej wszechwładzy gwałtu? Jakkolwiek było, jego obraz świata i ludzkiego w nim życia (nie mówiąc już o świecie zwierzęcym) zdawał się opierać na bezustannej i nieuchronnej interpolacji gwałtu. Nic poza gwałt nie wychodziło i nie mogło wyjść, jedynie silniejsi gwałcili słabszych, a słabsi roili daremnie o odwecie. Nie formułując tego wprost, Sofski za jedyne dwa regulatory świata opartego na wiecznym gwałcie uważał wojnę i rewolucję.

Werner ze szczególną uwagą czytał, a nawet studiował rozdziały Gwałt i namiętność oraz Tortura. Marginesy upstrzone były notatkami i nazwiskami, niestety dla mnie nieczytelnymi, bo zamkniętymi w gotyckim piśmie. Bohaterem pierwszego był piętnastowieczny rycerz Gilles De Rais, który z pomocą służby zamordował stu czterdziestu chłopów, znęcając się nad nimi w sposób niewyrażalny dla mojego pióra. Postawiony przed Trybunałem Inkwizycji w Nantes, nie umiał odpowiedzieć, dlaczego. Czynnik seksualny był rzadki i nieistotny, sprowadzał się czasem do wypadków masturbacji na widok chłopców duszonych i ćwiartowanych przez służbę zamkową. Chodziło o cudzą śmierć jako wyłączny cel. "Dla szlachetnie urodzonego - czytamy - gwałt był formą życia," autolimitowanym przedmiotem, który stawał się nadrzędnym celem. Gilles w jedno łączył "racjonalność, namiętność i swego rodzaju obrzęd." Nie potrafił pojąć, że nie pojmują tego sędziowie Trybunału. "Okrucieństwo nie posiada obiektu pragnień, nie ma żadnego sensu poza samym sobą. Żądza była dla pana De Rais żądzą gwałtu. Gwałt był absolutny i samowystarczalny."

Skazany na stos, głosiciel gwałtu dla samego gwałtu drżał ze strachu, lecz nie wykrztusił ani słowa samoobrony czy supliki. Może wierzył, że zabijając innych, ucieka od własnej śmierci? Może jedynym, nie wyznanym motywem było złudzenie własnej nieśmiertelności? W rozdziale Tortura profesor z Getyngi dowodził, że kto torturą żyje, kto jest nią nieodparcie urzeczony, nie może nigdy poprzestać na jednym akcie. Gdy widzi, że z torturowanego uszło już życie, szuka natychmiast następnej ofiary. Dla autora niezbity dowód wszechwładzy gwałtu. Tylko w notatkach Wernera na marginesach rozdziału o torturze udało mi się odczytać nazwisko nie napisane gotyckim pismem; zdaje się, że "Pavli."

3 listopada wróciłem do Ombroso Toscano. I to wróciłem nie z poczucia obowiązku, ale dlatego, że czułem potrzebę znalezienia się w Europejskim Schronisku Lunatycznym. Powitali mnie obaj dyrektorzy. Ze względu na moją chorobę serca zainstalowano w moim pokoju specjalne ogrzewanie. Ale w powietrzu na zewnątrz snuły się jeszcze ostatnie podrygi łagodnej pogody jesiennej. Zmęczony trochę podróżą, położyłem się na łóżku i zasnąłem. Obudził mnie, po północy, Werner.


VIII

Za moich studenckich lat było zwyczajowym prawem, że w domu akademickim odwiedzało się wieczorem kolegę lub było przez niego odwiedzanym pod pretekstem "chwilki rozmowy", która przeciągała się do świtu, jeżeli gospodarz nie oczekiwał "wizyty damskiej." Podobno ten zwyczaj przeniknął do nas z Rosji pod koniec zeszłego stulecia, z Rosji opętanej wówczas manią "rozmów zasadniczych" na temat życia ludzkiego, losów świata i naszych obowiązków wobec przyszłych "trybunałów historii."

Werner mógł uchodzić tej nocy za wcielenie jednego z owych wiecznych studentów, którym nocne tokowanie i rozcinanie włos po włosie na czworo naszych "przeklętych problemów" (wyrażenie Dostojewskiego) przynosiło ulgę zbliżoną do wyładowania erotycznego. Ale były to pozory. Słuchających zwodził jego sposób mówienia - napięty, dramatyczny, jakby chodziło o rozstrzygnięcie aut aut. W rzeczywistości pod tą powłoką kryło się upodobanie do drobiazgowej analizy; i do bardzo akuratnego opisu. Tak było wówczas, gdy przestąpiwszy próg mojego pokoju, zarzucił mnie pytaniami, jakie mógł nasuwać Traktat o gwałcie profesora z Getyngi. Wyczuł, że nie jestem książką zachwycony, co mu się wyraźnie spodobało. Oczekiwało nas obopólne ustalenie, dlaczego. Czyli w praktyce odcyfrowanie jego "gotyckich" zapisków na marginesach.

Pochłonięci tym, ledwie zauważyliśmy, że zaczęło padać. Drobny kapuśniaczek jesienny nie zapowiadał ulewnego deszczu. Ale naraz nad ciemną już wioską Ombroso Toscano, najpierw daleko za wzgórzami, później w coraz większej bliskości linii najwyżej położonych domów, niebem szarpnęły błyskawice z głuchym odgłosem grzmotów. Werner zbladł i jego potoczysty wywód urywał się często, jakby posiekany nerwowymi pauzami. Nie mogłem wiedzieć, że (jak mi potem wyznał) burza wprawiała go w taki stan; zawsze, od dzieciństwa. Musiało się to odbić na naszej rozmowie. Nie panował nad wątkiem swego dyskursu, a równocześnie czułem aż nadto wyraźnie, że robi wszystko co w jego mocy, by nie opuszczać mego pokoju. Podtrzymywał naszą rozmowę trochę na siłę, nie do tego jednak stopnia, aby stała się jałowa i bezbarwna. Burza, niezbyt zresztą donośna, trwała do pierwszych promieni brzasku; i pod tym względem uczyniliśmy zadość starym nawykom studenckim, połykając noc godzina po godzinie. Lecz podkreślam jeszcze raz: jakkolwiek urywana, poszarpana i nerwowa, nasza nocna rozmowa krążyła z uporem wokół spraw, które obudził w nas Traktat o gwałcie.

Łączyła nas niechęć do zaborczej generalizacji profesora Sofskiego. Zbudował model świata i ludzkiego życia, w którym po prostu zabrakło miejsca na cokolwiek, co nie jest i nie chce być gwałtem. Taki obraz nie tylko wywoływał sprzeciw, ale skazywał wieloznaczny i wieloraki świat na ubóstwo i straszną, a nawet przerażającą, monotonię. Gdyby zastosować tu język demonologii, musielibyśmy uznać absolutną wszechwładzę Diabła i jednorodność jego dominacji. Na to nie chcieliśmy i nie mogliśmy przystać. Byliśmy obaj przeciwnikami "monostruny," słyszeliśmy owszem tony diabelskie, lecz także nuty boskie. Chwilami wydawało nam się wręcz, że niemiecki uczony jest ciężko chory psychicznie.

A przecież nie był chory i owładnięty obsesją, skoro Werner potrafił wyłuskać z jego książki akcenty realne, a nie tylko wydumane czy sztucznie kultywowane. Słowem, zaczął ze mną wchodzić, wodząc powoli palcem, w istotę "gotyckich" zapisków na marginesach. Gilles De Rais był nie to, że postacią historyczną (o czym świadczyły kroniki i protokoły Trybunału Inkwizycji), co postacią psychologicznie wrośniętą w rzeczywistość. Werner, dość już obznajomiony z trzema "pawilonami niebezpiecznymi", wymienił centralną figurę w jednym z nich, w pewnym sensie krewnego kawalera z XIV stulecia, którego skazano na stos w procesie inkwizycyjnym.

Nazywał się Filippo Bandurina, przylepiono mu przydomek Bisonte, Bizon. Wysoki ponad miarę, barczysty i muskularny, o łapach jak łopaty, z małym garbem na plecach zaraz pod krótką szyją. Twarz miał zawsze napiętą, choć bez wyrazu, w oczach zapalał mu się często błędny ognik. Zdumiewały jego zdolności karciarskie, wymagające jednak pewnej inteligencji, gdy on robił wrażenie niedorozwiniętego prostaka. Jeszcze bardziej zdumiało policjantów odkrycie, że był posiadaczem solidnego konta bankowego i gospodarował nim z roztropnością rentiera. Od roku 1990 do 1996 (kiedy przywieziono go po procesie do świeżo założonego Schroniska) zastrzelił czternaście cudzoziemskich (przeważnie kolorowych) prostytutek na drogach wylotowych z kilku miast, daleko za rogatkami, czyli tam, gdzie wystawały nocą w oczekiwaniu na klientów w samochodach. We wszystkich wypadkach w ten sam sposób: nie w samochodzie, lecz odprowadziwszy nieszczęsną dość daleko od drogi, w las lub w zarośla. Posługiwał się rewolwerem z tłumikiem. Dopiero po pewnym czasie zauważono nieobecność dziewczyny na starym miejscu wśród towarzyszek, ale nie łączono tego faktu ze spokojnym i starannie ubranym klientem, który powolnym krokiem wracał do samochodu i natychmiast ruszał przed siebie. Przez jakiś czas policja kierowała się w poszukiwaniach określeniem serial killer. Zamierzono już z niego zrezygnować, gdy w lokalnych pociągach łączących miasta, w których ginęły za rogatkami cudzoziemskie prostytutki, odkryto z przestrzelonymi czaszkami, w toaletach, trzy młode kobiety, dojeżdżające rano do pracy. Odżył serial killer. Był nim właśnie Bizon, któremu powinęła się noga; natknął się mianowicie na strażnika kolejowego, wychodząc z toalety, zaczął uciekać i w tunelu wyskoczył z wagonu. Schwytany wreszcie i aresztowany, nie tylko nie usiłował wypierać się zbrodniczej serii, ale dołączył do niej sam jeszcze pięć kobiet, nie prostytutek, znalezionych bez życia blisko nasypów kolejowych w innej dzielnicy Włoch.

Było już prawie widno, odpłynęła burza i ustał deszcz, wyszliśmy zatem z domu, aby rozprostować nogi po całonocnym siedzeniu w fotelach. Dlaczego Bizon siedzi w Schronisku Lunatycznym, a nie w więzieniu po procesie za zamordowanie dwudziestu dwóch kobiet? "Słuszne pytanie - powiedział Werner. - Rzecz w tym, że przyznał się do wszystkich zbrodni, z pewną wręcz gorliwością, ale nie umiał wyjaśnić, czemu zrobił to, co zrobił. Nie umiał, czy nie chciał? Wszystko zdawało się wskazywać, że nie umiał. Był mężczyzną seksualnie normalnym, nie miał żadnych zahamowań czy przeszkód w stosunkach z kobietami, nie wchodziła więc w grę nienawiść do nich albo jakaś forma urazu impotenta. Jedyną jego odpowiedzią było: nie wiem. I zdaniem przesłuchujących ta odpowiedź, powtarzana nieustannie z taką samą spokojną miną, brzmiała prawdziwie. Ale pamiętaj, mój drogi - zakończył Werner - że sądy europejskie przejęły z prawa angielskiego postulat sine qua non w wyrokach skazujących: podsądny musi odróżnić dobro od zła. Jeżeli obrońca przekona ławę przysięgłych, że podsądny nie odróżnia dobra od zła (co jest trudniejsze od powierzchownej włoskiej infermita mentale), Schronisko Lunatyczne zajmuje miejsce więzienia."

Korzystając z bardzo wczesnej pory (Schronisko pogrążone było jeszcze w głębokim śnie) i z własnej przepustki, Werner wprowadził mnie do jednego z "pawilonów niebezpiecznych" po krótkiej rozmowie z uzbrojonymi strażnikami. Był to pawilon męski. Wśród śpiących jeden tylko człowiek siedział bez ruchu przy stole po przeciwnej stronie pawilonu. Rozpoznałem natychmiast Bizona, pamiętając jego rysopis z nocnego opowiadania Wernera. Właściwie nie tyle siedział przy stole, co położył na nim górną część tułowia, głowę oparłszy na wielkich, rozczapierzonych łapach. Drzemał? Z daleka trudno było uznać na pewno, czy tak, czy nie. W każdym razie było w nim coś z posągu obojętności, a może nieobecności, ledwie wydobytego przez rzeźbiarza z kamiennej bryły. "Cierpi na bezsenność," objaśnił Werner.

- Skoro uciekał przed ścigającymi go - powiedziałem zamyślony - miał poczucie popełnionego przestępstwa. Wiedział zatem, co dobre, a co złe.

- Zwierzęta też uciekają instynktownie przed każdym pościgiem - odparł Werner. - Nie znaczy to, że odróżniają dobro od zła. Tak rozumował Trybunał Europejski w Luksemburgu.

Wydało mi się to słuszne, gdy przypomniałem sobie obraz Bizona drzemiącego zapewne w pawilonie. Górną częścią tułowia leżało na stole zmęczone zwierzę.


IX

Odtąd byłem co wieczór dość szczegółowo informowany o życiu trzech "niebezpiecznych pawilonów" w zonie wyłączonej Schroniska. Instynkt dziennikarza, marzącego skrycie o "awansie" do kategorii pisarzy! Werner machnął ręką na swój pierwotny pomysł i notes dziennikarza zamienił na szkicownik, codziennie obficiej wypełniany sylwetkami (nie rysunkowymi, rzecz jasna) mężczyzn i kobiet, którym drogę do kuracji w Schronisku otworzyła zbrodnia. Zbrodnia popełniona, lecz nie odczuwana przez winnych jako wina; i nie uważana przez ich sędziów za świadome wykroczenie przeciw prawu i normom ludzkiego postępowania.

W pawilonie męskim Bizonowi towarzyszyła, nie odstępując go ani na chwilę, eskorta sześciu oskarżonych o różne przestępstwa i skazanych przez Trybunał Europejski w Luksemburgu (od niedawna weszło w zwyczaj wśród adwokatów francuskich, niemieckich, włoskich odwoływać się do europejskiej sprawiedliwości, gdy źle wróżyły procesy sądowe w ich własnych krajach) na przymusowe leczenie psychiatryczne w izolacji Schronisk Lunatycznych. W przybocznej szóstce Bizona dwaj młodzi ludzie "zabawiali się" w zrzucanie dużych kamieni z mostku nad autostradę na przejeżdżające samochody. Mieli na sumieniu jedną zabitą kierowczynię i trzech ciężko rannych pasażerów. Nie wiedzieli, dlaczego to robili, nudzili się po prostu w pobliskim miasteczku. Schronisko więc ocaliło ich od wyroków więziennych w zwykłych sądach, obiecując aplikację nowych sposobów uśmierzania chorobliwej nudy. Czterej pozostali mężczyźni z eskorty Bizona, w wieku około trzydziestu lat, atletyczni i z usposobienia gwałtowni, oskarżeni byli o zbrodnię pedofilii, w różnych okolicznościach i wobec dzieci w różnym wieku; chodziło o dzieci spokrewnione ze złoczyńcami, którzy w tej sytuacji traktowali rzecz jako naturalną, nie dopuszczając nawet myśli o karygodnym uczynku. Zresztą najbliżsi krewni poszkodowanych dzieci skłonni byli wycofać oskarżenie. Także te przewody sądowe skierowane zostały do chłonnego Luksemburga.

Osobny i w pewnym sensie osobliwy problem przedstawiał "niebezpieczny pawilon" kobiecy. Przede wszystkim (zdaniem Wernera) określenie "niebezpieczny" zalatywało przesadą. Na pierwszy rzut oka był przeciwieństwem tego, co nazywamy "niebezpiecznym". Należał do kategorii zwykłych zakładów dla chorych psychicznie, jakie spotyka się wszędzie na prowincji, przeważnie zaniedbanych i prowadzonych niekiedy w sposób kryminalny. Zazwyczaj większość stanowią w nich kobiety, które zachowują się bądź jak nieobecne (na podobieństwo osób dotkniętych chorobą Alzheimera), bądź jak zabłąkane w lesie życia. W praktyce nie leczy się ich w owych zakładach, pozwala im się (z większym czy mniejszym okrucieństwem, na ogół większym) płynąć powoli i nieświadomie do kresu ziemskiej wędrówki.

Określenie "niebezpieczny" podyktowane było w kobiecym pawilonie Schroniska faktem, że monotonię egzystencji "bezczułej" (zwrot lekarski) przerywały co jakiś czas wybuchy szału lub co najmniej agresywności, która nie była wyłącznie (tak sądzono dawniej) atakiem wzmożonej pobudliwości erotycznej.

Znakomita większość kobiet w "niebezpiecznym pawilonie" Schroniska winna zbrodni wobec własnych dzieci: od momentu narodzenia (noworodki wrzucane przez młode niezamężne matki do pojemników na śmieci), poprzez wczesny wiek dziecięcy (dzieci płaczące nieustannie dniem i nocą, przyduszane i duszone w końcu poduszką, jak w słynnej noweli Czechowa Spat' choczetsia), wreszcie dzieci doroślejsze wciągane siłą do rodzinnych gier seksualnych. Uchylenie wyroku skazującego na więzienie w imię łagodzącej okoliczności "niezdolność odróżnienia dobra od zła," i osadzanie winnych kobiet w Schronisku Europejskim, opierało się na przejawach skruchy. Skrucha, powszechna w pawilonie, była biletem wstępu do niego. Szczera? Udawana? Zdaniem europejskich lekarzy, popieranych półoficjalnie przez organy kościelne, szczera. Skąd, wobec tego, napady szału i groźnej agresywności? Lekarze, z pomocą nie ujawnionych doradców kościelnych, używali argumentu, który można zwięźle ująć w sposób następujący: zło będące jedynie nieobecnością dobra, czyli okoliczność utrudniająca niektórym odróżnianie dobra od zła, jest gwałtownie, i stawiając opór, wypychane z najskrytszych zakamarków psychiki (albo duszy). Można zatem leczyć chore kobiety z "niebezpiecznego pawilonu" Schroniska. Perspektywami skutecznej kuracji szczyciła się wiedza medyczna, kultywowana w Zjednoczonej Europie.

Ośrodkiem pawilonu była starsza kobieta, przyrośnięta do fotelowego krzesła obok łóżka. Było nie do uwierzenia, jak ogromny posiada zapas łez. Płakała od rana do nocy, z niewielkimi przerwami. To ona nie wiedziała, co robi, wyrywając w szpitalu z kontaktu przewód, który utrzymywał przy resztkach życia, wśród nieopisanych cierpień, jej dogorywającego męża. Zdawała sobie sprawę, że wykonuje karalny akt eutanazji? Według sądu w rodzinnej Modenie - tak. Według Trybunału w Luksemburgu - nie. Jej okresowe ataki miały na celu ucieczkę z pawilonu i ze Schroniska. Z przejmującym krzykiem obwieszczała, że chce połączyć się ze zmarłym mężem, który ją wciąż wzywa do siebie. Trzeba było nieraz unieruchamiać ją na łóżku. Ale lekarze w Europejskim Schronisku Lunatycznym byli dobrej myśli; w samej rzeczy, dzięki ich metodom leczniczym, ataki miały wyraźną tendencję zniżkową.

Do trzeciego "pawilonu niebezpiecznego" Werner wprowadził mnie na dłużej; pozostawił mnie w nim kwadrans, używszy wybiegu w stosunku do dwóch uzbrojonych wartowników, którzy po północy, na półsennym luzie, grali w karty, za stół mając zwarte mocno kolana. Wolno mi było jedynie rzucić okiem od progu, lecz Werner przyłączył się do gry i stępił czujność wartowników. Wiedziałem już z opowiadań Wernera, że trzeci pawilon przeznaczony był wyłącznie dla narkomanów "ze skłonnościami do samookaleczania się", mój niemiecki towarzysz nie wspomniał jednak o pacjentach obojga płci. Widok pawilonu przyprawił mnie na chwilę o zawrót głowy i brak tchu. Niektóre łóżka zajęte były przez śpiące spokojnie i pogodnie pary, niekiedy w objęciach. W innych spali osobno mężczyźni i osobno kobiety, w wieku nie przekraczającym czterdziestu lat, czasem miotając się jak w delirium i wykrzykując gniewnie jakieś przekleństwa. Na drugim końcu pawilonu znajdował się jakby kojec zbity z długich deszczułek; przez jego otwory można było dostrzec kilka dziecinnych kołysek. Dziecięcą zoną opiekowała się pielęgniarka, drzemiąca w fotelu w kącie. Nie przeszkadzało jej widocznie to, że nieraz w ciągu nocy (w moich oczach jeden tylko raz) pary śpiące we wspólnym łóżku bezceremonialnie przechodziły ze snu w kopulację.

Wieczorem tego dnia Werner usiłował mi wytłumaczyć zasady pawilonu narkotycznego. Opierał się na dwóch kolumnach: dozwolone narkotyki jakoby "lekkie", wydawane za pokwitowaniem w biurze medycznym Schroniska; leczenie metodami pogłębianych związków uczuciowych. Lekarze nie to, że przychylnie patrzyli na swego rodzaju zaślubiny obojga albo jednej płci; robili wszystko, aby do ich doprowadzić. I z zadowoleniem witali narodziny dzieci. "Europejskość" Schroniska Lunatycznego tkwiła w takim "oswojeniu" narkomanii, by życie uczuciowe stopniowo usuwało irracjonalne pokusy lub gesty samookaleczania.

Owoce nie potwierdzały oczekiwań, przeciwnie. Nie mówiąc już o częstych i krwawych wypadkach samookaleczeń, narkomania "regulowana" w myśl "europejskiego ducha leczniczego" mnożyła zachorowania na AIDS. Przed Bożym Narodzeniem (wtajemniczył mnie Werner) Włosi zamierzają zorganizować w Turynie Congresso Europeo sulla Droga.


X

Ciesząc się myślą o nowo planowanej książce i o jej "murowanym" powodzeniu, Werner wygarnął z walizki swoje skromne oszczędności i kupił za nie używanego fiacika. Uniezależniliśmy się od zaproszeń i propozycji naszych zmotoryzowanych przełożonych i kolegów ze Schroniska. Ogarnęło mnie naraz zdumienie wobec faktu, że nikomu z personelu nie przyszło dotąd do głowy, ze zwykłej po prostu ciekawości, przyjrzeć się z bliska wiosce, u której stóp zbudowano europejski ośrodek leczniczy. Jedyny kontakt z Ombroso Toscano ograniczał się do sprzedaży produktów (zwłaszcza wybornego wina) na mostku łączącym wieś ze Schroniskiem. W oznaczonych porach tygodnia ludzie z naszego magazynu spotkali się z wiejskimi sklepikarzami. Transakcja odbywała się błyskawicznie, bez targów i pogawędek.

Tuż przed 10 listopada - pogoda wciąż dopisywała, łagodne były nawet wieczorne powiewy chłodu - sprzedawcy z Ombroso Toscano przynieśli prócz swoich produktów zwinięte w rulon afisze, zapowiadające nazajutrz festyn ludowy w dniu patrona wsi. Festyn miał trwać od porannej mszy w kościółku do północy; obiecywano występy miejscowego chóru i zaproszonej kapeli, fajerwerki, tańce i bezpłatne wino. Dość słone były ceny biletów wstępu.

Plakaty rozlepiono, choć dla Schroniska były bezużyteczne. Tego samego dnia, 10 listopada, zaaranżowany był od dawna, w godzinach popołudniowych, uroczysty obchód "chrztu" zamkniętego (odrutowanego) boiska sportowego między trzema "pawilonami niebezpiecznymi" i na ich wyłączny użytek. Od jakiegoś czasu Schronisko żyło tą śmiałą inicjatywą. Na odrutowanym boisku, strzeżonym oczywiście przez uzbrojonych strażników, wylosowane uprzednio drużyny miały "na próbę" rozegrać dwa mecze: koszykówki i siatkówki. Specjalny delegat z Brukseli, belgijski psycholog Barthou, zastrzegł sobie decyzję, czy słowa "na próbę" zostaną poniechane.

Nuda tej uroczystości, oczywiście z przemówieniami, skłoniła nas do absencji. Za mostkiem na rzece wspięliśmy się naszym charczącym ciężko fiatem do drogi nad wioską, prymitywnej, lecz szerokiej, która łączyła wzgórze nad Ombroso Toscano z jednej strony z którymś ze wzgórz nad Sieną, z drugiej z wysokim grzbietem nad Arezzo. Niezwykłe doprawdy było Ombroso Toscano, wieś zbudowana na stopniach wzgórza pokrytego winnicami, pięknymi i świetnie uprawianymi, a przy tym wystawionego cały okrągły dzień na słońce. Nie dziwiła sława wina Ombroso Toscano, także poza granicami Toskanii. Co natomiast dziwiło i zachwycało, to układ wsi, nie spotykany chyba nigdzie we Włoszech. "Ulice" (jeśli można je tak nazwać) szły kondygnacjami, krótkie, ale wygodne przełazy pozwalały przeskakiwać szybko z niskich kondygnacji na wyższe. Domki były niewielkie, głęboko wkopane ze względu na piwnice. Cała wieś produkowała wino, po obu bokach zbocza, na lewo i na prawo od wsi, ciągnęły się winnice aż do horyzontu niemal. Wśród winnic sterczały murowane komórki z małymi otworami okiennymi; łatwo było odgadnąć, że tam znoszono kosze winnych gron i puszczano w ruch tłoki po winobraniu. Kondygnacyjna wioska posiadała jednak placyk ze sklepami, z jednym barem i jedną restauracją (specialita toscane). Dwa okna nad barem wiązał duży napis Municipio.

Podczas obiadu w jednej restauracji mogliśmy obserwować ostatnie przygotowania do festynu. Właściwie wszystko już było gotowe, pod prowizorycznym dachem brzdąkała kapela, na zielonym płacie łąki rozłożył się damsko-męski chór, kończono zbijanie z desek platformy dla tancerzy. Czynne były na placyku dwie beczki wina, z kranami i przytwierdzonymi na łańcuszkach kubkami.

Po obiedzie Wernera ruszyło sumienie: czy on, delegowany do "pawilonów niebezpiecznych", nie powinien aby uczestniczyć w inauguracji boiska sportowego? Udało mi się uciszyć jego skrupuły, i drogą wijącą się na grzbietach wzgórz pojechaliśmy samochodem na spacer w kierunku Sieny. W listopadzie mdłe słońce za obłokami, ciepełko lekko tylko podszyte przedwieczornym chłodem! Trudno było uwierzyć. Dokładnie o piątej wróciliśmy do Ombroso Toscano. Szarzało, ale na rozbawionym, rozmuzykowanym placyku można było z balkonu Municipio, poprzez esyfloresy fajerwerków, zobaczyć tłumek i drużyny sportowe na boisku. Dziwny zaiste widok ludzi podskakujących w drucianej klatce. Nagle, około szóstej i już po zmierzchu, zakotłowało się w dole i rozległ się dwukrotny wystrzał z pistoletu; a po nim długa seria, która wypłoszyła garstkę widzów. Widzieliśmy pędzący na mostek sznur mężczyzn, z rozpoznawalnym Bizonem na czele. "Bizon i jego eskorta - szepnął Werner - w ogonie pacjenci z pawilonu narkotycznego." Uciekający ostrzeliwali się, mieli więc kilka pistoletów. Ścigający biegli za nim, przed mostkiem jednak zatrzymał ich ogień zaporowy. Sznur zbiegów, z szybkim tupotem nóg, przeprawił się mostkiem przez rzekę i jak posiekany tasakiem rozsypał się w niskich kondygnacjach wsi. Przybysze strzelali teraz do mieszkańców wsi, którzy z festynu sadzili w podskokach w dół. Trzech dosięgnęły strzały. Atakujący strzelali na oślep. W jaki sposób weszli w posiadanie żagwi, które rzucali na przybudowane do domków obory i stajnie, pełne siana? Płachta dymu owinęła wieś i pięła się wzwyż. Podpełzła do drogi, ogniem smagnęła wyższe kondygnacje domów i rozpięła na szczycie wzgórza tak jasny pióropusz, że widziało się zbiegów znikających kolejno na drodze do Sieny. W płomieniach ogarniających Ombroso Toscano mieszkańcy instynktownie przepychali się na placyk. Uwolnione krowy staczały się ku rzece, uwolnione konie parły długimi susami ku grzbietowi wzgórza. Kiedy nareszcie dotarliśmy samochodem do Schroniska, torując sobie pieszo drogę wśród oszalałych pacjentów i pielęgniarzy, z szosy zaczęły zeskakiwać na nasz parking karetki policyjne i sanitarne z Poggibonsi.

Zbyt rozwlekły to opis. W nocy napisałem w moim pokoju skierowaną do dyrekcji prośbę o zwolnienie, po czym spakowałem walizę i o świcie nakłoniłem Wernera, aby mnie swoim fiatem zawiózł do Arezzo. Nadzwyczajne poranne wydanie Corriere Aretino, które czytałem w saloniku Albergo Piero na peryferiach miasta, podsumowywało prowizorycznie: dwóch wartowników i jeden zbieg zastrzeleni w Schronisku, pięć osób zabitych w Ombroso Toscano, wieś zniszczona w czterdziestu (na oko) procentach. "Tragedię spowodował i potem rozpętał - według korespondenta gazety - pacjent o przydomku Bisonte, który między dwiema drucianymi ścianami, okalającymi boisko sportowe, zdołał uwięzić, rozbroić i zastrzelić dwóch wartowników." Ostatnie słowa korespondencji brzmiały: "Trudne chwilowo do oszacowania są straty poniesione przez Europejskie Schronisko Lunatyczne i przez miejscowość Ombroso Toscano, wsławioną produkcją win wyborowych."


XI

Dlaczego, niezachwiany w postanowieniu natychmiastowego wyjazdu ze Schroniska, wybrałem Arezzo i nawet nie pomyślałem o Sienie? Dlaczego, kiedy w bardzo wczesnych godzinach porannych wjechaliśmy na przedmieście, poprosiłem Wernera, by zatrzymał się na Via San Sepolcro przed hotelikiem Albergo Piero, nie zanadto z wyglądu zachęcającym? Dlaczego wreszcie zgodziłem się bez chwili namysłu poczekać dwie godziny w saloniku hotelowym na opróżnienie pokoju przez małżeństwo szwajcarskich turystów? Kierowała mną intuicja, pozornie przejrzysta dla mnie, a przecież w istocie bardzo mglista.

Nazajutrz w południe obudził mnie, śpiącego jeszcze, Werner. Przyniósł Corriere Aretino, z którego dowiedziałem się, że ujęto wszystkich zbiegłych ze Schroniska pacjentów, z wyjątkiem Bizona. Ponieważ pochodził z Genui, w całej Ligurii rozstawiono patrole policyjne. Werner przyjechał z prośbą dyrektorów Baldiniego i Bloomingtona, błagalną prawie, abym wrócił na krótko bodaj do Schroniska Lunatycznego. To prawda, że umowa dawała mi prawo do zwolnienia bez uprzedniej zapowiedzi, lecz muszę jak wszyscy pracownicy stanąć przed Komisją Inwestygacyjną z Brukseli, która następnego dnia rozpocznie od rana przesłuchiwania. Zaraz po moim zeznaniu będę mógł wyjechać ze Schroniska.

Komisja pod przewodnictwem psychologa belgijskiego Barthou, świadka tragedii, wezwała mnie dopiero po południu, łącznie z Wernerem. Posiedzenie odbywało się w pawilonie centralnym Schroniska. Miałem mało do powiedzenia. Co zachęciło mnie do przyjęcia posady "obserwatora-kronikarza"? Ciekawość, czy uda się jakoś uporządkować i zmodernizować, w ramach UE, najbardziej może zaniedbaną dziedzinę lecznictwa w Europie, a kto wie, czy nie na całym świecie. Zdołałem zaspokoić pozytywnie tę ciekawość? O tyle tylko, że w przeciwieństwie do haniebnych, poniżających zakładów we Włoszech, znalazłem w Europejskim Schronisku Lunatycznym życzliwy, opiekuńczy stosunek do chorych oraz wzorowe warunki materialne. Czy według mnie to wystarczyło? Nie, choroba umysłowa, psychiczna bądź nerwowa jest wciąż na mapie medycznej białą plamą z napisem ubi leones; nie wiemy dobrze, na czym polega rozluźniona tożsamość, nie potrafiliśmy przeniknąć sekretów innej rzeczywistości chorych (moimi ustami przemawiał stary Arrigo); łudzimy się, że dostatecznym krokiem naprzód jest troskliwość lekarzy i pielęgniarzy. A co według mnie byłoby realnym krokiem naprzód? Jestem pisarzem, a nie psychiatrą, ale myślę, że wszyscy jesteśmy w większym czy mniejszym stopniu chorzy psychicznie, że nie istnieje w ogóle pełne zdrowie psychiczne, musimy więc szukać wspólnego języka z tymi, którzy się pierwsi załamali, a raczej poddali. Poruszałem kiedykolwiek ten temat piórem? Bardzo przelotnie i z poczuciem własnej ignorancji; zamierzam jednak zrobić to teraz, w ciągu tygodnia pobytu w Arezzo, i przedstawić mój memoriał do użytku Europy Lunatycznej; nie liczę na całkowite zrozumienie, może jednak jakiś odprysk moich wywodów przeniknie do znakomitych umysłów Zjednoczonej Europy.

Barthou (pewnie daleki potomek przedwojennego francuskiego ministra spraw zagranicznych) przyglądał mi się ironicznie, lecz nie bez pewnej sympatii. Uznał część ogólną za wyczerpaną. Przeszedł do konkretów. Byłem świadkiem zajścia (użył tego słowa) na boisku Schroniska Lunatycznego? Nie byłem; ale wolno przyjąć, po wysłuchaniu jednobrzmiących relacji, że boisko miało wadę, która przyczyniła się walnie do tragedii (podkreśliłem to słowo); mianowicie zamiast jednej stalowej siatki między "niebezpiecznymi pawilonami," pilnowanej w kątach przez uzbrojonych wartowników, wzniesiono dwie, zewnętrzną i wewnętrzną; wykorzystał to chory zwany Bizonem; w wąskim przejściu przycisnął wartownika do siatki wewnętrznej, rozbroił go błyskawicznie i równie błyskawicznie zastrzelił wartownika i jego towarzysza. Czy według mnie ktoś ponosi odpowiedzialność za wadliwe urządzenie boiska, a jeśli tak, to kto? Nawet gdybym wiedział, wolałbym na to pytanie nie odpowiadać.

Wieczorem Werner podrzucił mnie do Arezzo. Namówiłem go na kolację w ogródku naprzeciw kościoła Świętego Franciszka. Mówił bez przerwy, z szybkością rozpędzonej maszyny do pisania, zdaje się, że dotarło do niego sporo twierdzeń lub aluzji z mojego "zeznania," bo nie wykluczał, że przyśle mi do Neapolu angielską wersję maszynopisu swojej książki (znam za słabo niemiecki). A ja, również bez przerwy, wpatrywałem się w ciemne mury kościoła Świętego Franciszka. Tak ciemne, że zdawały się pogrążać w wiecznej nocy Legendę Krzyża wygaszoną już wewnątrz kościoła. Nie mogłem oprzeć się myśli, że zrozumiawszy do głębi niektóre aspekty Legendy Krzyża, pojmę "inną rzeczywistość" mojego florentyńskiego przyjaciela Arrigo. A więc dlatego wybrałem Arezzo, a nie Sienę? "Popatrz," zaśmiał się nagle Werner. Kelner postawił na stole butelkę słodkawego Ombroso Toscano.


XII

W ciągu całego mego pobytu we Włoszech czwarty raz trasa, którą od pierwszego razu nazwałem "trasą Piera della Francesca." Najpierw kościół Świętego Franciszka w Arezzo, z jego Legendą Krzyża. Żadne próby częściowego, kilkuminutowego choćby oświetlenia nie rozjaśnią już chyba nigdy tych fresków, które niekiedy wydają się urodzone w mroku, by w mroku trwać do kresu swego istnienia. A szkoda. Bo wytrwałemu jak ja wędrowcowi, gotowemu łączyć godzinami przelotne widzenia w rosnącą wolno całość, odsłania się Piero wciąż bogatszy i wciąż bardziej zagadkowy. Poprzednio, nadto widać pospieszony, nie zdołałem wpatrzyć się jak należy w twarze zaludniające Legendę. Teraz odkrywałem w nich cechę najważniejszą: były świadomie, celowo tak przez Mistrza z San Sepolcro namalowane, by jedynym ich wyrazem było beznamiętne i nieme skupienie. Zasłaniały jak maski życie wewnętrzne figur, jak gdyby rysy nieruchomych twarzy mówiły więcej, niż ukryta w głębi ekspresja postaci. Piero chciał tego, nie mam wątpliwości. Lecz chciał jako artysta poszukujący własnego stylu malarskiego, czy jako człowiek tak postrzegający legendarną przeszłość i żywą teraźniejszość? Swoisty monokreacjonizm ludzkich postaci kazał mu z twarzy robić zasłony wnętrza. Tyle tylko znaczy twarz malowanego, ile mówi sama swoim milczeniem. Kto pragnie sięgnąć głębiej, będzie odepchnięty. Cisza naładowana czymś nieznanym.

Po trzech dniach długich wizyt w kościele Świętego Franciszka pojechałem autobusem do San Sepolcro. Czyż nie do tej samej kategorii należała twarz Zmartwychwstałego, trochę dzika, lecz zamknięta, ze śpiącymi żołnierzami rzymskimi wokół Jego nóg? Co wiecie o mnie, poza tym, że wstałem z martwych po Ukrzyżowaniu? Oto tajemnica, którą zatajają szeroko otwarte, napięte i nieprzeniknione oczy.

"Trasa" nakazywała mi z San Sepolcro jechać możliwie wolno do Monterchi, drogą, którą na starość zwykł był chodzić, prowadzony przez chłopca, ślepy Piero. Jeżeli pod jego opuszczonymi powiekami przesuwały się obrazy, to zawsze te same: milczące twarze ludzkie, nieruchome i martwe w swym pięknie krajobrazy. W Monterchi szepnął chłopcu (który i tak wiedział o tym z nawyku), by go zaprowadził do kapliczki. Stawał bez ruchu na progu, patrzył niewidzącymi oczami na Brzemienną Madonnę, którą namalował był niegdyś z myślą o swojej matce. Nadał jej podobne cechy: krzepkiej chłopki, o zasznurowanych ustach i spokojnym wzroku, która dłonią opartą na biodrze pokazuje, w jakim jest stanie. Cokolwiek malował - życie, śmierć, władzę, cierpienie - Piero ożywiał na swój genialny sposób bezosobowość i bezprzedmiotowość świata odgrodzonego, wyłączonego; świata wizji niesionej nie do ludzi, lecz obok ludzi. Jeden ze znawców jego sztuki napisał słusznie: "Biczowanie Piera w Urbino pozostanie na zawsze jednym z najbardziej nie poddających się interpretacji obrazów świata. Oglądamy je przez cienką szybkę lodu, przykuci, zafascynowani i bezradni jak we śnie." Zapomniał dodać: "To my śnimy patrząc na obrazy Piera, on nie śnił nigdy malując je."

W Albergo Piero w Arezzo, gotów już do powrotu do Neapolu nocnym pociągiem, pisałem wieczorem w pośpiechu obiecany memoriał. Był paradoksalny, może wręcz szalony. Monokreacyjną ekspresję ludzkich postaci u Piera zestawiałem z monopsychiczną izolacją "lunatyków," których jednokierunkowe uczucia i jednowymiarowe myśli posiadają tendencję stopniowego zamykania się przed światem i przed innymi. Potrafimy (potraficie, skoro memoriał adresowany był do Komisji Psychiatrycznej UE), patrząc na nich przez cienką lodową szybkę Piera, wytrącić ich ze snu w innej, niedosiężnej dla nas, rzeczywistości? Potraficie przełamać kleszcze ich męki wygnania lub samowygnania? Powiedzie wam się operacja przebudzenia ich i przewrócenia do życia w świecie wieloznacznym i wielorakim? Oby udało wam się kiedyś to, co dotąd nie udawało się nigdy nikomu. Wierzę w nadejście takiego dnia? To inna sprawa. Naszą jest ludzką rzeczą pragnąć go i oczekiwać.





XIII

W Nowy Rok zatelefonował do mnie z życzeniami Werner z Berlina, z redakcji gazety, w której właśnie zaczął pracować. "Zastałem tu na biurku depeszę agencyjną. Chcę ci ją przeczytać. Bruksela, 31 grudnia 1997. UE zapowiada odbudowę, na swój koszt, toskańskiej wsi Ombroso Toscano. Schronisko Lunatyczne zostanie zamknięte, ale pierwotna inwestycja ośrodka będzie wykorzystana przez zaprojektowany ostatnio w Brukseli szeroki Kurs Bankowości Europejskiej w przededniu wprowadzenia wspólnej waluty."


Gustaw Herling-Grudziński
Lipiec-sierpień 1998

(Pierwodruk w dodatku do Rzeczpospolitej "Plus Minus", 24 października 1998)








Copyright © 1997-2007 Zwoje