
Moi sycylijscy przyjaciele z opowiesci Zielona kopula przyspieszyli zapowiedziana wizyte w Neapolu na 25 sierpnia. Zaraz po ich wyjezdzie, 2 wrzesnia 1997, kurierem specjalnym przyszedl spory pakiet z nadrukami na kopercie i na papierze listowym (reszte stanowily kolorowe prospekty fotograficzne). Nadruki byly dwujezyczne: u gory: European Union, Unione Europea; nizej European Lunatic Shelter, Rifugio Europeo Malattie Mentali.
Rzecz nie byla dla mnie zupelna nowoscia. Jakies dwa lata temu przeczytalem w ysokonakladowym tygodniku ilustrowanym, ze na wzor Uniwersytetu Europejskiego w Florencji i Europejskiej Akademii Sztuk Pieknych w Sienie rozpoczeto budowe Europejskiego Schroniska Lunatycznego (pozostane przy spolszczonej nazwie angielskiej) miedzy Florencja, Siena i Arezzo, w poblizu miniaturowej wioski Ombroso Toscano (polozonej na zboczu, w centrum szerokiego i dlugiego pasma winnic, liczacej okolo czterystu mieszkancow i produkujacej wyborowe wino "cieniste" o tej nazwie). Artykul czy raczej reportaz ozdobiony byl fotografiami polozenia kamienia wegielnego i poswiecenia go przez arcybiskupa sienenskiego, prowizorycznych fundamentow dwunastu niewielkich pawilonow i duzego budynku centralnego, wreszcie zdjeciem zbiorowym dyrekcji i personelu (z ciekawosci naliczylem czterdziesci osob, mezczyzn i kobiet). Z dosc sumarycznego tekstu w tygodniku mozna sie bylo dowiedziec, ze impreze finansuje, oraz gwarantuje jej egzystencje, Bruksela. Otwarcie zapowiadano na 15 wrzesnia 1997, z udzialem dostojnikow Jednoczonej Europy. Przyjeto nazwe dwujezyczna: angielska z uwagi na stopien rozpowszechnienia jezyka; wloska ze wzgledu na gospodarzy.
To zachowalem w pamieci po przeczytaniu w roku 1996 artykulu czy reportazu w tygodniku ilustrowanym. Otrzymany 2 wrzesnia 1997 list, obszerny, datowany 1 wrzesnia, miejscami i przesadnie drobiazgowy, podpisany byl przez dyrektora Schroniska, profesora Gaspare Baldiniego z Uniwersytetu Sienenskiego, kontrasygnowany przez nieformalnego "komisarza europejskiego," doktora (of mental diseases) Raymonda Bloomingtona z Uniwersytetu w Glasgow. Schronisko, okreslone w liscie jako "pionierskie i eksperymentalne," stawialo sobie za cel polaczenie wszystkich europejskich doswiadczen leczniczych i skierowanie ich w lozysko kuracji jednolitej "pod znakiem wspolnoty Europejskiej."
Autorzy nie skapili detali, nie wiedzac jeszcze, czy przyjme skierowana pod koniec listu oferte.
Liczba pacjentow roznych narodowosci (nalezacych do Unii) nie powinna przekraczac stu osob. Przewidywane sa cztery przemieszane narodowosciowo grupy leczonych (zaleznie od stopnia zaburzen umyslowych i nerwowych), kazda w trzech pawilonach, kazda obslugiwana przez dwoch lekarzy-specjalistow i piecioosobowy zespol pielegniarski. Zamierza sie stosowac metode maksymalnej swobody pacjentow ("jak gdyby nie byli w ogole chorzy"). Budynek centralny, najwiekszy w calym zakladzie, przeznaczony jest dla dyrekcji, lekarzy i sekretariatu, w odgrodzonym skrzydle mieszcza sie laboratoria, ambulatoria i sale operacyjne. Trzy male apartamenty na pietrze budynku centralnego maja zamieszkiwac zaproszeni "rezydenci." Na pietrze tez znajduje sie jadalnia dla wszystkich mieszkancow budynku centralnego. Pawilony pacjentow podzielono wedlug plci; osobne dobudowki zajmuja w nich pielegniarki i pielegniarze. Jeden wiekszy nieco pawilon na uboczu, nad rzeka plynaca miedzy wioska Ombroso Toscano i Schroniskiem, zajety jest przez kuchnie z obsluga, magazyn i pralnie z obsluga.
List skierowany byl do mnie jako jednego z upatrzonych "rezydentow." Te stanowiska postanowiono zaproponowac pisarzom na rok (nieprzedluzalny), z tym, ze kazdy "rezydent" mial prawo, jesli zechce, poprosic wczesniej o zwolnienie. "Rezydentowi" przysluguje apartament, wikt i opierunek oraz wynagrodzenie miesieczne w wysokosci dwoch tysiecy dolarow (chwilowo; w przyszlosci dolary zastapi wspolna moneta europejska). "Rezydent"-pisarz ma byc przede wszystkim obserwatorem i kronikarzem "nowego eksperymentu europejskiego," ale oczekuje sie od niego takze periodycznych spotkan i rozmow z pacjentami. "Rezydentow" przewiduje sie trzech, kazdy musi znac biegle dwa jezyki obce jezyki. Pisarz niemiecki, pisarka wloska, ja - pisarz polski zakorzeniony we Wloszech (i bardzo pozadany, zwazywszy perspektywe rozszerzenia Unii na Wschod). Poniewaz do Schroniska przywieziono juz piecdziesieciu pacjentow, ktorzy umozliwili sprawdzenie funkcjonalnosci jego dzialania, zapadla decyzja pelnego uruchomienia zakladu 15 wrzesnia. Dodajmy, ze wielonarodowy jest personel lekarski i pielegniarski. Wylacznie wloska natomiast jest obsluga kuchni, magazynu i pralni.
Jezeli adresat przyjmie propozycje, proszony jest o zatelefonowanie do sekretariatu w nastepujacych godzinach (nalezy zwrocic sie do pani Manueli Mundoz). Oraz o wskazanie dnia i godziny przyjazdu do Florencji, gdzie przed dworcem oczekiwac bedzie samochod Schroniska. Podpisani pod listem lacza wyrazy szacunku i pozwalaja sobie oczekiwac z nadzieja pozytywnej odpowiedzi. Postscriptum. W kazda niedziele wszyscy zatrudnieni moga na zmiane i wedlug wlasnego wyboru korzystac z calodziennych wyjazdow minibusami Schroniska do Florencji, Sieny i Arezzo.
Namyslalem sie caly tydzien, to bralo gore "za," to "przeciw." Przeciw byla rozlaka z rodzina, jak rowniez delikatna sytuacja zwiazana z moim wiekiem i z moimi dolegliwosciami, wymagajacymi znacznej ostroznosci w rutynie zycia codziennego. Za przemawialy dwa czynniki, ktore zaskoczyly mnie swoja sila. Po pierwsze, od wielu lat interesowalem sie stanem obledu, choroby umyslowej albo nerwowej, majac na ten temat poglady dosc dalekie od konwencjonalnych; dzieki uprzejmosci znajomych lekarzy ogladalem po wielekroc dziesiatki wideokaset z zycia za murami gorszych czy lepszych szpitali dla oblakanych. Po drugie, pare dni przed otrzymaniem listu z oferta przeczytalem, a wlasciwie pochlonalem, powiesc pisarza anglo-amerykanskiego Patricka McGratha Asylum, ktorej akcja, scislej: lwia czesc akcji, toczy sie w prowincjonalnym angielskim mental hospital. Niezwykla ta powiesc zaabsorbowala mnie nie dlatego, ze nie znany mi dotad autor potrafil tak sugestywnie opisac historie "chorej milosci" zony lekarza szpitalnego i pacjenta-rzezbiarza izolowanego na mocy wyroku sadowego za bestialskie zamordowanie wlasnej zony. McGrath przykul mnie do swojej powiesci nie dzieki temu niesamowitemu romansowi, ale atmosfera Lunatic Asylum zblizona do moich czysto intuicyjnych (bo nie opartych przeciez na solidnej znajomosci przedmiotu) refleksji na temat pasa granicznego miedzy choroba psychiczna i zdrowiem psychicznym.

Rzecz jasna, organizujac europejski Lunatic Shelter, chciano uniknac normalnego zwrotu Lunatic Asylum, ktory zazwyczaj oznacza po prostu Dom Wariatow. Chciano inna, troche nawet poetycka nazwa Schronisko, podkrealic nowe europejskie podejscie do obledu, odebrac mu choc roche aure dramatycznosci, albo co najmniej zneutralizowac go w stopniu, ktory pozwala powiedziec: "Taka sama choroba jak kazda inna."
10 wrzesnia zdecydowalem. Zapowiedzialem telefonicznie przyjazd do Florencji 14 wrzesnia w samo poludnie.
Poprosilem szofera, zeby pojechal na znany nam obu parking, zjadl obiad i poczekal na mnie do trzeciej.
O w pol do drugiej bylem zaproszony na obiad przez mojego przyjaciela Arrigo, psychiatre neapolitanskiego rodem z Florencji. Starosc (blisko dziewiecdziesiat lat) spedzal samotnie w starym domu rodzinnym, na wozku inwalidzkim pod opieka guwernantki. Mieszkal obok kaplicy Santa Maria del Carmine.
Poznalem go pod koniec lat piecdziesiatych, pracowal wtedy w Szpitalu Srodziemnomorskim, wieczorami przyjmowal w gabinecie prywatnym na Vomero. Wkrotce po moim osiedleniu sie w Neapolu przezywalem okres - na szczescie krotki - zalamania nerwowego. I w sekrecie przed rodzina jezdzilem czesto na Vomero; po pierwszych wizytach wywiazala sie przyjazn. Arrigo wtajemniczyl mnie w niektore zagadki swojej wiedzy psychiatrycznej. Byl wyznawca teorii "rozluznionej tozsamosci." Moj przypadek, stosunkowo lagodny, nie nastreczal zbytnich trudnosci; wystarczala nam seria rozmow, by moje przeszczepienie do Neapolu obrodzilo owocami stopniowej adaptacji. Ale przy okazji naszych rozmow, ktore coraz mniej dotyczyly mnie, uslyszalem o "rozluznieniu chronicznym," groznym i niekiedy nieodwracalnym, oddalajacym chorego krok po kroku od tzw. rzeczywistosci, wtracajacym go w koncu w inny wymiar, forme obledu podobna nie tyle do "rozluznienia" co do "zerwania." Arrigo poslugiwal sie tzw. rzeczywistoscia, byl bowiem przekonany, ze nie ma jednej "rzeczywistosci," sa rozne. Wedlug niego prawdziwe wnikniecie w stan chorego psychicznie i nerwowo wymaga nieustannego liczenia sie z tym faktem.
Przyszedlem za wczesnie na placyk przed Santa Maria del Carmine, postanowilem wiec posiedziec trzy kwadranse w kaplicy. "Odkrylem" ja w roku 1975, zanotowawszy w dzienniku: u Massacia "Wizerunek" zostal zastapiony przez "Postac." I to Postac enigmatyczna, zanurzona w mroku, podniszczona i przezarta kurzem. Teraz przyszlo mi na mysl, ze tak mozna by malowac ludzi chorych psychicznie. Po czym, nie wiadomo dlaczego, przypomnial mi sie Chrystus ze slynnego Ukrzyzowania Masaccia: glowa Chrystusa wyrasta wprost z torsu, jakby przetracono mu kregoslup przed przybiciem do krzyza. Moze kojarzylo mi sie z czyms Przetracenie, prog Meki?
Arrigo czekal na mnie, pochylilem sie nad wozkiem, aby go dlugo i mocno usciskac. Byl pogodny i, jak zawsze, skory do dowcipkowania. Usmiechal sie ironicznie, kiedy opowiadalem mu o Europejskim Schronisku Lunatycznym. "Europa Lunatyczna - powiedzial - nie da sie nigdy zjednoczyc. Albo zjednoczona sila, zapadnie sie jeszcze glebiej." Moje sprzeciwy obracal w zart, ale nie dodal juz ani slowa do tych dwoch zdan.
Nie zawsze czuje sie wyraznie powolne chylenie sie dojrzalego i goracego jeszcze lata w strone jesieni. A gdy sie czuje - jak bylo po wyjezdzie z Florencji - powstaje goraco-chlodnawy suflet powietrzny, przyjemny, kolyszacy w drodze do snu. Ale zarazem, dziwnym sposobem, zaostrzajacy spojrzenie. Cyprysy sa na ogol drzewami cmentarnymi, wpisanymi melancholijnie w horyzont; tu i teraz zachwycaly zywa swiezoscia, klujac natarczywie niebo. Tylko lagodne wzgorza umbryjskie sa rownie harmonijne jak toskanskie. Ich zielen zaciagala sie juz delikatnymi, zoltawymi plamami. Jedynym martwym skladnikiem pejzazu byly wyschniete strumienie na przydroznych lakach.
Jadac wolno (na moja prosbe), dobilismy do Schroniska przed piata, w porze zarozowionego slonca. Z szosy polna, lecz dosc szeroka i ubita droga zjezdzalo sie na spory parking, zapelniony juz samochodami o roznych tabliczkach, przewaznie zagranicznych. Stamtad zeskakiwalo sie w dol do miski, czesci dawnej doliny, z wiazka sciezek do pawilonow i jedyna droga do budynku centralnego. Bardzo pieknie, za rzeczka, ukladalo sie dlugie zbocze gory z zielonym pasem winnic i pstrokata plama Ombroso Toscano. Palono juz po winobraniu suche chwasty, biale rowne slupy dymu drzaly delikatnie w powietrzu.
Zatrzymalem sie na chwile w dyrekcji, aby przywitac sie z profesorami Baldinim i Bloomingtonem. Wczesna kolacja byla o siodmej, w cudownych chwilach tramonto, przy stole kolacyjnym mialem poznac wolnych tego dnia lekarzy, bylo zatem dosc czasu na prysznic i zmiane przepoconego ubrania.
Podczas kolacji rozmawiano po angielsku, w jedynym jezyku, ktory obecnie laczyl wyksztalcona Europe, jak francuski w przeszlosci. Wrazenie bylo osobliwe, jako ze wszyscy wladali nim z absolutna dezynwoltura, co powodowalo zatory slowne i pytania kierowane do sasiadow. Nie lubie tego, co Anglicy nazywaja shop-talk, sluchalem wiec z roztargnieniem, jeszcze niedostatecznie zaciekawiony. Po kawie wstalem pod pretekstem zmeczenia; przypomniano mi, ze inauguracja odbedzie sie nazajutrz o jedenastej.
Nie poszedlem jednak do siebie. Ciagnal mnie obchod Schroniska. W pawilonach bylo gwarno, w kazdym siedziano przy podluznym stole jadalnym. Trzy pawilony uderzaly cisza, martwa cisza. Dowiedzialem sie od straznika, ze byly to pawilony "niebezpieczne," stad straznicy na zewnatrz procz pielegniarzy i pielegniarek wewnatrz. Poszedlem w przeciwnym kierunku, do ciemnej sciany, ktora byl gesty zagajnik. Na skraju, wsrod drzew, staly cztery puste pawilony, nie wspomniane w liscie do mnie. Byly to, jak informowaly tabliczki obok drzwi wejsciowych, domy modlitwy: chrzescijanski, muzulmanski i zydowski (w sobote i niedziele rano przyjezdzali duchowni z Florencji). W czwartym pawilonie, w pewnej odleglosci, ale tez wsrod drzew, palily sie swiatla. Uchylilem drzwi wejsciowe i przy stolach zobaczylem kilka osob pochylonych nad ksiazkami i gazetami. Spotkania "rezydentow" z pacjentami planowano przypuszczalnie w tej czytelni.
Przeslizgne sie szybko kolo inauguracji nazajutrz, bo bylo w niej cos groteskowego. Holenderska uczona, Kierowniczka Komisji Spolecznej w UE, zamiast powiedziec pare cieplych slow powitania do chorych umyslowo zebranych na placyku, rozwodzila sie zawile pol godziny na temat wagi Zjednoczenia Europy. Szczesliwie dostojnicy kilku wyznan, zaproszeni na uroczystosc, ograniczyli sie do krotkich blogoslawienstw.
Po obiedzie odwolal mnie na strone profesor Baldini. "Pisarz niemiecki Werner Lichstein i pisarka wloska Paola Cetriolo przyjada jutro rano. Byloby dobrze, gdyby cala trojka "rezydentow" razem poznawala nasze Schronisko. Za godzine jade samochodem do Sieny, mam dwa wyklady na Uniwersytecie. Jezeli pan lubi Siene, zapraszam do mojego samochodu. Wrocimy do schroniska na kolacje."
Zgodzilem sie z radoscia. Po drodze rozmawialismy o parze "rezydentow," oczekiwanych jutro. Wernera Lichsteina spotkalem w Berlinie; uwazano go slusznie w Niemczech za wytrawnego reportera, wydal mi sie inteligentny i spostrzegawczy; bardzo rozsadnie opowiadal o swoich podrozach do Polski. Z Paola Cetriolo zetknalem sie przelotnie w Piemoncie i przerzucilem jedna z jej powiesci. Brzydka, w okresie przekwitania (tego nie powiedzialem Profesorowi), miala nieznosna maniere seksualnego wyzywania sie za posrednictwa piora; ale krytycy wloscy chwalili ja, pewnie ze strachu, bo nie dosc zachwyconych zwykla nachodzic i niewybrednie besztac.
W Sienie znalazlem sobie miejsce na Campo, oparty wygodnie o obrzeze fontanny, przymknalem oczy i powoli zapadalem w dormiveglia, w plytka drzemke, z ktorej szybko nastepuje przebudzenie. Wspomnialem wczesniej o wideokasetach ze szpitali psychiatrycznych na poludniu Wloch, wypozyczanych mi przez znajomych lekarzy. Byly to kasety bardzo specjalne, dotyczyly wylacznie wykrytych sytuacji skandalicznych, fotografowanych z koniecznosci przez dziennikarzy telewizyjnych.
Trudno jest mowic, a tym bardziej pisac, o obrazach ludzkiego ponizenia i przesladowania z dala od naszych oczu. Chodzilo glownie o chorych calkowicie lub prawie calkowicie osieroconych, czyli pozbawionych mozliwosci suplik i prosb o interwencje. Wszystko odbywalo sie, za pieniadze rzadowe, w ladnych czesto budynkach willowych w malych miejscowosciach, w willach ocienionych drzewami, dzikim winem i bluszczem. Okresowe inspekcje rzadowe byly zarzadcom zakladow znane z gory i pozwalaly im przestroic odpowiednio koszmarna rzeczywistosc. Naturalnie poslugiwano sie wobec inspektorow korupcja i naturalnie pacjenci nie osmielali sie skarzyc w obawie przed represjami potem. Snujace sie blednie figury starszych lub starszawych przewaznie kobiet i mezczyzn, niekiedy nagie, to lamentujace, to rozchichotane, poza miejscem i czasem. Niesfornych bito, albo przywiazywano lancuchami do poreczy lozek. Brudni pacjenci, brudne otoczenie, uryna przelewajaca sie z nocnikow, kawalki ekskrementow na podlodze. Czasem, choc rzadko, zauwazalo sie, zwlaszcza u nagich czy polnagich, szczatkowe odruch erotyczne. Dyzurny lekarz bral pensje za darmo, nie wychodzil w ogole ze swego gabinetu, pielegniarze (atletyczni) zjawiali sie tylko, gdy nalezalo karac. Dwa dzienne posilki byly wybuchem zachlannosci i zarlocznosci, po prostu dlatego, ze pacjentow wlasciwie glodzono. Padrona, z reguly niemloda juz dama, wyladowala bez przeszkod swoje popedy katowskie. W wiekszosci wypadkow jej kochankiem byl "porzadkowy."
Co laczylo te obrazy, co sie w nich stale powtarzalo? Dla mnie byl to swoisty Totentanz, taniec umarlych za zycia. Umarlych, bo ich ruchy, nawet w tanecznym blakaniu sie bez celu, zmierzaly zawsze do dlugich pauz martwego bezruchu; za zycia, bo uparte wpatrywania sie w twarze pozwalalo dostrzegac pod blada skora drgnienia czegos zywego, lecz bardzo odleglego. Chodzilo wlasnie o zjawiska, opisane przez mojego przyjaciela Arrigo? O "rozluznienie" zmierzajace wraz z postepami choroby do "zerwania" i do zanurzenia sie w innej "rzeczywistosci," innej niz nasza tzw. rzeczywistosc? Pewnie tak, lecz mnie najbardziej intrygowal wyraz otwartych szeroko oczu u pacjentow, zdolnych do siedzenia godzinami na tym samym miejscu, jak w ataku tezca. Chcialoby sie powiedziec: zdawali sie widziec niewidzialne, bedac w stanie bardziej sekretnej wizji, niz obledu.
Wielokrotne ogladanie kaset sprowadzalo sie w moim wypadku do uczucia, ze grupa chorych, zachowujaca sie tak roznie - to w bezruchu, to w naglym biegu korytarzem miedzy lozkami, to w tanecznym plasie z rekami w gestykulacji uzywanej przez niemych - przecinala wciaz jakies granice w poplatanej sieci istnienia; granice nieczytelne dla nas, zrozumiale i oczywiste dla nich. Slowem, widzialem w kasetach nie tyle oblakanych, co obcych poslugujacych sie wlasna, niepojeta dla nas mowa. Jezyk, jezyka, o wszystkim decydowal jezyk. Rzecz jasna, ulegalem fali amatorszczyzny, bylem przez nia emocjonalnie zalany, czujac jednak, ze nie wszystko, co myslalem, trafialo obok. Przyciaga nas, dyletantow, tajemnica choroby umyslowej. Pisarze czesto usilowali wyprawiac sie na egzotyczne dla nich tereny, niezbyt przekonani, ze tylko lekarze maja o nich cos sensownego do powiedzenia. Wlasciwie Arrigo, swego rodzaju unikat, wolal rozmowy ze mna od rozmow z kolegami-lekarzami.
Profesora Baldiniego przetrzymano dluzej na Uniwersytecie, totez wyruszylismy w droge powrotna pozno, juz w ciemnosciach. Jedwabisty wieczor toskanski, mrok dokola, po bokach szosy, jasno w gorze, w kregu ksiezycowej lampy, w gwiazdzistej rozpylicy przerzedzonej u progu jesieni.
W trojke wyruszylismy na obchod Schroniska. Po godzinie Paola ulotnila sie pod blahym pretekstem. Niebawem stalo sie jasne, ze przyjela role "rezydenta" w zlej wierze, postanowila po prostu na koszt Schroniska zafundowac sobie wygodny i dobrze platny urlop, dopoki to okaze sie znosne dla dyrekcji. Od wczesnego rana slychac bylo za sciana jej apartamentu stukot maszyny do pisania. Bez zenady zjawiala sie tylko na posilkach w jadalni, jadla pospiesznie i w absolutnym milczeniu, po czym znikala z mruknieciem: a presto. Ucieszyla mnie ta okolicznosc, jako ze od pierwszej chwili poczulem antypatie do wloskiej grafomanki (wedlug mnie). Natomiast od pierwszej tez chwili polubilem niemieckiego reportera.
Werner zabral sie sumiennie do rzeczy, nie ukrywajac przede mna, ze planuje ksiazke o pierwszej tego rodzaju instytucji powolanej przez Unie Europejska. Ja zas chcialem wylacznie wniknac glebiej w zjawisko obledu, byc moze (choc nie na pewno) z jakimis mglistymi chwilowo intencjami pisarskimi na przyszlosc. Zamieralem jednak, rownoczesnie, wywiazywac sie uczciwie z obowiazkow wobec Schroniska, czyli pisywac co pewien czas raporty "rezydenta" i uczestniczyc w spotkaniach z pacjentami (jezeli znajda sie chetni).
Mielismy prawo wstepu do wszystkich pawilonow, z wyjatkiem trzech nieco na uboczu (dwoch meskich, jednego kobiecego), ktore procz zwyklej opieki pielegniarskiej mialy ochrone straznikow; uchodzily za "niebezpieczne," odsylano do nich na mocy wyroku sadowego ciezkich przestepcow ze wspolna europejska formula "zbrodnia popelniona przy zaniku lub zacmieniu wladz umyslowych, oraz w braku rozeznania dobra i zla." Do tych trzech pawilonow nie wolno nam bylo wchodzic. W pozostalych musielismy unikac godzin wizyt lekarskich i zabiegow, w poludnie i godzine przed kolacja. Wolno nam bylo przepytywac zespol pielegniarski i nawiazywac rozmowy z pacjentami, ale bez zadnego nacisku indagacyjnego. Procz tego w budynku centralnym moglismy, w razie potrzeby, zwracac sie z prosba o wyjasnienie do lekarzy.
Schronisko Lunatyczne, jak wspomnialem na poczatku, kladlo nacisk na "nowe europejskie podejscie do obledu" ("taka sama choroba jak kazda inna"), co otwieralo drzwi "bezpiecznych" pawilonow dla pacjentow: wolno im bylo wychodzic na teren zakladu, spacerowac miedzy pawilonami, przesiadywac na skwerku wyposazonym w lawki, lezaki i hamaki (to byl ow placyk, na ktorym przemawiala holenderska uczona na inauguracji), bez zadnego nadzoru, nawet w postaci "czujnego oka z daleka," ze strony pielegniarzy i pielegniarek. Celem bylo, rzecz prosta, umocnienie w pacjentach szczatkowego chocby poczucia wolnosci. Ale - o dziwo! - tylko nieliczni wychodzili z pawilonow i to dosc rzadko. Jak gdyby wiekszosc czula sie lepiej i bezpieczniej w klauzurze, zreszta wygodnej, wzorowo urzadzonej, niemal komfortowej. I dla Wernera, i dla mnie bylo w tym cos znaczacego, zwlaszcza ze nieliczni wychodzacy cierpieli nie tyle na zaburzenia umyslowe, co na forme glebokiej melancholii i (jesli mozna to tak nazwac) chronicznego milczenia. Wszelkie nasze proby nawiazania kontaktu z "melancholikami" i "milczkami" spotykaly sie z odmowa, ale odmowa tak inteligentnie odmalowana w oczach - niekiedy z towarzyszacym delikatnym usmiechem - ze rzecz wykraczala poza obreb zakladu specjalnego i laczyla sie z podobnymi cechami osob najzupelniej normalnych i zdrowych. Widocznie istnialo w tych ludziach cos niezauwazalnego dla takich jak my dyletantow, a uchwytnego, czytelnego bez trudu, dla lekarzy. Przekonalismy sie o tym na przykladzie mlodego Francuza imieniem Guy. O nim jednak pozniej.
Dosc szybko uprzytomnilem sobie, ze pacjenci ogladani w wideokasetach ze szpitali dla umyslowo chorych na poludniu Wloch roznili sie od pacjentow w naszym Schronisku jedynie gleboka degradacja fizyczna i rozmaitymi formami opresji stosowanej przez zarzadcow, nie zas wrodzonymi czy nabytymi skazami psychicznymi. Dwie byly glowne skazy i tu, i tam: wyobcowanie ze swiata (z tzw. rzeczywistosci, jakby powiedzial Arrigo) i utrata tozsamosci. Siedzac przy stole w przecietnym pawilonie (bardziej wsrod kobiet, niz wsrod mezczyzn) obserwowalo sie w zachowaniu pacjentow, w ich gestach i mimice, ostry stan alienacji jako choroby, a nie jako zjawiska badanego przez filozofow. Alienacja jako choroba wystepowala w postaci nieobecnosci psychicznej (znowu jednak, pamietajac poglad mojego przyjaciela z Florencji, dopuszczalna byla hipoteza obecnosci "gdzie indziej"); tak czy owak, zerwany byl elementarny kontakt ze "zdrowymi") nasunal mi sie odruchowo ten cudzyslow doktora Arrigo). Leczenie, poza zabiegami medycznymi, polegalo zatem na cierpliwym przezwyciezaniu dystansu. Czasami udawalo sie to w minimalnym stopniu, a scislej: takie robilo wrazenie. Ozywiala sie lekko twarz pacjenta, zdawal sie szukac punktu zaczepienia i (po omacku) slow. Nawet jesli wysilek trwal krotko, witany byl radosnym usmiechem lekarza.
Kryzys tozsamosci siegal glebiej i zdawal sie nieuleczalny. Wystepowal na twarzach pacjentow w sposob wstrzasajacy (dla mnie przynajmniej, lekarze i pielegniarze naturalnie reagowali spokojnie, z odcieniem przyzwyczajenia). Wyobrazmy sobie wyraz zagubienia u samotnej osoby kolujacej w lesie; i podgladanej, bez swiadomosci tego, ze jest sledzona. Oczy biegaja blednie, wargi bez przerwy ukladaja sie do krzyku o pomoc. Lecz ten krzyk nie rozlega sie nigdy, jest jakby trzymany na uwiezi przez poczucie absolutnej niemocy. Niekiedy, przebudziwszy sie w nocy, przez dwie-trzy minuty grzebiemy sie w ciemnosciach, nie wiedzac, gdzie i kim jestesmy. Te dwie-trzy minuty nalezy, u dotknietych zachwianiem tozsamosci, przelozyc na dnie, tygodnie, miesiace, lata.
Czy tylko gorliwosc swiezego "rezydenta" podyktowala mi krotka refleksje na pismie pod adresem "komisarza europejskiego", profesora Bloomingtona? Nie sadze. Bylem naprawde uderzony negatywnie tym, co stanowilo tytul do dumy dla rzecznikow "europejskiej metody" leczenia chorob umyslowych i psychicznych: idzie o obalenie przegrod jezykowych. W pawilonie kobiecym przygladalem sie uwaznie dwom sasiadkom; towarzyszaca mi pielegniarka wyjasnila, ze chodzi o Belgijke i Hiszpanke. Bylem przekonany, i napisalem to w mojej refleksji dla "komisarza europejskiego," ze do wszystkich widocznych golym okiem, i opisanych juz przeze mnie, znakow na twarzach pacjentek dolaczyl sie cien desperacji.
Bloomington podziekowal mi grzecznie w paru slowach za moja refleksje, troche tonem profesora, robiacego studentowi delikatna wymowke za blad powierzchownosci.
Stalo sie to, co sie stac musialo, wczesniej nawet, niz moglem byl przypuszczac. Po miesiacu Paola otrzymala list od dyrekcji, uprzejmy ale stanowczy: najwidoczniej pani, jako slawna pisarka, nie czuje sie zbyt dobrze w roli "rezydentki" naszego Schroniska. Z ta chwila rozwiazujemy nasza umowe etc. etc.
"Slawna pisarka" pojechala samochodem do Florencji, trzymajac kurczowo w prawej rece teczke wypchana manuskryptami. Nie mogla sie uskarzac na skapa wydajnosc tworcza.
W pare miesiecy pozniej, juz po tragedii, jaka rozegrala sie w Schronisku, turynski kwartalnik literacki przyniosl jeden rozdzial nowej powiesci Paoli. Oczywiscie ociekajacy wulgarnym erotyzmem. Ale jedno trzeba "slawnej pisarce" przyznac: w intrydze milosnej opisywanego Schroniska Lunatycznego glowna role odgrywal pacjent francuski Guy Serkin, ktorego ledwie zauwazyla w pierwszym i jedynym obchodzie zakladu. Trudno sie jednak temu dziwic w wypadku kobiety szpetnej, ale wrazliwej (moze wlasnie dlatego) na wdzieki meskie.
Guy byl mezczyzna wysokim i bardzo przystojnym, o pieknej i zawsze zamyslonej twarzy, wysportowanym, zdawaloby sie, choc z racji swej choroby nie uprawial sportow. Chyba ze za sport uznamy jego manie perypatetyczna, dzielona zreszta z pozostalymi pacjentami pawilonu meskiego. Ta cecha odrozniala pacjentow od pacjentek. Jakby gnani jakims nieodpartym impulsem, chodzili ustawicznie korytarzem w pawilonie, a opuszczali pawilon glownie po to, zeby kontynuowac swoje krazenie na swiezym powietrzu. Jakby perypatetyczny impuls byl nieodzownym skladnikiem ich choroby, obok melancholii i milczenia. W pawilonach kobiecych rzadko widywalo sie cos podobnego, a jesli, to w szybkim nerwowym odruchu poderwania sie z lozka i prawie biegu do przeciwleglej sciany i z powrotem do lozka. Pacjentki czuly sie jakby przykute do swoich lozek. Potrafily lezec godzinami, ze wzrokiem utopionym w suficie lub w ktorejs z sasiadek. I byl to wzrok przedziwny, niby nieobecny i tepy, a w rzeczywistosci przenikliwy; moglo sie wydawac, ze usiluje dowiercic sie do czegos waznego, lecz slabo widocznego.
Guy nalezal wiec do kategorii melancholikow, milczkow i perypatetykow, jego sklonnosc do milczenia nie byla jednak absolutna, nie "milczal jak zaklety." Zdarzalo mi sie rozmawiac z nim na lawce skweru, albo czesciej jeszcze w czytelni, w ktorej regularnie bywal, wertujac swieze gazety, siegajac niekiedy na polke do skromnego ksiegozbioru. Pozostawal wtedy malomowny, ale to, co lakonicznie mowil, a raczej wtracal do dyskursu rozmowcy, swiadczylo o wielkim oczytaniu i wyrafinowanej inteligencji. Zaskoczylo mnie, ze natychmiast zamykal sie w sobie, tezala mu twarz i mruzyly sie niechetnie oczy, ilekroc podchodzil do nas Werner.
Na czym polegala jego choroba? Zadawalem sobie ciagle to pytanie, gdyz w calym Schronisku byl zachowaniem, reakcjami, wygladem bliski bardziej personelowi, niz wspolpacjentom. Nawet impuls perypatetyczny w pawilonie i na zewnatrz, impuls wytrwaly i uparty, kojarzyl czterdziestoletniego chyba Francuza z myslicielem, a nie z chorym psychicznie. Przypominal mi pod tym wzgledem neapolitanskiego matematyka, wloczacego sie godzinami po miescie, przystajacego czasem na chwile, zeby cos zanotowac oparlszy sie o mur, prawie zupelnie nieswiadomego, ze porusza sie wsrod ludzi. "Typowe dla umyslu abstrakcyjnego," powtarzalem sobie w duchu ilekroc go spotykalem. Az pewnego dnia urwaly sie na zawsze nasze przypadkowe spotkania. Strzalem w skron abstrakcyjny umysl polozyl kres swemu istnieniu.
"Rezydentom" przyslugiwalo prawo wgladu do "teczek" pacjentow, zdeponowanych pod kluczem w duzej szafie zelaznej. Dwa klucze byly w posiadaniu profesora Baldiniego i "komisarza europejskiego" Bloomingtona. Do Baldiniego zwracali sie, w razie potrzeby, lekarze. Do Bloomingtona, w razie "pilnej i uzasadnionej na pismie potrzeby," postronni, czyli miedzy innymi "rezydenci." Zlozylem na rece jowialnego Szkota podanie i zostalem przez niego wezwany na interview. Tego samego dnia po kolacji i przed udaniem sie na spoczynek w apartamencie zamknietym, Bloomington wreczyl mi pekata teczke z napisem na okladce Guy Serkin. Nalezalo ja zwrocic nazajutrz przed sniadaniem.
Siedzialem nad nia do switu, wypisujac z niej do notatnika wazniejsze wedlug mnie rzeczy. Na interview Bloomington zadal mi zrozumiale pytanie, dlaczego interesuje sie wlasnie francuskim pacjentem. Odpowiedzialem, ze wydal mi sie "rownie normalny jak pan, panie profesorze; i jak ja sam." Co bylo prawda. "Komisarz europejski" usmiechnal sie i zaproponowal mi nastepne interview w pare dni po przestudiowaniu teczki Serkina.
Guy Serkin byl jedynym dzieckiem Jakuba (Jacques) i Estery Serkin. Oboje byli Zydami i pochodzili z Ukrainy. Do Francji przyjechali grubo przed wojna, skonczyli studia medyczne, nie znajac sie nawzajem. Krotko przed wojna poznali sie i pobrali. Guy urodzil sie w 1935 roku. Podczas okupacji niemieckiej rodzicow aresztowano i wywieziono do Trzeciej Rzeszy. Wszelki slad po nich zaginal, prawdopodobnie zgladzono ich w jakims obozie albo w komorze gazowej. Siedmioletni Guy znalazl sie w sierocincu zydowskim w Lyonie i niebawem zostal wlaczony do grupy dzieci zydowskich, ktore pozniej Barbie przeznaczyl na smierc. "Teczka" milczala o okolicznosciach jego ocalenia. Dosc, ze dziesiecioletni Guy dostal sie znowu do sierocinca zydowskiego, ktory poslal go na nauke do szkoly powszechnej, a potem pomogl mu ukonczyc szkole srednia. Odznaczal sie nieprzecietnymi uzdolnieniami. Zdal egzamin stypendialny na Sorbone, na wydzialy historii i filozofii. Wszystko wskazywalo na to, ze szybko zdobedzie oba dyplomy i za rada swych profesorow poswieci sie karierze naukowej.
Dokladnie w tym momencie nastapilo cos, czego "teczka" nie umiala opowiedziec, ani tym bardziej dokladnie wyjasnic. Guy, zlekcewazywszy egzaminy dyplomowe, znikl z oczu przyjaciol, kolegow uniwersyteckich i swoich profesorow. Jego dziewczyna dostarczyla notatke z data: "Wiem tylko tyle, ze pojechal do Niemiec; nie wiem, dokad i po co."
Dziesiecioletni okres w Monachium, od 1960 do 1970, swiecil prawie pustka. Niezborne zaswiadczenia i swistki papieru nie przynosily odpowiedzi na pytanie: dlaczego wlasnie w Monachium? Co tam robil? Z czego zyl? Gdzie mieszkal? Dawaly obraz fragmentaryczny. Znal niezle niemiecki ze studiow paryskich, szybko doprowadzil go do perfekcji. Chodzil od czasu do czasu na Uniwersytet Monachijski, czesciowo udalo mu sie zaliczyc studia paryskie, przedstawil dwie prace (z historii i filozofii), ale nagle rzucil Uniwersytet i z braku stalego adresu nie zdolano go nawet zawiadomic, ze zostaly wysoko ocenione. Konsulat francuski w Monachium, do ktorego wpadal rzadko po dorywcze robotki zarobkowe, nie posiadal jego adresu (odmowil podania go, twierdzac, ze czesto go zmienia). Czy juz wtedy pojawily sie pierwsze oznaki choroby psychicznej? Z dziesieciolecia monachijskiego ocalaly i wyladowaly w "teczce" dwa zeszyty. Jeden byl wzorcem paranoi: Guy mial obsesje, ze jego rodzice zyja w Niemczech i jest mozliwe odnalezienie ich. Drugi byl absolutnie schizofreniczny: Guy zdawal sobie sprawe i rownoczesnie jak gdyby nie mial pojecia, co zaszlo w jego zyciu i na swiecie w ciagu czterdziestu czy wiecej lat, jakie przezyl. Na zeszycie "paranoicznym" lekarz zakladu dla chorych umyslowo w Berlinie dopisal w roku 1979, przed odeslaniem pacjenta do Paryza: "Nieustanna grozba zawieszona nad chorym byl od lat raptus, musi dziwic, ze zdarzyl sie dopiero teraz."
Okres berlinski trwal tez okolo dziesieciu lat; i byl w "teczce" niezle opisany reka pani Hildegardy Muenzer, stosunkowo mlodej jeszcze wdowy po oficerze niemieckim zabitym w Rosji. Watpie, czy pani Hildegarda czytala slynna powiesc Hermana Hessego Wilk stepowy, jakkolwiek z lektury jej sprawozdania napisanego na prosbe szpitala moglo sie chwilami wydawac, ze tak. Tym byl Guy w Berlinie przez dziesiec lat: nowym wcieleniem "wilka stepowego." Poznal niemiecka wdowe od razu na poczatku, samotnosc dokuczyla jej na tyle, ze natychmiast zabrala do swego mieszkania tego przystojnego i dziwnego mezczyzne. Mieszkal u niej (i oczywiscie zyl z nia), znikal co jakis czas, niekiedy na dlugo, widywano go na ulicach podobnego do bezdomnego wloczegi, nie wiadomo, czy i za co jadl, z kim sie stykal. Jak "wilka stepowego" gnala go potrzeba znikania; i potem potrzeba powrotu do kryjowki w mieszkaniu pani Muenzer na Goerdelerstr. Gdy wracal, pisal po nocach w swoim pokoju, ale po francusku, w jezyku, ktorego nie znala jego przygodna gospodyni i towarzyszka. Jesli nie pisal, to czytal: znosil do domu narecza ksiazek, nie wiadomo za co kupowanych. Przywykla do jego milczenia; tak, mozna powiedziec, ze go kochala. Az do owego dnia, w ktorym dostal ataku furii; nie umiala, albo nie chciala powtorzyc, co robil i co wykrzykiwal. Zbita, posiniaczona, zdolala zabarykadowac sie w swoim pokoju, gdzie byl telefon. Zabrano go w kaftanie bezpieczenstwa do berlinskiego zakladu. Bila sie z myslami, czy go odwiedzic, bardzo tego pragnela, ale zabraklo jej odwagi. Od znajomego lekarza w szpitalu dowiedziala sie, ze po miesiacu ostrej kuracji uspokajajacej odeslano go do Francji.
W szpitalu, w poblizu Amiens spedzil siedemnascie lat - apatyczny, milczacy, zajety wylacznie czytaniem. Byl tak spokojny, ze wypuszczano go do Amiens, kiedy o to prosil. Dziesiatki razy chciano go wypisac i dziesiatki razy na naradzie lekarzy zapadala decyzja negatywna. Z Paryza przyjezdzali czasami jego dawni przyjaciele i koledzy, odpychal ich tarcza milczenia. W koncu urwaly sie wizyty. Na poczatku 1997 zakwalifikowano go do Europejskiego Schroniska Lunatycznego kolo Ombroso Toscano. Byl jednym z pierwszych pacjentow Schroniska.
Daty swiadczyly, ze zostal przywieziony z Amiens do Schroniska w Toskanii w wieku przeszlo szescdziesieciu lat. Wygladal na czterdziesci, maksimum czterdziesci piec.
Zwrocilem Bloomingtonowi "teczke" w oznaczonym terminie i zapytalem, kiedy chcialby ze mna porozmawiac po raz drugi, jak proponowal. "Nie ma potrzeby - odparl - jezeli przestudiowal pan uwaznie dossier". "I ja tak sadze." Ale sadzilem tak z innego powodu niz on. Jemu chodzilo z pewnoscia o casus nie zanadto odbiegajacy od normy. Mnie zalezalo na uniknieciu przypuszczalnej dyskusji z czlowiekiem mlodym, urodzonym kilkanascie lat po wojnie, majacym ksiazkowa jedynie wiedze o "ideologicznym" Wieku Totalitarnym, ktory zostal najpierw pokonany w Trzeciej Rzeszy, a pozniej - swiezo! - w ZSSR. Nie mialem bowiem watpliwosci, ze wspolczesny "wilk stepowy" nalezal do ostatnich juz potomkow - na wymarciu - hitlerowskiej strony medalu. Czy, pozbawiony doswiadczen, wiazal dlugo nadzieje z sowiecka strona medalu? Tego nie wiedzialem, nasze rzadkie i krotkie rozmowy nie zahaczaly nigdy o polityke, choc w czytelni widywalem go zaglebionego w lekturze i ksiazek, i prasy. W kazdym razie paranoiczny poszukiwacz swoich rodzicow i schizofreniczny mieszkaniec dwoch swiatow - rzeczywistego i urojonego - byl ofiara polwiecza naszej najnowszej historii. Gdy odejda tacy jak on i starsi od niego, rola ludzi pokroju Bloomingtona i mlodszych jeszcze od niego upodobni sie do badania czworonogow, prawdziwych i reprodukowanych w laboratoriach.
Na obiedzie profesor Baldini usiadl obok mnie i z kieszeni wyjal przeklad wloski mojej ksiazeczki Perly Vermeera. "W przyslanej nam w swoim czasie informacji o panu nie bylo zadnej wzmianki, ze zajmuje sie pan takze malarstwem." "Po amatorsku i marginesowo, panie profesorze, nie warto nawet o tym mowic." "Owszem, warto. Moja fiksacja jest leczenie zaburzen nerwowych i psychicznych sztuka. Mamy w czytelni znakomity, nowoczesny aparat projekcyjny przezroczy. Brak mu natomiast przezroczy specjalnych, na plytkach metalowych, dostosowanych do naszego aparatu. Moj kolega, historyk sztuki na Uniwersytecie w Sienie, ma bogata ich kolekcje. Napisze do niego list z prosba o wypozyczenie, pana proszac o wyjazd do Sieny po obiedzie." "Bardzo hetnie, chcialbym jednak, zeby pojechal ze mna Guy Serkin, jezeli pan wyrazi zgode. Zareczam, ze wszystko odbedzie sie gladko." Baldini spojrzal na mnie troche zaskoczony, po czym wycedzil: "Zgoda, ufam panu."
Wyjechalismy wczesnym popoludniem, polowa pazdziernika podszyta juz byla lekkim chlodem, ale trzymanym na uwiezi przez gorace jeszcze slonce. Guy siedzial obok mnie, wciaz milczacy, gluchy na proby nawiazania rozmowy, wyraznie jednak poruszony wyjazdem ze Schroniska po tylu miesiacach bezruchu, wlasciwie uwiezienia. Widac bylo jak wchlania krajobraz, jak przemyka sie zachlannie wzrokiem po wzgorzach, niekiedy zielonkawych dzieki platom nowej trawy, lecz na ogol pozolklych od rzysk; po mijanych laskach i miasteczkach na zboczach. Oddychal gleboko, z twarza wystawiona na wiatr w polotwartym oknie samochodu.
Wjechalismy do Sieny peryferia niskich domkow robotniczych, okrazylismy Campo i po tamtej stronie dlugo i wolno posuwalismy sie w ogonku ku bramie wjazdowej jednego z budynkow uniwersyteckich. Wybralem przezrocza kolorowe malarzy "okolicznych i miejscowych": sienenscy Duccio i Lorenzetti, Piero della Francesca w Arezzo, San Sepolcro i Monterchi; wyjatek stanowili sycylijsko-wenecki Antonello da Messina i czysto wenecki Giorgione. Zajrzalem, przed powrotem do Schroniska, do znajomego antykwariatu przyuniwersyteckiego. Zawsze wylawialem tam cos ciekawego z polek. Towarzyszyl mi Guy. Nagle krzyknal cicho i z rzedu starych ksiazek francuskich wyciagnal dobrze zachowany tom z pieknymi ilustracjami: John Ruskin Biblia Amiens, ze wstepem Prousta. Spojrzal na mnie bezradnie, przycisnawszy ksiazke do piersi. Zrozumialem to spojrzenie i ten gest. Zapytalem, czy przyjmie ode mnie prezent ksiazkowy. Po raz pierwszy chyba uscisnal tak mocno moja dlon, na okamgnienie nawet naklonilem sie lekko, myslac ze chce mnie objac.
Widocznie zostalo cos glebszego, a moze i osobistego, z jego wycieczek z zakladu kolo Amiens do miasta. W samochodzie wciaz przyciskal ksiazke do piersi i jakby zapomnial o krajobrazie. Dwa razy odezwal sie, raczej do siebie samego niz do mnie. "Mylil sie Ruskin; Madonna w Chartres nie jest wcale piekniejsza od Madonny w Amiens." I na krotko przed zjazdem do Schroniska, nad otwartym tomem: "Portal Katedry w Amiens - Jeremiasz, Izajasz, Ezechiel, Daniel."
"Leczenie zaburzen nerwowych i psychicznych sztuka" nie bylo ani jedynym, ani pierwszym pomyslem Schroniska Lunatycznego. Caly zaklad nastawil sie na reformy i innowacje w duchu, jak mowiono, europejskim. Nie bylo co prawda jasne, co melioracja medyczna miala wspolnego ze Zjednoczona Europa, ale regula nalezala do religijnego niemal skladu zasad Schroniska. W trakcie realizacji byl projekt stworzenia ogrodzonego boiska sportowego miedzy trzema "pawilonami niebezpiecznymi", aby ich pacjenci mogli na zmiane korzystac z szansy ruchu na swiezym powietrzu. W porownaniu z tym trudnym i skomplikowanym przedsiewzieciem "leczenie sztuka" zakrawalo na dziecinna igraszke.
I bylo nia. Po skrupulatnym przygotowaniu, w dwa dni po wyprawie do Sieny, pielegniarka niemiecka Marlena przyprowadzila do czytelni grupe szesciu chetnych pacjentek. Marlena byla ladna, postawna kobieta, "mleczna blondyna" typu bawarskiego, o pogodnym usposobieniu. Pacjentki byly owszem chetne, lecz rownoczesnie lekko zaleknione. Na ich twarzach malowaly sie, w miare wyswietlania, zmienne reakcje. Siedzialy cichutko jak na nabozenstwie w kosciele, baly sie jakby zbyt wyraznych opcji. Z poczatku najwiekszym powodzeniem cieszyl sie Antonello ze swoimi roznymi Chrystusami (obolalym, zaplakanym etc.), zapewne widzialy w Nim takze pacjenta. Potem zastygly na widok Zmartwychwstania Piera z San Sepolcro. Uderzyl je Chrystus zmartwychwstaly, triumfujacy i surowy, czy wpatrzyly sie intensywnie w uspione figury u Jego nog? Podejrzewam, ze to drugie. Piero podbil w koncu calkowicie ich serca. Dalsze jego przezrocza, z Legendy Krzyza, ogladaly z przejeciem niby stare fotografie rodzinne.
Moim asystentem podczas projekcji byl Guy, to on zmienial diapozytywy i wzmacnial lub oslabial swiatlo aparatu projekcyjnego. Ja objasnialem wyrazy w dwoch jezykach, po angielsku i po wlosku. W pewnej chwili uswiadomilem sobie, ze spowazniala nagle Marlena przywarla zachwyconym spojrzeniem do mojego asystenta, ktory wyczuwal to moze i kwitowal maska obojetnosci.
Po Fakcie usilowano ustalic, takze w drodze przesluchan, czy sie wczesniej znali. Wygladalo, ze nie. Dosyc rygorystycznie przestrzegany byl w Schronisku zakaz kontaktu pacjentek poprzez odwiedziny mezczyzn w pawilonach kobiecych i odwrotnie, ten sam zakaz obejmowal pielegniarzy i pielegniarki. Na spotkania osob plci odmiennej przeznaczono placyk i czytelnie.
Fakt byl dramatyczny i na tyle intymny, ze piszacy - przeciwnik nadmiernego korzystania z licencji narracyjnych w tej dziedzinie - zredukuje go do absolutnie nieodzownego minimum. Wkrotce, tydzien chyba, po projekcji siedzialem w czytelni, przegladajac gazety. Byla dziewiata wieczorem, czas konczenia lektury. Obok mnie, jak czesto bywalo, siedzial Guy z jakas ksiazka zdjeta z polki bibliotecznej. Naraz zamknal ja, spojrzawszy na zegarek, i wyszedl z czytelni z szybkim "dobranoc." Posiedzialem jeszcze kwadrans, uporzadkowalem z grubsza stol czytelni, zarzucony gazetami, magazynami ilustrowanymi, ksiazkami, i zgasilem swiatla w calym pawilonie. Obok czytelni, jak juz we wlasciwym czasie wspomnialem, staly rzedem trzy domy modlitwy. Najblizszy czytelni byl zydowski. Wydalo mi sie, ze dochodza stamtad jakies przytlumione dzwieki, a w szparze nie domknietych drzwi widac bylo wyraznie odblaski bardzo slabego, przygaszonego swiatla. Bardzo ostroznie uchylilem drzwi nieco szerzej. Oto widok, ktorego nie chce opisywac z obowiazkowa prawie, u wspolczesnych pisarzy, delektacja pelna szczegolow. Na bocznej lawce Guy uprawial milosc z rozebrana Marlena pod mdla zarowka w scianie. Nawet nie ta okolicznosc, sama w sobie, byla dla mnie szokiem; ostatecznie moglem podejrzewac, ze nasze Schronisko nie jest klasztorem. Ale sposob, w jaki Guy to robil, byl podobny bardziej do znecania sie mordercy nad powalona na ziemie ofiara, niz do milosci. Jeki i zachlysty niemieckiej pielegniarki byly dowodem, ze co mnie wydawalo sie okrutnym pastwieniem sie, dla niej mialo wszelkie cechy rozkoszy. Przymknalem wiec cicho drzwi i poszedlem do siebie.
Nastepnego dnia rano sprzataczki znalazly - i to byl ow Fakt - Marlene uduszona i zupelnie juz zimna. Meczylo mnie chwile pytanie, czy moglem byl zapobiec zbrodni. Nie, nie tyle wchodzac wtedy do domu modlitwy, co podnoszac alarm. Nie bylem w stanie zdobyc sie na cos podobnego, powstrzymywany... Przez co? Przez zakodowany w moim mozgu wstret do "donosu." Tak przynajmniej sadze.
Wolno sobie darowac dalszy ciag. Wezwano policje z najblizszego Poggiborsi. Nie musiala sie zbytnio wysilac. Guy przyznal sie sam do winy. Zalozono mu kajdanki. Widzialem jego twarz, gdy samochod ruszyl w strone bramy. Zdawalo mi sie tylko, czy rzeczywiscie spokoj mieszal sie w niej z wyrazem ulgi? Tak, byc moze (pomyslalem), wyglada wilk stepowy - stary juz, wychudly z glodu, zziajany, z wywalonym jezorem, niezdolny do dalszej ucieczki w skwarze, prawie zadowolony, ze nareszcie wpadl do pulapki w cienistym, glebokim dole.
Schronisko Lunatyczne bylo tworem europejskim. Trudno mowic o europejskim wymiarze kary we Wloszech; a mord zostal popelniony na ziemi wloskiej, gdzie nie istniala jeszcze giustizia europea. Dlugiego czasu wymagala procedura uznania "zaburzen psychicznych zabojcy bez zdolnosci rozroznienia dobra od zla," oraz skierowania go do jednego z dwoch niskich pawilonow "niebezpiecznych" w Ombroso Toscano (zreszta uniemozliwil to dalszy los naszego Schroniska). Tymczasem zwloki Marleny odeslano do jej rodzinnej wsi w Bawarii.
Zabojstwo pielegniarki niemieckiej bylo dla mnie wstrzasem. Nie moglem opedzic sie, szczegolnie noca, w plytkich majakach sennych, przed obrazem dwoch twarzy, tak bliskich i zdawalo sie spietych w milosnym uscisku. Zdawalo sie... Guy unosil sie i opadal miarowo na nagie cialo Marleny z wyrazem zacieklosci; rece mial zaplecione na jej szyi, szeroko otwarte oczy zapalaly sie to gniewem, to okrucienstwem, ale nie wywolywalo to nadmiernych podejrzen, nalezalo pozornie do indywidualnego jezyka seksu. Ona zas, przymknawszy oczy, poddawala sie drzeniom rozkoszy, usta rozchylajac w usmiechu szczescia. Wstrzasem byl dla mnie ten kontrast (az dziwne, ze tak dokladnie uchwycony), ktorego wymowa odslonila sie w pelni dopiero ex post, po zrozumieniu, ze kochanek zabijal powoli, w przystepie szalu, swoja kochanke.
Byla to forma dlugo odwlekanej zemsty? Zadzialal, jak w Berlinie, raptus czlowieka, ktoremu w dziecinstwie Niemcy odebrali dom i rodzicow? Byc moze, ale nie waham sie powiedziec, ze postepek mojego ulubienca ze Schroniska Lunatycznego napelnial mnie wstretem i oburzeniem. A na wspomnienie Marleny odczuwalem uklucie bolu.
W tych trudnych dla mnie ostatnich dniach pazdziernika przyszla mi z pomoca depesza z Neapolu. Zona prosila mnie o krotki przyjazd do domu, nie wyjawiajac powodu. Dano mi natychmiast zwolnienie. Powod byl dosc blahy, ale przywrocily mi rownowage psychiczna tradycyjne spacery zdrowotne nad morzem. Morze ma wlasciwosc kojaca. W morzu, pod koniec podobnej jesieni, rozplynal sie obraz, ktory tak mnie dreczyl w Ombroso Toscano. Wieczorami, w ciagu czterech dni urlopu, czytalem pozyczona mi przez Wernera ksiazke niemieckiego profesora Wolfganga Sofskiego Traktat o gwalcie.
Dobra to okazja do przypomnienia mojego niemieckiego kolegi "rezydenta." Oddalilismy sie nieco od siebie, mimo ze Wernera cenilem jako dziennikarza, od poczatku swego pobytu w Europejskim Schronisku Lunatycznym, zaplanowal ksiazke o pierwszej tego rodzaju instytucji powolanej przez UE. Wyprowadzil mnie z bledu przed moim krotkim wypadem do Neapolu. Zmienil - okazalo sie - zamiar; zachecony przez dyrekcje Schroniska, wyposazony w odpowiednie ulatwienie, zajal sie ostroznie trzema "niebezpiecznymi" pawilonami. Profesor Sofski, autor Traktatu o gwalcie, mial mnie wprowadzic w problematyke, ktorej rozwazenie Werner odlozyl do mojego powrotu z Neapolu.
Spacery nad morzem dzialaly wiec na mnie dobrze, ozywczo, jakby woda zmywala z mojego ciala i ducha caly trud ostatnich dni w Schronisku. Za to wieczory nad ksiazka profesora z Getyngi! Niepokojace, dreczace, burzace ulge dni slonecznych wciaz u schylku jesieni. A jednak powstrzymywalem odruch wyrzucenia jej do walizki. Chcac nie chcac, traktowalem ja jak swego rodzaju list od Wernera, z ktorym moj przyjazny na poczatek kontakt tak bardzo sie rozluznil.
Niezwykla ksiazka. Nie wyrazala pogladow autora na uklad stosunkow w spoleczenstwie, jak na przyklad Refleksje o gwalcie Sorela, w ktorych syndykalno-strajkowy gwalt urastal do roli mitu, do roli jedynej broni zdolnej rzucic wyzwanie wladzy panstwowego przymusu; i moze nawet pokonac go w urojonej arkadii wolnych wytworcow. Niemiecki socjolog lekcewazyl walki spoleczne, jego uwage przykuwal, w sposob niemal obsesyjny, swiat oparty na gwalcie, wylacznie na gwalcie. Czyzby wzglednie mlody (rocznik 1952) byl produktem lektur, swiadectw i opowiadan o epoce totalitarnej wszechwladzy gwaltu? Jakkolwiek bylo, jego obraz swiata i ludzkiego w nim zycia (nie mowiac juz o swiecie zwierzecym) zdawal sie opierac na bezustannej i nieuchronnej interpolacji gwaltu. Nic poza gwalt nie wychodzilo i nie moglo wyjsc, jedynie silniejsi gwalcili slabszych, a slabsi roili daremnie o odwecie. Nie formulujac tego wprost, Sofski za jedyne dwa regulatory swiata opartego na wiecznym gwalcie uwazal wojne i rewolucje.
Werner ze szczegolna uwaga czytal, a nawet studiowal rozdzialy Gwalt i namietnosc oraz Tortura. Marginesy upstrzone byly notatkami i nazwiskami, niestety dla mnie nieczytelnymi, bo zamknietymi w gotyckim pismie. Bohaterem pierwszego byl pietnastowieczny rycerz Gilles De Rais, ktory z pomocA sluzby zamordowal stu czterdziestu chlopow, znecajac sie nad nimi w sposob niewyrazalny dla mojego piora. Postawiony przed Trybunalem Inkwizycji w Nantes, nie umial odpowiedziec, dlaczego. Czynnik seksualny byl rzadki i nieistotny, sprowadzal sie czasem do wypadkow masturbacji na widok chlopcow duszonych i cwiartowanych przez sluzbe zamkowa. Chodzilo o cudza smierc jako wylaczny cel. "Dla szlachetnie urodzonego - czytamy - gwalt byl forma zycia," autolimitowanym przedmiotem, ktory stawal sie nadrzednym celem. Gilles w jedno laczyl "racjonalnosc, namietnosc i swego rodzaju obrzed." Nie potrafil pojac, ze nie pojmuja tego sedziowie Trybunalu. "Okrucienstwo nie posiada obiektu pragnien, nie ma zadnego sensu poza samym soba. Zadza byla dla pana De Rais zadza gwaltu. Gwalt byl absolutny i samowystarczalny."
Skazany na stos, glosiciel gwaltu dla samego gwaltu drzal ze strachu, lecz nie wykrztusil ani slowa samoobrony czy supliki. Moze wierzyl, ze zabijajac innych, ucieka od wlasnej smierci? Moze jedynym, nie wyznanym motywem bylo zludzenie wlasnej niesmiertelnosci? W rozdziale Tortura profesor z Getyngi dowodzil, ze kto tortura zyje, kto jest nia nieodparcie urzeczony, nie moze nigdy poprzestac na jednym akcie. Gdy widzi, ze z torturowanego uszlo juz zycie, szuka natychmiast nastepnej ofiary. Dla autora niezbity dowod wszechwladzy gwaltu. Tylko w notatkach Wernera na marginesach rozdzialu o torturze udalo mi sie odczytac nazwisko nie napisane gotyckim pismem; zdaje sie, ze "Pavli."
3 listopada wrocilem do Ombroso Toscano. I to wrocilem nie z poczucia obowiazku, ale dlatego, ze czulem potrzebe znalezienia sie w Europejskim Schronisku Lunatycznym. Powitali mnie obaj dyrektorzy. Ze wzgledu na moja chorobe serca zainstalowano w moim pokoju specjalne ogrzewanie. Ale w powietrzu na zewnatrz snuly sie jeszcze ostatnie podrygi lagodnej pogody jesiennej. Zmeczony troche podroza, polozylem sie na lozku i zasnalem. Obudzil mnie, po polnocy, Werner.
Za moich studenckich lat bylo zwyczajowym prawem, ze w domu akademickim odwiedzalo sie wieczorem kolege lub bylo przez niego odwiedzanym pod pretekstem "chwilki rozmowy", ktora przeciagala sie do switu, jezeli gospodarz nie oczekiwal "wizyty damskiej." Podobno ten zwyczaj przeniknal do nas z Rosji pod koniec zeszlego stulecia, z Rosji opetanej wowczas mania "rozmow zasadniczych" na temat zycia ludzkiego, losow swiata i naszych obowiazkow wobec przyszlych "trybunalow historii."
Werner mogl uchodzic tej nocy za wcielenie jednego z owych wiecznych studentow, ktorym nocne tokowanie i rozcinanie wlos po wlosie na czworo naszych "przekletych problemow" (wyrazenie Dostojewskiego) przynosilo ulge zblizona do wyladowania erotycznego. Ale byly to pozory. Sluchajacych zwodzil jego sposob mowienia - napiety, dramatyczny, jakby chodzilo o rozstrzygniecie aut aut. W rzeczywistosci pod ta powloka krylo sie upodobanie do drobiazgowej analizy; i do bardzo akuratnego opisu. Tak bylo wowczas, gdy przestapiwszy prog mojego pokoju, zarzucil mnie pytaniami, jakie mogl nasuwac Traktat o gwalcie profesora z Getyngi. Wyczul, ze nie jestem ksiazka zachwycony, co mu sie wyraznie spodobalo. Oczekiwalo nas obopolne ustalenie, dlaczego. Czyli w praktyce odcyfrowanie jego "gotyckich" zapiskow na marginesach.
Pochlonieci tym, ledwie zauwazylismy, ze zaczelo padac. Drobny kapusniaczek jesienny nie zapowiadal ulewnego deszczu. Ale naraz nad ciemna juz wioska Ombroso Toscano, najpierw daleko za wzgorzami, pozniej w coraz wiekszej bliskosci linii najwyzej polozonych domow, niebem szarpnely blyskawice z gluchym odglosem grzmotow. Werner zbladl i jego potoczysty wywod urywal sie czesto, jakby posiekany nerwowymi pauzami. Nie moglem wiedziec, ze (jak mi potem wyznal) burza wprawiala go w taki stan; zawsze, od dziecinstwa. Musialo sie to odbic na naszej rozmowie. Nie panowal nad watkiem swego dyskursu, a rownoczesnie czulem az nadto wyraznie, ze robi wszystko co w jego mocy, by nie opuszczac mego pokoju. Podtrzymywal nasza rozmowe troche na sile, nie do tego jednak stopnia, aby stala sie jalowa i bezbarwna. Burza, niezbyt zreszta donosna, trwala do pierwszych promieni brzasku; i pod tym wzgledem uczynilismy zadosc starym nawykom studenckim, polykajac noc godzina po godzinie. Lecz podkreslam jeszcze raz: jakkolwiek urywana, poszarpana i nerwowa, nasza nocna rozmowa krazyla z uporem wokol spraw, ktore obudzil w nas Traktat o gwalcie.
Laczyla nas niechec do zaborczej generalizacji profesora Sofskiego. Zbudowal model swiata i ludzkiego zycia, w ktorym po prostu zabraklo miejsca na cokolwiek, co nie jest i nie chce byc gwaltem. Taki obraz nie tylko wywolywal sprzeciw, ale skazywal wieloznaczny i wieloraki swiat na ubostwo i straszna, a nawet przerazajaca, monotonie. Gdyby zastosowac tu jezyk demonologii, musielibysmy uznac absolutna wszechwladze Diabla i jednorodnosc jego dominacji. Na to nie chcielismy i nie moglismy przystac. Bylismy obaj przeciwnikami "monostruny," slyszelismy owszem tony diabelskie, lecz takze nuty boskie. Chwilami wydawalo nam sie wrecz, ze niemiecki uczony jest ciezko chory psychicznie.
A przeciez nie byl chory i owladniety obsesja, skoro Werner potrafil wyluskac z jego ksiazki akcenty realne, a nie tylko wydumane czy sztucznie kultywowane. Slowem, zaczal ze mna wchodzic, wodzac powoli palcem, w istote "gotyckich" zapiskow na marginesach. Gilles De Rais byl nie to, ze postacia historyczna (o czym swiadczyly kroniki i protokoly Trybunalu Inkwizycji), co postacia psychologicznie wrosnieta w rzeczywistosc. Werner, dosc juz obznajomiony z trzema "pawilonami niebezpiecznymi", wymienil centralna figure w jednym z nich, w pewnym sensie krewnego kawalera z XIV stulecia, ktorego skazano na stos w procesie inkwizycyjnym.
Nazywal sie Filippo Bandurina, przylepiono mu przydomek Bisonte, Bizon. Wysoki ponad miare, barczysty i muskularny, o lapach jak lopaty, z malym garbem na plecach zaraz pod krotka szyja. Twarz mial zawsze napieta, choc bez wyrazu, w oczach zapalal mu sie czesto bledny ognik. Zdumiewaly jego zdolnosci karciarskie, wymagajace jednak pewnej inteligencji, gdy on robil wrazenie niedorozwinietego prostaka. Jeszcze bardziej zdumialo policjantow odkrycie, ze byl posiadaczem solidnego konta bankowego i gospodarowal nim z roztropnoscia rentiera. Od roku 1990 do 1996 (kiedy przywieziono go po procesie do swiezo zalozonego Schroniska) zastrzelil czternascie cudzoziemskich (przewaznie kolorowych) prostytutek na drogach wylotowych z kilku miast, daleko za rogatkami, czyli tam, gdzie wystawaly noca w oczekiwaniu na klientow w samochodach. We wszystkich wypadkach w ten sam sposob: nie w samochodzie, lecz odprowadziwszy nieszczesna dosc daleko od drogi, w las lub w zarosla. Poslugiwal sie rewolwerem z tlumikiem. Dopiero po pewnym czasie zauwazono nieobecnosc dziewczyny na starym miejscu wsrod towarzyszek, ale nie laczono tego faktu ze spokojnym i starannie ubranym klientem, ktory powolnym krokiem wracal do samochodu i natychmiast ruszal przed siebie. Przez jakis czas policja kierowala sie w poszukiwaniach okresleniem serial killer. Zamierzono juz z niego zrezygnowac, gdy w lokalnych pociagach laczacych miasta, w ktorych ginely za rogatkami cudzoziemskie prostytutki, odkryto z przestrzelonymi czaszkami, w toaletach, trzy mlode kobiety, dojezdzajace rano do pracy. Odzyl serial killer. Byl nim wlasnie Bizon, ktoremu powinela sie noga; natknal sie mianowicie na straznika kolejowego, wychodzac z toalety, zaczal uciekac i w tunelu wyskoczyl z wagonu. Schwytany wreszcie i aresztowany, nie tylko nie usilowal wypierac sie zbrodniczej serii, ale dolaczyl do niej sam jeszcze piec kobiet, nie prostytutek, znalezionych bez zycia blisko nasypow kolejowych w innej dzielnicy Wloch.
Bylo juz prawie widno, odplynela burza i ustal deszcz, wyszlismy zatem z domu, aby rozprostowac nogi po calonocnym siedzeniu w fotelach. Dlaczego Bizon siedzi w Schronisku Lunatycznym, a nie w wiezieniu po procesie za zamordowanie dwudziestu dwoch kobiet? "Sluszne pytanie - powiedzial Werner. - Rzecz w tym, ze przyznal sie do wszystkich zbrodni, z pewna wrecz gorliwoscia, ale nie umial wyjasnic, czemu zrobil to, co zrobil. Nie umial, czy nie chcial? Wszystko zdawalo sie wskazywac, ze nie umial. Byl mezczyzna seksualnie normalnym, nie mial zadnych zahamowan czy przeszkod w stosunkach z kobietami, nie wchodzila wiec w gre nienawisc do nich albo jakas forma urazu impotenta. Jedyna jego odpowiedzia bylo: nie wiem. I zdaniem przesluchujacych ta odpowiedz, powtarzana nieustannie z taka sama spokojna mina, brzmiala prawdziwie. Ale pamietaj, moj drogi - zakonczyl Werner - ze sady europejskie przejely z prawa angielskiego postulat sine qua non w wyrokach skazujacych: podsadny musi odroznic dobro od zla. Jezeli obronca przekona lawe przysieglych, ze podsadny nie odroznia dobra od zla (co jest trudniejsze od powierzchownej wloskiej infermita mentale), Schronisko Lunatyczne zajmuje miejsce wiezienia."
Korzystajac z bardzo wczesnej pory (Schronisko pograzone bylo jeszcze w glebokim snie) i z wlasnej przepustki, Werner wprowadzil mnie do jednego z "pawilonow niebezpiecznych" po krotkiej rozmowie z uzbrojonymi straznikami. Byl to pawilon meski. Wsrod spiacych jeden tylko czlowiek siedzial bez ruchu przy stole po przeciwnej stronie pawilonu. Rozpoznalem natychmiast Bizona, pamietajac jego rysopis z nocnego opowiadania Wernera. Wlasciwie nie tyle siedzial przy stole, co polozyl na nim gorna czesc tulowia, glowe oparlszy na wielkich, rozczapierzonych lapach. Drzemal? Z daleka trudno bylo uznac na pewno, czy tak, czy nie. W kazdym razie bylo w nim cos z posagu obojetnosci, a moze nieobecnosci, ledwie wydobytego przez rzezbiarza z kamiennej bryly. "Cierpi na bezsennosc," objasnil Werner.
- Skoro uciekal przed scigajacymi go - powiedzialem zamyslony - mial poczucie popelnionego przestepstwa. Wiedzial zatem, co dobre, a co zle.
- Zwierzeta tez uciekaja instynktownie przed kazdym poscigiem - odparl Werner. - Nie znaczy to, ze odrozniaja dobro od zla. Tak rozumowal Trybunal Europejski w Luksemburgu.
Wydalo mi sie to sluszne, gdy przypomnialem sobie obraz Bizona drzemiacego zapewne w pawilonie. Gorna czescia tulowia lezalo na stole zmeczone zwierze.
Odtad bylem co wieczor dosc szczegolowo informowany o zyciu trzech "niebezpiecznych pawilonow" w zonie wylaczonej Schroniska. Instynkt dziennikarza, marzacego skrycie o "awansie" do kategorii pisarzy! Werner machnal reka na swoj pierwotny pomysl i notes dziennikarza zamienil na szkicownik, codziennie obficiej wypelniany sylwetkami (nie rysunkowymi, rzecz jasna) mezczyzn i kobiet, ktorym droge do kuracji w Schronisku otworzyla zbrodnia. Zbrodnia popelniona, lecz nie odczuwana przez winnych jako wina; i nie uwazana przez ich sedziow za swiadome wykroczenie przeciw prawu i normom ludzkiego postepowania.
W pawilonie meskim Bizonowi towarzyszyla, nie odstepujac go ani na chwile, eskorta szesciu oskarzonych o rozne przestepstwa i skazanych przez Trybunal Europejski w Luksemburgu (od niedawna weszlo w zwyczaj wsrod adwokatow francuskich, niemieckich, wloskich odwolywac sie do europejskiej sprawiedliwosci, gdy zle wrozyly procesy sadowe w ich wlasnych krajach) na przymusowe leczenie psychiatryczne w izolacji Schronisk Lunatycznych. W przybocznej szostce Bizona dwaj mlodzi ludzie "zabawiali sie" w zrzucanie duzych kamieni z mostku nad autostrade na przejezdzajace samochody. Mieli na sumieniu jedna zabita kierowczynie i trzech ciezko rannych pasazerow. Nie wiedzieli, dlaczego to robili, nudzili sie po prostu w pobliskim miasteczku. Schronisko wiec ocalilo ich od wyrokow wieziennych w zwyklych sadach, obiecujac aplikacje nowych sposobow usmierzania chorobliwej nudy. Czterej pozostali mezczyzni z eskorty Bizona, w wieku okolo trzydziestu lat, atletyczni i z usposobienia gwaltowni, oskarzeni byli o zbrodnie pedofilii, w roznych okolicznosciach i wobec dzieci w roznym wieku; chodzilo o dzieci spokrewnione ze zloczyncami, ktorzy w tej sytuacji traktowali rzecz jako naturalna, nie dopuszczajac nawet mysli o karygodnym uczynku. Zreszta najblizsi krewni poszkodowanych dzieci sklonni byli wycofac oskarzenie. Takze te przewody sadowe skierowane zostaly do chlonnego Luksemburga.
Osobny i w pewnym sensie osobliwy problem przedstawial "niebezpieczny pawilon" kobiecy. Przede wszystkim (zdaniem Wernera) okreslenie "niebezpieczny" zalatywalo przesada. Na pierwszy rzut oka byl przeciwienstwem tego, co nazywamy "niebezpiecznym". Nalezal do kategorii zwyklych zakladow dla chorych psychicznie, jakie spotyka sie wszedzie na prowincji, przewaznie zaniedbanych i prowadzonych niekiedy w sposob kryminalny. Zazwyczaj wiekszosc stanowia w nich kobiety, ktore zachowuja sie badz jak nieobecne (na podobienstwo osob dotknietych choroba Alzheimera), badz jak zablakane w lesie zycia. W praktyce nie leczy sie ich w owych zakladach, pozwala im sie (z wiekszym czy mniejszym okrucienstwem, na ogol wiekszym) plynac powoli i nieswiadomie do kresu ziemskiej wedrowki.
Okreslenie "niebezpieczny" podyktowane bylo w kobiecym pawilonie Schroniska faktem, ze monotonie egzystencji "bezczulej" (zwrot lekarski) przerywaly co jakis czas wybuchy szalu lub co najmniej agresywnosci, ktora nie byla wylacznie (tak sadzono dawniej) atakiem wzmozonej pobudliwosci erotycznej.
Znakomita wiekszosc kobiet w "niebezpiecznym pawilonie" Schroniska winna zbrodni wobec wlasnych dzieci: od momentu narodzenia (noworodki wrzucane przez mlode niezamezne matki do pojemnikow na smieci), poprzez wczesny wiek dzieciecy (dzieci placzace nieustannie dniem i noca, przyduszane i duszone w koncu poduszka, jak w slynnej noweli Czechowa Spat' choczetsia), wreszcie dzieci doroslejsze wciagane sila do rodzinnych gier seksualnych. Uchylenie wyroku skazujacego na wiezienie w imie lagodzacej okolicznosci "niezdolnosc odroznienia dobra od zla," i osadzanie winnych kobiet w Schronisku Europejskim, opieralo sie na przejawach skruchy. Skrucha, powszechna w pawilonie, byla biletem wstepu do niego. Szczera? Udawana? Zdaniem europejskich lekarzy, popieranych poloficjalnie przez organy koscielne, szczera. Skad, wobec tego, napady szalu i groznej agresywnosci? Lekarze, z pomoca nie ujawnionych doradcow koscielnych, uzywali argumentu, ktory mozna zwiezle ujac w sposob nastepujacy: zlo bedace jedynie nieobecnoscia dobra, czyli okolicznosc utrudniajaca niektorym odroznianie dobra od zla, jest gwaltownie, i stawiajac opor, wypychane z najskrytszych zakamarkow psychiki (albo duszy). Mozna zatem leczyc chore kobiety z "niebezpiecznego pawilonu" Schroniska. Perspektywami skutecznej kuracji szczycila sie wiedza medyczna, kultywowana w Zjednoczonej Europie.
Osrodkiem pawilonu byla starsza kobieta, przyrosnieta do fotelowego krzesla obok lozka. Bylo nie do uwierzenia, jak ogromny posiada zapas lez. Plakala od rana do nocy, z niewielkimi przerwami. To ona nie wiedziala, co robi, wyrywajac w szpitalu z kontaktu przewod, ktory utrzymywal przy resztkach zycia, wsrod nieopisanych cierpien, jej dogorywajacego meza. Zdawala sobie sprawe, ze wykonuje karalny akt eutanazji? Wedlug sadu w rodzinnej Modenie - tak. Wedlug Trybunalu w Luksemburgu - nie. Jej okresowe ataki mialy na celu ucieczke z pawilonu i ze Schroniska. Z przejmujacym krzykiem obwieszczala, ze chce polaczyc sie ze zmarlym mezem, ktory ja wciaz wzywa do siebie. Trzeba bylo nieraz unieruchamiac ja na lozku. Ale lekarze w Europejskim Schronisku Lunatycznym byli dobrej mysli; w samej rzeczy, dzieki ich metodom leczniczym, ataki mialy wyrazna tendencje znizkowa.
Do trzeciego "pawilonu niebezpiecznego" Werner wprowadzil mnie na dluzej; pozostawil mnie w nim kwadrans, uzywszy wybiegu w stosunku do dwoch uzbrojonych wartownikow, ktorzy po polnocy, na polsennym luzie, grali w karty, za stol majac zwarte mocno kolana. Wolno mi bylo jedynie rzucic okiem od progu, lecz Werner przylaczyl sie do gry i stepil czujnosc wartownikow. Wiedzialem juz z opowiadan Wernera, ze trzeci pawilon przeznaczony byl wylacznie dla narkomanow "ze sklonnosciami do samookaleczania sie", moj niemiecki towarzysz nie wspomnial jednak o pacjentach obojga plci. Widok pawilonu przyprawil mnie na chwile o zawrot glowy i brak tchu. Niektore lozka zajete byly przez spiace spokojnie i pogodnie pary, niekiedy w objeciach. W innych spali osobno mezczyzni i osobno kobiety, w wieku nie przekraczajacym czterdziestu lat, czasem miotajac sie jak w delirium i wykrzykujac gniewnie jakies przeklenstwa. Na drugim koncu pawilonu znajdowal sie jakby kojec zbity z dlugich deszczulek; przez jego otwory mozna bylo dostrzec kilka dziecinnych kolysek. Dziecieca zona opiekowala sie pielegniarka, drzemiaca w fotelu w kacie. Nie przeszkadzalo jej widocznie to, ze nieraz w ciagu nocy (w moich oczach jeden tylko raz) pary spiace we wspolnym lozku bezceremonialnie przechodzily ze snu w kopulacje.
Wieczorem tego dnia Werner usilowal mi wytlumaczyc zasady pawilonu narkotycznego. Opieral sie na dwoch kolumnach: dozwolone narkotyki jakoby "lekkie", wydawane za pokwitowaniem w biurze medycznym Schroniska; leczenie metodami poglebianych zwiazkow uczuciowych. Lekarze nie to, ze przychylnie patrzyli na swego rodzaju zaslubiny obojga albo jednej plci; robili wszystko, aby do ich doprowadzic. I z zadowoleniem witali narodziny dzieci. "Europejskosc" Schroniska Lunatycznego tkwila w takim "oswojeniu" narkomanii, by zycie uczuciowe stopniowo usuwalo irracjonalne pokusy lub gesty samookaleczania.
Owoce nie potwierdzaly oczekiwan, przeciwnie. Nie mowiac juz o czestych i krwawych wypadkach samookaleczen, narkomania "regulowana" w mysl "europejskiego ducha leczniczego" mnozyla zachorowania na AIDS. Przed Bozym Narodzeniem (wtajemniczyl mnie Werner) Wlosi zamierzaja zorganizowac w Turynie Congresso Europeo sulla Droga.
Cieszac sie mysla o nowo planowanej ksiazce i o jej "murowanym" powodzeniu, Werner wygarnal z walizki swoje skromne oszczednosci i kupil za nie uzywanego fiacika. Uniezaleznilismy sie od zaproszen i propozycji naszych zmotoryzowanych przelozonych i kolegow ze Schroniska. Ogarnelo mnie naraz zdumienie wobec faktu, ze nikomu z personelu nie przyszlo dotad do glowy, ze zwyklej po prostu ciekawosci, przyjrzec sie z bliska wiosce, u ktorej stop zbudowano europejski osrodek leczniczy. Jedyny kontakt z Ombroso Toscano ograniczal sie do sprzedazy produktow (zwlaszcza wybornego wina) na mostku laczacym wies ze Schroniskiem. W oznaczonych porach tygodnia ludzie z naszego magazynu spotkali sie z wiejskimi sklepikarzami. Transakcja odbywala sie blyskawicznie, bez targow i pogawedek.
Tuz przed 10 listopada - pogoda wciaz dopisywala, lagodne byly nawet wieczorne powiewy chlodu - sprzedawcy z Ombroso Toscano przyniesli procz swoich produktow zwiniete w rulon afisze, zapowiadajace nazajutrz festyn ludowy w dniu patrona wsi. Festyn mial trwac od porannej mszy w kosciolku do polnocy; obiecywano wystepy miejscowego choru i zaproszonej kapeli, fajerwerki, tance i bezplatne wino. Dosc slone byly ceny biletow wstepu.
Plakaty rozlepiono, choc dla Schroniska byly bezuzyteczne. Tego samego dnia, 10 listopada, zaaranzowany byl od dawna, w godzinach popoludniowych, uroczysty obchod "chrztu" zamknietego (odrutowanego) boiska sportowego miedzy trzema "pawilonami niebezpiecznymi" i na ich wylaczny uzytek. Od jakiegos czasu Schronisko zylo ta smiala inicjatywa. Na odrutowanym boisku, strzezonym oczywiscie przez uzbrojonych straznikow, wylosowane uprzednio druzyny mialy "na probe" rozegrac dwa mecze: koszykowki i siatkowki. Specjalny delegat z Brukseli, belgijski psycholog Barthou, zastrzegl sobie decyzje, czy slowa "na probe" zostana poniechane.
Nuda tej uroczystosci, oczywiscie z przemowieniami, sklonila nas do absencji. Za mostkiem na rzece wspielismy sie naszym charczacym ciezko fiatem do drogi nad wioska, prymitywnej, lecz szerokiej, ktora laczyla wzgorze nad Ombroso Toscano z jednej strony z ktoryms ze wzgorz nad Siena, z drugiej z wysokim rzbietem nad Arezzo. Niezwykle doprawdy bylo Ombroso Toscano, wies zbudowana na stopniach wzgorza pokrytego winnicami, pieknymi i swietnie uprawianymi, a przy tym wystawionego caly okragly dzien na slonce. Nie dziwila slawa wina Ombroso Toscano, takze poza granicami Toskanii. Co natomiast dziwilo i zachwycalo, to uklad wsi, nie spotykany chyba nigdzie we Wloszech. "Ulice" (jesli mozna je tak nazwac) szly kondygnacjami, krotkie, ale wygodne przelazy pozwalaly przeskakiwac szybko z niskich kondygnacji na wyzsze. Domki byly niewielkie, gleboko wkopane ze wzgledu na piwnice. Cala wies produkowala wino, po obu bokach zbocza, na lewo i na prawo od wsi, ciagnely sie winnice az do horyzontu niemal. Wsrod winnic sterczaly murowane komorki z malymi otworami okiennymi; latwo bylo odgadnac, ze tam znoszono kosze winnych gron i puszczano w ruch tloki po winobraniu. Kondygnacyjna wioska posiadala jednak placyk ze sklepami, z jednym barem i jedna restauracja (specialita toscane). Dwa okna nad barem wiazal duzy napis Municipio.
Podczas obiadu w jednej restauracji moglismy obserwowac ostatnie przygotowania do festynu. Wlasciwie wszystko juz bylo gotowe, pod prowizorycznym dachem brzdakala kapela, na zielonym placie laki rozlozyl sie damsko-meski chor, konczono zbijanie z desek platformy dla tancerzy. Czynne byly na placyku dwie beczki wina, z kranami i przytwierdzonymi na lancuszkach kubkami.
Po obiedzie Wernera ruszylo sumienie: czy on, delegowany do "pawilonow niebezpiecznych", nie powinien aby uczestniczyc w inauguracji boiska sportowego? Udalo mi sie uciszyc jego skrupuly, i droga wijaca sie na grzbietach wzgorz pojechalismy samochodem na spacer w kierunku Sieny. W listopadzie mdle slonce za oblokami, ciepelko lekko tylko podszyte przedwieczornym chlodem! Trudno bylo uwierzyc. Dokladnie o piatej wrocilismy do Ombroso Toscano. Szarzalo, ale na rozbawionym, rozmuzykowanym placyku mozna bylo z balkonu Municipio, poprzez esyfloresy fajerwerkow, zobaczyc tlumek i druzyny sportowe na boisku. Dziwny zaiste widok ludzi podskakujacych w drucianej klatce. Nagle, okolo szostej i juz po zmierzchu, zakotlowalo sie w dole i rozlegl sie dwukrotny wystrzal z pistoletu; a po nim dluga seria, ktora wyploszyla garstke widzow. Widzielismy pedzacy na mostek sznur mezczyzn, z rozpoznawalnym Bizonem na czele. "Bizon i jego eskorta - szepnal Werner - w ogonie pacjenci z pawilonu narkotycznego." Uciekajacy ostrzeliwali sie, mieli wiec kilka pistoletow. Scigajacy biegli za nim, przed mostkiem jednak zatrzymal ich ogien zaporowy. Sznur zbiegow, z szybkim tupotem nog, przeprawil sie mostkiem przez rzeke i jak posiekany tasakiem rozsypal sie w niskich kondygnacjach wsi. Przybysze strzelali teraz do mieszkancow wsi, ktorzy z festynu sadzili w podskokach w dol. Trzech dosiegnely strzaly. Atakujacy strzelali na oslep. W jaki sposob weszli w posiadanie zagwi, ktore rzucali na przybudowane do domkow obory i stajnie, pelne siana? Plachta dymu owinela wies i piela sie wzwyz. Podpelzla do drogi, ogniem smagnela wyzsze kondygnacje domow i rozpiela na szczycie wzgorza tak jasny pioropusz, ze widzialo sie zbiegow znikajacych kolejno na drodze do Sieny. W plomieniach ogarniajacych Ombroso Toscano mieszkancy instynktownie przepychali sie na placyk. Uwolnione krowy staczaly sie ku rzece, uwolnione konie parly dlugimi susami ku grzbietowi wzgorza. Kiedy nareszcie dotarlismy samochodem do Schroniska, torujac sobie pieszo droge wsrod oszalalych pacjentow i pielegniarzy, z szosy zaczely zeskakiwac na nasz parking karetki policyjne i sanitarne z Poggibonsi.
Zbyt rozwlekly to opis. W nocy napisalem w moim pokoju skierowana do dyrekcji prosbe o zwolnienie, po czym spakowalem walize i o swicie naklonilem Wernera, aby mnie swoim fiatem zawiozl do Arezzo. Nadzwyczajne poranne wydanie Corriere Aretino, ktore czytalem w saloniku Albergo Piero na peryferiach miasta, podsumowywalo prowizorycznie: dwoch wartownikow i jeden zbieg zastrzeleni w Schronisku, piec osob zabitych w Ombroso Toscano, wies zniszczona w czterdziestu (na oko) procentach. "Tragedie spowodowal i potem rozpetal - wedlug korespondenta gazety - pacjent o przydomku Bisonte, ktory miedzy dwiema drucianymi scianami, okalajacymi boisko sportowe, zdolal uwiezic, rozbroic i zastrzelic dwoch wartownikow." Ostatnie slowa korespondencji brzmialy: "Trudne chwilowo do oszacowania sa straty poniesione przez Europejskie Schronisko Lunatyczne i przez miejscowosc Ombroso Toscano, wslawiona produkcja win wyborowych."
Dlaczego, niezachwiany w postanowieniu natychmiastowego wyjazdu ze Schroniska, wybralem Arezzo i nawet nie pomyslalem o Sienie? Dlaczego, kiedy w bardzo wczesnych godzinach porannych wjechalismy na przedmiescie, poprosilem Wernera, by zatrzymal sie na Via San Sepolcro przed hotelikiem Albergo Piero, nie zanadto z wygladu zachecajacym? Dlaczego wreszcie zgodzilem sie bez chwili namyslu poczekac dwie godziny w saloniku hotelowym na oproznienie pokoju przez malzenstwo szwajcarskich turystow? Kierowala mna intuicja, pozornie przejrzysta dla mnie, a przeciez w istocie bardzo mglista.
Nazajutrz w poludnie obudzil mnie, spiacego jeszcze, Werner. Przyniosl Corriere Aretino, z ktorego dowiedzialem sie, ze ujeto wszystkich zbieglych ze Schroniska pacjentow, z wyjAtkiem Bizona. Poniewaz pochodzil z Genui, w calej Ligurii rozstawiono patrole policyjne. Werner przyjechal z prosba dyrektorow Baldiniego i Bloomingtona, blagalna prawie, abym wrocil na krotko bodaj do Schroniska Lunatycznego. To prawda, ze umowa dawala mi prawo do zwolnienia bez uprzedniej zapowiedzi, lecz musze jak wszyscy pracownicy stanac przed Komisja Inwestygacyjna z Brukseli, ktora nastepnego dnia rozpocznie od rana przesluchiwania. Zaraz po moim zeznaniu bede mogl wyjechac ze Schroniska.
Komisja pod przewodnictwem psychologa belgijskiego Barthou, swiadka tragedii, wezwala mnie dopiero po poludniu, lacznie z Wernerem. Posiedzenie odbywalo sie w pawilonie centralnym Schroniska. Mialem malo do powiedzenia. Co zachecilo mnie do przyjecia posady "obserwatora-kronikarza"? Ciekawosc, czy uda sie jakos uporzadkowac i zmodernizowac, w ramach UE, najbardziej moze zaniedbana dziedzine lecznictwa w Europie, a kto wie, czy nie na calym swiecie. Zdolalem zaspokoic pozytywnie te ciekawosc? O tyle tylko, ze w przeciwienstwie do haniebnych, ponizajacych zakladow we Wloszech, znalazlem w Europejskim Schronisku Lunatycznym zyczliwy, opiekunczy stosunek do chorych oraz wzorowe warunki materialne. Czy wedlug mnie to wystarczylo? Nie, choroba umyslowa, psychiczna badz nerwowa jest wciaz na mapie medycznej biala plama z napisem ubi leones; nie wiemy dobrze, na czym polega rozluzniona tozsamosc, nie potrafilismy przeniknac sekretow innej rzeczywistosci chorych (moimi ustami przemawial stary Arrigo); ludzimy sie, ze dostatecznym krokiem naprzod jest troskliwosc lekarzy i pielegniarzy. A co wedlug mnie byloby realnym krokiem naprzod? Jestem pisarzem, a nie psychiatra, ale mysle, ze wszyscy jestesmy w wiekszym czy mniejszym stopniu chorzy psychicznie, ze nie istnieje w ogole pelne zdrowie psychiczne, musimy wiec szukac wspolnego jezyka z tymi, ktorzy sie pierwsi zalamali, a raczej poddali. Poruszalem kiedykolwiek ten temat piorem? Bardzo przelotnie i z poczuciem wlasnej ignorancji; zamierzam jednak zrobic to teraz, w ciagu tygodnia pobytu w Arezzo, i przedstawic moj memorial do uzytku Europy Lunatycznej; nie licze na calkowite zrozumienie, moze jednak jakis odprysk moich wywodow przeniknie do znakomitych umyslow Zjednoczonej Europy.
Barthou (pewnie daleki potomek przedwojennego francuskiego ministra spraw zagranicznych) przygladal mi sie ironicznie, lecz nie bez pewnej sympatii. Uznal czesc ogolna za wyczerpana. Przeszedl do konkretow. Bylem swiadkiem zajscia (uzyl tego slowa) na boisku Schroniska Lunatycznego? Nie bylem; ale wolno przyjac, po wysluchaniu jednobrzmiacych relacji, ze boisko mialo wade, ktora przyczynila sie walnie do tragedii (podkreslilem to slowo); mianowicie zamiast jednej stalowej siatki miedzy "niebezpiecznymi pawilonami," pilnowanej w katach przez uzbrojonych wartownikow, wzniesiono dwie, zewnetrzna i wewnetrzna; wykorzystal to chory zwany Bizonem; w waskim przejsciu przycisnal wartownika do siatki wewnetrznej, rozbroil go blyskawicznie i rownie blyskawicznie zastrzelil wartownika i jego towarzysza. Czy wedlug mnie ktos ponosi odpowiedzialnosc za wadliwe urzadzenie boiska, a jesli tak, to kto? Nawet gdybym wiedzial, wolalbym na to pytanie nie odpowiadac.
Wieczorem Werner podrzucil mnie do Arezzo. Namowilem go na kolacje w ogrodku naprzeciw kosciola Swietego Franciszka. Mowil bez przerwy, z szybkoscia rozpedzonej maszyny do pisania, zdaje sie, ze dotarlo do niego sporo twierdzen lub aluzji z mojego "zeznania," bo nie wykluczal, ze przysle mi do Neapolu angielska wersje maszynopisu swojej ksiazki (znam za slabo niemiecki). A ja, rowniez bez przerwy, wpatrywalem sie w ciemne mury kosciola Swietego Franciszka. Tak ciemne, ze zdawaly sie pograzac w wiecznej nocy Legende Krzyza wygaszona juz wewnatrz kosciola. Nie moglem oprzec sie mysli, ze zrozumiawszy do glebi niektore aspekty Legendy Krzyza, pojme "inna rzeczywistosc" mojego florentynskiego przyjaciela Arrigo. A wiec dlatego wybralem Arezzo, a nie Siene? "Popatrz," zasmial sie nagle Werner. Kelner postawil na stole butelke slodkawego Ombroso Toscano.
W ciagu calego mego pobytu we Wloszech czwarty raz trasa, ktora od pierwszego razu nazwalem "trasa Piera della Francesca." Najpierw kosciol Swietego Franciszka w Arezzo, z jego Legenda Krzyza. Zadne proby czesciowego, kilkuminutowego chocby oswietlenia nie rozjasnia juz chyba nigdy tych freskow, ktore iekiedy wydaja sie urodzone w mroku, by w mroku trwac do kresu swego istnienia. A szkoda. Bo wytrwalemu jak ja wedrowcowi, gotowemu laczyc godzinami przelotne widzenia w rosnaca wolno calosc, odslania sie Piero wciaz bogatszy i wciaz bardziej zagadkowy. Poprzednio, nadto widac pospieszony, nie zdolalem wpatrzyc sie jak nalezy w twarze zaludniajace Legende. Teraz odkrywalem w nich ceche najwazniejsza: byly swiadomie, celowo tak przez Mistrza z San Sepolcro namalowane, by jedynym ich wyrazem bylo beznamietne i nieme skupienie. Zaslanialy jak maski zycie wewnetrzne figur, jak gdyby rysy nieruchomych twarzy mowily wiecej, niz ukryta w glebi ekspresja postaci. Piero chcial tego, nie mam watpliwosci. Lecz chcial jako artysta poszukujacy wlasnego stylu malarskiego, czy jako czlowiek tak postrzegajacy legendarna przeszlosc i zywa terazniejszosc? Swoisty monokreacjonizm ludzkich postaci kazal mu z twarzy robic zaslony wnetrza. Tyle tylko znaczy twarz malowanego, ile mowi sama swoim milczeniem. Kto pragnie siegnac glebiej, bedzie odepchniety. Cisza naladowana czyms nieznanym.
Po trzech dniach dlugich wizyt w kosciele Swietego Franciszka pojechalem autobusem do San Sepolcro. Czyz nie do tej samej kategorii nalezala twarz Zmartwychwstalego, troche dzika, lecz zamknieta, ze spiacymi zolnierzami rzymskimi wokol Jego nog? Co wiecie o mnie, poza tym, ze wstalem z martwych po Ukrzyzowaniu? Oto tajemnica, ktora zatajaja szeroko otwarte, napiete i nieprzeniknione oczy.
"Trasa" nakazywala mi z San Sepolcro jechac mozliwie wolno do Monterchi, droga, ktora na starosc zwykl byl chodzic, prowadzony przez chlopca, slepy Piero. Jezeli pod jego opuszczonymi powiekami przesuwaly sie obrazy, to zawsze te same: milczace twarze ludzkie, nieruchome i martwe w swym pieknie krajobrazy. W Monterchi szepnal chlopcu (ktory i tak wiedzial o tym z nawyku), by go zaprowadzil do kapliczki. Stawal bez ruchu na progu, patrzyl niewidzacymi oczami na Brzemienna Madonne, ktora namalowal byl niegdys z mysla o swojej matce. Nadal jej podobne cechy: krzepkiej chlopki, o zasznurowanych ustach i spokojnym wzroku, ktora dlonia oparta na biodrze pokazuje, w jakim jest stanie. Cokolwiek malowal - zycie, smierc, wladze, cierpienie - Piero ozywial na swoj genialny sposob bezosobowosc i bezprzedmiotowosc swiata odgrodzonego, wylaczonego; swiata wizji niesionej nie do ludzi, lecz obok ludzi. Jeden ze znawcow jego sztuki napisal slusznie: "Biczowanie Piera w Urbino pozostanie na zawsze jednym z najbardziej nie poddajacych sie interpretacji obrazow swiata. Ogladamy je przez cienka szybke lodu, przykuci, zafascynowani i bezradni jak we snie." Zapomnial dodac: "To my snimy patrzac na obrazy Piera, on nie snil nigdy malujac je."
W Albergo Piero w Arezzo, gotow juz do powrotu do Neapolu nocnym pociagiem, pisalem wieczorem w pospiechu obiecany memorial. Byl paradoksalny, moze wrecz szalony. Monokreacyjna ekspresje ludzkich postaci u Piera zestawialem z monopsychiczna izolacja "lunatykow," ktorych jednokierunkowe uczucia i jednowymiarowe mysli posiadaja tendencje stopniowego zamykania sie przed swiatem i przed innymi. Potrafimy (potraficie, skoro memorial adresowany byl do Komisji Psychiatrycznej UE), patrzac na nich przez cienka lodowa szybke Piera, wytracic ich ze snu w innej, niedosieznej dla nas, rzeczywistosci? Potraficie przelamac kleszcze ich meki wygnania lub samowygnania? Powiedzie wam sie operacja przebudzenia ich i przewrocenia do zycia w swiecie wieloznacznym i wielorakim? Oby udalo wam sie kiedys to, co dotad nie udawalo sie nigdy nikomu. Wierze w nadejscie takiego dnia? To inna sprawa. Nasza jest ludzka rzecza pragnac go i oczekiwac.

W Nowy Rok zatelefonowal do mnie z zyczeniami Werner z Berlina, z redakcji gazety, w ktorej wlasnie zaczal pracowac. "Zastalem tu na biurku depesze agencyjna. Chce ci ja przeczytac. Bruksela, 31 grudnia 1997. UE zapowiada odbudowe, na swoj koszt, toskanskiej wsi Ombroso Toscano. Schronisko Lunatyczne zostanie zamkniete, ale pierwotna inwestycja osrodka bedzie wykorzystana przez zaprojektowany ostatnio w Brukseli szeroki Kurs Bankowosci Europejskiej w przededniu wprowadzenia wspolnej waluty."
Gustaw Herling-Grudzinski
Lipiec-sierpien 1998
(Pierwodruk w dodatku do Rzeczpospolitej "Plus Minus", 24 pazdziernika 1998)
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||