
Cicho bylo, cieplo i nieco sennie.
Slonce, chociaz to byl juz koniec wrzesnia, przygrzewalo jeszcze niezgorzej - wisialo w polowie drogi miedzy poludniem a zachodem, nad lasami, ze juz krze i kamionki, i grusze po polach, a nawet zeschle, twarde skiby kladly za sie cienie mocne i chlodne.
Cisza byla na polach opustoszalych i upajajaca slodkosc w powietrzu, przymglonym kurzawa sloneczna; na wysokim, bladym blekicie lezaly gdzieniegdzie bezladnie porozrzucane ogromne biale chmury, niby zwaly sniegow, nawiane przez wichry i postrzepione.

A pod nimi, jak okiem ogarnac, lezaly szare pola, niby olbrzymia misa o modrych wrebach lasow - misa, przez ktora, jak srebrne przedziwo rozblysle w sloncu, migotala sie w skretach rzeka spod olch i lozin nadbrzeznych. Wzbierala w posrodku wsi w ogromny podluzny staw i uciekala na polnoc wyrwa wsrod pagorkow; na dnie kotliny, dokola stawu lezala wies i grala w sloncu jesiennymi barwami sadow - niby czerwono-zolta liszka, zwinieta na szarym lisciu lopianu, od ktorej do lasow wyciagalo sie dlugie, splatane nieco, przedziwo zagonow, plachty pol szarych, sznury miedz, pelnych kamionek i tarnin - tylko gdzieniegdzie w tej srebrnawej szarosci rozlewaly sie strugi zlota - lubiny zolcily sie kwiatem pachnacym, to bielaly omdlale, wyschle lozyska strumieni, albo lezaly piaszczyste, senne drogi, i nad nimi rzedy poteznych topoli zwolna wspinaly sie na wzgorza i pochylaly ku lasom. [...]

Rzedy kobiet czerwienily sie na kopaniskach... rozlegal sie grochot zsypywanych do wozow kartofli... miejscami orano jeszcze pod siew... stada krow srokatych pasly sie na ugorach... dlugie, popielate zagony rdzawily sie mloda szczotka zboz wschodzacych... to gesi, niby platy sniegow, bielily sie na wytartych, zrudzialych lakach... krowa gdzies zaryczala... ogniska sie palily i dlugie, niebieskie warkocze dymow ciagnely sie nad zagonami... Woz zaturkotal, albo plug zgrzytnal o kamienie... to cisza znowu obejmowala ziemie na chwile, ze slychac bylo gluchy belkot rzeki i turkot mlyna, schowanego za wsia, w zbitym gaszczu drzew pozolklych... to znowu spiewka sie zerwala, lub krzyk, nie wiadomo skad powstaly lecial nisko, tlukl sie po bruzdach i dolach i tonal bez echa w jesiennej szarosci, na sciernistych oprzedzonych srebrnymi pajeczynami, w pustych, sennych drogach, nad ktorymi pochylaly sie jarzebiny o krwawych, ciezkich glowach... to wloczono role i tuman szarego, przeslonecznionego kurzu podnosil sie za bronami, wydluzal i pelzal az na wzgorze, i opadal, a spod niego, niby z obloku, wychylal sie bosy chlop, z gola glowa, przewiazany plachta - szedl wolno, nabieral ziarna z plachty i sial ruchem monotonnym, naboznym i blogoslawiacym ziemi, dochodzil do konca zagonow, nabieral z worka zboza, nawracal i zwolna podchodzil pod wzgorze, ze najpierw glowa rozczochrana, potem ramiona, a w koncu juz byl caly widny na tle slonca z tym samym blogoslawiacym ruchem siejby; z tym samym swietym rzutem rozrzucal zboze, co jak zloty pyl kolistym wirem padalo na ziemie.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||